$ 43.31 € 51.05 zł 12.09
-6° Kijów -4° Warszawa +14° Waszyngton
Politycznie niepopularna decyzja: Dlaczego Serhij Flash nalega na ograniczenie sprzedaży kart SIM w czasie wojny

Politycznie niepopularna decyzja: Dlaczego Serhij Flash nalega na ograniczenie sprzedaży kart SIM w czasie wojny

20 lutego 2026 18:46

Wojna to dziś nie tylko artyleria i szturmy. To rywalizacja inżynierów, programistów i tych, którzy szybciej się adaptują. Ukraina poszukuje i wdraża nowe rozwiązania, a wróg je powiela i błyskawicznie skaluje.

Jednym z najniebezpieczniejszych trendów ostatnich miesięcy jest wykorzystywanie przez rosjan sieci LTE do sterowania dronami FPV. Są one dostarczane na nasze tyły przy użyciu skrzydlatych bezzałogowców, a następnie operator w ciągu kilku minut naprowadza uderzenie… za pośrednictwem ukraińskiej karty SIM. Schemat jest prosty i cyniczny.

W swoim blogu Serhij Flash poruszył dość rezonansowy temat — sprzedaż kart SIM na podstawie paszportu. Dla wielu brzmi to jak ograniczenie wolności, jednak on podkreśla: to wojna i dotyczy każdego.

„Dziś każdy ‘czekający’ (zwolennik rosji) może bez przeszkód kupić 3000 kart SIM i wysłać je do rosji, gdzie zostaną wykorzystane do sterowania dronami zabijającymi naszych ludzi”.

O innowacyjnych technologiach w „Szachedach” i wojnie przyszłości dziennikarze UA.News rozmawiali ze specjalistą w dziedzinie elektroniki wojskowej, doradcą ministra obrony Serhijem Beskrestnowem (Flash). Poniżej — jego wypowiedź.

Sprzedaż kart SIM na podstawie paszportu
 

Technicznie wdrożenie tego nie jest bardzo trudne, ale jest to bardziej kwestia polityczna. Nie jestem pewien, czy deputowani nas poprą, ponieważ to niepopularny krok. Jednak jeśli nie znajdziemy innego wyjścia, obawiam się, że będzie to konieczne.

Nie chodzi o weryfikację całej aktywnej bazy — nie trzeba zmuszać wszystkich babć i dziadków do stania w kolejkach. Mówimy wyłącznie o nowych kartach SIM i tylko na okres stanu wojennego. Jest to potrzebne, aby wróg nie mógł kupować ich w ogromnych ilościach.

W rosji karty SIM od wielu lat sprzedawane są na paszport, ale to nie przeszkadza nam — w razie potrzeby — zdobywać je przez przestępców lub lokalnych pośredników. U nas sytuacja jest bardziej skomplikowana: około jedna trzecia kraju de iure to nasi obywatele (Krym, ORDŁO), mają nasze paszporty i wszystkie prawa. Mogą przyjść do dowolnego dilera i kupić kartę SIM, lecz nie zawsze rozumiemy, kim są i gdzie faktycznie mieszkają. To duża nisza dla dywersantów.

Obecnie każdy „czekający” może kupić trzy tysiące kart SIM i bez problemu wysłać je do rosji w ciągu jednego dnia. Jeśli zostanie wprowadzony limit na paszport, zmusi to ich przynajmniej do szukania ludzi do masowych zakupów.

W przyszłym tygodniu odbędzie się duże spotkanie z operatorami. Chcemy zmienić podejście: to nie my powinniśmy proponować im rozwiązania, lecz oni — jako specjaliści — powinni przedstawić nam propozycje.

Rozważane są różne scenariusze. Na przykład:

  • Jeśli ktoś kupuje kartę SIM do zwykłego telefonu bez transmisji danych — rejestracja nie jest potrzebna.
     
  • Jeśli wymagany jest dostęp do LTE — rejestracja staje się obowiązkowa.
     

Celowo opublikowałem ten post, aby przeanalizować reakcję społeczności. Widzę, że ludzie są nastawieni pozytywnie. Rozumieją, że to potrzebne do obrony kraju, a nie dla czyjegoś biznesu. Problem polega na tym, że karta SIM to nie „Szached” — nie widzimy jej prędkości ani trajektorii, dla systemu wygląda jak zwykły obywatel Ukrainy.

Obrona przeciwlotnicza i „warstwowa” obrona
 

Obecnie procent zestrzeleń „Szachedów” jest bardzo wysoki. Udział dronów-przechwytujących stale rośnie — ostatnio było to około 30%. To nie lotnictwo i nie mobilne grupy — to praca chłopaków z dronami w całym kraju. Myślę, że ten wskaźnik będzie tylko wzrastał.

