$ 43.3 € 50.9 zł 12.05
-10° Kijów -10° Warszawa +5° Waszyngton
Dzieci z Mariupola: los Kariny Kopionkiny, która uratowała z okupacji dwóch braci

Dzieci z Mariupola: los Kariny Kopionkiny, która uratowała z okupacji dwóch braci

06 lutego 2026 10:00

Historie ukraińskich dzieci, którym w cudowny sposób udało się przeżyć najstraszniejsze momenty wojny, poruszają i wstrząsają całym cywilizowanym światem. Temu tematowi poświęcono liczne filmy dokumentalne oraz wystawy fotograficzne. Wśród nich znajdują się także świadectwa Kariny Kopionkiny, która w chwili rosyjskiej inwazji miała zaledwie 14 lat.

Dziewczynie udało się wydostać z ogarniętego walkami Mariupola, mając na rękach dwuletniego brata Danyła, a także uratować starszego brata Ołeksandra, który został ciężko ranny w wyniku ostrzału. Cywile porównywali wówczas Mariupol do piekła, w którym na każdej ulicy czyhała śmierć, a na ziemi leżały ciała zabitych.

W rozmowie z UA.NEWS Karina Kopionkina opowiada o najtrudniejszych wspomnieniach z oblężonego miasta, o życiu po przeżytych okropnościach wojny oraz o trosce o bliskich, która dodaje jej sił, by iść dalej.

Mariupol: początek bombardowań
 

Matka i ojczym Kariny są wojskowymi. Tuż przed inwazją mama była na służbie i miała wrócić do domu 24 lutego, jednak nie została zwolniona. Dzieci zostały same — we troje, bez rodziców.

„Jako średnie dziecko w rodzinie wzięłam na siebie odpowiedzialność i zaczęłam myśleć, co robić dalej. Oczywiście na początku było bardzo strasznie. Nawet dorośli wtedy nie wiedzieli, jak postępować.

Kiedy zobaczyliśmy, że rosjanie zaczęli ostrzeliwać szkołę i przedszkole naprzeciwko naszego domu, zdecydowaliśmy się przenieść do rodziców mojej koleżanki. Mieszkali w rejonie Azowstali, gdzie w tamtym momencie wydawało się spokojniej” — wspomina Karina.

Jednak i to miejsce nie okazało się bezpieczne — w pobliżu domu doszło do uderzenia pocisku. Starszy brat Ołeksandr został ciężko ranny.

„Doskonale pamiętam ten moment, dzień samego uderzenia. To był ranek, może południe. Siedzieliśmy w piwnicy. Gdy zrobiło się względnie cicho, postanowiliśmy wejść do domu, ogrzać się, przygotować jedzenie, odpocząć. Mój brat był wtedy na zewnątrz, oddychał świeżym powietrzem. Ja z młodszym bratem byłam w domu — opowiada Karina. — W chwili uderzenia wyleciały okna, sufit zaczął się sypać. Wszyscy próbowali uciec i potykali się o Ołeksandra, próbując go ominąć. Próbowałam podnieść brata, nie rozumiejąc, co się z nim stało. Dorośli powiedzieli mi: ty z dzieckiem idź do piwnicy, a my się nim zajmiemy. To była ogromnie stresująca sytuacja. Oczywiście wszyscy płakali.”

Szpital pod ostrzałem
 

Najpierw próbowano doprowadzić Ołeksandra do przytomności. Następnie sąsiedzi znaleźli ocalały samochód i zawieźli go do jedynego wówczas funkcjonującego szpitala w Mariupolu.

„Dorośli byli nieobecni przez około dwie–trzy godziny. Gdy wrócili, powiedzieli, że nie ma komu operować Saszy. Szpital działał na jednym generatorze, a rannych przywożono coraz więcej. Bratu po prostu zaszyto ranę w łopatce, w którą trafiły odłamki.

Przez około tydzień Sasza leżał w szpitalu z gorączką. Przez cały ten czas budynek był ostrzeliwany. Pamiętam, że wszyscy pacjenci przebywali na korytarzu, trzymając przy sobie swoje psy i koty. Przychodzili żołnierze z Azowa i Sił Zbrojnych Ukrainy, prosząc o udzielenie pierwszej pomocy. Lekarze początkowo pomagali, ale cywilni pacjenci zaczęli się skarżyć, krzyczeć, próbowali zrozumieć, co się dzieje. Żołnierze nie odpowiadali. Później, z tego co wiem, personel medyczny dowiedział się, jak wydostać się z Mariupola przez Berdiańsk. I cały personel uciekł” — wspomina dziewczyna.

