Jak Dzień Zwycięstwa przeszedł drogę od ogólnoludzkiej pamięci o największej tragedii XX wieku do politycznego kultu wojny, rewanżyzmu i strachu? Refleksja nad tym fenomenem w Ukrainie wymaga szczególnej uwagi, ponieważ stosunek do 9 maja jest z reguły spolaryzowany: albo pełne poparcie (co zdarza się bardzo rzadko), albo całkowita pogarda (co spotykane jest znacznie częściej). Choć przez dziesięciolecia 9 maja był jednym z najsilniejszych symbolicznie dni na obszarze poradzieckim. Dla milionów ludzi — w Ukrainie, Rosji, Białorusi, Kazachstanie, krajach bałtyckich czy na Kaukazie — nie był to po prostu dzień wolny. Była to data pamięci rodzinnej; dzień, w którym wspominano poległych, przeglądano pożółkłe stare fotografie, wyciągano listy z frontu, udawano się pod memoriały i niesiono kwiaty na zbiorowe mogiły. Dla wielu rodzin była to data absolutnie sakralna.
Paradoksalnie święto, które dziś kojarzy się z rosyjską agresywną propagandą, jeszcze stosunkowo niedawno miało charakter prawdziwie uniwersalny. Dzień Zwycięstwa przez długi czas postrzegano jako przypomnienie o zakończeniu najkrwawszej wojny w historii ludzkości, o cenie zwycięstwa nad nazizmem oraz o kolosalnych stratach ludzkich. W II wojnie światowej zginęło do 85 milionów osób, a straty samego tylko ZSRR szacuje się na około 27 milionów ludzi. Ukraina stała się jednym z głównych teatrów działań wojennych w Europie i straciła, według różnych szacunków, do 10 milionów osób (!) — wojna dotarła wtedy do każdej rodziny i nie było nikogo, kogo by nie dotknęła.
Właśnie dlatego dla Ukrainy 9 maja miał szczególne znaczenie — znacznie większe, niż są to dziś skłonni przyznać zarówno rosyjscy propagandyści, jak i część ukraińskich radykalnych „dekonstruktorów historii”. Dla milionów Ukraińców była to data osobista; w wielu rodzinach z frontu nie wrócili dziadkowie, pradziadkowie, bracia czy ojcowie. To nie jest abstrakcyjna geopolityka, lecz pamięć rodzinna.
Jednak w ciągu ostatnich dwudziestu lat — zwłaszcza po roku 2014, a ostatecznie po 2022 — sens 9 maja uległ radykalnej zmianie. Święto, które niegdyś jednoczyło ogromną część świata, stopniowo przekształciło się w polityczny rytuał państwa rosyjskiego — coraz bardziej izolowanego, zmilitaryzowanego i owładniętego obsesją historycznego rewanżu. Historia degradacji 9 maja to jednocześnie historia transformacji samej Rosji.
Jak do tego doszło? Kwestię tę analizował obserwator polityczny UA.News, Mykyta Traczuk.
Radziecki 9 maja: pamięć, żałoba i mit państwowy
Wbrew obecnemu postrzeganiu, 9 maja nie od razu stał się głównym radzieckim świętem. Po 1945 roku ZSRR przeżywał kolosalną katastrofę demograficzną, gospodarczą i psychologiczną. Kraj leżał w ruinach, dziesiątki milionów ludzi zginęło, setki milionów zostały straumatyzowane przez wojnę. Już w 1947 roku 9 maja przestał być dniem wolnym od pracy.
Stalin, budujący system wokół nieustannej mobilizacji i konfrontacji z Zachodem, nie był zainteresowany kultywowaniem zbyt silnego środowiska kombatanckiego. Frontowcy, którzy zobaczyli Europę, posiadali niebezpieczne dla systemu totalitarnego doświadczenie porównawcze. Dopiero w 1965 roku 9 maja otrzymał nowe życie jako oficjalny kult. To właśnie wtedy święto stało się dniem wolnym, rozpoczęły się regularne parady, masowe ceremonie upamiętniające oraz formowanie oficjalnego kanonu „Wielkiej Wojny Ojczyźnianej”.
Ale nawet w epoce Chruszczowa i Breżniewa, mimo państwowego patosu, dla społeczeństwa wciąż w dużej mierze pozostawał to dzień żywej pamięci. Weterani żyli i były ich miliony. Wojna nie była obrazkiem telewizyjnym ani filmem w rodzaju „Gwiazdy” czy „Tylko starcy idą w bój”, lecz osobistą traumą każdej rodziny. Stąd wzięła się słynna formuła, wyśpiewana później przez Josifa Kobzona i Lwa Leszczenkę — „święto ze łzami w oczach”. W niej kryła się główna istota tego dnia: to nie triumfalizm, lecz straszna żałoba po zakończeniu najstraszniejszej katastrofy na świecie.

