„Dobrze mi się pracuje z ludźmi, którzy są trochę szaleni”: party maker Asta Tamazian — o organizacji prywatnych imprez na całym świecie i kluczowych trendach w branży eventowej
29 lipca 2026 13:49Z jakimi zapytaniami do agencji eventowych najczęściej zwracają się dziś klienci? Gdzie w Europie znajdują się najpopularniejsze miejsca do organizacji imprez? Dlaczego prywatność to luksus i na czym polega filozofia współczesnego „party makera” w 2026 roku? Jakie są główne trendy w tym biznesie i jak wpływa na niego sytuacja w Ukrainie oraz na świecie?
O tym i o wielu innych kwestiach w ekskluzywnym wywiadzie dla UA.News opowiada Asta Tamazian. Poniżej — wypowiedź rozmówczyni.
O sobie i swoim zawodzie
Nazywam się Asta Tamazian, ale wszyscy znają mnie po prostu z imienia — Asta. Pozycjonuję się jako producent kreatywny, creative experience producer. Rozumiem, że brzmi to bardzo patetycznie, dlatego lubię nazywać siebie po prostu „party makerem”. Moim profilem jest tworzenie niezwykłych imprez i przyjęć.
Mam bogate doświadczenie we współpracy z innymi biurami eventowymi i wcześniej często pracowałam w partnerstwie z innymi kolegami z branży. Teraz jednak doszłam do stworzenia własnej marki, własnego creative production, który nazywa się Made by Asta. Jest to autorski creative production prywatnych imprez. Jego sednem nie jest po prostu organizowanie świąt, ale tworzenie światów i wrażeń, których goście doświadczają podczas tych wydarzeń. Imprez, których nie da się zapomnieć.
Filozofia mojego creative production jest dość prosta: nie chcę robić po prostu ładnych wydarzeń. Zależy mi na tym, aby na kilka godzin stworzyć właśnie inną rzeczywistość, przenieść się w inny wymiar. Zawsze mówimy — not for everyone, „nie dla każdego”. Dlaczego nie dla każdego? Ponieważ to, co robię ja i mój production, to coś szalonego, niezwykłego, ze stuprocentowo pełnym zanurzeniem w temat, pomysł i wizerunek.

Z jakimi zapytaniami najczęściej zwracają się klienci
Najczęściej są to urodziny, imprezy, jakieś ważne osobiste daty. Ale ludzie, zwracając się do mnie, zazwyczaj już wiedzą, że lubię robić rzeczy niezwykłe, nie dla każdego. I nie wystarczy mi po prostu ładne miejsce, dobry artysta i kolacja. Potrzebuję historii, jakiegoś motywu przewodniego. Lubię robić imprezy tematyczne — z charakterem, z własną rzeczywistością. Kiedy możemy wziąć jakąś epokę, wspomnienia danej osoby albo atmosferę jakiegoś filmu czy miasta — cokolwiek — i na kilka godzin dosłownie przeteleportować tam gości.
Dlatego do mnie nie przychodzi się po prostu świętować urodzin. Do mnie przychodzi się po doświadczenie, jakiego wcześniej nie było, po coś niezwykłego. A powód może być dowolny, czasem w ogóle nie jest potrzebny. Dobra historia sama w sobie jest warta imprezy — szczerze tak uważam.
O tym, kogo jest najwięcej wśród klientów
Obecnie główną częścią ludzi, z którymi pracuję, są Ukraińcy mieszkający w różnych zakątkach świata z oczywistych względów. Ale bardzo podoba mi się to, że moje projekty nie są już przywiązane do jednego kraju, że stały się międzynarodowe. Szczerze mówiąc, narodowość nie ma dla mnie absolutnie żadnego znaczenia. Zapewne wynika to z faktu, że całe życie żyję na styku różnych kultur. Jestem Ormianką, która wychowała się w Ukrainie, a obecnie mieszkam w Niemczech. Dlatego trudno mi myśleć granicami jednego kraju czy jednej kultury. Dla mnie znacznie ważniejsza jest spójność pod względem energii, gustu i stopnia twórczego szaleństwa. I ważna jest, oczywiście, stuprocentowe zaufanie klienta. Dlatego mój production to historia bez granic geograficznych czy narodowościowych. Najważniejsze, aby była historia, którą chcemy opowiedzieć.
