Eteryczność niczym smug zapachu, gdzie delikatność jaśminu graniczy z chłodną pewnością konwalii. Jednak za tą zewnętrzną lekkością wyczuwa się silną wolę profesjonalistki, zdolnej do panowania nad rozbudowanymi partyturami i kierowania złożonymi procesami emocjonalnymi.
Twórcza droga dyrygentki Ołeksandry Korobki rozpoczęła się od skrzypiec w wieku trzech i pół roku. Prowadziła przez mury liceum im. Łysenki oraz Narodową Akademię Muzyczną aż do założenia pierwszej i jedynej w kraju żeńskiej orkiestry symfonicznej — Queens Orchestra.
Dziś Ołeksandra jest laureatką międzynarodowych konkursów i mistrzynią, która potrafi dostrzec w orkiestrantkach jednocześnie wirtuozki i zwykłe kobiety. To talent, dzięki któremu subtelnie zarządza nastrojami wewnątrz kobiecego zespołu, transformując życiowe doświadczenia w czystą sztukę.
Rozmowa o niezłomności, psychologii gestu i muzyce, która wyprzedza czas. Poniżej — zapis wypowiedzi mojej rozmówczyni.

O wewnętrznym impulsie i architekturze procesu twórczego
Wie pan, tu nie chodzi o chęć udowodnienia czegoś komukolwiek, lecz o wewnętrzną potrzebę. W pewnym momencie po prostu zrozumiałam, że samo granie na skrzypcach mi nie wystarcza. Poczułam, że mogę więcej: mam pomysły na tworzenie koncepcji i ciekawych interpretacji. Tak naprawdę dyrygentura nie jest już dziś profesją stricte „męską”. W Europie na konkursach czy warsztatach proporcje kobiet i mężczyzn często wynoszą 50 na 50, co jest bardzo budujące.
W tej roli na pewno nie jestem dyktatorem. Raczej architektem procesu. Uważam, że dyrygent powinien stwarzać warunki, w których muzycy będą mogli maksymalnie się otworzyć, a muzyka kompozytora zabrzmi dokładnie tak, jak powinna. Oczywiście, istnieje tu pewien element władzy, ale jest on skierowany wyłącznie na rezultat, a nie na samopotwierdzenie czy próbę wywyższenia własnej osobowości.
O kobiecym języku orkiestry i architekturze zespołu
Pracuję z różnymi zespołami, ale z kobietami pracuje mi się paradoksalnie bardzo komfortowo. Nie ma tu miejsca na stereotypy o „żmijowisku” — wręcz przeciwnie, panuje szczególna solidarność. Po pierwsze, daje to pewną swobodę: na próbę można przyjść bez makijażu, nie przejmując się tym, jak się wygląda. Gdy w orkiestrze są mężczyźni, podświadomość mimowolnie zmusza do utrzymywania pewnej fasady, natomiast w czysto kobiecym gronie po prostu zostaje się sobą. Rozmawiamy tym samym językiem i rozumiemy się na jakimś intuicyjnym poziomie. To jak w tej sytuacji na drodze, gdy pomyliłam się, tłumacząc pewnej kobiecie trasę, a ona i tak pojechała prawidłowo, bo uchwyciła sens poza słowami. To jest właśnie to nieuchwytne „kobiece wyczucie”.

Jeśli chodzi o budowanie składu, najważniejszym kryterium pozostaje dla mnie zawsze profesjonalizm. Wygląd nie gra żadnej roli — szukamy muzyków wysokiej klasy, z wyższym wykształceniem i doświadczeniem. Jest jednak pewien istotny niuans: staramy się nie angażować osób, które z natury są „gwiazdami-solistami”. W orkiestrze potrzebujemy tych, których szczerze interesuje gra zespołowa, osób zdolnych do zatracenia się we wspólnej pracy dla realizacji wielkiej idei.
Właśnie takie podejście pomaga nam pokonywać najtrudniejsze wyzwania. Na przykład jednym z najbardziej niezwykłych był projekt wokalny w stylu operowym. Stał się on prawdziwym sprawdzianem, ponieważ przywykłyśmy do bycia samowystarczalnymi, a tutaj musiałyśmy wejść w głęboką kolaborację z solistami, dostosować się i oddychać razem z nimi. Początkowo było to nietypowe i trudne, ale właśnie dzięki takiemu doświadczeniu zespół zdołał wznieść się na jakościowo nowy poziom mistrzostwa.
Szacunek do znaczeń i cyfrowe eksperymenty
Granica między prawdziwą sztuką a popularyzacją przebiega dla mnie tam, gdzie wykonawca przestaje szanować muzykę. Nie mam nic przeciwko wykorzystywaniu show czy gatunku crossover, jeśli pomaga to słuchaczowi „wejść” w utwór i tłumaczy go przystępnym językiem. To naturalny proces komunikacji z odbiorcą. Jeśli jednak efekty zewnętrzne zaczynają zniekształcać sensy nadane przez autora — na taki kompromis nigdy nie pójdziemy. Główna idea kompozytora musi pozostać nienaruszona, niezależnie od formy przekazu.
Do eksperymentów z technologiami cyfrowymi podchodzę z dużym zainteresowaniem, ponieważ zawsze oznaczają one rozwój i nowe doznania. Miałyśmy nawet konkretną propozycję połączenia brzmienia orkiestrowego z setem didżejskim, ale niestety z powodu wybuchu wojny nie zdążyłyśmy jej zrealizować. Jestem przekonana, że nie należy bać się przyszłości: nowe technologie mogą otworzyć przed nami znacznie szersze horyzonty, dlatego zawsze opowiadam się za integrowaniem nowoczesnych możliwości z naszą twórczością.

