Wieczór we wtorek 18 sierpnia 2026 roku przejdzie do historii współczesnej polityki ukraińskiej jako moment, w którym jeden z, jak mogłoby się wydawać, najbardziej oddanych przedstawicieli zespołu prezydenta (do niedawna) po raz pierwszy otwarcie i publicznie stwierdził to, o czym dotychczas innym nie tylko nie wolno było mówić, ale co i tak nie było zbyt mile widziane: „Ukraina potrzebuje wyborów”. I to nie kiedyś tam, w ulotnym okresie „po wojnie”, ale właśnie teraz, w piątym roku pełnowymiarowego konfliktu z Federacją Rosyjską.
Najciekawsze jest to, że oświadczenie to wygłosił nie jakiś opozycjonista na wygnaniu, nie jakiś anonimowy kanał na Telegramie czy polityk z marginesu sceny politycznej, nie wróg państwa, ale właśnie Mykhajlo Fedorow. A więc osoba, która jeszcze miesiąc temu pełniła funkcję ministra obrony, od 2019 roku należała do najbliższego otoczenia Zełenskiego i była uważana za symbol technologicznego, postępowego skrzydła władzy. I właśnie ten fakt sprawia, że sytuacja ta wywołuje tak duży oddźwięk.
Jak rozumieć zachowanie Fiodorowa, co tak naprawdę kryje się za jego demaršem i czy rzeczywiście w Ukrainie odbędą się wybory w czasie wojny? Serwis UA.News wraz z ekspertami zgłębił tę kwestię.
Kim jest Fedorow: od partnera do problemu
Aby w pełni zrozumieć szekspirowską głębię rozgrywającego się dramatu, warto przypomnieć sobie, od czego wszystko się zaczęło. Michaił Fedorow należał do zespołu Zełenskiego od samego początku: jeszcze od kampanii wyborczej w 2019 roku. Choć jest młodym człowiekiem, to jednocześnie jest (a raczej „był”) jednym z najstarszych członków „zespołu Ze” – pod względem stażu pracy. W momencie rozpoczęcia współpracy z ówczesnym jeszcze kandydatem Zełenskim Fiodorow nie miał nawet 30 lat!
Przez cały ten czas pracował w systemie, nie krytykował prezydenta publicznie i nie wykazywał żadnych ambicji wykraczających poza wyznaczoną mu rolę. I z wolnością, i z demokracją, i z wyborami u Fedorowa, sądząc po wszystkim, wszystko było w porządku — dokładnie do momentu, kiedy został odwołany ze stanowiska. Według Fedorowa i jego dość licznych publicznych sympatyków — usunięto go po prostu tak, bez powodu, znikąd.
Warto tu zaznaczyć, że Ministerstwo Obrony jest jedną z najbardziej zasobnych instytucji Ukrainy. Kto stoi na czele Ministerstwa Obrony, „siedzi” na miliardach dolarów, na przepływie broni, na zakupach i zaopatrzeniu milionowej (!) armii, na produkcji dronów i rakiet itp. To znaczy, że jest to ogromny „kawał tortu”, o który toczy się nieustanna walka różnych grup wpływowych. Nic dziwnego, że Ministerstwo Obrony nieustannie pojawia się w różnego rodzaju skandalach korupcyjnych dotyczących absolutnie nieadekwatnych kwot sięgających dziesiątek i setek miliardów. Fiedorow natomiast, pracując w Ministerstwie Obrony zaledwie pół roku, nie zdążył zszargać swojej reputacji korupcją, a ponadto wykazał się jako dość skuteczny menedżer (choć nie jest takim „geniuszem zarządzania”, jak twierdzą o nim jego zwolennicy).
Ogólnie rzecz biorąc, przez ponad siedem lat spędzonych na stanowiskach rządowych Fedorow zyskał własny zespół, wizerunek i poparcie społeczne. Rozwinął się zarówno jako menedżer, jak i jako polityk, uświadomił sobie własną podmiotowość itp. Co, jak się wydaje, wywołało pewne niezadowolenie i być może obawy wśród potencjalnej konkurencji.

Wybory jako broń: dlaczego to oświadczenie burzy system
Do wczoraj narracja „wybory w czasie wojny są niemożliwe” była jedną z kluczowych konstrukcji nośnych całego systemu politycznego Ukrainy. Przez wszystkie lata wojny Ukraińcom tłumaczono: wybory to ryzyko, wybory to chaos, wybory to w końcu niemal zdrada (pojawiały się też podobne stwierdzenia). A gdy ktoś odważył się powiedzieć coś przeciwnego, natychmiast przypisywano mu typowe etykietki: od „agenta Kremla” po „wroga ludu”.