Brat Kariny pozostał w szpitalu pod ostrzałem — pomagali mu krewni innych rannych oraz pielęgniarki, które nie wyjechały.

„W pewnym momencie pojawił się zasięg telefonii komórkowej i dostałam jedną wiadomość od mamy: ‘Córeczko, gdzie jesteście?’. Ale nie udało mi się odpowiedzieć. Wiadomości po prostu nie dochodziły. Potem codziennie sprawdzałam, czy łączność została przywrócona. Bałam się, że na koncie nie ma środków. Ale mama powiedziała, że cały czas doładowywała nasz numer. I mimo to otrzymałam od niej tylko jedną wiadomość” — mówi Karina.

image

Zdjęcie: Mariupol, 18 marca 2022 roku

Droga do domu przez rosyjskie punkty kontrolne
 

Pod ciągłym ostrzałem szpital zamieniał się w ruiny. Dzieci postanowiły wrócić do własnego mieszkania. Według mieszkańców ich dzielnica Mariupola była już zajęta przez rosjan i nie toczyły się tam intensywne walki. Na wózek budowlany położono materac, posadzono na nim rannego brata i ruszono w drogę.

„Dobrze pamiętam, jak po drodze spotkaliśmy naszego żołnierza. Zrozumieliśmy to, bo jego mundur był inny niż rosyjski. Zatrzymał nas i ostrzegł: ‘Nie idźcie tam. rosjanie was nie przepuszczą, rozstrzelają was’. Pokazał nam drogę przez podwórze, gdzie można było przejść bezpieczniej — wspomina Karina. — Na jednej z bocznych uliczek zobaczyliśmy czołg, skierowany lufą w stronę komisariatu policji. Zdezorientowani, nie wiedzieliśmy, czy iść dalej. Jedyna myśl była taka: jeśli umrzemy, to umrzemy. Przeszliśmy obok tego czołgu — okazał się pusty.”

Po drodze miejscowi radzili dzieciom, by szybko założyły białe opaski — z ubrań lub porwanych worków. Ktoś przynosił im białe szmaty, by pomóc.

„Założyliśmy je na siebie i poszliśmy dalej. Natknęliśmy się na rosyjski punkt kontrolny, urządzony w prywatnym domu. Zauważyli nas i zaproponowali, żebyśmy usiedli. Usiedliśmy, by odpocząć, i w tym momencie tuż przed nami z rejonu walk próbował przejechać samochód. Na aucie był napis ‘dzieci’. rosjanie otworzyli ogień i samochód zawrócił.

Poszliśmy dalej i zobaczyliśmy, że niemal wszystkie budynki były zniszczone aż do fundamentów. Szczególnie wyraźnie pamiętam rejon z garażami. Obok nich leżały sterty ciał przykrytych kocami. Obok — przewrócone wanny z napisem ‘trup’. Tych okropności było bardzo wiele” — wspomina dziewczyna.

image

Zdjęcie: Mariupol, 18 marca 2022 roku

Przejazd do okupowanego Doniecka
 

Kiedy dzieci dotarły do swojego mieszkania, stało się jasne, że bez wykwalifikowanej pomocy medycznej Ołeksandr umrze. Konieczna była natychmiastowa ewakuacja. Znaleziono wolontariusza, który pomagał wywozić rannych do okupowanego Doniecka. Rannemu bratu dano na drogę telefon i ładowarkę, jednak kontakt szybko się urwał.

