Widział oczy ludzi żyjących dwa tysiące lat w przeszłości i słyszał, jak ruszają się czerwie pod czapkami afgańskich dzieci. Nocował w butach pod oknami Biura Prezydenta, czekając na szturm, który miał stać się ostatnim kadrem albo nowym rozdziałem. Efrem Łukacki, fotoreporter Associated Press. Medium między światem „wielkiej polityki” a światem rozpaczy, gdzie jedyną walutą jest suchy prowiant i cisza.
Spotkaliśmy się, aby porozmawiać o standardach zawodowych, ale rozmowa szybko przerodziła się w spowiedź.
Efrem Łukacki mówi, patrząc gdzieś przez ściany, w ten sam punkt „donikąd”, gdzie zmieszały się wilgotny zapach czeczeńskich piwnic, pył afgańskich dróg i syrena lutowego Kijowa. Jego głos jest spokojny, ale czuć w nim ciężar każdego kadru, każdego życia, którego nie zdołał uratować.
To nie jest wywiad. To monolog człowieka, który przez dziesięciolecia był „okiem” świata i wciąż próbuje zrozumieć, co widziało jego własne serce. To długa opowieść o sumieniu, które nie daje spokoju, o generałach odkładających słuchawki i o rakietach składanych w garażach z resztek poprzedniego życia.
Przeczytajcie to. Bo w próżni, do której on mówi, zawarta jest cała nasza prawdziwa historia.

O pogrzebach, wstydzie i bezsenności
Nie wiem, ilu polityków już „pochowałem”. I nie chcę liczyć.
Teraz jest zupełnie inna arytmetyka. Większość zdjęć, które robimy dzisiaj, to pogrzeby. Wojskowi, cywile... Takiej liczby ceremonii pogrzebowych nie pamiętam z całego swojego życia. Jadę z działki – a drogi są wyłożone kwiatami.
Wiecie, nie mam zbyt dobrego zdania o politykach. Bo kiedy drogi ściele się płatkami, kiedy jadą te żałobne konwoje i dzieci leżą w trumnach, czuję wstyd. Gorzki wstyd za to, że ja, dorosły człowiek, zostawiłem te dzieci, by walczyły. Nie potrafiłem zrobić nic, aby przed ich trumnami nie kładziono kwiatów.
«Czuję wstyd, że jako dorosły człowiek zostawiłem te dzieci, by walczyły w obronie kraju».
fotoreporter Associated Press
Często pytają mnie o stan psychiczny. Nie wiem, jak go zachować. Płaczę. Robię zdjęcia i płaczę. Niedawno chowaliśmy 20-letniego chłopaka. Jego portret nieśli koledzy – takie same 20-letnie dzieci. Nawet nie widziałem jego rodziców, bo ich po prostu nie miał.

Przestałem spać. Każdej nocy śledzę niebo: dokąd leci, gdzie uderzyło? Czy trzeba już łapać aparat i biec na miejsce wybuchu? Wyjeżdżam do miejsc trafień w środku nocy — to moja praca. Kiedyś żyliśmy na linii frontu, teraz wojna przychodzi do nas.
Śmierć reportażu: wojna GoPro i FPV
Prawie nie jeździmy na „zero”. Wiecie o tym? Tam nie da się dotrzeć. Miałem szczęście pracować na wielu wojnach w różnych krajach. Tam też strzelano, działali snajperzy, latały samoloty... Ale był dystans, ukrycie, manewr.
Dziś przyjeżdżasz do wojskowych w pełnym rynsztunku i od razu chowają cię w głębokiej piwnicy albo schronie. Siedzisz tam cały dzień, a w nocy, jeśli masz szczęście, po omacku wydostajesz się i idziesz pieszo długie kilometry. Tak, w schronie można porozmawiać. Ale ja, jako fotograf, potrzebuję kadru. A tam go nie ma — są tylko ściany piwnicy.
Świat się zmienił. Dawniej światowe agencje wysyłały grupy wyszkolonych reporterów, którzy pchali się w samo piekło i robili zdjęcia. Teraz zachodni menedżer patrzy na mapę: „Dokąd jedziesz? 15 kilometrów od frontu? Nie, za żadne skarby”.
«Dzisiaj wojskowi nagrywają na GoPro momenty, w których giną. To absolutnie nowa, straszna forma dziennikarstwa».
fotoreporter Associated Press
Krok przed wszystkimi są ci, którzy na hełmach noszą kamery GoPro. Rejestrują wszystko: jak idą do szturmu, jak padają, jak płonie transporter opancerzony, w który coś uderzyło. Mstysław Czernow nakręcił swój film „2000 metrów do Andrijiwki” właśnie w ten sposób. Większość materiału to kadry z cudzych hełmów.
Z jednej strony te technologie zepchnęły klasycznego dziennikarza „na dno” — nie jesteśmy już w centrum wydarzeń. Składamy je z kawałków. Z drugiej strony tworzy to nowy format: bierzesz ten brutalny „action” z GoPro, a potem dodajesz do niego spokojny wywiad z tymi samymi żołnierzami, przeprowadzony już w bezpiecznym miejscu. Bo samemu dziennikarzowi nakręcenie czegoś takiego aparatem jest dziś niemal niemożliwe. Chyba że wstąpisz do wojska, zawiesisz na sobie GoPro i... po kilku akcjach cię nie będzie.
Moi przyjaciele, Włada i Kostia Liberowowie, próbują, wyjeżdżają, starają się... Dzięki Bogu los ich jak dotąd oszczędza. Ale każdy taki wyjazd staje się coraz trudniejszy i niebezpieczniejszy. Świat się zmienił. Wojna stała się przezroczysta dla dronów i śmiertelna dla tych, którzy próbują ją po prostu zobaczyć na własne oczy.
Anturaż władzy: od galarety w dłoniach po dżunglę na ścianach
Nie oceniam słów. W fotografii istnieje pojęcie „szumów”. Dla mnie to nie piksele na zdjęciu, lecz detale, z których odczytujesz prawdziwą naturę człowieka. Patrzę na ściany i biurko.
Jeśli na ścianie wisi portret dzieci, rodziców albo psa — rozumiem: ten człowiek wiąże swoją przyszłość z tym krajem. Tu są jego korzenie, tu są jego groby. A jeśli wisi tam tylko bezosobowy obrazek „do wystroju wnętrz” — to znaczy, że Ukraina jest dla niego tylko etapem przejściowym. Miejscem, gdzie zarabia pieniądze, by potem wyjechać. Juszczenko miał zdjęcia dzieci, babci i dziadka. U Krawczuka czy Kuczmy niczego takiego nie było.

