28 sierpnia w miejscowości Mila w obwodzie kijowskim, położonej 20 km od Wyshneve, po rosyjskim ataku wybuchły magazyny amunicji znajdujące się w pobliżu budynków mieszkalnych. Potężne wybuchy i pożary spowodowały liczne ofiary wśród ludności cywilnej oraz zniszczyły setki domów.
„Straszna sytuacja, straszne zaniedbanie… Po wydarzeniach w Wiszniewie kolejna taka zbrodnia – to absolutnie niedopuszczalne” – skomentował prezydent Wołodymyr Zełenski tragedię w obwodzie kijowskim i wezwał do jej bezstronnego zbadania.
Biorąc pod uwagę, że wybuch amunicji w Milii nazywany jest już „drugim Wiszniewem”, powtórzenie się takich zdarzeń i skala ofiar wykraczają poza ramy samego tylko śledztwa w sprawie zaniedbań służbowych. Być może chodzi tu o bardziej strategiczne wnioski i konsekwencje. Zdaniem ukraińskich analityków wojskowych głównym błędem odpowiedzialnych urzędników było złudzenie, że umieszczenie składów broni w pobliżu obiektów cywilnych powstrzyma wroga przed atakami.
Tymczasem armia RF rozpoczęła kampanię masowych ostrzałów, które okazały się znacznie bardziej niebezpieczne niż poprzednie. Rosyjskie ataki na obiekty obronne w pobliżu zabudowy cywilnej niosą ze sobą nie tylko ryzyko militarne, ale także polityczne dla Kijowa. Kreml próbuje zaostrzyć napięcia społeczne, a także oskarżyć Ukrainę o naruszenie międzynarodowych konwencji zakazujących umieszczania obiektów wojskowych w pobliżu osiedli mieszkaniowych.
UA.News opisuje możliwe przyczyny i okoliczności tragedii we wsi Mila, prawdopodobieństwo przeprowadzenia audytu i przeniesienia magazynów BK oraz opinie ekspertów wojskowych na ten temat.

Uderzenie rosyjskiego drona i detonacja
Wieczorem 28 sierpnia rosyjski dron uderzył na teren zakładu w miejscowości Mila w powiecie buczańskim w obwodzie kijowskim. Uderzenie spowodowało wtórną detonację na magazynach z amunicją. Wybuchy i pożary były tak potężne, że konieczne było tymczasowe zamknięcie odcinka autostrady M-06 „Kijów – Czop” od 15. do 32. km.
W wsi zginęło 38 osób, a kolejne pięćdziesiąt zostało rannych. Najwięcej ofiar odnotowano w prywatnym pensjonacie dla osób starszych „Dobry Dom”, który znajdował się po drugiej stronie drogi od magazynów. Wszyscy, którzy w tym czasie przebywali w pensjonacie – jego mieszkańcy i personel – zginęli w pożarze. Wśród ofiar śmiertelnych wybuchu znalazł się przewodniczący gminy Dmytrivka Taras Didycz, który przybył na miejsce zdarzenia, aby zorganizować pomoc dla ludzi.

„O wpół do dziewiątej zaczęły się wybuchy – te trzy godziny wydawały się trwać trzy doby. Ciągle dochodziło do niewielkich wybuchów. Trzeba było wychodzić z piwnicy i sprawdzać, czy dom nie płonie. Duże wybuchy miały miejsce co 10 minut” – opowiedział dziennikarzom lokalny mieszkaniec Pawło.
Kolejny poszkodowany, Rusłan, wspomina, jak ratował się wraz z rodziną podczas wybuchów: „Kiedy zaczęły się pierwsze wybuchy, weszliśmy do domu i nie mogliśmy wyjść, bo pociski po prostu nieustannie świszczały. Dobrze, że nie zeszliśmy do piwnicy, bo kiedy pociski podpaliły dom, nie pozostało nam nic innego, jak tylko wybiegnać i uciekać. Dzieci biegły po asfalcie, a obok nich spadły odłamki pocisków”.