Od 1995 do 2005: szczyt międzynarodowej legitymacji święta
Po rozpadzie ZSRR 9 maja zyskał nowy sens. Stał się nie tylko symbolem poradzieckim, ale i globalnym znakiem zakończenia II wojny światowej. Szczególnie wymowne były jubileuszowe obchody w Moskwie w latach 1995 i 2005.
W 1995 roku, na 50-lecie zwycięstwa, do Moskwy przybyli liderzy wielu państw świata. Był to moment, w którym poradziecka Rosja była postrzegana przez Zachód jako potencjalny partner w nowym systemie bezpieczeństwa. Jednak absolutnym szczytem stał się rok 2005 — 60-lecie zwycięstwa.
Wówczas na paradę w Moskwie przyjechało ponad 60 światowych przywódców. Wśród nich byli: prezydent USA George W. Bush, prezydent Francji Jacques Chirac, kanclerz Niemiec Gerhard Schröder, premier Japonii Jun’ichirō Koizumi, przewodniczący ChRL Hu Jintao, sekretarz generalny ONZ Kofi Annan, a także praktycznie wszyscy liderzy krajów WNP i większości państw europejskich. Moskwa była wtedy centrum globalnej polityki i nikomu nie przychodziło do głowy żadne schizofreniczne „starcie z Zachodem”.
Szczególnie symboliczny był kontekst ukraiński. Prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko, który zaledwie kilka miesięcy wcześniej zwyciężył w pomarańczowej rewolucji, również był obecny na paradzie w Moskwie. Dziś wydaje się to niemal nie do pomyślenia, ale tak właśnie było. Jeszcze bardziej wymowny epizod: to właśnie Juszczenko jako pierwszy i jedyny (!) podszedł wówczas do byłego prezydenta Rosji Borysa Jelcyna, by go powitać. Rok później Jelcyn zmarł.
Dziś wygląda to niemal jak symbol całej epoki — czasu, gdy przestrzeń poradziecka miała jeszcze szansę na inną trajektorię historyczną. Kiedy nie byliśmy wrogami, lecz partnerami: nie zawsze przyjaznymi, ale na pewno nie wojowniczymi. I kiedy absolutną normą było to, że ukraiński lider przyjeżdża 9 maja do Moskwy. Dziś nie sposób tego nawet sobie wyobrazić.
W 2005 roku 9 maja był wciąż, bez przesady, świętem światowym. Celebrował go niemal cały glob. Ale wszystko zmieniło się bardzo szybko.

9 maja w Ukrainie: od wspólnej pamięci do nowych interpretacji
Dziś trudno sobie wyobrazić, jak naturalnym dniem był 9 maja dla ukraińskiego społeczeństwa. Do 2014 roku — a zwłaszcza do 2022 — było to w Ukrainie święto masowe, i to nie tylko na południu czy wschodzie, choć tam szczególnie. Kijów, Charków, Odessa, Dniepr, Zaporoże, Mikołajów, Chersoń, Donieck, Ługańsk — miliony ludzi wychodziły tego dnia pod memoriały i nie było w tym nic prorosyjskiego. To była pamięć zbiorowa.
Nie był to ani „sowietyzm”, ani polityka. Dla większości Ukraińców był to rodzinny rytuał. Ukraińskie społeczeństwo było głęboko emocjonalnie zaangażowane w tę datę. Według danych socjologicznych z początku lat 2010. Dzień Zwycięstwa należał do najbardziej szanowanych świąt w Ukrainie, obok Wielkanocy, Bożego Narodzenia i Nowego Roku.
Nawet konflikty polityczne wokół 9 maja — jak te we Lwowie w 2011 roku — jedynie potwierdzały wagę tej daty. Była ona tak istotna, że stawała się polem symbolicznej walki o model pamięci historycznej. Jednak dla większości Ukraińców pozostawał to przede wszystkim dzień pamięci o własnych bliskich, którzy zginęli.
Wszak Ukraina była jednym z krajów najbardziej dotkniętych wojną. Przez nasze terytorium front przetoczył się dwukrotnie. Naziści zniszczyli ponad 700 miast i 28 tysięcy wsi. Zginęło do 10 milionów Ukraińców: co trzeci obywatel! Jest to święto w takim samym stopniu „rosyjskie” i „radzieckie”, co ukraińskie, i Moskwa nie ma prawa nam go odbierać.
Rosyjska monopolizacja Zwycięstwa zawsze była historycznym fałszem. Zwycięstwo nad nazizmem zostało osiągnięte wysiłkiem wielu narodów, a Ukraina była wśród tych najważniejszych. Dlatego ani Rosja, ani tym bardziej Putin, nie mają prawa rościć sobie do tego wyłączności.