A teraz ulubieniec młodzieży i aktywistów finansowanych z dotacji, osoba kojarzona z technologicznością, nowoczesnością i modernizacją, mówi wprost: Ukraina potrzebuje wyborów. Ciekawa kwestia: jak zareagują na obecną sytuację wszyscy medialni komentatorzy, którzy wcześniej mówili o niedopuszczalności zmiany władzy w czasie wojny. W końcu wielu z nich – na przykład znany bloger Ihor Lačenkow, wolontariusz i bloger Serhij Sternenko, żołnierz i wolontariusz Andrij Zadwornyj i inni – aktywnie wspiera Mykołaja Fiodorowa.

„Ukraińska demokracja nie może być zakładniczką Rosji. Walczymy właśnie dlatego, że chcemy pozostać wolnym państwem europejskim. Dlatego musimy znaleźć legalny, bezpieczny i realistyczny mechanizm, który pozwoli Ukrainie przywrócić pełnoprawny proces demokratyczny nawet w warunkach długotrwałej wojny” – stwierdził wprost Fedorow.
Jednocześnie oczywiste jest, że nie jest to po prostu szlachetny impuls człowieka, który bardzo troszczy się o demokrację. Fiedorow jest odtąd politykiem, a jego przemowa stanowi zgłoszenie kandydatury na najwyższe stanowisko. Bo jeśli odbędą się wybory, to kto z całą pewnością może być ich głównym beneficjentem? Ten, kto jako pierwszy odważył się rzucić wyzwanie systemowi, podczas gdy wszyscy inni milczeli lub targowali się o stanowiska. Jak to się mówi – „zły jest ten żołnierz, który nie chce zostać generałem”. A Fiedorow najwyraźniej uznał, że nadszedł czas i już można. Chociaż oczywiste jest, że władza nie chce obecnie przeprowadzać żadnych wyborów i nie planuje tego, a nikt nie wejdzie do wyścigu wyborczego w czasie wojny tylko z powodu oświadczeń jednego Fiedorowa.

Operacja specjalna „Forrest Gump” i głosowanie w Chmurze: polityczny obraz dnia
To, co wydarzyło się dzisiaj, 19 sierpnia, nie jest przypadkowym zbiegiem okoliczności i warto spojrzeć na całość sytuacji. W Radzie odbyło się głosowanie nad wyborem nowego ministra obrony, którego kandydaturę zgłosił prezydent — Jewhena Chmary. I właśnie pod to głosowanie, w tym konkretnym dniu, NABU i SAP – struktury antykorupcyjne, które, jak się wydaje, wyraźnie sympatyzują z Fedorowem i działają z nim w synchronizacji – rozpoczęły operację specjalną o wymownej nazwie „Forrest Gump”. „Ataki” na niektórych posłów i urzędników Biura Prezydenta, przeszukania, zatrzymania — wszystko to miało miejsce właśnie dzisiaj, w trakcie głosowania. Równolegle przed Radą Najwyższą zebrał się kolejny wiec zwolenników Fiodorowa.
Oczywiste jest, że była to bezpośrednia presja na parlament. Program minimalny polegał na tym, by zniweczyć głosowanie w sprawie Chmary, nie dopuścić do zatwierdzenia nowego ministra obrony, a w idealnym przypadku — zmusić posłów do ponownego rozpatrzenia decyzji dotyczącej Fedorowa. Jednak to w ogóle nie zadziałało. Program maksymalny polega najwyraźniej na tym, by unieruchomić parlament, sparaliżować jego pracę, tak aby sam zaczął domagać się restartu władzy – czyli wyborów.
I tu pojawia się kluczowe pytanie: czy ten plan się powiedzie? Czy Fedorow i jego sojusznicy mają wystarczające zasoby, by przełamać impas? Na razie wydaje się, że nie – zwłaszcza po głosowaniu nad kandydaturą Chmary. Bo pomimo całej popularności Fedorowa i poparcia, jakim cieszy się on w pewnych kręgach na Ukrainie i za granicą, nikt – ani wewnątrz kraju, ani z zewnątrz – wyraźnie nie podjął globalnej decyzji o całkowitej transformacji władzy. Zachodni partnerzy, którzy finansowo wspierają Ukrainę (przede wszystkim Europejczycy), nie dali jak dotąd wyraźnego sygnału, że są gotowi poprzeć zmianę władzy. A bez tego każda ofensywa przeciwko obecnej władzy jest skazana na porażkę.
Fiedorow jest dziś praktycznie kopią Zełenskiego z 2019 roku. To dosłownie ten sam kandydat: młody, charyzmatyczny, zorientowany na technologie, opowiadający się za wolnością i demokracją, za pozytywnymi zmianami i przeciwko staremu systemowi. Ten sam zestaw haseł, ta sama retoryka, to samo postawienie na odnowę i młodzież. W gruncie rzeczy przeciwnikiem Zełenskiego jest dziś sam Zełenski — taki, jakim był siedem lat temu, jeszcze jako kandydat. To dość symboliczny moment i głęboki dramat obecnych władz: to one same stworzyły ten typ polityka, który zagraża im od wewnątrz.