Biuro Prezydenta na Bankowej to w ogóle miejsce mistyczne. Kiedyś pisałem o tym budynku: przed wojną mieściło się tam NKWD, w czasie wojny Gestapo, potem KC partii... Widziałem, jak ten wystrój zmieniał się przez dziesięciolecia. Za Krawczuka schody były wydeptane, starte tysiącami stóp. Przyszedł Janukowycz — i wszystko pokrył złotem. Taką ilością złota, że oczy bolały. Poroszenko przerabiał gabinety na „styl amerykański” — same regały wypełnione tomami ksiąg.
Zełenski stworzył swój własny anturaż. Pamiętam wywiad na tle ogromnej ściany w całości pokrytej żywą roślinnością. Wyglądało to jak dekoracje do „Piratów z Karaibów”, jakaś dżungla w środku Bankowej. Swoją drogą, złoto Janukowycza wciąż tam jest. Nawet w prezydenckim samolocie wszystko jest pozłacane — postanowili tego nie usuwać, bo przebudowa kosztowałaby fortunę.
«Oceniam ludzi po uścisku dłoni. U Łazarenki ręka była jak galareta — miękka, wąska, wydawało się, że jeśli mocniej ją ściśniesz, on krzyknie z bólu. Człowiekiem był dokładnie takim samym».
fotoreporter Associated Press
Potem przychodzi kolej na oczy. W nich jest wszystko. Tymoszenko na przykład bardzo kocha sławę. Patrzy prosto w duszę i jest osobą wierzącą w znaki. Ja też w nie wierzę, więc pod pewnymi względami jesteśmy do siebie podobni. Podczas Pomarańczowej Rewolucji, gdy tłum stał już na progu szturmu na Bankową, podeszła do mnie i zapytała: „Iść?”. Widziałem wiele wojen i wiedziałem, czym to się skończy, więc powiedziałem: „W żadnym wypadku”. I ona wydała rozkaz do odwrotu.

Pamiętam oficera OMON-u, który stał po drugiej stronie barykady ze łzami w oczach: „Po tamtej stronie jest moja córka, co mam robić?”. A w ostatnim kręgu stało już UDO (Służba Ochrony Państwa) z automatami... Dzięki Bogu, że wtedy udało nam się dojść do władzy drogą pokojową.
Kraj błędów: ropa pod koszulą i utracona flota
Juszczenko powinien był umrzeć. Był śmiertelnie, potwornie otruty. Pamiętam, jak robiłem mu zdjęcia: owrzodzenia na całym ciele, uszy po prostu leżały na ramionach, tak bardzo były opuchnięte. Przychodzę tydzień później, widzę szwy: uszy zostały nacięte lub przycięte, by zlikwidować obrzęk. Na Majdanie ochrona tworzyła żywy kordon nie ze względów bezpieczeństwa, ale po to, by nikt przypadkiem nie poklepał go po plecach. Pod koszulą miał dreny, z których stale sączyła się ropa. Zmieniał koszule kilka razy dziennie, bo w mgnieniu oka robiły się krwawe.

Myślę, że mógłby zostać najlepszym prezydentem. My widzieliśmy tylko to, co było na jego twarzy, a jak bardzo cierpiał w środku? Jak bardzo go bolało? Może dlatego oddał wszystko w ręce „drogi przyjaciół”. Myślał, że zespół pociągnie to za niego. A „przyjaciele” poszli tradycyjną drogą: korupcja i władza.
Z Kuczmą było inaczej. Byłem z nim, gdy wszyscy myśleli, że przegra. Słynne zdjęcie, na którym gra na gitarze — to mój kadr. Towarzyszyłem mu w pierwszej kampanii wyborczej. Prasa międzynarodowa z nim nie jeździła, wszyscy byli pewni jego porażki. A ja pojechałem. Zachód Ukrainy witał go okrzykami „Hańba!” i wyzywaniem od „moskiewskich agentów”.
«Od pierwszego zdania zależy twoje życie. Kiedy tłum na zachodniej Ukrainie chciał rozbić moje aparaty, krzyknąłem: «Jestem amerykańskim dziennikarzem!». To mnie uratowało».
fotoreporter Associated Press
Wtedy w jednym z domów kultury jakaś staruszka przebiła się do Kuczmy z kwiatami. Nacisnąłem migawkę, a sala wybuchła: „Prowokacja!”. Tłum chciał mnie rozszarpać. Chwycili mnie, ciągnęli za sprzęt na szyi, a ochroniarz Kuczmy uwiesił mi się u nóg. Krzyczałem: „Jestem amerykańskim dziennikarzem!”. To mnie uratowało, zaczęli szarpać ostrożniej, wywiązał się dialog. Wieczorem napiliśmy się gorzałki, Danyłowycz zagrał na gitarze... Tak mnie polubił. Zapraszał do zespołu, obiecywał, że pożałuję, jeśli odmówię. Nie poszedłem. Ale on potem, już jako prezydent, zatrzymywał ochronę: „Swój, swój, zostawcie go”.