9 maja w latach 2014–2022: przekształcenie święta w broń polityczną
Aneksja Krymu i wojna w Donbasie stały się punktem zwrotnym. To właśnie po 2014 roku Kreml zaczął maksymalnie agresywnie wykorzystywać mitologię 9 maja jako instrument legitymizacji nowej polityki ekspansjonistycznej. Wtedy też pojawia się całkowicie barbarzyński kult hasła „możemy powtórzyć” (możem powtorit’). Oto jak o tej haniebnej tradycji mówił znany rosyjski aktor Dmitrij Nagijew:
„Pamiętam jeszcze, jak chodziłem z dziadkiem na święta. Na Dzień Zwycięstwa. Kiedy ci staruszkowie po cichu wypijali kieliszek, powtarzając tylko jedną frazę: «Żeby tylko nie było wojny!». A teraz jedziesz przez Moskwę i widzisz, ka, auto z napisem «Na Berlin!». 41-45. Możemy powtórzyć. Co ty, ka, chcesz powtórzyć? Co ty, kawałku gówna, chcesz powtórzyć? Co z tobą, chłopcze? Co chcesz powtórzyć? 80 milionów ofiar chcesz powtórzyć? O co ci w ogóle chodzi?”
W tym samym czasie wstążka św. Jerzego — wcześniej symbol dość przypadkowy — z oznaki pamięci ostatecznie przeobraża się w polityczny marker prorosyjskiej tożsamości. Parada przestaje być ceremonią memoratywną, a coraz bardziej przypomina święto militaryzmu. Stopniowo zmienia się też semantyka: o ile wcześniej głównym przesłaniem było „nigdy więcej!”, o tyle teraz staje się nim „możemy powtórzyć!”.
To fundamentalna transformacja. Pamięć o tragedii zostaje zastąpiona kultem wojny. W 2026 roku obserwujemy finałowy etap tej degradacji.

„Dziewiatomaj” 2022–2026: ostateczny upadek święta Zwycięstwa
Pełnoskalowa inwazja na Ukrainę ostatecznie dopełniła transformację 9 maja. Rosja, która przez dziesięciolecia monopolizowała symbolikę antyfaszyzmu i zwycięstwa nad Hitlerem (sugerując, że dokonała tego niemal samodzielnie!), zaczęła kojarzyć się światu z bezpośrednią agresją, zbrodniami wojennymi, niszczeniem miast i masowymi deportacjami. Parada 9 maja w Moskwie z międzynarodowego wydarzenia o randze globalnej ostatecznie zmieniła się w wewnętrzny spektakl lojalności wobec Putina. W tym roku do Moskwy przyjadą tacy „metrowie” światowej polityki jak prezydent Białorusi Alaksandr Łukaszenka, „liderzy” Abchazji i Osetii Południowej (nieuznawanych separatystycznych republik Gruzji) oraz, z jakiegoś powodu, król Malezji. Ten ostatni planuje jednak rozmawiać z Putinem o relacjach dwustronnych, więc jego obecność ma charakter czysto deklaratywny.
Kontrast z rokiem 2005 jest uderzający. Wtedy na Placu Czerwonym stali: Bush, Chirac, Schröder, Koizumi, Hu Jintao i dziesiątki innych światowych liderów. Dziś natomiast — Łukaszenka, kilku autorytarnych sojuszników, częściowo nieuznawane lub marginalizowane postacie polityczne oraz przedstawiciele państw, które albo dystansują się od Zachodu, albo pragmatycznie balansują między centrami sił. I to wszystko.
Właśnie to jest głównym symbolem degradacji.
Niegdyś 9 maja był dniem globalnego konsensusu: nazizm został pokonany, wojna zakończona, ludzkość zapłaciła najwyższą cenę, a ZSRR stał w awangardzie Zwycięstwa nad Hitlerem. Dziś jednak Kreml wykorzystuje tę datę do usprawiedliwienia nowej wojny w Europie. Ironia historii jest absolutna: święto zakończenia wojny stało się narzędziem legitymizacji nowej agresji. Paradzie towarzyszy retoryka o „terrorystycznym zagrożeniu ze strony Ukrainy”, oświadczenia o niebezpieczeństwie ataków, zamykanie przestrzeni powietrznej, wyłączanie internetu w Moskwie oraz bezprecedensowe środki bezpieczeństwa. Święto Zwycięstwa zmieniło się w święto strachu.

Podsumowując, historia 9 maja to opowieść o tym, jak władza polityczna może stopniowo zmieniać sens zbiorowej pamięci w kierunku całkowicie przeciwstawnym. Niegdyś był to dzień żałoby, dzień pamięci i wdzięczności dla pokolenia, które przetrwało najstraszniejszą wojnę XX wieku. Światowe święto Zwycięstwa nad nazizmem, uznawane przez znaczną część globu.
Dziś jest to rosyjski rytuał państwowy, oparty na militaryzmie, historycznym rewanżyzmie i kultywowaniu obrazu wiecznej wojny. Dla Ukrainy ta transformacja jest szczególnie bolesna. Przez długi czas 9 maja był bowiem także naszym dniem. Dniem pamięci o naszych poległych, naszych weteranach i naszych rodzinnych stratach.
Rosja nie tylko zawłaszczyła to święto — ona je zniszczyła i wypaczyła. Przekształciła dzień, który miał przypominać światu o cenie wojny, w dzień demonstracji gotowości do ponownego prowadzenia walk. Od „święta ze łzami w oczach” do „możemy powtórzyć”. Jest to najtrafniejsza metafora całej Rosji czasów Putina: od partnera i sojusznika do agresora, z którym nikt nie chce mieć nic wspólnego.
Czytaj nas na Telegram i Sends