O trendach i tendencjach w organizacji przyjęć w 2026 roku
Rok 2026 bardzo dobrze pokazuje jedną rzecz: po prostu klasyczne wydarzenie już nie wystarcza. Każdeго dnia widzimy zbyt wiele piękna w mediach społecznościowych. Pięknym obrazkiem trudno już kogoś naprawdę zaskoczyć. Dlatego głównym trendem dla mnie dzisiaj jest emocja i zanurzenie. Aby człowiek przyszedł nie tylko popatrzeć na wydarzenie, ale znalazł się wewnątrz tego wydarzenia. I tutaj szczególnie ciekawa jest praca z „żywą dekoracją”: tak nazywam aktorów, postacie, które wprowadzają człowieka w historię, zanurzają go w temat i zacierają granicę między reżyserią a rzeczywistością. Na przykład, jeśli przenosimy człowieka w określoną epokę, to dla mnie nie wystarczy postawić odpowiednich mebli, włączyć muzyki z tamtych lat, itp. Zawsze chcę, aby na moich wydarzeniach żyli ludzie z tamtej epoki. Żeby ktoś porozmawiał z gościem, żeby obok coś się wydarzyło. I żeby na jakiś czas człowiek naprawdę zapomniał, gdzie się znajduje.
A kontynuując wątek tendencji, kolejną z nich jest, oczywiście, personalizacja. Dawniej można było wziąć jeden event i sprzedać go dziesięciu klientom. Ale przecież o wiele ciekawiej jest wziąć osobiste wspomnienia człowieka, jego dzieciństwo, historię miłosną, ulubiony film, fabułę, książkę, którą uwielbia — i to wszystko przekształcić w wydarzenie. Żeby u gościa pojawiło się poczucie, że tego nie dałoby się zrobić dla nikogo innego. Czyli maksymalna personalizacja. I w ogóle myślę, że stopniowo przechodzimy od pojęcia „event” do pojęcia experience, czyli „doświadczenie”. To właśnie indywidualne podejście ma największą wartość.

Co jest najtrudniejsze w pracy z gośćmi i dlaczego nie ma „trudnych” klientów
W ogóle nie wierzę w pojęcie „trudnego klienta”. Dość szybko orientuję się, czy nadajemy z kimś na tych samych falach, czy nie. Dla mnie najważniejsze w pracy z moimi gośćmi jest zaufanie. Osoba, która do mnie przychodzi, otrzymuje nie tylko organizację. Musi zaufać mojemu gustowi i profesjonalnej wizji. Ale to, oczywiście, nie oznacza, że nie biorę pod uwagę jej życzeń. Wręcz przeciwnie, wszystko zaczyna się od życzeń danej osoby, od jej charakteru. To jest psychologia. Interesuję się gustami klienta, pytam o wspomnienia, rzeczy, które lubi. Ważne jest też, by wiedzieć, czego dany człowiek po prostu nie znosi. A potem, kiedy już dobrze poczuję tę osobę, moim zadaniem jest przełożenie całej tej wiedzy o niej na język wydarzenia.
Ale mimo to wszystko mogę całkowicie spokojnie odmówić realizacji projektu. Ponieważ na przykład klasyczne wesele, nawet z budżetem 10 milionów, z hortensjami, lustrzanymi podłogami, Ricky Martinem — to po prostu nie mój profil. I nie chodzi o to, że taki format jest zły. Przeciwnie, istnieją niezwykle utalentowani organizatorzy wydarzeń, którzy specjalizują się właśnie w takich imprezach. Jednak dla mnie ważne jest, aby był pomysł, odrobina szaleństwa. I możliwość stworzenia innej rzeczywistości. Dlatego dobrze i komfortowo pracuje mi się z ludźmi, którzy w pozytywnym sensie są trochę szaleni. To moi ludzie.
