$ 44.84 € 51.04 zł 11.8
+25° Kijów +19° Warszawa +16° Waszyngton
Anatomia stresu wojennego: Spartak Subbota o „uspokajaniu wybuchami” i etyce przeżywania żałoby

Anatomia stresu wojennego: Spartak Subbota o „uspokajaniu wybuchami” i etyce przeżywania żałoby

24 lipca 2026 10:47

Spartak Subbota – nazwisko, które do dziś wywołuje trigger albo uśmiech. Jeszcze kilka lat temu był głównym „ewangelistą” zdrowia psychicznego w kraju, dopóki głośny skandal z dyplomami i tytułami nie strącił go z terapeutycznego Olimpu. Jednak Spartak Subbota nigdzie nie zniknął – nadal przemawia do swojej publiczności i analizuje ludzką psychikę, w której badaniu stale się doskonali.

W obszernym wywiadzie UA.News zapytało Spartaka o przetrwanie Ukraińców w warunkach totalnego stresu wojennego: od fenomenu ludzi lękowych, którzy zasypiają tylko przy dźwiękach wybuchów, po boom na taroterapeutów i regresjonerów. I, rzecz jasna, nie zabrakło tematu jego własnego życia po wielkim skandalu: jak Subbota reaguje dziś na hejt i dlaczego uważa, że „niesmak pozostał” nie u niego, lecz w społeczeństwie.

Zachowanie zasobów i adaptacja do życia

Zacznijmy od tego, że nasz układ nerwowy bardzo lubi stałość. W warunkach wzmożonego obciążenia psychika działa tym efektywniej, im bardziej przewidywalny jest twój dzienny harmonogram. Oczywiście obecne okoliczności są skrajnie specyficzne: wszyscy rozumiemy, że utrzymanie regularnego rytmu życia udaje się daleko nie zawsze. Zwłaszcza gdy dochodzą nocne ostrzały, chroniczna presja w pracy, obowiązki domowe wobec bliskich, a ktoś równolegle próbuje jeszcze studiować. Jednak pomimo tych wszystkich obiektywnych trudności, utrzymanie reżimu dnia pozostaje najważniejszym czynnikiem przetrwania.

Dla wyczerpanego układu nerwowego to niełatwe zadanie, ale we współczesnej psychoterapii istnieje cały nurt, który specjalizuje się właśnie w normalizacji reżimu i budowaniu trwałych nawyków behawioralnych. Nazywa się to terapią kontroli bodźców. Pozwala ona człowiekowi zbudować zdrową, silną więź między konkretnymi wydarzeniami, lokalizacją, w której się znajduje, a jego bieżącym stanem psychicznym. Kiedy człowiek jest w stanie przewidzieć swoje kolejne kroki i planuje działania z wyprzedzeniem, poziom jego lęku istotnie spada.

Z natury lęk jest strachem bezprzedmiotowym. Często tłumaczymy pacjentom tę różnicę na prostych przykładach: strach to zawsze zmaterializowany lęk. Jeśli widzisz, że pędzi na ciebie agresywny pies, odczuwasz właśnie strach, ponieważ źródło zagrożenia jest jasne i zrozumiałe. Lęk natomiast karmi się niepewnością i wyczekiwaniem jakichś abstrakcyjnych negatywnych zdarzeń w przyszłości. Weźmy na przykład sytuację, gdy człowiek słyszy dźwięk „szaheda”. Co to jest – strach czy lęk? Mimo że dźwięk jest całkowicie realny, to wciąż jest to lęk. Nigdy bowiem do końca nie wiadomo, czy przeleci obok, czy uderzy akurat tam, gdzie się znajdujesz.

Ten stan ciągłego wyczekiwania niebezpieczeństwa mobilizuje układ nerwowy. Człowiek staje się hiperzogniskowany, a ten nieustanny tonus mięśniowy i psychiczny po pewnym czasie zaczyna go krytycznie wyczerpywać. Nasza psychika jest nieźle zaadaptowana do krótkotrwałych obciążeń, w sytuacjach stresowych potrafimy wykazać się kolosalną efektywnością. Zawsze jednak trzeba brać pod uwagę granice wytrzymałości. Człowiek to istota żywa, nie jest w stanie permanentnie znajdować się u szczytu mobilizacji. Jest mu życiowo potrzebny odpoczynek.

