
Dysonans poznawczy w relacjach Kijowa i Waszyngtonu wynika nie tylko z odmiennych obrazów świata, lecz także z różnego rozumienia geopolitycznych procesów dynamicznych.
Część ukraińskiego społeczeństwa szczerze nie rozumie, dlaczego Stany Zjednoczone, kierując się własnym interesem narodowym, są gotowe poświęcać interesy innych krajów. Choć już podstawowa znajomość historii — nawet na poziomie szkolnym — pozwala zrozumieć, że USA robiły tak wielokrotnie, robią to nadal i będą robić w przyszłości.
Największa geopolityczna „porażka” USA po II wojnie światowej to rok 1949 — przegrana Kuomintangu i Czang Kaj-szeka w wojnie domowej w Chinach, co doprowadziło do powstania Chińskiej Republiki Ludowej i oddzielnego Tajwanu. Następnie mamy historię Wietnamu Południowego: porozumienie pokojowe z 1973 roku i upadek reżimu w Sajgonie w 1975. Historia Afganistanu to już czasy współczesne — faktyczna ucieczka z Kabulu i zwycięstwo Talibanu.
Już te przykłady w zupełności wystarczają, by zrozumieć prostą prawdę:
- Nie ma wiecznych sojuszy ze Stanami Zjednoczonymi. Skoro nawet Europa znalazła się w „geopolitycznej samotności”, to co dopiero mówić o innych krajach.
- USA zawsze stawiają swoje interesy narodowe na pierwszym miejscu.
- Relacje ze Stanami Zjednoczonymi muszą być oparte na wzajemnych korzyściach — inaczej będą krótkotrwałe.
Od Amerykanów nie można po prostu brać pieniędzy za darmo — oni zawsze zażądają w zamian jakiejś „usługi”, z której nie da się wycofać. Tymczasem w Ukrainie część społeczeństwa poszła jeszcze dalej — domaga się od Donalda Trumpa, by postawił interesy Ukrainy ponad interesy własnego kraju. To nie tylko pretensja — to pretensja jako żądanie. A wszystko to na tle spekulacji o „51. stanie”. Tyle że Portoryko nie wpływa na kierunek amerykańskiej geopolityki — „ogon nie macha psem”.
Dlatego gdy w Ukrainie ktoś mówi o „51. stanie”, odpowiem krótko: „Strzeżcie się swoich życzeń”. Jak powiedział Henry Kissinger: „Bycie wrogiem Ameryki to śmiertelne zagrożenie, ale bycie jej przyjacielem — jeszcze gorsze”. Aby być przyjacielem USA, trzeba nieustannie utrzymywać relacje na poziomie wzajemnych korzyści. Wystarczy się rozluźnić — i natychmiast traci się status „przyjaciela”.
A jeśli chodzi o Memorandum Budapeszteńskie, to tu znów widać głębokie rozbieżności w postrzeganiu. USA zawsze traktowały likwidację sowieckiego potencjału nuklearnego na terytorium Ukrainy jako część swojego zwycięstwa w zimnej wojnie. Ameryka nigdy nie uznała, że Ukraina cokolwiek jej „podarowała”. I ta ocena jest z punktu widzenia USA całkowicie uzasadniona.
Gdyby Ukraina w latach 90. spróbowała przejąć kontrolę nad sowiecką bronią nuklearną, spotkałaby się z ostrą reakcją zarówno ze strony Stanów Zjednoczonych, jak i rosji. Mogłoby się to nawet skończyć utratą suwerenności.
Oleksii Kushch