„Nikt nas o niczym nie informował. Nie wiedzieliśmy, co się z nim stało. Byłam zrozpaczona. Pamiętam, jak przyjechała nasza sąsiadka i powiedziała, że mama nas szuka. Potem szybko się spakowała i wyjechała. Później dowiedziałam się, że to właśnie ta kobieta miała nas ewakuować, ale nic nam o tym nie powiedziała. Następnie pojawili się inni dorośli, którzy zaproponowali, że zabiorą mnie i młodszego braciszka. Poprosiłam, żeby skontaktowali mnie z mamą i pozwolili to omówić, bo w tamtym momencie byłam niepełnoletnia. Usłyszałam jednak: albo jedziesz z nami, albo zostajesz tutaj” — opowiada Karina.

image

Zdjęcie: Mariupol, 20 marca 2022 roku

Ostatecznie dziewczyna wraz z rodzicami koleżanki i młodszym bratem wyruszyła autobusem do okupowanego Doniecka. W miejscowości Starobieszewo, znajdującej się pod kontrolą rosyjską, musiała przejść tzw. filtrację. Tam pojawił się zasięg telefonii komórkowej i Karina mogła poinformować mamę o tym, co się z nimi stało. Dzięki nagłośnieniu sprawy dzieciom pomogli dotrzeć do Doniecka i wynająć tam mieszkanie. W Doniecku Karina próbowała odwiedzić brata w szpitalu. Gdy ordynator oddziału chirurgii dowiedział się, że dzieci są bez rodziców, zagroził przekazaniem ich do rosyjskiej rodziny zastępczej lub do domu dziecka.

„Rozpłakałam się. Kiedy ordynator wyszedł, jedna z pielęgniarek ulitowała się nade mną i po cichu wpuściła mnie na salę. Weszłam i byłam w szoku: brat leżał na drewnianym łóżku bez poduszki, był w bardzo ciężkim stanie — cały w ranach, w płucach cały czas zbierała się ropa. Prawie go nie karmiono. A gdy przynosiłam jedzenie, wszystko mi zabierano” — relacjonuje dziewczyna.

Po jednym z ostrzałów Ołeksandr został przeniesiony do innego szpitala, gdzie przeprowadzono operację i usunięto odłamki z rany. W tym czasie babcia Kariny — Switłana — zdołała dotrzeć do okupowanego Doniecka z Polski. Mimo zagrożenia dla własnego życia chciała wywieźć wnuki z okupacji. Gdy tylko stan Ołeksandra się ustabilizował, z trudem zabrano go ze szpitala. Administracja okupacyjna nie chciała wypuszczać ukraińskich dzieci.

Ewakuacja z okupacji
 

Babcia najpierw przewiozła dzieci do rosji, a następnie do Gruzji. W Tbilisi Ołeksandr trafił do centralnego szpitala dziecięcego. Chirurg Lewan Charaszwili zdołał ustabilizować ogólny stan chłopca. Po krótkim odpoczynku dzieci poleciały do Polski.

„W Polsce, na lotnisku, czekała na nas mama. Najpierw zobaczyła Saszę, którego przywieziono do niej nieco wcześniej. Ja czekałam na nią przy wyjściu z lotniska. Nie widzieliśmy się prawie pięć miesięcy. Bardzo się ucieszyliśmy, szczególnie młodszy braciszek. Później przewieziono nas do Niemiec, gdzie Sasza mógł przejść badania i rehabilitację, a my mogliśmy dojść do siebie i przez jakiś czas pożyć w spokoju” — mówi Karina.

Powrót do życia w Ukrainie
 

Po powrocie do Ukrainy Ołeksandr, dzięki wsparciu wolontariuszy, ponownie przeszedł badania w centrum medycznym Ochmatdyt. Okazało się, że chłopiec nie będzie w stanie samodzielnie chodzić nawet po długotrwałej rehabilitacji.

„Niestety stwierdzono, że utracił fragment rdzenia kręgowego, przez co nie będzie mógł chodzić. Ćwiczenia fizyczne nie pomogą. Nauczył się żyć na wózku inwalidzkim, stale przyjmuje leki. Jednak obecnie Sasza jest w ciężkim stanie — już trzeci miesiąc przebywa w szpitalu. Pojawiły się nowe powikłania związane z odleżynami, które miał jeszcze ze szpitala w Doniecku — martwi się Karina. — Rany długo się nie goiły, były operowane, zszywane, próbowano przeszczepów skóry. Już trzeci rok zmaga się z odleżynami i próbuje się leczyć.”

Mimo niepełnosprawności starszy brat Ołeksandr nauczył się samodzielnie funkcjonować i obecnie mieszka osobno. Rodzina nadal go wspiera i pomaga. Mama i ojczym Kariny służą w Siłach Zbrojnych Ukrainy. Ona sama opiekuje się młodszym bratem. O swoim życiu w czasie pokoju i zainteresowaniach mówi niewiele.