Ale jak w pełni odpocząć, gdy ostrzały i alarmy lotnicze trwają godzinami, wycieńczając cię w środku nocy, a rano trzeba wstawać, iść do pracy, dbać o dzieci, gotować jedzenie, i przy tym absolutnie nie wiesz, co przyniesie kolejny dzień? W takich warunkach zasoby wypalają się błyskawicznie. Można to nazywać różnymi terminami – wypaleniem czy wyczerpaniem potencjału adaptacyjnego – sedno pozostaje niezmienne: u człowieka sypie się grafik i znika poczucie przewidywalności jutra.

Właśnie dlatego bazową rekomendacją dla przywrócenia jakości życia w warunkach chronicznego stresu jest stworzenie sztucznej rutyny. Musisz bezwzględnie mieć grafik, którego trzymasz się wbrew wszelkim okolicznościom zewnętrznym. Ponieważ nasz mózg ma skłonność do kojarzenia konkretnego miejsca z określoną czynnością, a czynności – z tym miejscem, tym instrumentem należy korygować swój stan. Rutynę trzeba sztywno powiązać z lokalizacjami i powtarzać te rytuały codziennie.

Rozumiem, że w warunkach wojny rada, by planować dzień, może brzmieć dla wielu absurdalnie lub wręcz ironicznie. Istnieje jednak ogromna liczba badań klinicznych porównujących pracę układu nerwowego pod presją u ludzi, którzy mieli chociażby sztuczny reżim, i tych, którzy puścili wszystko na żywioł. Jednym z najbardziej jaskrawych przykładów takiego podejścia – na długo przed pojawieniem się terminu „terapia kontroli bodźców” – był psychiatra Viktor Frankl, który przeżył w nazistowskim obozie koncentracyjnym. Stworzył on logoterapię – terapię sensem. Jego główny wniosek polegał na tym, że dopóki człowiek ma po co żyć, dopóki samodzielnie strukturyzuje swój czas i planuje choćby drobne kroki, jego układ nerwowy znajduje zasoby do mobilizacji.

Teraz u wielu Ukraińców opadają ręce: pojawia się niebezpieczne poczucie beznadziei, niechęć do robienia czegokolwiek, bo „nie wiadomo, co będzie jutro”. Brak planów długoterminowych to jedno z największych zagrożeń psychologicznych dzisiaj. Dlatego mimo wszystko zmuszajcie się do trzymania rutyny. Nawet jeśli przyszłość wydaje się mglista, w waszym kalendarzu każdego dnia musi widnieć jasna lista kilku bazowych zadań. Powinny być powiązane z konkretnymi miejscami i zamykać różne aspekty waszego codziennego życia – od codzienności po pracę. Tylko tak można zachować integralność psychiki.

Proaktywność jako przeciwdziałanie lękowi i bazowa potrzeba kontroli

Rzecz w tym, że kiedy nasz układ nerwowy się mobilizuje, dąży i oczekuje od nas w pełni konkretnych działań. Potrzebna jest zatem aktywna działalność, która pozwoli nam subiektywnie zagwarantować bezpieczeństwo. Nawet jeśli ta działalność nie jest bezpośrednio skierowana na zapewnienie twojego osobistego bezpieczeństwa, może być zorientowana na bezpieczeństwo innych. To nazywa się proaktywnością.

Na przykład, jeśli za każdym razem zderzasz się z wysokim poziomem lęku, choć w tej konkretnej minucie nic ci obiektywnie nie zagraża, należy wysiłkiem woli zintegrować ze swoim grafikiem wykonywanie jakichkolwiek wymuszonych zadań. To może być cokolwiek: począwszy od intensywnego wysiłku fizycznego, a skończywszy na banalnym rozsyłaniu wiadomości do bliskich z zapytaniem, co u nich słychać. Twórz sztywną rutynę przygotowywania posiłków, szykowania garderoby czy po prostu systematycznego prasowania ubrań. Podobne drobne cykle domowe w znacznej mierze budują w psychice poczucie kontrolowalności przestrzeni. A kontrolowalność, jak powszechnie wiadomo, jest najważniejszym czynnikiem bezpieczeństwa w życiu człowieka, jako że bezpieczeństwo to jedna z naszych bazowych, fundamentalnych potrzeb.

Kawiarnie bez szyb, witalne potrzeby psychiki i „cena błędu”

Rzeczywiście jesteśmy pełni podwójnych standardów, dlatego chciałbym zwrócić uwagę na kilka zasadniczych kwestii. Zacznijmy od witalnych potrzeb człowieka – czyli tych bazowych potrzeb, bez zaspokojenia których po prostu nie możemy fizycznie istnieć. Chroniczne zaburzenie snu po pewnym czasie nieuchronnie prowadzi do syndromu halucynacyjnego, krytycznego spadku aktywności, głębokich stanów depresyjnych i ostatecznie do skutków śmiertelnych. Człowiek pozbawiony normalnego snu wystarczająco długo po prostu umrze – tak samo jak od długotrwałego głodowania. Sen to fundamentalna potrzeba witalna i jest to fakt medyczny.

