Niedawno poseł Mykyta Poturaev, który to nagle zrzeka się mandatu, to znów wraca do grona parlamentarzystów, stwierdził, że z powodu ciągłych niepokojów i zagrożenia ostrzałem w Kijowie Rada Najwyższa nie może normalnie funkcjonować. Według posła, czasami podczas sesji roboczej posłowie zdążają z trudem uchwalić tylko jedną ustawę – spośród wszystkich, które planowali rozpatrzyć w czasie pracy. Być może należałoby rozważyć przeniesienie prac Rady Najwyższej do jakiegoś „bezpiecznego miejsca” – zauważa Poturajew.
Ale na ile organizacyjnie i technicznie możliwe jest szybkie przeniesienie prac całej Rady Najwyższej w inne miejsce? Czy nie wpłynie to negatywnie na proces stanowienia prawa — czyniąc go jeszcze bardziej nieefektywnym niż obecnie? Serwis UA.News wspólnie przeanalizował tę kwestię.
„Parlament nie może tak funkcjonować”: co mówi Poturajew
Według posła, we wtorek, 19 sierpnia, kiedy po przerwie posłowie zebrali się w sali obrad, pojawił się poważny problem: z powodu ciągłych alarmów nie można było przeprowadzać głosowań. W ostatnim czasie w Kijowie rzeczywiście znacznie wzrosła liczba alarmów powietrznych – podobnie jak ostrzałów – przez co czasami zagrożenie rakietowe i/lub związane z dronami ogłasza się dosłownie dziesięć razy dziennie. Zgodnie z przepisami i protokołami posłowie w takiej sytuacji muszą natychmiast przerwać posiedzenie i udać się do schronu. Co oczywiście uniemożliwia wykonanie jakichkolwiek zaplanowanych zadań.
„Udało nam się uchwalić zaledwie jedną ustawę. Kolejną prawie uchwaliliśmy, ale mimo to byliśmy zmuszeni głosować nad nią dziś rano. Parlament nie może tak funkcjonować. Jeśli zagrożenie ostrzałem będzie stałe, po prostu zostanie sparaliżowany” – jest przekonany Poturaev.
Zdaniem posła istnieje pewna alternatywa: prowadzenie posiedzeń w „bezpiecznym miejscu”. Czym dokładnie jest to miejsce, poseł nie zdradza z oczywistych powodów. Zaznacza jednak, że wszyscy inni koledzy w parlamencie doskonale znają tę lokalizację i że rozmawiano o niej już 24 lutego 2022 roku, kiedy rozpoczęła się wojna.
„Nie będę go (tajnego miejsca – red.) wymieniać, ale pozwala ono na prowadzenie posiedzeń. Można tam zabierać głos, dyskutować. Trudno będzie jednak przeprowadzać głosowania, ponieważ nie ma systemu „Rada-3”… Niemniej jednak jest to jedna z opcji. Innym rozwiązaniem jest powrót do formatu z marca–maja 2022 r., kiedy to posłowie wchodzili na salę, pracowali do pół godziny, ale w tym czasie zdawali się uchwalić 20, a czasem nawet więcej ustaw. W jaki sposób to osiągnięto? Codziennie przed posiedzeniami na platformie ZOOM obradowała Rada Koordynacyjna. Czasami obradowała nawet po 5–6 godzin… Ale dochodzili do takiego konsensusu i decyzji, że wszystkie frakcje i grupy zgadzały się poprzeć uzgodnioną wersję projektu ustawy… Tempo było takie: jedna–dwie minuty – jedna ustawa”, – oświadczył poseł.
Bunkier, Lwów czy zagranica: gdzie można przenieść Radę Najwyższą
Kiedy słyszymy zwrot „przenieść Radę Najwyższą”, wyobraźnia natychmiast maluje epicki obraz: kolumna autobusów z posłami, ciężarówki z tonami papierów z poprawkami oraz zasmucony pracownik aparatu, ciągnący za sobą serwer z systemem „Rada”. W rzeczywistości kwestia ta jest znacznie bardziej złożona i rozległa niż tylko wybór nowego miejsca na posiedzenia.
Organizacyjne przeniesienie Rady Najwyższej to nie tylko znalezienie dużej sali z krzesłami. Musi to być obiekt z potężnym i głębokim schronem. Ale tu pojawia się paradoks. Jeśli mówimy o jakimś hipotetycznym Lwowie czy innym mieście na zachodzie Ukrainy, trzeba szczerze przyznać: te same rakiety balistyczne docierają tam bardzo szybko. Oczywiście czas lotu jest dłuższy niż do Kijowa, ale gdy jesteś posłem, który spokojnie drzemie podczas posiedzenia, różnica między jedną a kilkoma minutami czasu lotu nie jest aż tak zasadnicza – przebudzenie się na dźwięk syreny jest i tak nieprzyjemne.