Oczekujemy wielu zmian po nowym zastępcy dowódcy Sił Powietrznych, Jelizarowie („Łazar”). Ma on duże doświadczenie biznesowe i wdraża nowe podejścia do ochrony nieba.

Moim osobistym zdaniem „Szachedy” w ogóle nie powinny dolatywać do miast. Powinniśmy zbudować warstwowy system obrony wzdłuż granic. Pojawienie się drona w pobliżu Kijowa powinno być uznawane za sytuację nadzwyczajną. Będziemy starali się zbudować taką ochronę jak „mur” z „Władcy Pierścieni” — granicę, której wrogie bezzałogowce nie będą w stanie przekroczyć z żadnej strony Ukrainy.

Deep strike i taktyka „puchu i gałęzi”
 

Nie wolno jednak lekceważyć wroga. To poważny przeciwnik, który nieustannie rzuca nam wyzwanie. Na razie — powiem szczerze — poruszamy się trochę po omacku. Jednym z moich zadań jest nie tylko podążać za przeciwnikiem, lecz działać o krok przed nim. Bo dopóki będziemy w roli tych, którzy doganiają, niczego dobrego nie osiągniemy.

Jednym z kluczowych kierunków działań wroga są „deep strike’i” (głębokie uderzenia). Jeśli my mamy bardzo wiele takich środków i są one zróżnicowane, rosjanie wybrali inne podejście. Skoncentrowali się na kilku modelach: „Szached” oraz BM-35 (zwany też „Italmaz”). To aparat z elektronicznym czterocylindrowym silnikiem, o zasięgu do 700 kilometrów i głowicy bojowej do 27 kilogramów.

Na froncie zamykają segment tanim dronem „Mołnia”. To ten sam groszowy bezzałogowiec. Tutaj niestety nas wyprzedzili. Logika wroga jest bardzo prosta — nie trzeba używać drogich dronów uderzeniowych za setki tysięcy dolarów tam, gdzie można zbudować wiele aparatów „z puchu i gałęzi”, które będą latać i wyrządzać realne szkody. Dlatego wszystkie ich rozwiązania krążą wokół bazowego modelu, który próbują dalej rozwijać: sterowanie „Szachedem” online, zrzuty z niego „superamunicji”, instalowanie BZK, rakiet, wykorzystanie łączności mesh do rozpoznania. Obecnie rosjanie po raz pierwszy zaczęli inwestować w systemy zrzutu z wykorzystaniem sztucznej inteligencji na „Szachedach” — to dla nas bardzo niebezpieczna technologia.

Operacja „Pajęczyna” i FPV na „Szachedach”
 

Z czego słynie rosja? Z błyskawicznego skalowania skutecznych rozwiązań, często kopiując nasze doświadczenia. Na przykład FPV sterowane przez LTE — to była nasza operacja „Pajęczyna”, którą przeprowadziliśmy na ich terytorium. Dokładnie jeden do jednego. Pokazaliśmy im, że to możliwe i skuteczne, oni odczuli to na własnej skórze i zaczęli wdrażać u siebie.

Teraz mamy problem: w najbliższym czasie na każdym „Szachedzie”, który wleci w nasz tył, mogą znajdować się po dwa drony FPV. Tam nikt ich nie oczekuje, „Szachedy” przechwytują nasze wysokiej jakości LTE i w ciągu kilku minut uderzają w obiekt infrastruktury albo prowadzą rozpoznanie. Te same FPV montują także na „Mołniach” i „Gerberach”. To wyzwanie, które pojawiło się przed nami całkiem niedawno.

Sztuczna inteligencja i dron V2U
 

Przyszłość należy do sztucznej inteligencji. Na Zachodzie obecnie bardzo modne jest mówienie o „rozwiązaniach rojowych”. Ale 10 dronów lecących obok siebie to jeszcze nie rój. Prawdziwy rój działa jak „rodzina”, w której drony komunikują się między sobą i podejmują rozproszone decyzje — z „matką” albo samodzielnie.