Z jednej strony w pełni się zgadzam: warto być dumnym z tego, że Ukraińców nie tak łatwo złamać. Wykazujemy unikalną zdolność adaptacji do każdych ekstremalnych warunków. Na świecie dzieje się wiele wojen, ale daleko nie wszystkie narody są zdolne do bycia tak psychicznie zmobilizowanymi i jednoczesnego odnajdywania pozytywnych oparć mentalnych w samych trudnościach. Jednak z drugiej strony – musimy jasno różnicować profesje.

Istnieją rodzaje działalności, w których wyższe funkcje poznawcze – koncentracja uwagi, elastyczność myślenia, skupienie – odgrywają absolutnie kluczową rolę. To chirurdzy, ratownicy, dyspozytorzy sieci energetycznych czy specjaliści pracujący z wojskiem, którzy odpowiadają za dokładność przekazywania danych operacyjnych. Jeśli taki człowiek chronicznie się nie wysypia, jakość wykonywania jego obowiązków spada na tyle, że niesie to bezpośrednie zagrożenie dla życia innych. W takim przypadku jego potknięcia stają się jatrogenne. W medycynie termin „jatrogenia” oznacza pogorszenie stanu pacjenta uwarunkowane bezpośrednią interwencją lub błędem samego specjalisty medycznego. Mówiąc prościej, to sytuacja, w której wszystko było w miarę normalnie, dopóki człowiek nie poszedł do lekarza, a po wizycie stało się tylko gorzej. Właśnie dlatego w praktyce chirurgicznej obowiązuje żelazna zasada: jeśli lekarz dyżurował całą noc i nie spał, bez problemu zastępuje go kolega, nawet jeśli według planowego grafiku to on miał operować jako pierwszy. Albo też operację planowaną po prostu się przekłada, jeśli nie jest uderzeniowa (pilna). Główny postulat tutaj to nie szkodzić.

Istnieją jednak zawody, które obiektywnie nie wymagają od pracownika ultrawysokich zdolności poznawczych czy ciągłych intelektualnych nadwysiłków. Czy wymagania pracodawców wobec takich kategorii są przejawem podwójnych standardów i czy wygląda to mniej ludzko w warunkach wojny? Tak, bezwarunkowo. Jednak cena błędu w takich sferach jest niewspółmierna, jest skrajnie mała, a społeczna i indywidualna korzyść z kontynuowania pracy – znacznie wyższa. Tutaj ceną pomyłki jest maksimum niesmacznie zaparzona kawa, nabity na kasie towar o kilka hrywien drożej lub drobny błąd w bieżących wyliczeniach. Podobne ryzyka nie są wystarczająco wysoką ceną, by człowiek całkowicie rezygnował z wykonywania obowiązków, jeśli musi utrzymywać siebie, swoją rodzinę i wspierać gospodarkę.

I benefity, czyli psychologiczne oraz społeczne bonusy z takiej pracy, całkowicie przeważają nad możliwymi negatywnymi skutkami. Mam znajomego, który prowadzi własną kawiarnię. Kiedy obok doszło do przylotu i w lokalu wyleciały szyby, rano całe podwórko tego domu miało możliwość wypicia gorącej kawy. To oznacza, że ogólna jakość życia ludzi wokół w tym konkretnym momencie istotnie wzrosła. Tak, barista był wyczerpany i niewyspany, było mu niesamowicie ciężko, pojawiały się błędy techniczne, a nawet manko kasowe na koniec dnia – nie ma pytań. Ale nasza siła polega właśnie na tym, że jesteśmy zdolni nie tylko funkcjonować w warunkach podwyższonego stresu, ale i wspierać się nawzajem.

To wzajemne wsparcie daleko nie zawsze jest werbalne, często ma charakter czysto mentalny. Ludzie, którzy mimo wszystko podejmują decyzję o wychodzeniu do pracy, robią wielkie dobro dla społeczeństwa. Kiedy przychodzimy do swojej ulubionej kawiarni czy miejsca, gdzie nawykliśmy czytać książki, i widzimy tam znajomą twarz pracownika – to błyskawicznie przywraca nam poczucie stabilizacji. Jak już zaznaczyłem, to kluczowy element sztucznej kontrole nad naszym mikroświatem i z wielką przyjemnością z tego psychologicznego narzędzia korzystamy.