Wtedy istniał niewiarygodny szacunek do prasy. Sekretarz potrafił uchylić drzwi do gabinetu prezydenta, gdy ten rozmawiał z ministrem spraw zagranicznych Francji, i pozwolić mi zrobić zdjęcie z poczekalni.
Ale ile błędów popełniono... Kiedyś natknąłem się na admirała Igora Kasatonowa. Przyjechał do Kijowa tuż po rozpadzie Związku Radzieckiego, chciał podporządkować Flotę Czarnomorską Ukrainie. A usłyszał: „Nie potrzebujemy jej”. Wyobrażacie sobie? Wyjechał i uczynił flotę rosyjską. Ukraina to kraj fatalnych decyzji i przypadkowych cudów przetrwania.
Zasada sił nieczystych: nie rzucać cienia
Kiedy rakieta trafia w dom w Bachmucie, a ty jedziesz tam, gdzie jeszcze się dymi, ludzie często krzyczą za tobą: „To wy, k..wa, ich naprowadziliście! Gdyby nie prasa, nic by się nie stało!”. Mogą nawet rzucić kamieniem. W takich momentach uruchamia się moja główna zasada: dziennikarz musi być jak siła nieczysta – nie odbijać się w lustrze i nie rzucać cienia. To sztuka wtopienia się w tłum tak, by nikt cię nie zauważył.
У 2014 roku mieszkałem wśród bojowników w okupowanym Słowiańsku. Kijowski meldunek i amerykańska legitymacja prasowa – gdyby to zobaczyli, byłby to mój wyrok śmierci. Ale mieszkałem tam tygodniami, chodziłem na ich konferencje, gdzie ochrona sprawdzała każdego dziennikarza „do bielizny”. I za każdym razem przechodziłem tak, że ani razu mnie nie skontrolowano. Bo zniknąłem w tłumie.
«Na wojnie od pierwszego słowa zależy to, czy będziesz żył. Jedna niewłaściwa fraza i jesteś trupem».
fotoreporter Associated Press
Zawsze wspominam tragiczny przykład z wojny gruzińsko-rosyjskiej. Mój kolega, gruziński dziennikarz Giorgi Klimczuk, pracował jako fixer dla obcokrajowców. Podjechali do punktu kontrolnego, gdzie stali uzbrojeni ludzie. Giorgi wychodzi i krzyczy do nich po gruzińsku: „Gamardżoba!”. A to byli Osetyjczycy. Otworzyli ogień. Zginął na miejscu.

Ważne jest to, co powiesz jako pierwsze. To aktualne także w zwykłym życiu, ale kiedy stoi przed tobą człowiek z bronią – to kwestia życia i śmierci. Musisz odczytać sytuację, zanim jeszcze otworzysz usta.
Masakra w Andiżanie i ucieczka za 5 dolarów
Byłem w Taszkencie, kiedy dowiedziałem się, że w Andiżanie wybuchły zamieszki (maj 2005 r. – przyp. red.). Natychmiast pojechałem na lotnisko: za łapówkę kupiłem bilet, przyleciałem do Fergany, wziąłem samochód i pognałem do Andiżanu. Ledwo zdążyłem wjechać do miasta, gdy armia zamknęła wszystkie wjazdy. Dostać się tam później było już niemożliwe.
Na centralnym placu ogromny tłum. Ledwo wysiadłem z auta, a już chwytają mnie uzbrojeni ludzie. Mówię: „Jestem dziennikarzem z Ukrainy”. Od razu zakładają mi kamizelkę kuloodporną, wypychają na scenę i ogłaszają: „Ukraina jest z nami!”. Podsuwają mikrofon: „Mów!”.
Mówiłem po ukraińsku, żeby mnie nie rozumieli. Powiedziałem: „Przyjechałem tu nie po to, by mówić, lecz by słuchać”. Tłum ryknął: „Ura!”. Stałem się „swoim”.
Obok płonie kino, zdążyli już zająć urząd miasta. Wokół trupy, płonące samochody. Wszystko to fotografuję. Ludzie byli wściekli, bili mnie po plecach, żeby nie robić zdjęć, bo bali się, że kadry trafią do spraw karnych. Ale ponieważ byłem z Ukrainy – tolerowali mnie.
Wychodziłem z placu, przesyłałem materiały przez niewielki nadajnik satelitarny i wracałem. Gdy szedłem tam po raz trzeci, tuż przede mną wypadły ciężarówki z wojskiem. Rozpoczął się szturm, armia otworzyła ogień bezpośrednio do manifestantów.

