W ostatnich miesiącach wokół marek Favbet i Casino.ua trwa publiczny konflikt między firmą a częścią jej byłych pracowników. Po redukcji personelu, zamknięciu niektórych projektów oraz opóźnieniach w wypłatach wynagrodzeń dziesiątki pracowników zaczęły otwarcie opowiadać o swoich doświadczeniach związanych z pracą.
Część z nich zgłasza wielomiesięczne zaległości w wypłatach wynagrodzeń, przesuwanie terminów wypłat oraz brak jasnej komunikacji ze strony kierownictwa.
Równolegle sama grupa Favbet znalazła się w centrum uwagi z powodu decyzji państwowego organu regulacyjnego dotyczącej działalności poszczególnych spółek powiązanych z marką. Na tym tle historie byłych pracowników zaczęły zyskiwać rozgłos.
Jedną z osób, które zgodziły się szczegółowo opowiedzieć o sytuacji wewnątrz firmy, była Daria Żurbenko, była dyrektor ds. marki Casino.ua.
„Stało się jasne, że problemy zaczęły się właśnie po Nowym Roku”
Daria opowiada, że pierwsze niepokojące sygnały pracownicy odczuli zaraz po świętach noworocznych. Według niej właśnie wtedy firma po raz pierwszy naruszyła zwyczajowy harmonogram wypłat wynagrodzeń.
„Stało się jasne, że problemy zaczęły się właśnie po Nowym Roku. Ponieważ po Nowym Roku nie wypłacono nam wynagrodzenia. A dokładniej – wynagrodzenia za grudzień. Zazwyczaj wszystkie rzetelne firmy wypłacają je przed Nowym Rokiem. Wypłacono nam je dopiero na początku lutego i wtedy stało się jasne, że zaczynają się problemy”.
Mimo to, jak mówi, większość pracowników nie spieszyła się z wyciąganiem wniosków. Do tego momentu firma nie zalegała z wypłatami, więc ludzie byli gotowi uwierzyć w wyjaśnienia kierownictwa.
„Mieliśmy bardzo, powiem to w cudzysłowie, świetnego prezesa, który mówił, że jeszcze miesiąc-dwa – wszystko się ułoży i będzie w porządku. Pracowałam w firmie wystarczająco długo i wcześniej nie zdarzały się takie sytuacje. Jako osoba, która nabrała już pewnego zaufania do pracodawcy, byłam gotowa w to uwierzyć”.
Według Darii przez pewien czas wydawało się nawet, że sytuacja stopniowo wraca do normy.
„W pewnym momencie nawet te opóźnienia zaczęły się wyrównywać, ponieważ pensję za luty otrzymaliśmy już na początku kwietnia. Myśleliśmy, że wszystko będzie dobrze. Ale w rzeczywistości tak się nie stało”.
Jak firma tłumaczyła opóźnienia w wypłatach
Według rozmówczyni pracownikom tłumaczono sytuację problemami z kontami firmy po nałożeniu sankcji i zapewniano, że finansowanie projektów trwa.
„Kierownictwo tłumaczyło tę sytuację tym, że na konta Favbet, a co za tym idzie, na konta Casino.ua, nałożono zajęcie. A ponieważ konta zostały zajęte, finansowanie projektów, jak nam początkowo mówiono, pochodziło z prywatnej kieszeni właściciela”.
Jednak, jak mówi Daria, z czasem wyjaśnienia zaczęły się zmieniać.
„Potem, już pod koniec tej historii, okazało się, że wynagrodzenia są wypłacane z zagranicznych środków. Ale faktem było to, że ciągle nas zapewniano: wszystkim się rozliczy, wszystko będzie super, wszystko będzie dobrze”.
Według niej punktem zwrotnym był czerwiec, kiedy pracownicy zaczęli aktywniej domagać się konkretnych odpowiedzi dotyczących wypłat.
„Kiedy ludzie zaczęli bardzo nalegać na wypłatę wynagrodzeń, powiedziano nam, że wszyscy jesteśmy toksyczni. Mówiono nam: chcecie pieniędzy, już wam powiedziano, że kiedyś wam zapłacą – więc znaczy, że kiedyś zapłacą”.
Zwolnienia rozpoczęły się niemal natychmiast po opóźnieniach w wypłatach
Według Darii Żurbenko pierwsze zwolnienia w firmie rozpoczęły się praktycznie równocześnie z opóźnieniami w wypłatach. Jednocześnie w zespole Casino.ua nie były one tak szeroko zakrojone, jak w innych oddziałach.
„Zwolnienia rozpoczęły się dokładnie po Nowym Roku, kiedy to pojawiły się poważne opóźnienia w wypłatach wynagrodzeń. Ale, szczerze mówiąc, zwolnienia nie dotknęły zbyt mocno Casino.ua, ponieważ zespół Casino.ua i tak nie był zbyt duży”.
Zamiast tego, jak twierdzi rozmówczyni, osoby, które pozostały w firmie, zaczęto stopniowo przydzielać do pracy nad kilkoma projektami jednocześnie.