O najtrudniejszym przypadku w pracy, kiedy wszystko udało się uratować w ostatniej chwili
Mogę wielu rozczarować, ponieważ nie mam pięknej historii o tym, jak na pięć minut przed przybyciem gości zawaliła się scena, uciekł artysta, a ja wszystko bohatersko uratowałam. Mam wielką nadzieję, że takie historie się nie pojawią. Oczywiście w każdym dużym projekcie coś może pójść nie po myśli. Uważam jednak, że profesjonalizm zespołu polega właśnie na tym, aby gość nigdy się o tym nie dowiedział i żeby nikt się nie dowiedział. Dla mnie dobry producent to nie ten, kto efektownie „gasi pożary”, ale ten, kto dołożył starań, aby do tych „pożarów” w ogóle nie doszło.

O swoim zespole
Mam „trzon” ludzi, moich partnerów, z którymi pracuję na stałe. Zespół składa się z dyrektora technicznego: to osoba, która zajmuje się, mówiąc umownie, efektami specjalnymi, światłem, dźwiękiem i całym tym ogromnym obszarem pracy. Są, oczywiście, również dekoratorzy. Jest partner, który zajmuje się wyłącznie artystami, absolutnie różnymi: od baletmistrzów i śpiewaków operowych po supergwiazdy ze Stanów Zjednoczonych. Mam stałych partnerów we Francji, w Hiszpanii, we Włoszech i tak dalej. To najlepsze firmy cateringowe w każdym kraju. Są one, rzecz jasna, różne. A także fotografowie, wideografowie itp. Kiedy pracujesz w całej Europie i nie tylko, fizycznie nie możesz wszędzie zabierać ze sobą wszystkich członków zespołu. Potrzebujesz lokalnych partnerów, a ja mam całkiem sporą liczbę takich partnerów.
O budżetach i wydatkach na przyjęcia
Tutaj zamiast kwoty zostawię X. Wyjaśnię dlaczego. Budżety prywatnych wydarzeń to bardzo poufny temat, podobnie jak same wydarzenia. Im wyższy poziom projektu, tym zazwyczaj mniej można o nim opowiadać, aż do podpisania umowy o zachowaniu poufności. Sama niezwykle rzadko publikuję zdjęcia z wydarzeń. I ludzie pytają mnie: a gdzie można zobaczyć pani portfolio? Nigdzie. Ponieważ kiedy ktoś zaprasza mnie do dość osobistej części swojego życia — nie uważam, że jego święto automatycznie staje się moim kontentem.
Dlatego o minimalnym czy maksymalnym budżecie również wolę nie mówić. Mogę powiedzieć tylko jedno: budżet wydarzenia ma swój punkt wejścia, natomiast górna granica w zasadzie nie istnieje. Wszystko jest bardzo indywidualne i zależy od sytuacji. Nie mogę nawet podać punktu wejścia — czy jest to 10, czy 30, czy 300 tysięcy euro. Jest to na tyle indywidualne, na tyle zależy od pomysłu, lokalizacji, liczby gości, zapotrzebowania klienta, że po prostu nie chcę wprowadzać czytelników w błąd.
Prywatność to część luksusu. Nie wszystko, co piękne, musi stawać się kontentem. Niektóre wieczory istnieją tylko dla tych, którzy zostali na nie zaproszeni — jestem o tym przekonana. Jak mawiał wspaniały Oscar Wilde, tajemnica jest istotą romantyzmu. Bądźmy więc odrobinę bardziej romantyczni.

Czy sytuacja ekonomiczna w Ukrainie i Europie wpływa na pracę
Oczywiście, sytuacja ekonomiczna wpływa na wszystkich. Dziwnie byłoby twierdzić inaczej w naszych realiach. Jednak w segmencie, w którym pracuję, dostrzegam raczej nie znikanie budżetów, ale zmianę stosunku do pieniędzy. Ludzie zaczęli znacznie uważniej przyglądać się temu, za co dokładnie płacą i co kupione za te pieniądze w ostatecznym rozrachunku im przyniesie. Jeśli ma być po prostu sympatycznie i ładnie, z pieniędzmi trudno się rozstać. Ale kiedy ludzie rozumieją, że za te pieniądze otrzymują silne emocje, których nie da się zapomnieć, w to inwestują chętnie. Wydaje mi się, że w trudnych czasach pragnienie świętowania tego życia staje się wręcz silniejsze.