Dlatego mój werdykt jest taki: jeśli cena błędu zawodowego jest krytycznie wielka – stanowczo rekomenduję branie wolnego i regenerację zasobów witalnych. I w większości przypadków adekwatni pracodawcy dają taką możliwość, jeśli mowa o wysokiej osobistej odpowiedzialności. Jeśli jednak cena błędu jest minimalna, nie możemy wymagać dla siebie jakichś szczególnych, cieplarnianych warunków. Jeśli w Kijowie czy Charkowie ktoś nie śpi z powodu nocnych ostrzałów, to nie śpi absolutnie całe miasto. To są nasze wspólne realia wojenne i ciężko jest teraz wszystkim bez wyjątku.

Fenomen „uspokajania wybuchami” i ulga po atakach paniki

Najbardziej rozpowszechniona kategoria tutaj to ludzie z chronicznie podwyższonym poziomem lęku. Są oni obiektywnie bardziej lękowi niż większość. Rzecz w tym, że ich układ nerwowy mobilizuje się właśnie wtedy, gdy zagrożenie jest dopiero oczekiwane. Psychika znajduje się w stanie ciągłego skupienia uwagi, w każdej sekundzie jest gotowa zareagować na poważne wyzwanie. I dopóki tego realnego niebezpieczeństwa nie ma, człowiek pozostaje w stanie wycieńczającej hipermobilizacji.

Dawniej w klasycznej psychiatrii wchodziło to w skład cech charakterologicznych i nazywało się „typem lękowo-nieufnym”. Tacy ludzie mają wrodzoną podwyższoną czujność. I nie ma w tym patologii, dla nich to wręcz przewaga ewolucyjna – z takich osób wyrastają jedni z najlepszych menedżerów kryzysowych na świecie. To ten typ ludzi, którzy po prostu wchodząc do pokoju, natychmiast zauważają, że jakaś drobna rzecz leży nie na swoim miejscu. Oni pierwsi rejestrują najmniejsze wahania temperatury powietrza, odczytują mikromimikę otoczenia i wychwytują mnóstwo mikroskopijnych detali wokół. Przyczyna tego zjawiska jest czysto genotypowa, człowiek już rodzi się z taką specyfiką osobowości. Jego układ nerwowy jest banalnie wrażliwszy na bodźce o małej intensywności, dlatego momentalnie rejestruje wszelkie zmiany w otoczeniu zewnętrznym i zmusza do bycia czujnym.

Ta zdolność analityczna tylko rozwija się i zaostrza z biegiem czasu. Istnieją tu jednak zarówno oczywiste plusy, jak i poważne minusy. Paradoks polega na tym, że taki lękowy człowiek dopiero wtedy, gdy zderza się z realnym, materialnym zagrożeniem – na przykład, gdy za oknem zaczyna głośno wybuchać – odczuwa dziwną ulgę. W tym momencie jego układ nerwowy jakby mówił: „Fiuu, no nareszcie, otóż właśnie tego czekaliśmy przez cały ten czas, teraz wszystko jest jasne, można się położyć i odpocząć”.

Jeśli spojrzeć na rzeczy trzeźwo, ci ludzie przed rozpoczęciem pełnoskalowej inwazji żyli w sensie mentalnym znacznie gorzej niż wtedy, gdy ona już nastąpiła. Bo do 24 lutego trwało nieskończone nakręcanie informacyjne: będzie wojna czy nie będzie, napadną czy przejdzie bokiem? Przez cały ten czas znajdowali się w kolosalnym hipertonusie psychologicznym. Jednak jak tylko sytuacja stała się krytyczna, oni pierwsi błyskawicznie zmobilizowali swoje zasoby psychiczne. Podczas gdy inni panikowali, lękowo-nieufni już jasno dowodzili: „Słuchaj tutaj, teraz szybko zbieramy te rzeczy, dokumenty zanosimy tam, działamy według takiego planu...”. W mig stają się bardzo konkretni, zebrani i efektywni, rozwiązując kryzys jako pierwsi i maksymalnie precyzyjnie. To bardzo specyficzna architektura psychiki. Z kolei ci obywatele, którzy w czasach pokoju są permanentnie spokojni, flegmatyczni i zrównoważeni, w momencie realnego chaosu często okazują się znacznie mniej proaktywni. To po prostu wrodzony parametr układu nerwowego, i tyle.

Co mają robić ludzie, którzy zauważyli u siebie taką reakcję? Przede wszystkim – przyjąć to jako bazowy fakt biologiczny. Społeczeństwo z jakiegoś powodu uważa to za poważny problem, choć w rzeczywistości to po prostu specyficzna cecha waszego charakteru. W żadnym wypadku nie trzeba jej „leczyć” ani tłumić garściami tabletek uspokajających. Sztuczne gaszenie takiego lęku medykamentami to tak samo, jak chemiczne karanie człowieka za to, że jest zbyt wrażliwy albo płacze podczas oglądania dramatów filmowych. To specyfika waszej osobowości i zmieniać jej nie trzeba, wszak jesteście najlepszymi zarządcami w warunkach krytycznych.