„Zwolnienia miały miejsce, ale były nieznaczne. Odbiło się to raczej na tym, że na przykład zespół projektantów, zespół kierowników projektów i wszystkie pozostałe zespoły zaczęły pracować nie nad jednym projektem, ale nad dwoma. Oznacza to, że ludzie mieli więcej pracy”.
„Ludzi po prostu zwalniano z dnia na dzień”
Daria wspomina, że o przyszłych zwolnieniach pracowników prawie nigdy nie informowano z wyprzedzeniem.
„Ludzi po prostu zapraszano na rozmowę telefoniczną. Co więcej, były to rozmowy grupowe. Mówiono: »Przepraszamy, ale firma przechodzi obecnie trudny okres i nie możemy już dłużej kontynuować współpracy«. I ludzi po prostu zwalniano z dnia na dzień”.
Jednocześnie zauważa, że na początku kryzysu firma jednak wywiązywała się z części swoich zobowiązań wobec pracowników.
„Wtedy, mimo obniżki wynagrodzenia, nadal wypłacano pensje. Było to z opóźnieniem do miesiąca, ale jednak je wypłacano. Wypłacano nawet wynagrodzenie za urlop. Dlatego w tamtym momencie wszystko było w porządku”.
„Obecnie firma jest mi winna ponad 100 tysięcy hrywien”
Sama Daria mówi, że po zwolnieniu pozostała bez znacznej części zarobionych środków.
„W tej chwili jest to ponad 100 tysięcy”.
Według niej podczas zwolnienia pracownikom obiecano, że pełna wypłata nastąpi w najbliższym czasie.
„Zostałam zwolniona 24 kwietnia. Zgodnie ze wszystkimi obietnicami firmy w momencie zwolnienia miałam otrzymać wynagrodzenie za marzec. Niektórym pracownikom zdążono je nawet wypłacić, ponieważ, jak się wydaje, księgowość jeszcze nie wiedziała, że ci ludzie zostali zwolnieni”.
Jednak, jak twierdzi, po tym wydarzeniu wypłaty zaczęto nieustannie odkładać.
„Potem wszyscy zaczęliśmy czekać. Co tydzień mówiono nam: »W przyszłym tygodniu«. I to w ogóle się nie kończyło”.
Daria opowiada, że na początku byli pracownicy nie spieszyli się z upublicznieniem konfliktu. Wręcz przeciwnie – próbowali dojść do porozumienia z firmą.
„Na początku wszyscy starali się reagować jak najbardziej rozsądnie. Zaproponowano nam wykupienie sprzętu, który pozostał w naszych rękach. Były to MacBooki”.
Jednak, jak twierdzi, pieniądze nigdy nie dotarły.
„Byliśmy winni wynagrodzenia za marzec i kwiecień. Potem wszystko się przeciągnęło i nikt w końcu nie zapłacił”.
Właśnie po tym, jak twierdzi Daria, byli pracownicy zaczęli otwarcie mówić o problemie.
„Jeśli nie chcesz mieć problemów z Służbą Bezpieczeństwa – usuń ten post”
Daria opowiada, że po kilku miesiącach oczekiwania byli pracownicy zaczęli otwarcie mówić o tej sytuacji. Postanowiła opublikować wpis na LinkedIn, jednak niemal natychmiast po tym zadzwonili do niej przedstawiciele kierownictwa.
„Zaczęliśmy rozmawiać o tym, że będziemy wypowiadać się publicznie. Napisałam swój pierwszy post na LinkedIn. Po czym zadzwonili do mnie i powiedzieli: »Jeśli nie chcesz mieć kłopotów z Służbą Bezpieczeństwa, to proszę, usuń ten post«”.
Według Darii po tej rozmowie zgodziła się jednak usunąć wpis, ponieważ miała wówczas jeszcze nadzieję, że uda się rozwiązać tę sprawę bez konfliktu.
„Usunęłam post. A mniej więcej po tygodniu powiedziano nam, że mogą wypłacić 35% zaległych należności. Oczywiście wszyscy się zgodzili”.
Jednak na tych wypłatach sprawa faktycznie się zakończyła.
„Wszystko, co mamy w tej chwili, to 35% i propozycja pokrycia części wynagrodzenia sprzętem. Potem wszyscy zaczęliśmy o tym mówić. Zaczęliśmy udzielać wywiadów, zaczęliśmy komentować posty”.
Właśnie wtedy, jak twierdzi, pojawiły się rozmowy o kontrolach pracowników, którzy pozostali w firmie.
„Pytano, czy utrzymujemy kontakt z tymi, którzy już odeszli”
Daria podkreśla, że sama nie przeszła testu poligraficznego. Jednak, jak twierdzi, o takich kontrolach opowiadali jej pracownicy, którzy w tamtym momencie nadal pozostawali w firmie.
„Obecnych pracowników zaczęto kierować na test poligraficzny. Zadawano im pytania, czy przekazywali nam jakieś informacje, czy utrzymują z nami kontakt, czy rozmawiają o wypłatach”.
Według rozmówczyni pracownikom wyjaśniano również, że dalsza współpraca może zależeć od odpowiedzi na te pytania.