O najpopularniejszych i ulubionych lokalizacjach w pracy
Wśród najpopularniejszych kierunków jest Europa. Ona, oczywiście, pozostaje poza konkurencją. Włochy to absolutna klasyka: jezioro Como, Wenecja, Toskania, Wybrzeże Amalfi, Sycylia. Ponieważ samo otoczenie w połowie tworzy już wydarzenie. Te fantastyczne palazzo, niezwykłej urody ogrody, architektura. To bardzo mocno przyciąga. Francja: Prowansja, Lazurowe Wybrzeże, które jest teraz szalenie popularne. Począwszy od ubiegłego roku, na popularności zyskuje również moja ulubiona Normandia. No i oczywiście Paryż — to także miasto całkowicie poza jakąkolwiek konkurencją. Sama uwielbiam Paryż i bardzo lubię realizować swoje pomysły właśnie w nim. Także Hiszpania: bez wątpienia Barcelona, Ibiza, Majorka. Tam jest bardzo kultowo. Teraz pracuję właśnie nad niezwykle ciekawym projektem w Barcelonie. Ponadto, rzecz jasna, zawsze popularne są różnorodne tropikalne wyspy.

A jeśli chodzi o to, gdzie marzyłabym o pracy — to znowu są to nieco szalone pomysły. Jednym z nich jest zorganizowanie eventu w Boliwii, w Ameryce Południowej. Salar de Uyuni. Kiedy po deszczu zamienia się w gigantyczne lustro, horyzont tam praktycznie znika. I po prostu wyobrażam sobie bardzo minimalistyczną konstrukcję pośrodku tej absolutnej przestrzeni. Zachód słońca, światło, muzyka. I tam nie trzeba rywalizować z naturą, trzeba jedynie w odpowiedni sposób w nią zaingerować. Oto moje marzenie. A drugie marzenie to wodospady Iguazú między Brazylią a Argentyną. Po prostu marzę o stworzeniu jakiegoś projektu obok tak niesamowitej potęgi natury, tuż przy wodospadach. I to maksymalnie delikatnie, w formacie, w którym głównym „efektem specjalnym” są same wodospady. Jeszcze jedno, już trzecie marzenie, bardziej realistyczne na dzień dzisiejszy — to jakiś techno-rave w gotyckiej katedrze. Jestem wielką miłośniczką architektury gotyckiej, w ogóle z wykształcenia jestem artystką. I zawsze zachwycają mnie oraz fascynują gotyckie katedry z ich sklepieniami, wielowiekowymi witrażami, monumentalną architekturą.
Bardzo marzę o zorganizowaniu elektronicznego rave’u połączonego z elementami sztuki współczesnej w takim miejscu. Nie będę zdradzać, na jaki dokładnie temat. Jeśli kogoś to zainteresuje — zapraszam. Pomysł polega na tym, aby goście weszli do tej przestrzeni, a po kilku godzinach była ona odczuwana już zupełnie inaczej. Szczerze mówiąc, bardzo fascynują mnie również pustynie, jaskinie, lodowce, opuszczone pałace, stare teatry, wyspy. Chciałabym też zorganizować prywatne wydarzenie na jakiejś bezludnej wyspie, dokąd ludzie docieraliby drogą morską albo przylatywali helikopterami. Oto takie marzenia. Ale tu nie chodzi o to, jak zorganizować 100 imprez w 100 pięknych hotelech na świecie.
Chciałabym pewnego dnia spojrzeć na mapę swoich projektów i zobaczyć na niej miejsca, o które zwykły człowiek przede wszystkim zapytałby: „A tam w ogóle da się zorganizować imprezę?” I właśnie wtedy robi się dla mnie naprawdę ciekawie: a dlaczego by nie?
Czytaj nas na Telegram i Sends