Ci czytelnicy, którzy mają zdiagnozowane zaburzenie paniczne, doskonale znają ten algorytm: dopóki sam atak paniki nie nastąpi, człowiek męczy się w potwornym napięciu. Kiedy jednak napad się dzieje i mija swój szczyt – następuje pełne rozluźnienie. Człowiek jasno rozumie, że na najbliższe 24 godziny jest gwarantowanie wolny od nowych ataków i teraz można wreszcie spokojnie żyć dalej. Bezpośrednie starcie z realnym, zmaterializowanym zagrożeniem jest dla naszej psychiki znacznie lżejsze i bardziej zrozumiałe niż jego długie, zawieszone wyczekiwanie. I tutaj znów wracamy do kluczowego kryterium przetrwania psychologicznego – potrzeby subiektywnej kontrole nad sytuacją.

„Modne” ADHD i fałszywe diagnozy

Dziś zespół nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi „(ADHD)” stał się trendem. Ludzie masowo diagnozują go u siebie sami po krótkich testach czy filmikach w mediach społecznościowych. Jednak ADHD to nie po prostu nieuwaga czy chwilowe zmęczenie, lecz realne, wrodzone zaburzenie neurologiczne, powiązane ze specyfiką rozwoju centralnego układu nerwowego. Objawia się już w dzieciństwie i bazuje na trzech kryteriach: deficycie uwagi, nadpobudliwości oraz impulsywności. Nabyć go z powodu złego wychowania w dorosłym wieku nie sposób.

Głównym problemem współczesnej mody na tę diagnozę jest totalna samodiagnoza. Każdy człowiek, któremu trudno skupić się na nieciekawym przedmiocie czy nudnej pracy, od razu przypisuje sobie zespół. Co więcej, tę diagnozę masowo stawia się dzieciom, które słabo się uczą, choć często problem polega tylko na tym, że nauczyciele nie potrafią zainteresować swoim przedmiotem.

Statystyki kolegów z brytyjskiego profilowego centrum, które opracowuje protokoły medyczne (NICE), są porażające: podczas ponownego profesjonalnego badania pacjentów, którzy przyszli już z gotową diagnozą ADHD, realny zespół potwierdza się w mniej niż 7% przypadków.

Reszta to skutek błędnej diagnozy lub tego, że ludzie poddali się „efektowi samoreferencji”. Opierają się na własnym, subiektywnym wyobrażeniu o sobie, przymierzają cudze objawy i błędnie diagnozują u siebie ADHD, depresję czy zaburzenie obsesyjno-kompulsyjne tylko dlatego, że przechodzą przez trudny okres w życiu.

Dla wielu ADHD stało się wygodną wymówką, za którą chowa się zwykłe lenistwo, złe wychowanie czy inne problemy z charakterem. I to uderza w ludzi, którzy rzeczywiście mają ten zespół. Kiedy diagnoza staje się memem, realne zaburzenia są dewaluowane przez społeczeństwo. Tymczasem ludzie z prawdziwym ADHD poważnie cierpią, ponieważ ich funkcjonowanie społeczne i jakość pracy są silnie zaburzone.

Prawdziwe ADHD wymaga poważnego leczenia, często farmakologicznego, włączając w to psychostymulanty z grupy amfetamin. To poważne leki, a nie bezpieczny paracetamol. I tutaj działa prosty marker: jeśli człowiek uważa, że ma ten zespół, ale nie jest gotowy na poważną terapię, z wysokim prawdopodobieństwem go nie ma. Ludzie z realnym zaburzeniem są gotowi na wszystko, aby poprawić jakość swojego życia.

Oczywiście ADHD ma też pewne zalety – czasami tacy ludzie znacznie lepiej i szybciej wykonują konkretne, specyficzne zadania. Jednak wad i wyzwań jest tu znacznie więcej. Czas, aby społeczeństwo przestało traktować ten stan jako żart czy przejaw lenistwa, natomiast trzeba zminimalizować stygmatyzację i podchodzić do realnych pacjentów z powagą oraz wsparciem.