Czy miejscowi wiedzieli, że w wsi przechowywano amunicję – opinie były podzielone. Niektórzy przyznali, że domyślali się przeznaczenia tego obiektu. Opowiadali, jak przyjeżdżali tam wojskowi, rozładowywali i załadowywali drewniane skrzynie. Inni zaprzeczali, twierdząc, że wiedzieli jedynie o cywilnym przedsiębiorstwie.
„Wiedzieliśmy tylko, że są to magazyny z wodą pitną i fabryka rozlewu tej wody. Nikt nikomu nie mówił, co tu było przechowywane, nikt nic nie wiedział… sąsiednie „uderzenia” w Wiszniewie i Kapitanówce powinny były nas tego nauczyć. Niestety, żadnych wniosków, żadnego szkolenia…” – powiedział dziennikarzom jeden z poszkodowanych.

Później w Kijowskiej Obwodowej Administracji Państwowej poinformowano, że we wsi Mila i okolicznych miejscowościach uszkodzonych zostało 366 obiektów, z czego ponad 200 to domy prywatne, a 14 to budynki wielokondygnacyjne.

Na dzień 1 września — czwartą dobę z rzędu — w miejscu wybuchu nadal trwały akcje ratownicze i rozminowywanie. Wstępnie określono, że prawie 288 hektarów terenu jest zanieczyszczonych przedmiotami wybuchowymi. Na tym obszarze saperzy zbadali ponad 116 hektarów. Do likwidacji skutków zaangażowano siły Państwowej Służby Ratowniczej z czterech regionów.

Śledztwo i odpowiedzialność
Wspominając o tragedii w wsi Mila, prezydent w wieczornym przemówieniu powiedział, że rozmawiał z prokuratorem generalnym, szefami służb bezpieczeństwa oraz głównodowodzącym armii. Zełenski zapewnił, że dysponują oni „wszystkim, co jest niezbędne do przeprowadzenia śledztwa”. Obecnie śledztwo ma na celu ustalenie, dlaczego magazyny amunicji w rejonie Buczany zostały umieszczone w pobliżu budynków mieszkalnych.
Podobnie jak w Wyshnewe, Służba Bezpieczeństwa Ukrainy wszczęła postępowanie karne w sprawie rosyjskiego ataku na składy, a także w sprawie ponownej detonacji. SBU prowadzi dochodzenie na podstawie artykułu dotyczącego zaniedbania służbowego.
Oficjalne oświadczenia wydało dowództwo wojskowe. W Sztabie Generalnym podkreślono, że w Siłach Zbrojnych Ukrainy obowiązuje surowy zakaz umieszczania składów broni, amunicji i innych podobnych obiektów w pobliżu zabudowy cywilnej. Wszystkie magazyny w pobliżu budynków mieszkalnych są pod kontrolą producentów broni, niezależnie od formy własności.
Ministerstwo Obrony wezwało producentów amunicji i broni do przeniesienia magazynów, które stanowią zagrożenie dla ludności cywilnej.
„Wszyscy odpowiedzialni dowódcy jednostek Sił Bezpieczeństwa i Obrony oraz krajowego przemysłu obronnego muszą przeprowadzić pełny audyt miejsc przechowywania broni i amunicji. Obiekty tego typu nie powinny znajdować się w pobliżu budynków mieszkalnych” – czytamy w oświadczeniu resortu obrony.
Kto powinien był kontrolować rozmieszczenie tych magazynów i czy wiąże się to z korupcją – kwestia ta stała się przedmiotem dyskusji na szczeblu politycznym. Odpowiedzią na to zapytanie było stwierdzenie, że odpowiedzialność za takie obiekty jest „niejasna”. Poza tym – przepisy określające odległości od zabudowań mieszkalnych zostały ustanowione jeszcze na czas pokoju.
„Odpowiedzialność oczywiście istnieje i powinna istnieć, ale obecnie jest ona niejasna. Jest ona rozmyta między właścicielem obiektu, jednostką wojskową, dowództwem, a także między władzami lokalnymi i organami kontrolnymi. Ponieważ ja, jako były wojskowy, zanim zajmę jakiś obiekt, przedkładam propozycje wyższemu przełożonemu i uzgadniam je z lokalnymi władzami. „Proszę mi wierzyć, że jest to dość rozbudowany łańcuch uzgodnień” – wyjaśnił na antenie Radia Swoboda pułkownik Sił Zbrojnych Ukrainy w stanie spoczynku Dmytro Kaszczenko.
„W rzeczywistości trudno i skomplikowane jest znalezienie jednego kompromisowego rozwiązania, które zadowoli wszystkich i pozwoli ocalić życie. Ponieważ nie chodzi tylko o Kijów i obwód kijowski, ale faktycznie o całą Ukrainę, która jest wykorzystywana przez Siły Obronne do realizacji różnych zadań. Z jednej strony mamy sytuację, w której winę ponosi państwo – zaniedbania i tak dalej. Z drugiej strony mamy Ukraińców, którzy świadomie ujawniają wrogowi miejsca skupiska personelu wojskowego i amunicji” – stwierdziła posłanka Solomija Bobrowska.