O niezłomności bez rzewności i europejskiej „soft power”
Kiedy występujemy za granicą, najbardziej zależy mi na przekazaniu jednej myśli: Ukraina to nie tylko ból, zniszczenia czy współczucie. To przede wszystkim niesamowicie silny, hartowny charakter. Nasi ludzie są niezwykle wytrwali i zawzięci; chyba mało który naród potrafi tak godnie trzymać się w tak trudnym okresie, zachowując przy tym zdolność do odbierania świata z humorem. To właśnie ten wewnętrzny „drive” jest naszą prawdziwą tożsamością.
Świadomie staram się przełamać przestarzały stereotyp o „wiecznie cierpiącej” Ukrainie z jej rzewnymi pieśniami. Oczywiście „Melodia” Skoryka jest przepiękna i zasłużenie rozbrzmiewa wszędzie, ale mamy też inny filar. Na przykład niedawno wraz z „Kijowską Kameratą” wykonywaliśmy „Pieśni baciarskie” Jurija Szewczenki — to niezwykle energetyczny, wesoły utwór z „pazurem”, który idealnie oddaje prawdziwego ducha naszego narodu. To muzyka nie o litości, lecz o sile, i właśnie taką wielowymiarowość warto pokazywać światu.
To podejście do wewnętrznej wolności staram się przenosić na metody pracy z zespołem, czerpiąc w dużej mierze z doświadczeń zachodnich. Nasze szkoły — ukraińska, która w znacznym stopniu pozostaje poradziecka, oraz europejska — kardynalnie się różnią. Najważniejsza lekcja, jaką wyniosłam ze studiów za granicą, to fakt, że dyrygent nie jest szefem, lecz motywatorem i w pewnym sensie psychologiem. Należy szukać indywidualnego podejścia do każdego muzyka, aby oni sami chcieli zagrać tak, jak ty to czujesz, a nie po prostu wykonywali suche polecenie. To praca poprzez „miękką siłę” (soft power) zamiast tradycyjnego nacisku.