Od roku rosjanie testują drona V2U, zbudowanego w całości na bazie sieci neuronowej YOLOv5u oraz mikrokomputera Jetson Nano. Ten bezzałogowiec potrafi rozróżniać cele. Rozumie, gdzie znajduje się pojazd wojskowy, grupa żołnierzy, magazyn, stacja radiolokacyjna (radar), lokomotywa czy parowóz. W praktyce dron ten jest odporny na działanie walki radioelektronicznej (REW). Przypomina to „Strażniczego ptaka” Roberta Sheckleya: wypuszczamy autonomiczny aparat, którym nikt nie steruje, bez nawigacji satelitarnej i kanałów łączności — nie da się go zakłócić. Potrafi odnaleźć linię kolejową, lecieć wzdłuż niej, wykryć lokomotywę i ją zaatakować.

Takie precedensy już miały miejsce: drony leciały atakować infrastrukturę, ale „zobaczyły” w dole skupisko ludzi i pojazdów w pobliżu oddziału „Nowej Poczty”, a sieć neuronowa natychmiast zmieniła priorytet celu i zaatakowała ludzi. To nie fantastyka — to dzieje się teraz.

Koncepcja „ptasiego klina”
 

W dronach V2U zastosowano bardzo interesujący element realnego rozwiązania, podpatrzony u ptaków. Gdy ptaki lecą w kluczu (na przykład do ciepłych krajów), obserwują się wzajemnie „dolnym wzrokiem”. Wróg wykorzystuje formacje po 8–10 dronów. Lecą w kluczu na różnych wysokościach. Na skrzydłach mają oznaczenia: koło, czerwony kwadrat, trójkąt. I stale utrzymują się wzajemnie w polu widzenia. Jeśli któryś dron wypada (zestrzelony przez nasz dron przeciwlotniczy lub ręczny zestaw przeciwlotniczy), pozostałe rozumieją, że nastąpił atak „drapieżnego ptaka”, wykonują manewr rojowego uniku — rozlatują się w różne strony, a po około kilometrze ponownie zbierają się w klucz. Oto przykład innowacyjnej technologii, która już funkcjonuje.

Dalej to doświadczenie zostanie przeniesione na drony uderzeniowe, „deep strike’i”, „Szachedy”. Dlaczego są do tego zmuszeni? Bo prędzej czy później systemy REW zamkną praktycznie całe terytorium Ukrainy — tak samo jak i Rosji. Będzie trzeba szukać innych sposobów nawigacji i ataku. Dron V2U jest właśnie takim aparatem.

Uczniowie z kontrolerami
 

Czego powinniśmy się spodziewać w przyszłości? Nastąpi wyraźne przesunięcie w stronę zdalnego sterowania. Rosyjscy uczniowie z dobrą motoryką i zapałem będą siedzieć w domach i zdalnie sterować dronami. Na froncie pozostanie piechota — Buriaci i inni, których jeszcze mają — będą jedynie dostarczać drony w pobliże linii frontu. Przejmowanie kontroli będzie odbywać się zdalnie. W państwie naszego wroga jest to już program państwowy. Nauczanie „Technological Warfare” zostało włączone do programu klas 8–9, a bezzałogowce są omawiane niemal we wszystkich szkołach federacji rosyjskiej. Podręczniki są dobrze przemyślane. Powiem, że my również skutecznie działamy w tym kierunku. Wiecie, mamy udany projekt sterowania dronami-bombowcami, kiedy ludzie znajdujący się tysiące kilometrów dalej, w innych miastach, zadają wrogowi nieodwracalne straty.

O uderzeniach w zakłady produkcyjne
 

Cyberbezpieczeństwo to dziś kwestia przetrwania naszych mocy produkcyjnych. Zdarzały się przypadki, gdy w wyniku wycieku informacji wróg poznawał współrzędne i zakład był niszczony. To ogromna strata. Nie nagłaśniamy takich rzeczy, ale straty ponosimy stale: przeciwnik odnajduje nasze hale produkcyjne i przeprowadza uderzenia.

Dzięki Bogu staramy się minimalizować straty — na przykład z wyprzedzeniem wywozimy sprzęt. Jednak ataki są ciągłe. Przeciwnik włamuje się do systemów kamer monitoringu, przenika do sieci i dosłownie „zagląda” do wnętrza zakładów. To realna wojna, która toczy się właśnie teraz. Ukrycie przedsiębiorstwa, w którym pracują tysiące ludzi, jest bardzo trudne. Wyobraźcie sobie zakład, w którym 10 tysięcy osób montuje drony w ogromnych partiach — wróg nieustannie na to poluje, bada lokalizacje i atakuje. Regularnie pojawiają się problemy z atakami na kluczowe przedsiębiorstwa Ukroboronpromu. Jeśli nie nauczymy się chronić naszych ludzi i naszych zakładów, również poprzez cyberbezpieczeństwo, będzie nam bardzo trudno.

Czytaj nas na Telegram i Sends