Wersja dotycząca magazynów Fire Point
Chociaż masową eksplozję w Mylej porównuje się do wydarzeń w Wyszniewie, media i działacze społeczni zwracają uwagę na główną różnicę: władze nie poinformowały oficjalnie, do jakiego producenta należały zapasy uzbrojenia, które stały się celem ataku.
Jednocześnie rosyjskie ministerstwo obrony poinformowało, że w miejscowości Mila rzekomo trafiono w skład amunicji firmy Fire Point. Podobno na obiekcie tym przechowywano komponenty i akceleratory startowe do dronów FP-1 i FP-2.
Ostatecznie podejrzenia, że magazyny należały prawdopodobnie do firmy Fire Point powiązanej z prezydentem, ujawniły się w publicznej wymianie zdań w mediach społecznościowych.

Szef fundacji charytatywnej „Wróć żywy” Taras Czmut przypomniał wydarzenia w Wiszniewie, gdzie po uderzeniu w magazyny amunicji zwolniono i zatrzymano kierownictwo przedsiębiorstw państwowych. Jednocześnie nawiązał do śledztwa w sprawie naruszenia zasad przechowywania amunicji w pobliżu budynków mieszkalnych w Miliej.
„Czy tym razem reakcja będzie podobna? A może, skoro przedsiębiorstwo należy do „naszych”, to „zrzucimy winę na wojnę” i Rosjan? Bo swoich nie wolno ruszać” – napisał Taras Cmut, choć nie wskazał bezpośrednio ani Denisa Shtilermana, ani firmy Fire Point.
Współwłaściciel Fire Point, Denis Shtilerman, natychmiast ostro zareagował na ten wpis. „Jesteś łajdakiem i kłamcą. Jak można tak rozpowszechniać kłamstwa!” – napisał.