Próbowałem coś nakręcić. Najpierw wskoczyłem do rowu, ale zaraz zrozumiałem, że tam na pewno mnie dopadną. Wstałem na pełną wysokość, podnosząc legitymację nad głową. Żołnierze krzyczeli: „Prasa! Dziennikarz!”. Ich oficer postawił przy mnie dwóch żołnierzy i zapytał dowódcę przez radio: „Co z nim zrobić?”. Odpowiedź była jasna: „Zatrzymać i zabrać wszystko”. Spojrzałem na żołnierzy — to byli Uzbecy, słabo rozumieli po rosyjsku. Pokazałem im na migi: „Mogę iść?”. I po prostu odszedłem za róg. Przeskoczyłem przez płot i zniknąłem.
Natychmiast pobiegłem do satelity, przesłałem ostatnie kadry. Moja redakcja zdążyła odebrać materiał i przygotować pokaz slajdów. Następnego dnia przyszły po mnie lokalne służby specjalne. Ale zanim mnie zakuli, zdążyłem wysłać wiadomość, że zostałem aresztowany. Redakcja skontaktowała się z Departamentem Stanu USA, a ci — z MSZ Uzbekistanu. Uzbeckie władze nie wiedziały, co zrobić. Przyszli do mnie do hotelu: „Chcemy zabrać karty pamięci”. A ja już nic nie miałem, wszystko zostało wysłane. Wtedy powiedzieli: „Mamy informacje, że terroryści zabili zagranicznego dziennikarza. To zapewne pan. Dlatego z hotelu — ani kroku”.
Zrozumiałem: muszę uciekać.
«Wyjeżdżałem z miasta jak król: mijałem mosty z tłumami zachodnich dziennikarzy, których nie wpuszczano do Andiżanu, a w kieszeni miałem już wysłane kadry z rozstrzelania».
fotoreporter Associated Press
Postanowiłem przebić się do Kirgistanu. Zatrzymałem miejscowego kierowcę, mówię: „Trzeba wyjechać”. Pędziliśmy 200 kilometrów. Dojechaliśmy do przejścia granicznego. Policja mówi: „Granica zamknięta”. Mówię kierowcy: „Idź się dogadaj. Powiedz, że jestem turystą, chcę do miasta Osz, pomodlić się na górze Mahometa. Daj pieniądze”. Kierowca wraca przerażony: „On chce strasznie dużo!”. Pytam: „Ile?” — „Pięć dolarów”. Ledwo ugryzłem się w język, oddałem banknot. Pogranicznik skinął głową: „Bierz rzeczy i idź tamtą ścieżką przez wzgórza”.
Idę pieszo przez wzgórza, ciągnę torby. Naprzeciwko dwóch kirgiskich pograniczników z automatami. Zamarłem. A oni przeszli obok, nawet nie spojrzeli. W Osz wszedłem do hotelu, a tam pierwsze pytanie: „Wódka, kobiety?”. Od razu zrozumiałem — jestem w domu, jestem bezpieczny.
W ogóle dziennikarze to osobna kasta. Mówi się, że nie wolno zabijać dziennikarzy, bo to „święci ludzie”. Jacy tam święci... Jestem w zawodzie od wielu lat i wiem: istnieją dwa najstarsze zawody świata. Jeden handluje ciałem, a drugi — sumieniem. Ale w takich chwilach, jak w Andiżanie, po prostu robisz swoją robotę, żeby świat ujrzał prawdę.
Grób dla Saddama: „Mamy szczura”
Wieczorem 13 grudnia 2003 roku w eterze padło krótkie: „Mamy szczura”. Od razu zrozumiałem, o kogo chodzi, choć jeszcze niedawno świat huczał od szumnych zapowiedzi o niezwyciężoności Saddama, o ochotnikach jadących go „bronić” i pewności, że ta wojna będzie zupełnie inna. Ja wtedy nie trafiłem na jej początek — nie dostałem wizy, więc zamiast w Bagdadzie, zostałem w Kijowie z wiadomościami i poczuciem, że coś ważnego mnie omija. Los dopadł mnie później, już po formalnym końcu wojny, kiedy znalazłem się w Tikricie, w kompleksie pałacowym, gdzie jeszcze niedawno mieszkał dyktator, a teraz na marmurach i złocie, bez bieżącej wody, spali na polowych łóżkach amerykańscy żołnierze.
«Dyktatorzy zawsze kończą w brudnych dziurach. Zdjęcie Saddama w jamie to najlepsze ostrzeżenie dla wszystkich, którzy uważają się za nieśmiertelnych bogów».
fotoreporter Associated Press
Szybko stało się dla nas jasne: wojna to nie wielkie słowa, lecz drobne, czasem przypadkowe rzeczy, które decydują o wszystkim. Wychodziliśmy na nocne rajdy, szukaliśmy, myliliśmy się, znów szukaliśmy, aż pewnego razu wszystko poszło zupełnie nie według planu: wojskowi wtargnęli nie do tego domu, co trzeba. Gospodarz stał przed nami oszołomiony, żołnierze szybko pojęli, że Husajna tu nie ma. Wtedy dowódca przez tłumacza zaczął przepraszać, wyciągnął plik irackich pieniędzy i podał gospodarzowi jako rekompensatę za pomyłkowy szturm. Ten spojrzał na niego, na pieniądze i zapłakał, a potem powiedział: „Ten, którego szukacie, jest w innym miejscu” — i wskazał kierunek. Gdyby nie ta pomyłka, gdyby nie te pieniądze, gdyby nie ta ludzka reakcja — najsilniejsza armia świata mogła szukać Saddama jeszcze bardzo długo.
Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Znaleźli go w wiosce Adwar, na nędznej farmie. Brudna szopa, jedna izba, kuchnia pod gołym niebem — czyżby tu mieszkał „namiestnik boga”?

Żołnierz odsunął nogą brudny dywanik na ziemi i naszym oczom ukazała się betonowa płyta z pętlami z drutu. Pod nią znajdowała się wąska, ciemna nora. Nastąpiła długa pauza, nikt nie chciał wchodzić pierwszy, ktoś zaproponował wrzucenie granatu. W tym momencie z ciemności dobiegł głos: „Nie rzucajcie. Jestem Saddam Husajn. Wychodzę”. I wylazł — brudny, zarośnięty, zupełnie inny niż ten, którego przez lata pokazywano w telewizji. Obok niego w tej dziurze leżały sfatygowane torby z pieniędzmi — 750 tysięcy dolarów. Ukrywał się w towarzystwie portretów amerykańskich prezydentów na stustronicowych banknotach, których tak nienawidził.
Leżał na ziemi, a żołnierze robili sobie zdjęcia, przyciskając go kolanem do pyłu. Później świat świętował, pojawiło się poczucie, że postawiono kropkę, ale ja już wtedy rozumiałem: to nie koniec, to tylko początek innej, jeszcze trudniejszej historii. Gdzieś u jej podstaw pozostała ta nocna pomyłka, przypadkowy plik pieniędzy i człowiek, który postanowił powiedzieć prawdę.
Afganistan: Światło z czasów Aleksandra Macedońskiego
Bardzo kocham ten kraj. Mieszkałem wtedy w Mazar-i Szarif, stamtąd jeździłem po kraju. Tam nie opuszcza cię poczucie, że trafiłeś kilka tysięcy lat w przeszłość. Oczy tamtejszych ludzi nie zmieniły się od tysiącleci. To światło bijące prosto z wnętrza. Trudno tam pracować pod tym względem, że nie możesz być niezauważony. Idziesz ulicą, a obok ciebie biegnie tłum 30 osób — dzieci, starcy. Nieważne jak szybko idziesz, patrzą na ciebie i twoje ubranie jak na film. Przecież w ich telewizorach nic nie było. Z jednej strony są dzicy, a z drugiej — niewiarygodnie gościnni. Uśmiechają się do ciebie. Tak, mogą cię zabić bardzo łatwo, ale trzeba rozumieć ich zasady.
Zasada jest prosta: dopóki jesteś w ich domu — jesteś gościem i dostajesz wszystko, co najlepsze. Gdy tylko przekroczysz próg — stajesz się celem.
«Tam główną walutą są narkotyki. Bezpośrednio pod ścianami domów suszą trawkę, a gospodarze szczęśliwi pokazują na rękach, jak ją trą».
fotoreporter Associated Press
Kiedyś trafiłem do lokalnego „barona”. Wchodzimy do domu: jest basen, ale zamiast wody leżą w nim koce. Siedliśmy na podłodze, pilaw... Dla nich to była po prostu frajda popatrzeć na obcokrajowca, dotknąć materiału kurtki. Mój tłumacz Imran stał obok i cały się trząsł. Mówił: „Efremie, jeśli coś pójdzie nie tak — obaj zostaniemy tu zakopani”. Wtedy jeszcze nie do końca rozumiałem, po jakiej krawędzi chodzimy.