O algorytmie działań podczas szantażu mentalnego

Niezależnie od tego, że w jakichś konkretnych momentach ludzie z ADHD rzeczywiście mogą wykonywać pewne zadania nawet lepiej od innych, i ten stan nie jest całkowitym minusem, wad w nim jest jednak znacznie więcej. On fundamentalnie niszczy jakość życia. Dlatego wyśmiewanie tego czy lekceważące rzucanie „a tam jakie zaburzenie, on po prostu jest leniwy”, kiedy człowiek naprawdę ma tę patologię – jest skrajnie okrutne. Spróbuj potem udowodnić społeczeństwu, że to wszystko na poważnie. W naszym socjum historycznie tak właśnie bywało: najpierw z dziadka otwarcie się śmiali, a potem znajdowali go powieszonego w stodole. Dlatego do podobnych markerów należy podchodzić z maksymalną powagą.

Zawsze, gdy odmawiacie komuś pierwotnej pomocy psychologicznej, musicie trzeźwo skalkulować najgorsze potencjalne konsekwencje. Trzeba mieć świadomość, jak fatalne mogą być rezultaty, jeśli postanowicie po prostu zignorować skargę człowieka. Bardzo często finałem staje się nie tylko permanentnie niska jakość życia, lecz w ogóle totalna odmowa jednostki do kontynuowania swojego biologicznego istnienia.

Oczywiście w życiu codziennym i relacjach partnerskich regularnie zderzamy się z drugą stroną medalu – kiedy jeden z partnerów w momencie rozstania lub kryzysu zaczyna konkretnie grozić samobójstwem i szantażować frazami w stylu: „Coś sobie zrobię”, „powieszę się” albo „zabiję się”. Jak działać w takich destrukcyjnych sytuacjach?

Po pierwsze, nigdy nie należy traktować podobnych deklaracji lekkomyślnie czy nieodpowiedzialnie. W praktyce klinicznej często zdarza się tak, że pacjenci, choć z początku używają tych gróźb jako narzędzia nacisku psychologicznego, z czasem kończą realnym samobójstwem. Jeśli człowiek otwarcie i wyraźnie mówi o zamiarze popełnienia samobójstwa – jest to bezpośrednie wskazanie medyczne do jego natychmiastowej hospitalizacji. To żelazny powód, by operacyjnie zwrócić się o pomoc do specjalnych służb. Wszyscy, którzy powinni o tym wiedzieć – od dyżurnych pracowników najbliższych poradni psychoneurotycznych po organy policji – muszą być natychmiast powiadomieni i ostrzeżeni, że ta konkretna osoba jest zdolna do samobójstwa. Z punktu widzenia osobistego bezpieczeństwa to priorytetowy krok, który należy wykonać. Bo jeśli człowiek o tym oświadczał, a wy potem ten epizod po prostu zignorowaliście, w sferze prawnej pojawi się w pełni logiczne pytanie: dlaczego nie zwróciliście się do profilowych specjalistów, skoro otwarcie was ostrzegano przed niebezpieczeństwem?

Po drugie, nawet jeśli partner używa podobnego szantażu czysto jako modelu manipulacji emocjonalnej – i tak działamy według jednolitego algorytmu: wzywamy służby specjalne i rejestrujemy to zgłoszenie oficjalnie. Jeśli człowiek po prostu próbował grać na waszych uczuciach, taka twarda i oficjalna reakcja błyskawicznie zmusi go do kardynalnej zmiany swojego zachowania. Podobne incydenty są ściśle rejestrowane przez organy państwowe i następnym razem grać w tak niebezpieczne gry manipulacyjne z policjantami i medykami szantażyście po prostu się nie zechce.

Etyka wsparcia w żałobie

Najważniejsze w takiej sytuacji to jasno rozumieć, czego mówić kategorycznie nie wolno. Tutaj wszystko zależy od ogromnej liczby czynników, ale najczęstszym błędem otoczenia jest próba „normalizacji” cierpienia człowieka. W przeważającej większości przypadków takie podejście jest interpretowane przez poszkodowanego jako bezpośrednie dewaluowanie. Szablonowe zwroty typu: „No cóż, teraz wszyscy kogoś tracą”, „wielu teraz przez to przechodzi” albo „taki czas, wszystkim jest ciężko” – są odbierane wyłącznie jako lekceważenie jego osobistej, unikalnej tragedii. To pierwszy zasadniczy moment.

Drugie ostrzeżenie: pod żadnym pozorem nie warto zapewniać człowieka, że „wszystko się ułoży”. W momencie, gdy poszkodowany znajduje się w ostrej fazie przeżywania żałoby, jego subiektywne postrzeganie własnego stanu jest absolutnie katastrofalne. Wszelkie próby pocieszania czy uspokajania jakąś abstrakcyjną przyszłością wydają się psychice całkowicie obce, fałszywe i nierealne.