Logicznie nasuwa się więc myśl: a może w ogóle przenieść Radę za granicę? Ale to już wyglądałoby na kpinę z samej idei państwowości.
Wyobraźmy sobie ukraiński parlament obradujący gdzieś w Warszawie czy Berlinie. To nie tylko kolosalne wydatki na logistykę, zakwaterowanie i utrzymanie tysięcy osób (a aparat Rady Najwyższej to wielotysięczna armia urzędników, prawników i asystentów), ale także przerażający symbolizm. Państwo, które przenosi władzę ustawodawczą poza własne granice, faktycznie przyznaje się do niemożności ochrony nawet garstki ludzi w centrum stolicy. Dlatego raczej nie zgodzi się na to Rada Najwyższa, bo to już wygląda na absurd.
Warto jednak wspomnieć, że rozmowy o przeniesieniu władzy na Zachodnią Ukrainę nie są niczym nowym. Już w 2022 roku ambasador Wielkiej Brytanii na Ukrainie Melinda Simmons oraz inni zachodni dyplomaci wspominali, że w przeddzień oraz w pierwszych dniach inwazji zagraniczne rządy usilnie proponowały ukraińskim władzom plan ewakuacji ze stolicy na zachodnią Ukrainę (w szczególności do Lwowa) lub wręcz za granicę, aby zapewnić ciągłość sprawowania władzy. Były ambasador USA na Ukrainie John Herbst oraz pełniący wówczas funkcje amerykańscy dyplomaci również publicznie komentowali, że Stany Zjednoczone oferowały pomoc w ewakuacji Wołodymyra Zełenskiego i parlamentu, ponieważ uważały, że Kijów może szybko paść, a Rada powinna obradować w bezpiecznym miejscu na zachodzie Ukrainy lub nawet dalej. To znaczy, że rzeczywiście o tym była mowa.
Jeśli jednak odrzucimy fantastyczne scenariusze, to najbardziej prawdopodobnym i racjonalnym wariantem (na który, nawiasem mówiąc, wyraźnie wskazuje sam Poturaev) nie jest ucieczka poza miasto, lecz ucieczka pod miasto. Nie jest tajemnicą, że w Kijowie już od czasów radzieckich istnieje rozgałęziona sieć podziemnych bunkrów i specjalnych obiektów, zbudowanych na wypadek wojny nuklearnej. Stolica stoi na tak rozległej sieci podziemnych korytarzy, że można by tam schować co najmniej dziesięć Rad Najwyższych. Zatem z czysto fizycznego punktu widzenia przeniesienie prac parlamentu gdzieś pod ziemię w stolicy lub gdzieś w jej pobliżu, jak to się mówi, „bez odchodzenia od kasy”, jest całkowicie możliwe. Eliminuje to kwestie logistyki, transportu oraz konieczności przewożenia posłów na koszt państwa przez pół kraju.

Czy potencjalna przeprowadzka wpłynie na proces stanowienia prawa
A teraz główne pytanie: co stanie się z ustawami? Czy ten proces przeniesienia parlamentu nie zniweczy i tak już otwarcie wątpliwej jakości działalności ustawodawczej?
W „próżni” istnieją całkiem uzasadnione obawy, że jeśli zacznie się przenosić całą Radę Najwyższą (a to nie tylko 392 posłów, którzy obecnie tam zasiadają, ale także tysiące pracowników aparatu), może dojść do tego samego „chaosu” w pracy w krytycznym dla kraju momencie. Jednak takie obawy mogą pojawić się właśnie tylko w „próżni” – to znaczy, na przykład, u osoby, która nigdy nie obserwowała pracy obecnej kadencji.
Ponieważ w rzeczywistości obecna kadencja Rady jest tak amorficzna i tak pozbawiona jakiejkolwiek fundamentalnej użyteczności, że niezależnie od tego, czy działa, czy nie — najprawdopodobniej nikt by tego nawet nie zauważył (poza być może ekspertami z danej dziedziny). No cóż, kilka posiedzeń plenarnych się nie odbędzie, no nie zdążą wirtualnie zmienić nazw jeszcze pięciu wsi na terytorium okupowanym, nie uchwalą kolejnego projektu ustawy o integracji europejskiej ani nie wprowadzą nowych podatków dla i tak ledwo funkcjonującego po rosyjskich atakach biznesu i zubożałej ludności. No i co z tego? Wszystkim z tego wyniknie tylko korzyść. Bo biorąc pod uwagę niektóre ustawy, które uchwala Rada – być może lepiej byłoby, gdyby w ogóle nie działała, niż działała w ten sposób.