„Miałam hobby — trenowałam kajakarstwo i canoe. W 2022 roku dostałam wspaniałą szansę pojechać na Mistrzostwa Świata w kajakarstwie. Jednak po powrocie do Ukrainy musiałam zrezygnować z treningów. Teraz cały swój czas poświęcam wychowaniu młodszego brata. Skończyłam 11 klas i planuję studia. Rozważam dwie uczelnie — w Kijowie i Charkowie, z ukierunkowaniem na projektowanie IT. Już w tym roku chcę maksymalnie skupić się na rekrutacji” — dzieli się swoimi planami Karina.

image


Podróż do Parlamentu Europejskiego
 

Dziewczyna ze szczególnym wzruszeniem wspomina swoją podróż do Parlamentu Europejskiego, gdzie wzięła udział w pokazie filmu poświęconego ukraińskim dzieciom. Ten wyjazd uważa za jeden z najważniejszych momentów w swoim życiu.

„Wrażenia były niesamowicie intensywne, ponieważ od samego początku spotkaliśmy się z niezwykle serdecznym przyjęciem. Ludzie okazali się tak szczerzy, że przypominało to miłość od pierwszego wejrzenia. Nie miałam poczucia, że przyszłam opowiadać o jakiejś tragedii czy prosić o pomoc. Wręcz przeciwnie — przyjęto nas tak, jakbyśmy byli u siebie w domu. To było ogromne wsparcie moralne, które naprawdę wiele dla mnie znaczyło. Pomagano mi przygotować się do tego wydarzenia. Podczas samego wystąpienia emocje po prostu mnie przepełniały. Atmosfera w Parlamencie Europejskim była niezwykła. W trakcie projekcji widziałam, jak ludzie płakali. To było niewiarygodne wsparcie” — mówi Karina.

image


Wiara we własne siły
 

Dziewczyna podkreśla, że to „nadzieja na przyszłość” dodaje jej sił, by iść dalej przez życie.

„Nadzieja na przyszłość i mój młodszy braciszek. Bardzo boli patrzeć, jak dorasta bez rodziców. To trudne. Gdy sytuacja na wschodzie Ukrainy jest względnie spokojna, jedziemy w odwiedziny do mamy do Kramatorska. Na przykład dziś właśnie stamtąd wróciliśmy.

Co mogę powiedzieć o tym wszystkim? Wszędzie jest niebezpiecznie. Staramy się być maksymalnie ostrożni. Ale doskonale rozumiem, co znaczy dorastać i widywać rodziców tylko od czasu do czasu. Miałam dziewięć lat, gdy mama podpisała kontrakt i poszła służyć w Siłach Zbrojnych Ukrainy.

Szczerze chcę, żeby mój braciszek miał chociaż możliwość zapamiętać swoich rodziców — nawet jeśli rzadko i na krótko — ale żeby mógł spędzać z nimi czas. Staram się zrobić wszystko, co możliwe, aby wspierać jego i starszego brata, Saszę.

Jestem przekonana, że żadne dziecko w moim wieku nie chciałoby przejść przez takie próby jak ja. Dziś pomaga mi trwać świadomość, że zdołałam pokonać wiele strasznych trudności. Udało mi się samodzielnie zrobić to, czego nie potrafiłoby wielu dorosłych. To właśnie to poczucie dodaje mi sił, by iść dalej” — mówi Karina.

Obecnie dziewczyna wraz z młodszym bratem Danyłem mieszka w Switłowodsku, w obwodzie kirowohradzkim. Miasto leży nad brzegiem Zbiornika Krzemieńczuckiego, w pobliżu elektrowni wodnej, którą rosjanie regularnie atakują dronami i rakietami. Mimo wojny i ostrzałów lokalna społeczność stara się podtrzymywać pełnowartościowe życie kulturalne i sportowe. Funkcjonuje cała niezbędna infrastruktura, są nawet sekcje sportowe. A organizacje młodzieżowe i wolontariusze — jak podkreśla Karina — dodają pozytywnej energii i barw temu trudnemu życiu.

Czytaj nas na Telegram i Sends