Kategorycznie nie wolno również żądać od człowieka ciągłego wspomnienia, detalizowania czy opowiadania tragicznych wydarzeń. Dla głębokiego i bezpiecznego przepracowania podobnych stanów kryzysowych we współczesnej praktyce istnieją specjalne kierunki terapeutyczne, m.in. EMDR (odczulanie i przetwarzanie za pomocą ruchu gałek ocznych – przyp. red.). Próby przeżycia tak głębokiej żałoby bez wykwalifikowanej profesjonalnej pomocy wiążą się z gwałtownym i silnym spadkiem jakości życia. W znacznej mierze prowadzi to do tzw. inwalidztwa emocjonalnego. Oznacza to, że człowiek traci zdolność normalnej integracji ze społeczeństwem, rozpadają się u niego dotychczasowe więzi społeczne, krytycznie spada produktywność w pracy i ogólnie blokują się wszystkie bazowe funkcje życiowe.

To niezwykle poważny problem, z którym samemu poradzić sobie po prostu nie sposób. Co więcej, w tak ostrym okresie próby sztucznego lub siłowego przesunięcia punktu uwagi człowieka na jakieś inne, „pozytywne” rzeczy są absolutnie nieefektywne. Podobne starania, by odwrócić uwagę, w żaden sposób nie pomagają znormalizować stanu psychicznego i jakości życia poszkodowanego.

Fenomen boomu ezoterycznego i „manifestacje do Wszechświata”

To doprawdy głębokie pytanie, a kognitywistyka – nauka o myśleniu i procesach poznawczych – bardzo jasno i szczegółowo opisuje podobne fenomeny. Głównym katalizatorem jest tutaj ostra utrata przez człowieka poczucia kontroli nad własnym życiem. Kiedy społeczeństwo zderza się z pandemią, pełnoskalową wojną, ostrymi trudnościami gospodarczymi, niszczycielskimi klęskami żywiołowymi czy turbulencjami politycznymi, psychika życiowo potrzebuje kompensacji tej straty. W Ukrainie ludzie zderzyli się obecnie absolutnie z całą tą listą jednocześnie.

Nasz układ nerwowy ewolucyjnie bardzo źle, wręcz krytycznie znosi stan długotrwałej niepewności. I podobne praktyki magiczne – od wróżenia z kart Tarota po usługi regresjonerów – błyskawicznie tworzą dla wyczerpanego mózgu trzy bazowe iluzje. Pierwsza i najważniejsza z nich to iluzja rozumienia procesów zachodzących wokół. Człowiek rzekomo otrzymuje jasne odpowiedzi na pytania, na które obiektywnie odpowiedzieć w realnym świecie się nie da. To przywraca subiektywne poczucie kontroli nad przyszłością i w znacznej mierze obniża poziom bieżącego lęku. Przy czym dla naszej psychiki na poziomie fizjologicznym nie ma absolutnie żadnej różnicy, czy ten ezoteryczny system wiedzy jest realny, czy w całości wymyślony przez oszustów – terapeutyczny efekt ulgi w danym momencie będzie dokładnie taki sam.

Tutaj bezpośrednio działa nasza fundamentalna potrzeba sensu. Ludzki mózg jest ewolucyjnie zaprogramowany do odnajdywania prawidłowości we wszystkim bez wyjątku, gdyż zdolność przewidywania reguł gry automatycznie obniża poziom zaniepokojenia. Na przykład poszkodowany człowiek podświadomie kalkuluje: „W kraju zaczęła się wojna, ale przecież układ kart mnie przed tym zawczasu ostrzegał!” albo „To wydarzenie było oczywistym znakiem z góry!”. Takie konstrukcje mentalne sztucznie budują iluzję kontroli nad chaosem. I im silniejszy jest stres zewnętrzny, tym wyższe prawdopodobieństwo, że człowiek ślepo uwierzy, iż ta magia rzeczywiście działa. Zaczyna widzieć związki przyczynowo-skutkowe tam, gdzie ich nigdy nie było, nawet jeśli informacja, którą sprzedaje mu się za szalone pieniądze, to wierutne kłamstwo.

Analogiczna historia dzieje się z popularnymi obecnie „manifestacjami do Wszechświata” i intencjami. Jeśli oceniać to zjawisko personalnie dla konkretnego człowieka, który formułuje taką intencję – pewien sens tu jest, ale ma charakter czysto indywidualny, psychologiczny jako forma samouspokojenia. Jeśli jednak patrzeć na rzeczy obiektywnie i naukowo – nie ma w tym żadnego sensu, ponieważ Wszechświat jako system fizyczny ma nasze pragnienia absolutnie w nosie.