O psychologii gestu i koncentracji wewnątrz dźwięku
Pierwsze spotkanie z nową orkiestrą to zawsze bardzo intymny moment, niemal jak pierwsza randka: albo między wami błyskawicznie nawiązuje się kontakt, albo o to zaufanie trzeba walczyć krok po kroku. Bywały przypadki, gdy orkiestra nie od razu podążała za gestem — wtedy w grę wchodzi subtelna psychologia. Pamiętam, jak pewien waltornista nie mógł czysto zagrać partii solowej, bo zbyt mocno się denerwował. Nagle zrozumiałam: on fizycznie nie potrafi grać, gdy na niego patrzę. Podczas samego występu po prostu odwróciłam się w drugą stronę, zdjęłam tę wizualną presję — i zagrał idealnie. To jest właśnie prawdziwe porozumienie, gdzie gest czasem polega na jego braku.
Kiedy stoję na scenie, absolutnie nie czuję wzroku setek ludzi skierowanego na moje plecy. W tej chwili znajduję się w stanie tak silnej koncentracji na interakcji z muzykami, że świat zewnętrzny po prostu przestaje istnieć. Cały czas trzymasz w głowie tempo, nadchodzącą zmianę epizodu, kontakt wzrokowy z każdą grupą instrumentów. Na plecach nie mam oczu — cała moja energia jest skierowana nie na salę, lecz do wewnątrz samego procesu tworzenia muzyki, tam, gdzie rodzi się dźwięk.
Magia ciszy i „wietrzenie sukien”
Powiem szczerze: z niczym się nie wyrabiam, jak wszystkie mamy (śmiech). Bycie matką trojga dzieci i prowadzenie orkiestry to nieustanne wyzwanie, dlatego ciszę po prostu uwielbiam. To moja przestrzeń na regenerację. Nawet w samochodzie nigdy nie włączam radia ani muzyki, zawsze jadę w absolutnej ciszy. To jedyna okazja, by usłyszeć własne myśli i te melodie, które już brzmią w głowie, ale nie zostały jeszcze przelane na papier ani przeniesione do sali prób. Cisza dla dyrygenta nie jest pustką, lecz szczególną muzyką, która pozwala nastroić wewnętrzny kamerton.
Poczucie ciszy osiąga swoje apogeum na scenie — w tych kilku sekundach, gdy wybrzmiał już ostatni akord, a oklaski jeszcze się nie zaczęły. Co czuję w tej chwili? Za każdym razem coś innego. Czasem to zwykła ludzka ulga: „Dzięki Bogu, zrobiliśmy to, udało się!”. A czasem te chwile stają się organiczną kontynuacją utworu, jego ostatnim, niewidocznym szlifem. Jeśli sala milknie i trzyma tę pauzę razem z tobą — to najlepszy komplement, cenniejszy niż jakiekolwiek owacje. W takich momentach rozumiesz, że naprawdę nadajemy z widzami na tych samych falach, w jednym polu emocjonalnym.
Jeśli chodzi o przyszłość, to za pięć lat chciałabym widzieć moją orkiestrę na najlepszych światowych scenach. W Ukrainie zaczęto budować nowoczesne sale z idealną akustyką. Marzę o czasie, kiedy ludzie będą przychodzić na koncerty nie tylko po to, by „wywietrzyć suknię” czy dopełnić towarzyskiej etykiety, ale dla konkretnych interpretacji, nowych utworów i głębokich treści. Potrzebujemy rozkwitu kulturalnego i architektonicznego, który odpowiadałby naszemu wewnętrznemu potencjałowi.

Często padają pytania, czego brakuje nam do światowej popularności już teraz. Być może po prostu nie nadszedł jeszcze właściwy czas. Zaczęłam aktywnie rozwijać karierę nieco później, ponieważ świadomie poświęcałam czas rodzinie i dzieciom. Jednak dla mnie popularność nigdy nie była głównym kryterium szczęścia czy samorealizacji. Znacznie ważniejsze jest to, co tworzymy tu i teraz, oraz energia, którą oddajemy ludziom. Reszta przyjdzie wtedy, gdy będzie naprawdę potrzebna.
Gdyby: rozmowa przez wieki
Gdybym miała okazję spotkać się z kimś z kompozytorów przeszłości, bez wątpienia byłby to Gustav Mahler. Jego postać jest dla mnie zagadką o skali kosmicznej. Muzyka Mahlera niesamowicie wyprzedzała swoje czasy; brzmi tak współcześnie i przejmująco, że chwilami wydaje się niemożliwe, by człowiek tamtej epoki mógł odczuwać świat w sposób tak proroczy.
Zapytałabym go tylko o jedno: skąd wiedział, co czeka ludzkość za dwieście lat? Jak udało mu się zawrzeć w partyturach taką głębię filozoficzną, która nie wyczerpuje się przez dziesięciolecia? Jego symfonie to całe światy. Można je grać setki razy i za każdym razem, otwierając nuty, odnajdujesz tam coś absolutnie nowego, jakiś ukryty sens, którego wcześniej nie dostrzegłaś. To nie jest po prostu muzyka — to niekończący się proces poznania.

Brak alternatyw jako formuła szczęścia
Tworzymy sztukę dokładnie tam, gdzie jesteśmy dzisiaj, i to daje nam niesamowite poczucie pełni życia. Czy jestem szczęśliwa? Tak. Zajmuję się tym, co kocham nade wszystko. Ktoś zapytał mnie kiedyś, jaki zawód bym wybrała, gdyby w moim życiu nie było dyrygentury. Wtedy po raz pierwszy poważnie się nad tym zastanowiłam — i po prostu nie potrafiłam odpowiedzieć. W mojej wyobraźni nie istnieje inny scenariusz. Kiedy twoja praca jest twoją istotą, to właśnie jest szczęście.
Czytaj nas na Telegram i Sends