Najtrudniej było z misjami humanitarnymi. Pracowałem tam z Czerwonym Krzyżem. Problem polegał na tym, że przez wojnę pomoc nie docierała do odległych miejsc. Jadą kolumny, sprzęt — Zachód dowodzi, ale gdy tylko wjeżdżają do prowincji, miejscowi ich zatrzymują i wszystko grabią. Dalej jechać się nie da. Na głębokiej prowincji ludzie umierali z głodu. Dlatego misja Czerwonego Krzyża pojechała negocjować ze starszyzną. Wyglądało to jak scena biblijna: podchodzimy do domu, mężczyźni chwytają cię pod ręce i nogi i wnoszą do środka na wyciągniętych rękach — to znak najwyższego szacunku.
W Czerwonym Krzyżu były oczywiście kobiety-Europejki. Siedzi starszyzna, sami starcy z długimi brodami. Na podłodze dywan, pilaw. Nasze kobiety próbują z nimi rozmawiać o interesach przez tłumacza, a starcy siedzą i patrzą tylko na mnie. Najpierw nie rozumiałem dlaczego, a potem do mnie dotarło. Zacząłem powtarzać to, co mówiły kobiety, i starszyzna zaczęła potakiwać głowami. Na kobiety — zero uwagi, jak na kamień. Ale gdy ja zacząłem mówić — zaczęli nas akceptować.
Raz bardzo długo coś omawiali, a ja byłem strasznie zmęczony. Siedziałem, siedziałem i zasnąłem prosto w trakcie rozmowy. Budzę się, a oni wszyscy siedzą w milczeniu i czekają, aż się obudzę, żeby kontynuować. To po prostu „dzicz”, ale tak było tysiące lat temu i tak zostało.
Jeździłem w takie miejsca, gdzie biały człowiek nie stanął od czasów Aleksandra Macedońskiego. Układ plemienny: Pasztuni, Hazarowie, Uzbecy, Tadżycy. Jest tam plemię Hazarów — to potomkowie wojowników Czyngis-chana. Ich kobiety nawet nie zakrywają twarzy. W Afganistanie po paru tygodniach zaczynasz się denerwować. Nie rozumiesz, czego ci brakuje. A potem dociera do ciebie — nie widzisz ludzkich twarzy na ulicach. Wszyscy w czadrach, jakby brakowało życia. Ale u Hazarów jest inaczej.