Pamiętacie, jak w trzecim dniu pełnoskalowej inwazji miliony ludzi synchronicznie wizualizowały, że Putin nagle zmarł? No i oto cały rezultat. Wszystkie te piękne marketingowe opowieści o „materialności myśli” i przekazach energetycznych, ku wielkiemu żalowi ezoteryków, bezkompromisowo rozbijają się o fundamentalne prawa fizyki teoretycznej.

Skandal medialny 2023. Zamiast usprawiedliwień – sukces

Widzicie, kiedy tak gwałtownie i na wielką skalę rośnie ci publika, a ty przy tym obiektywnie nie jesteś zbyt ugodowym człowiekiem... Ja, z uwagi na swoje pewne życiowe błędy lub przeciwnie, głęboką mądrość (kto wie?), jestem osobowością nieugodową i dość radykalną w swoich publicznych wypowiedziach. A w społeczeństwie działa jasna zasada: jeśli absolutnie nie da się ciebie kontrolować z zewnątrz, systemowo próbuje się ciebie strącić.

Jeśli jednak mówić czysto o plusach – osobiście u mnie po tym bardzo zmieniło się zdanie na temat presji społecznej oraz na temat tzw. wrogów. To był w rzeczywistości całkiem pożyteczny epizod w moim życiu. I gdyby takiego epizodu ewolucyjnie nie było – to należałoby go koniecznie sztucznie stworzyć. Druga rzecz – ta sytuacja zmotywowała mnie do jeszcze większej nauki i rozwoju poznawczego. Człowiek przez tak potężne kryzysy przechodzi kolosalną szkołę życia. Oczywiście, jak mówią w znanym anegdocie, „niesmak pozostał” (uśmiecha się).

Ludzie u nas w ogóle mają chroniczną skłonność do wybierania jakiejś jednej prostej, prymitywnej prawdy, bo głębokie wchodzenie w szczegóły, tym bardziej w czasie wojny – to zbyt duże obciążenie poznawcze. Zrozumcie, gdyby ten case wydarzył się w czasach pokoju, zwrócono by na niego o wiele mniej uwagi społecznej, bo wtedy w przestrzeni informacyjnej jest mnóstwo innych tematów. Ponieważ jednak ludziom krytycznie potrzebna jest iluzja kontroli nad sytuacją, zawsze potrzebują, by w strefie dostępu znajdował się wyrazisty człowiek, z którym można wchodzić w interakcję – dobrze czy źle, to już nie gra roli.

Oleksij Arestowycz w tym znaczeniu spełnił ogromną funkcję psychoterapeutyczną dla społeczeństwa. Ci, którzy go żarliwie kochali, jak i ci, którzy tak samo żarliwie nienawidzili – oni wszyscy w rzeczywistości mieli bezpośredni kontakt z osobowością. Nieważne, gdzie dokładnie dochodziło do tego kontaktu – w komentarzach w social mediach czy wyłącznie w ich własnych głowach, ale tworzyło to u nich subiektywną iluzję kontroli nad sytuacją wokół.

Kiedy człowiek, który zderzył się z niezrozumieniem, przechodzi przez publiczny skandal, spełnia on ważną funkcję – daje możliwość społeczeństwu interpretować sytuację tak, jak ludziom osobiście jest wygodnie. Dlatego absolutnie nie żałuję, że wszystko potoczyło się w ten sposób. Nawet gdybym miał hipotetyczną możliwość rozegrania czegoś wstecz, nie jestem nawet pewien, czy w ogóle bym to zmienił, ponieważ jestem niesamowicie zadowolony z finalnego rezultatu.

Na przykład to właśnie ten skandal mocno zmotywował mnie do podjęcia studiów na Uniwersytecie Południowej Walii na kierunku „psychiatria kliniczna”, przy czym ukończyłem je z wyróżnieniem, co jest absolutnie równoznaczne z naszym czerwonym dyplomem. Obecnie oficjalnie wstąpiłem do Institute of Chartered Clinical Psychologists w Brytanii. A nigdy w życiu bym tego wszystkiego nie zrobił, gdyby nie ten skandal medialny. Wszędzie są swoje ukryte zalety i wady, to trzeba jasno rozumieć.

Dlatego, jeśli ktoś i tak musi ponieść osobistą odpowiedzialność za bieżące niepowodzenia – swoje własne i całego społeczeństwa w momencie, gdy nie można na nie wpłynąć obiektywnie – to dlaczego, właściwie, nie ja?

Czytaj nas na Telegram i Sends

Pobierz naszą aplikację