Dmytro Sniegirow: Odpowiedź leży na dnie
Wybuch składów amunicji we wsi Mila to już trzeci podobny przypadek po analogicznych wydarzeniach w Wiszniewie i w obwodzie dniepropetrowskim. Taka sekwencja wskazuje na systematyczne działania rosyjskich służb specjalnych, o ich wysokim poziomie świadomości oraz, niestety, o niskim poziomie działalności kontrwywiadowczej na Ukrainie – uważa analityk wojskowy Dmytro Sniegirow, który badał okoliczności wybuchów w magazynach amunicji w latach trwania operacji antyterrorystycznej (ATO).
„Za zapewnienie reżimu kontrwywiadowczego i uniemożliwienie podobnych scenariuszy odpowiada Służba Bezpieczeństwa Ukrainy. Jej zadaniem jest wykrywanie potencjalnych źródeł wycieku informacji zarówno wśród żołnierzy, jak i wśród cywilów, którzy mogą współpracować z wrogiem.
Trzy przypadki to o wiele za dużo. Zwłaszcza po incydencie w Wisznowym, gdzie doszło do rażącej sytuacji: miały miejsce wcześniejsze ataki dronów, ale nie zareagowano na nie w żaden sposób, nie przenosząc magazynów. I dopiero potem doszło do tego, co się stało, czyli zniszczenia magazynu.
Biorąc pod uwagę, że liczebność SBU przekracza 40 tysięcy pracowników (co znacznie przewyższa liczebność służb specjalnych wielu krajów europejskich, takich jak Wielka Brytania, gdzie pracuje nieco ponad 6 tysięcy osób), pojawiają się poważne pytania dotyczące skuteczności jej działania.
Nie należy tłumaczyć udanych ataków wroga wyłącznie danymi z rozpoznania satelitarnego lub technicznego — należy koniecznie uwzględnić i zweryfikować czynnik pracy agenturalnej. Kontrole powinny dotyczyć zarówno przedsiębiorstw państwowych (w szczególności podlegających „Ukroboronpromowi”), jak i podmiotów prywatnych” – podkreśla Dmytro Sniegirow.
Wskazuje on również na sztuczne przesunięcie akcentów w próbie poruszenia przez społeczeństwo pytania: „Kto zezwolił i dlaczego magazyny umieszczono w pobliżu zabudowy mieszkaniowej?”. Odpowiedź leży na powierzchni: lokalizacja takich obiektów nie jest możliwa bez decyzji administracji wojskowo-cywilnej.
„Próby zrzucenia winy na kierowników magazynów lub inne osoby drugoplanowe to sztuczne przesunięcie akcentów. Za bezpieczeństwo i gotowość obronną regionu odpowiada przede wszystkim szef Kijowskiej Okręgowej Administracji Wojskowej. Jeśli natomiast magazyn należy do podmiotu prywatnego (w szczególności w mediach wspomina się o Fire Point), powstaje pytanie o działanie tak zwanego „prawa telefonicznego”, kiedy to lokalnym administracjom wydaje się polecenia umieszczania obiektów wbrew normom bezpieczeństwa i obowiązującym przepisom” – mówi analityk wojskowy.
Według niego przechowywanie szerokiego asortymentu amunicji — od nabojów do karabinów maszynowych po systemy obrony przeciwrakietowej — w jednym miejscu jest sprzeczne z instrukcjami, które wymagają rozproszenia magazynów. Ponadto obiekty takie już dawno powinny zostać poddane kontroli.
„Oświadczenia o konieczności przeprowadzenia audytu i ewentualnej relokacji nie pojawiają się bez powodu, a być może świadczą o pewnych schematach korupcyjnych zarówno w Ministerstwie Obrony, jak i w „Ukroboronpromie”. Jednak odpowiedź muszą udzielić właściwe organy. Niestety, istnieją podstawy do wysuwania takich hipotez. Liczba magazynów, które wybuchły na Ukrainie jeszcze w trakcie operacji ATO, wskazuje na to, że miały miejsce korupcyjne machinacje. A także próby jawnego zarobienia właśnie na wybuchach magazynów. A potem – i na tym polega cynizm tej sytuacji – zarabiać na odbudowie zniszczonej infrastruktury cywilnej” – wyjaśnia analityk i podkreśla, że warto zwrócić uwagę na przepływy finansowe oraz firmy, które otrzymają kontrakty na odbudowę.
Sniegirow przypomina również, że w każdym przedsiębiorstwie zbrojeniowym jeszcze w czasach Związku Radzieckiego działał tak zwany Pierwszy Wydział, jednostka o statusie ściśle tajnym, która kontrolowała proces odbioru produkcji, zapewniała ochronę informacji oraz prowadziła działania kontrwywiadowcze. W związku z tym pojawiają się pytania dotyczące skuteczności właśnie takich jednostek specjalnych, a także samej metodologii rozmieszczania składów wojskowych.
„Skoro już trzeci skład wybuchł w pobliżu infrastruktury mieszkaniowej – oznacza to, że liczyliśmy na to, że «moskali» nie będą atakować ludności cywilnej. Mówiąc inaczej, jeśli umieścimy skład w pobliżu infrastruktury mieszkalnej, będzie to zabezpieczeniem przed zniszczeniem go przez Rosjan. Nazywajmy rzeczy po imieniu – mówi Sniegirow i podkreśla: – To był błąd, na którym zagrali Rosjanie. Dlatego należy zmienić samą metodologię. To znaczy zrezygnować już z założenia, że Rosjanie nie będą atakować ludności cywilnej. Atakują i to celowo. Dlatego należy zmienić charakter rozmieszczenia obiektów wojskowych, przede wszystkim magazynów”.
Czytaj nas na Telegram i Sends