Razem z francuskim i amerykańskim dziennikarzem towarzyszyliśmy misji humanitarnej w góry. Często na koniach lub osłach, przez kilka dni przedzieraliśmy się do aułów. Chaty są tam lepione z gliny, tysiącletnie. Pojawiamy się na centralnym placu, a starszyzna ogłasza: „Ci ludzie przyszli nam pomóc”. Ludzie wzięli to dosłownie. Zaczęli przynosić umierające dzieci, chorych. А co ja mogę zrobić? Jestem przecież dziennikarzem.
Oddałem całą swoją apteczkę. Przynoszą dziecko, zdejmują czapkę — a tam czerwie ruszają się bezpośrednio w ranach na głowie. Nie mogłem zrobić nic poza jednym — pokazać to światu. Następnego dnia te zdjęcia obiegły świat na pierwszych stronach gazet. Zwołano konferencję prasową, na której dziennikarze pytali organizacje charytatywne: „Mówicie, że pomoc dociera, więc dlaczego te dzieci umierają?”. Zorganizowano specjalną misję, która w końcu dostarczyła tam żywność i leki.
Widziałem potem nagrania, jacy byli tam szczęśliwi, jak całowali te worki z mąką... To chyba jedyny raz w mojej karierze, kiedy poczułem, że naprawdę zrobiłem coś ważnego jako dziennikarz. Coś, z czego jestem autentycznie dumny.
Wybór moralny
Często stawałem przed wyborem: pomóc czy zrobić zdjęcie? Czasami nie ma wyboru. Czasami jest — a ty i tak nie możesz nikogo uratować. Ale pamiętasz to przez całe życie.
Kiedyś w Groznym wszedłem w przejście między blokami. Była tam piwnica, w której ukrywali się ludzie: były nauczyciel, dzieci, starcy. Schodzę do tej piwnicy — a tam całkowita ciemność. Powietrze jest tak wilgotne i ciężkie od oddechów wielu osób, że wydaje się, iż można go dotknąć. I kiedy słyszą język rosyjski, zaczynają parzyć jakieś herbaty, wyciągać ręce, a cała piwnica wybucha krzykiem: „Ratujcie! Pomóżcie!”.
A w czym tkwiła tragedia? Miejscowi zdążyli wywieźć swoich krewnych. W piwnicach zostali ci, którzy nie mieli dokąd pójść — Rosjanie, Ukraińcy, którzy kiedyś tam pracowali. Nie mieli ani pieniędzy, ani emerytur. Umierali tam z głodu i chorób, chowano ich tuż przy klatkach schodowych — tak samo, jak później działo się u nas, w Mariupolu czy Buczy. Krzyczą: „Pomóżcie!”, a jedyne, co mogę zrobić, to oddać im swoje suche racje żywnościowe. Nie mogę ich stamtąd wywieźć. Minęło wiele lat, a sumienie wciąż nie odpuszcza. Za każdym razem myślę: a może trzeba było jakoś inaczej? To bardzo trudne. To właśnie jest życie.
Kijów. 24 lutego 2022 roku
W mieście wprowadzono godzinę policyjną. Na ulicach pusto, rozkaz strzelania do każdego, kto wyjdzie. Ale nie sposób usiedzieć w biurze. Dzwonię do dobrego znajomego, generała Andrija Kryszczenki (był wtedy zastępcą szefa Kijowskiej Miejskiej Administracji Państwowej). Mówię: „Wychodzę”.
Idę od Besarabki w stronę merostwa. Wokół martwa cisza. Nagle wypadają dwa mikrobusy, z nich — uzbrojeni ludzie. Na siedzeniu pasażera — pułkownik SBU, mój znajomy. Patrzy na mnie: „Efrem? Co ty tu robisz?”. A potem mówi: „Chcesz zobaczyć dywersanta?”. Otwiera drzwi, a na podłodze leży skrępowany facet. Mówią, że właśnie go zdjęli. Zrobiłem kilka klatek i poszedłem dalej pod merostwo.
Fasada rady miasta była już obłożona workami z piaskiem. Wchodzę na wewnętrzny dziedziniec, a tam przygotowania do szturmu. Poziom przygotowania na tamten moment: ludzie po prostu rozlewali „koktajle Mołotowa” do butelek. W gabinecie zebrali się wszyscy: Kliczko, Kryszczenko, byli szefowie policji, przyjechał Hennadij Moskal... Radzili, jak utrzymać miasto.

Wszystko to fotografuję. Potem wchodzę na piętro do Kliczki. Wychodzą obaj bracia — ogromni, zmęczeni. Pytają: „Czego trzeba?”. W tym wszystkim jedynym, który nie stracił głowy, był Załużny. Mówią, że Bankowa była w histerii, żądała raportów, a on po prostu przestał odbierać ich telefony. Nie informował Biura Prezydenta, co zamierza zrobić, bo wiedział: tam jest przeciek informacji. Po prostu wziął na siebie odpowiedzialność za opór.
«Załużny po prostu nie odbierał słuchawki, gdy dzwonili z Bankowej. Wiedział: tam przecieka. Stał się jedynym, który odnalazł się w chaosie».
fotoreporter Associated Press
A na Bankowej wtedy się zamknęli. Ktoś mówi, że jedli „Miwinię” (zupki chińskie), ktoś inny — że po prostu się schowali. Mój bliski przyjaciel Simon Shuster spędził tam dużo czasu, wie więcej, ale fakt pozostaje faktem: w pierwszych dniach oficjalny Kijów milczał.
I wtedy zdecydowałem się iść do Kliczki. Idę do niego, a tam sekretarka — taka „ważna”, mówi: „Zabierzcie tego fotografa, co on się tu kręci?”. Nagle drzwi się otwierają, wychodzą dwaj bracia Kliczko. Pytają: „Czego trzeba?”. Mówię: „Jestem znanym dziennikarzem, trzeba rozmawiać ze światem”. Witalij najpierw warknął, żeby mnie wyprowadzić. Wychodzę wściekły i mówię sekretarce, że Kliczko mógłby teraz stać się głosem oficjalnego Kijowa.
Po godzinie telefon: „Proszę przyjść, Witalij Wołodymyrowycz jest gotowy odpowiedzieć na wszystko”. Ja do swoich dziennikarzy: „Potrzebna kamera! Potrzebny wywiad!”. A oni się boją: „Nie wyjdziemy z hotelu, tam strzelają, to niebezpieczne”. Prawie zrobiłem skandal, niemal siłą wyciągnąłem jedną Amerykankę. Ubraliśmy ją jak kosmonautę — kamizelka, hełm... A do przejścia tylko półtora przecznicy.
To był pierwszy wywiad oficjalnej osoby z wojennej Ukrainy. Nie Zełenskiego, nie ministrów — Kliczki. Właśnie dlatego Zełenski do dziś go nie znosi. Kliczko nie bał się wtedy zostać twarzą oporu, gdy inni jeszcze ważyli ryzyko. A ta dziennikarka została potem gwiazdą we Francji. Kliczko nawet oddzwonił do mnie osobiście: „To ja pana wtedy posłałem w cholerę? Wybaczcie, taki czas”. Normalny człowiek.
O tym wszystkim nie wypada teraz mówić głośno. Na razie to tylko „plotki” od Łukackiego. Ale kiedy przyjdzie czas wyborów, te historie o tym, kto gdzie się chował i kto nie odbierał słuchawki, staną się główną bronią.
Chaos i „przyjacielski ogień”
Kiedy pojechałem na Berestejską, dopalały się tam samochody. Najpierw mówiono — rosyjscy dywersanci, a potem okazało się, że z powodu braku koordynacji nasi rozstrzelali swoich. To samo działo się na rogu Bohatyrskiej i Polarnej. Gdy tam podjechałem, tłum ludzi, którym dopiero co rozdano broń, biegł na mój samochód. Oczy obłędne, gotowi strzelać do każdego. Był ze mną zagraniczny kierowca — ze strachu po prostu zesztywniał. Musiałem włączyć całe swoje doświadczenie w „hipnozie”, żeby nas tam nie sprzątnęli.
Wyskakuję z aparatem, robię zdjęcia: rozbity sprzęt, ciała. Widzę zabitego żołnierza… Tragiczny, straszny obraz tego chaosu. Zestrzeliwali własne samoloty, strzelali do własnych kolumn…