To wszystko jest oczywiście sarkazmem zrodzonym z ogólnego ukraińskiego absurdu politycznego. Jeśli jednak odrzucimy ten sarkazm i porozmawiamy na poważnie, to technicznie przeniesienie Rady do hipotetycznego rządowego bunkra pod Kijowem to zadanie na maksymalnie kilka dni. Nie wywołałoby to żadnego chaosu. A biorąc pod uwagę fakt, że przez cały sierpień (!) posłowie mieli aż trzy (!!) dni robocze w sali obrad – tym bardziej.
W końcu żyjemy w XXI wieku. W formacie online można organizować posiedzenia rad uzgadniających, zebrania komisji, zebrania frakcji i ogólnie całą pracę administracyjną – i tak, nawiasem mówiąc, zaczęto to robić już w czasach pandemii. Absolutnie nie ma potrzeby gromadzenia tysięcy ludzi w jednej fizycznej przestrzeni tylko po to, by po prostu spojrzeli na siebie. A do głosowania w wyjątkowych okolicznościach można przecież wykorzystać nawet zwykłe podniesienie rąk. Tak, wygląda to jak powrót do epoki kamienia łupanego po cyfrowym systemie „Rada-3”, ale w sytuacjach nadzwyczajnych jest to również możliwe. Najważniejsze, żeby posłowie nie pomylili, którą ręką podnosić „za”, a którą „przeciw”. Chociaż biorąc pod uwagę jakość ich decyzji, wydaje się, że nie ma żadnej różnicy.

Opinia eksperta
Politolog, dyrektor Centrum Stosowanych Badań Politycznych „Penta” Włodzimierz Fesenko uważa pomysł Poturajewa za dość konstruktywny, mimo wszystko.
„Odpowiedź na pytanie, gdzie w razie potrzeby można przenieść obrady Rady Najwyższej, jest znana od 2022 roku. Kiedy wojna dopiero się zaczynała – cokolwiek by o tym nie mówiono – przygotowywano się do niej. Nie w wystarczającym stopniu, nie w pełni, ale przygotowywano się. Już wtedy istniały pewne plany na wypadek siły wyższej. Dyskutowano, gdzie Rada Najwyższa powinna pracować w razie ostrzałów i tego typu sytuacji. Już wtedy, w 2022 roku, istniał plan: rezerwowym miejscem miał być „Muzeum Wojny” na wzgórzach Pecherskich. Znajduje się tam duża, przestronna sala i planowano właśnie to pomieszczenie wykorzystać. Myślę, że właśnie to miał na myśli poseł Mykyta Poturaiev. Ponieważ pomieszczenie to nie znajduje się na powierzchni i można tam w pełni zapewnić bezpieczeństwo. Pod względem organizacyjnym wszystko to jest możliwe. Uważam też, że obecnie, biorąc pod uwagę sytuację bezpieczeństwa, ma to sens i należy rozważyć taki wariant. Nie wystarczy jednak tylko o tym mówić, trzeba wszystko przygotować pod względem technicznym i zorganizować. I trzeba o tym myśleć już teraz” – jest przekonany Wołodymyr Fesenko.

Podsumowując, pomysł przeniesienia Rady Najwyższej w bezpieczne miejsce nie jest w rzeczywistości zbyt aktualny. Po pierwsze, dzielnica rządowa uchodzi za niemal najbezpieczniejsze i najlepiej chronione miejsce w kraju. Po drugie, fizyczne ukrycie posłów pod ziemią w Kijowie jest dziecinnie proste, a techniczne zorganizowanie pracy online — jeszcze łatwiejsze.
Problem nie polega na tym, gdzie obraduje parlament, ale na tym, jak funkcjonuje. Jeśli w bunkrze zgromadzi się grupa ludzi, którzy z różnych powodów nie są w stanie uchwalić dobrych ustaw w ładnym pomieszczeniu z wygodnymi fotelami, to w bunkrze również nic się nie zmieni. Dlatego odpowiedź na pytanie „czy przeniesienie wpłynie na proces stanowienia prawa?” jest bardzo prosta: aby coś zepsuć, musi to najpierw działać. Przeniesienie Rady do bezpiecznego podziemia jest całkowicie realne, ale nie należy oczekiwać, że zmiana scenerii w jakiś sposób zmieni treść przedstawień.
Czytaj nas na Telegram i Sends