„Jeśli się komunikujesz i szczerze przyznajesz, że utrzymujesz kontakt z osobami, które odeszły z firmy, to zostajesz zwolniony i nie otrzymujesz wynagrodzenia”.
Co tydzień mówili: „Poczekajcie jeszcze trochę”
Po częściowej wypłacie, jak wspomina Daria, byłym pracownikom znów zaczęto obiecywać, że później rozliczą się w całości.
„Początkowo mówili, że w czerwcu wszystko załatwimy, na pewno do połowy czerwca”.
Jednak, jak twierdzi, już w czerwcu pracownicy otrzymali nową wiadomość.
„Potem pojawiła się informacja, że rozliczą się ze wszystkimi za cztery miesiące, kiedy nowe produkty staną na nogi”.
Daria twierdzi, że jednocześnie wyjaśniono byłym pracownikom: rzekomo rozgłos w mediach skomplikował sytuację.
„Powiedziano nam, że komentarze, które wygłaszałam ja i jeszcze jedna nasza koleżanka, utrudniły pracę i właśnie z tego powodu nie mogą nam zapłacić”.
Wykup sprzętu zamiast wynagrodzenia
Kolejną opcją częściowego rozliczenia, według Darii, była propozycja zakupu sprzętu z magazynów firmy.
Jednak, jak twierdzi, ten schemat budził sporo wątpliwości. Jako przykład Daria podaje jeden z laptopów.
„Sprzedaż sprzętu odbywała się z magazynu na Ukrainie i z magazynu w Rumunii, ale sprzęt był wyceniony na zawyżone ceny – na przykład MacBook z pękniętym ekranem wyceniono na 80 tysięcy hrywien”.
Mimo to, jak mówi, ludzie zgadzali się na niemal wszelkie warunki, ponieważ chcieli odzyskać przynajmniej część zarobionych środków.
Jednak, jak twierdzi Daria, nie wszystkim udało się odzyskać sprzęt.
„Napisałam do osoby, która się tym zajmowała. Ale ona po prostu zaczęła mnie ignorować. Później powiedziano nam wprost, że dla takich jak my wykup sprzętu nie jest już dostępny. Ponieważ o tym mówiliśmy”.
Potem, jak wspomina, pojawił się jeszcze jeden warunek, który byli pracownicy odebrali jako faktyczną odmowę jakichkolwiek perspektyw na otrzymanie pozostałej części wynagrodzenia.
„Potem powiedziano nam, że ci, którzy zabierali głos, będą mogli otrzymać wynagrodzenie dopiero po przejściu testu poligraficznego i rozmowie ze służbami bezpieczeństwa. W praktyce oznaczało to – nigdy”.
Bardzo trudno jest to udowodnić na drodze prawnej
Daria twierdzi, że po konsultacjach z prawnikami zrozumiała: wielu byłych pracowników praktycznie nie ma żadnych prawnych mechanizmów dochodzenia należności.
Według niej oficjalne stosunki pracy obowiązywały tylko do końca ubiegłego roku.
„Do Nowego Roku byliśmy zatrudnieni oficjalnie, na podstawie książeczek pracy. Otrzymywaliśmy wszystkie wypłaty za ten okres i tu nie ma żadnych wątpliwości. Po grudniu, bez uprzedzenia, wysłano nas na urlop na własny koszt. Potem, również bez ostrzeżenia, zwolniono nas”.
To właśnie kolejny okres, wyjaśnia, okazał się najbardziej problematyczny. Według Darii znaczna część wypłat po tym czasie była realizowana gotówką, co znacznie utrudnia udowodnienie istnienia zaległości.
„Najbardziej szkoda, że po prostu nie powiedziano ludziom prawdy”
Opowiadając o całej tej historii, Daria nie ukrywa: gdyby pracownikom od razu uczciwie wyjaśniono rzeczywisty stan rzeczy, większość z nich potraktowałaby to ze zrozumieniem i zdążyłaby na czas znaleźć nową pracę.
„Powiedziałam wtedy dyrektorowi ds. marketingu: powiedzcie ludziom szczerze, że najprawdopodobniej sprawy w firmie będą się źle układać. Potraktujemy to z wyrozumiałością i po prostu równolegle zaczniemy szukać pracy. Ale nikt tego nie powiedział”.
Według Darii, z powodu braku takiej komunikacji wielu pracowników pozostawało w firmie do ostatniej chwili, mając nadzieję, że sytuacja się zmieni.
Podaje również przykład jednego ze swoich kolegów, który w obawie przed rozwojem sytuacji znalazł dodatkową pracę, ale później został zwolniony.
„Ta osoba znalazła jeszcze jedną pracę, żeby mieć jakieś »zaplecze«. Została jednak zwolniona z powodu pracy w dwóch firmach. Chociaż nie była to nawet firma konkurencyjna”.
Mimo wszystko Daria mówi, że nadal chciałaby zobaczyć zakończenie tej historii.
Po kilku miesiącach oczekiwania nie snuje już prognoz co do tego, czy byli pracownicy otrzymają pozostałe środki, ma jednak nadzieję, że firma mimo wszystko wywiąże się ze swoich zobowiązań.
Czytaj nas na Telegram i Sends