Błędy i stracone szanse
A gdyby wszystko potoczyło się inaczej? Opowiem ci o błędzie Zełenskiego. Rosja miała genialną szansę „zjeść” Ukrainę bez rozlewu krwi. Pierwszy rząd Zełenskiego chciał „spojrzeć w oczy” Putinowi. Ukrainę można było po prostu kupić: inwestować w wspólne projekty, dawać granty naszym studentom na naukę w Petersburgu czy Moskwie. Mogli wchłonąć nasze przedsiębiorstwa, wykupić je. Gdyby budowali tutaj luksusowe szpitale czy domy kultury — ludzie by na to poszli, bo szybko puszczamy urazy w niepamięć. Ale Putin chciał wszystkiego w trzy dni i przez krew. To był jego największy błąd. Zełenski na początku był gotowy na dialog, pamiętacie? „Trzeba po prostu przestać strzelać”. Mogliby nawet zrobić wspólne mistrzostwa... Ale wybrali drogę terroru.
Obecny prezydent... Trump nie bez powodu nazwał Zełenskiego „najlepszym handlowcem świata”. I to prawda. Spójrzcie, jakie miliardy pozyskuje. Bardzo się zmienił. Człowiek, którego widziałem przed sobą dawniej, i ten, który jest teraz w Biurze — to dwie różne osoby. Strasznie się postarzał. To zmęczenie, wycieńczenie...

Czy on naprawdę płacze? Jest emocjonalnym człowiekiem. Ale nie zapominajcie, że jest aktorem. Cały jego wizerunek, te orędzia — to idealnie skonstruowany produkt. Czasem myślę: kto jest teraz głównym producentem? Dawniej znaliśmy nazwiska, teraz wszystko jest ukryte.
Front i „garażowa” produkcja rakiet
W tym roku wojna się nie skończy, to 100%. I w następnym też nie. Głównym problemem na froncie jest teraz brak ludzi. Technologie są. Drony są. Pomysły są. Ale ludzi — coraz mniej.
Oburza mnie odraczanie służby (rezerwacja) dla artystów czy części prasy. Dziennikarze powinni pracować w najgorętszych punktach, a nie być lojalnymi wobec władzy na tyłach dzięki „rezerwacji”.
Co do uzbrojenia — mam świetne relacje z firmą Firepoint. Był skandal, gdy pokazałem ich pierwszy projekt (być może dron „Flamingo”) i rozeszło się to po świecie. Niektórzy pisali, że tam „przyleciało”, ale to wszystko plotki dla wrogów.
Widziałem, jak pracują. Byłem w Palestynie, widziałem, jak Hezbollah i Hamas składają rakiety z rur kanalizacyjnych. Biorą rurę, silnik, ładunek wybuchowy — i to leci. Celność jest niska, ale gdy leci ich setka, Izraelowi trudno zestrzelić wszystko.
U nas schemat jest teraz podobny, ale bardziej technologiczny. Biorą bombę lotniczą FAB-1000 (1000 kg), zdejmują usterzenie ogonowe, montują w rurze z karbonu lub plastiku. Silnik biorą z wycofanych samolotów L-39 (szkolno-treningowych). Silnik jest stary, ale musi przepracować zaledwie 3-5 godzin. System naprowadzania jest prosty, jak w dronach FPV.

Powstaje ogromna, 12-metrowa konstrukcja. Jest tania — jeśli państwowy dron kosztuje 200 tysięcy, to ten „garażowy” około 60 tysięcy. Są zestrzeliwane, bo są duże, ale kiedy jest ich wiele, przełamują obronę przeciwlotniczą i robią swoje. To jest właśnie „model izraelski” — zasypać przeciwnika ilością i taniością.
Szkoda tylko, że nasz „Piwdenszmasz” i inne giganty tak i nie wypuściły balistyki typu „Grom-2”, podczas gdy prywatne firmy, jak Firepoint, już składają drony dalekosiężne o zasięgu 1400 km. Teraz przechodzą już do balistyki — modeli FP-7 i FP-9. FP-7 już zaczyna latać, a latem, myślę, wejdzie do seryjnej produkcji. To jest coś, co realnie może zmienić reguły gry.
Portret psychologiczny dyktatora
Po tamtej stronie mamy do czynienia z szaleńcem opętanym historią. Fotografowałem Putina wielokrotnie, widziałem go z bliska. Jemu nie chodzi o pieniądze. Jak mówi Trump, „big deal” — zarabianie miliardów — go nie interesuje. Miliardy i tak już ma. Jemu chodzi o siłę i strach przed jej utratą.
To psychologia, a nie polityka. W czym tkwi jego problem? W wieku. Ma już ponad siedemdziesiąt lat. A obok — młoda kobieta, mistrzyni olimpijska. Gorąca, ambitna. On musi udowadniać, że wciąż jest „liderem”, że jest samcem.
Wspomnijcie Sobczaka — człowieka, za którym niegdyś nosił teczkę. Sobczak zmarł w hotelu, mówią, że serce nie wytrzymało młodej kochanki. Kompleks go dopadł. A ten ma swój własny kompleks — chce udowodnić swoją siłę całemu światu. A jak to zrobić, gdy się starzejesz? Tylko krwią. Cały świat u twoich stóp poprzez ból i strach. To czysty machismo, prymitywny i przerażający.
Czy on jest prawdziwy? Kiedy jeździłem do Rosji, miejscowi stale szeptali mi, że dawno go podmieniono, że to sobowtóry. Fotografowałem go na wielkich forach — różnic rzucających się w oczy nie widziałem. Na zdjęciach w sieci — owszem, bywają dziwne momenty, ale w moim obiektywie zawsze był tą samą osobą. Chorym na własną wielkość.
Nuklearna cisza i instynkt przetrwania
Putin to osobna historia, po nim można spodziewać się wszystkiego. Jutro może nacisnąć „atomowy guzik”, a my tutaj... zaadaptowaliśmy się. Przywykliśmy żyć pod mieczem Damoklesa. To obłęd. Przecież sam powiedział: „Po co nam świat bez Rosji?”. A w rzeczywistości myśli: „Po co mi Rosja bez mnie?”. Nie zatrzyma się, jeśli poczuje koniec. A Zachód... Zachód może to po prostu przełknąć.
Czy zaczęła się III wojna światowa? Widziałem wiele wojen, ale mam nadzieję, że wciąż jesteśmy na progu. Ona „gra”, już dyszy nam na plecach, ale wielki wybuch wciąż można odsunąć. Choć patrząc na to, kto stoi u steru na Kremlu, nadzieja ta jest bardzo krucha.

Kiedy wybory staną się szokiem, a prywatność — iluzją
Zełenski zrobił wiele, to prawda. Ale są rzeczy, o których teraz się milczy i ja też nie chcę ich jeszcze wyjawiać. Załużny mówił: gdybyśmy wprowadzili stan wojenny choćby dwa miesiące przed pełnoskalową inwazją — Rosjanie by nie weszli. Gdyby nie Załużny, wszystko byłoby znacznie gorzej.
Żyjemy teraz w stanie wymuszonej ciszy. Nie wolno poruszać pewnych tematów, bo Rosja tylko czeka na nasz wewnętrzny kolaps, na masowe protesty. Ale uwierzcie mi: kiedy zacznie się rozejm i przyjdą wybory — wypłyną tak straszne fakty, że obywatelom włosy staną dęba. Wszyscy będziemy w szoku po tym, czego się dowiemy.
«Kiedy zaczną się wybory, wypłyną tak straszne rzeczy, że wszyscy będziemy w głębokim szoku».
fotoreporter Associated Press
Jeśli pytać, z kim pracowało się najłatwiej — to ze wszystkimi przed Poroszenką. Od niego zaczęła się era rzeczników prasowych, którzy budują mur między politykiem a dziennikarzem. Julia Mendel mnie szanowała, nawet materiał o mnie kręciła, ale kiedyś napisałem krytyczny post. Dzwoni, a ja jej prosto z mostu: „Wiesz, Jula, myślałem, że gorszego rzecznika niż ten u Poroszenki nie ma. Myliłem się”.
Najpierw się śmiała, a potem do niej dotarło i zaczęła płakać mi do słuchawki: „On ma przecież życie prywatne! Wchodzicie tam!”. A ja mówię — zapomnijcie. Prezydent nie ma nic prywatnego. Jest osobą publiczną, należy do kraju. Kropka.
O tych, o których zapomniano, i o „chronionych” szczurach
Nie mam w sobie optymizmu. Nie widzę programów, które działałyby perspektywicznie. Pierwsza bieda to młodzież i edukacja. Mamy teraz tyle dzieci, które straciły rodziców. I co? Jaki jest program ich rozwoju? Rozepchną ich po krewnych?
Trzeba tworzyć dla nich specjalne uczelnie, najlepsze licea wojskowe. Oni mają w sobie ten żar — chęć zemsty. Dajcie im wykształcenie, dajcie im przyszłość w armii. Ale ja tego nie widzę. Za to co widzę? Odraczają służbę dziennikarzom!
Słuchajcie, dziennikarzy trzeba posłać na front, a na ich miejsca postawić rannych chłopaków, którzy przeszli rehabilitację. Ich nie trzeba chronić przed poborem, oni mają patriotyczne zrozumienie sytuacji we krwi. I uwierz mi, jako dziennikarze nie będą gorsi. Wręcz przeciwnie, nie będą „psami” władzy. Bo jeśli władza cię „zarezerwowała”, jesteś już jej własnością, jesteś uwiązany. A ci chłopcy stracili kończyny nie po to, żeby potem kłamać.
Wstyd na Majdanie i Michajłowskiej
Fotografuję Majdan przez całe życie. Pierwsze wiece, „rewolucję na granicie”, Pomarańczową, Godności... A teraz? Teraz to smutne miejsce. Myślicie, że to władza postawiła te trybuny z chorągiewkami? Nie, to jedna kobieta robi to za darmo, z własnego entuzjazmu.
Pytałem wysoko postawionych urzędników: „Nie możecie zrobić projektu? Najlepszego na świecie designu świetlnego, zaangażować światowych architektów, artystów?”. Bo teraz tam śnieg, deszcz, ludzie wtykają nowe chorągiewki, stare i wyblakłe wyrzucają. Wygląda to jak jednorazowa akcja.
Niedawno fotografowałem ścianę przy placu Michajłowskim. Minister spraw zagranicznych Irlandii składał kwiaty. A tam zdjęcia w ramkach leżą już po prostu na ziemi. Ludzie, czy wyście powariowali?! Było mi wstyd. Fotografowałem ministra Luksemburga, patrzył na te zdjęcia, które od słońca stały się całkiem białe, nic nie widać. Płakał. A mi było wstyd.

Czy władza nie ma pieniędzy? Nawet nie o to chodzi — ludzie dadzą, świat da, tylko ogłoście projekt memorium! Zróbcie to na wieki! Zburzcie hotel „Ukraina”, on stoi na krwi, postawcie tam świątynię na tysiąc lat, żeby nie było wstydu. A oni co? Oni chcą hotel sprzedać. Sprzedać Majdan pod hotel...
(Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony Efrema Łukackiego na Facebooku)
„I pośród tego wszystkiego pozostaje uczucie: stoisz obok historii, ale ona nigdy nie stanie się taka, jak ją opiszą” (Efrem Łukacki).