Ale jest też druga strona medalu. Fiedorow mówi rzeczy oczywiste dla każdego: że wolność i demokracja są ważne, że wybory i zmiana władzy to normalny i niezbędny dla każdego systemu proces, że Ukraina powinna być wolnym państwem europejskim i tak dalej. Jednak dosłownie naśladując Zełenskiego sprzed siedmiu lat, Fiodorow ryzykuje, że pójdzie tą samą drogą. Zupełnie jak w znanej archetypicznej przypowieści o walce ze smokiem: pokonując go, sam stajesz się smokiem. Wszyscy rozumieją, że zmiany są konieczne i prędzej czy później nastąpią. Ale czy mają one sens, skoro nie zmieni się dosłownie nic poza nazwiskiem – to pytanie pozostaje otwarte.

Opinie ekspertów
Politolog, dyrektor Ukraińskiego Instytutu Polityki Rusłan Bortnik jest przekonany: nagrania i apele Fedorowa to przede wszystkim sposób wywierania presji na prezydenta. Do tego samego można zaliczyć również protesty na ulicach oraz nowe śledztwa NABU. Jednak presja ta nie przerodziła się jak dotąd w jawną konfrontację, w wojnę między zespołem Fedorowa a zespołem władz.
„Widzimy, że jedyne, czego dziś domaga się Fedorow, to powrót na stanowisko. Na razie nikt nie organizuje systematycznych protestów ulicznych, Fedorow sam na razie stoi na czele protestu. Żądania dotyczące wyborów brzmią raczej jak element nacisku na Zełenskiego, ponieważ jasne jest, że wybory oznaczają zmianę władzy, a obecnie cała władza skupia się w rękach prezydenta… To bezpośrednia groźba wobec prezydenta, ale na razie nie jest to ostatnia faza konfliktu. W dalszej perspektywie sytuacja ta będzie się rozwijać w zależności od tego, jak potoczą się głosowania w parlamencie, jak będą przebiegać protesty na ulicach oraz jakie poparcie uda się zgromadzić Fedorowowi zarówno ze strony partnerów zachodnich, jak i w samym społeczeństwie. Do tej pory Fiodorow starał się bowiem subtelnie balansować między kontynuowaniem komunikacji z prezydentem, utrzymaniem swojego zespołu w Ministerstwie Obrony a właśnie takimi publicznymi demarszami, krytyką i atakami medialnymi… Najbliższe dni pokażą, czy Fiodorow będzie nadal balansował, czy też przejdzie do otwartej opozycji wobec prezydenta, a wezwanie do wyborów stanie się wezwaniem do protestów, które dziś odbywają się na poparcie Fiodorowa” — zauważył Rusłan Bortnik.
Politolog, dyrektor centrum „Trzeci Sektor” Andrij Zolotariow twierdzi, że już wczoraj wieczorem było jasne: znajdą się głosy za mianowaniem Jewgienija Chmara na ministra obrony. A to znacząco zmieniło porządek dnia, przede wszystkim dla Fedorowa i jego zwolenników.
„Trzeba było na to zareagować — no cóż, Fedorow zareagował. Zdał sobie również sprawę, że Zełenski nie ustąpi. Więc w rzeczywistości wczorajsze oświadczenie to bezpośrednia aluzja do tego, że Fedorow przejdzie do opozycji politycznej, co podważa legitymację prezydenta i wskazuje na konieczność przeprowadzenia wyborów. Nawiasem mówiąc, jakiś czas temu Fiodorow mówił nieco inaczej, twierdząc, że to wszystko nie jest na porządku dziennym. Teraz jednak obserwujemy już kolejny etap „kartonowego Majdanu” i protestów politycznych. Najprawdopodobniej obserwujemy początek dość dobrze finansowanego projektu politycznego, którego twarzą będzie Michaił Fiodorow. I nie wydaje mi się, by przeszukania w Biurze Prezydenta oraz dymisja Iryny Mudrowej były przypadkowe. W rzeczywistości jest to wzmocnienie wczorajszego oświadczenia Michaiła Fiodorowa. Myślę, że kolejnym polem, na którym rozegra się konfrontacja, może stać się Rada Najwyższa. Zobaczymy. Jednak obecnie prezydent rozwiąże wszystkie bieżące kwestie. Zyskuje on jednak dość dobrze wyposażonego w zasoby i zyskującego na znaczeniu konkurenta politycznego. I faktycznie wczorajsze wystąpienie to tak, jak niegdyś książę Swiatosław wysyłał wiadomość do swoich wrogów: „Idę na was” – jest przekonany Andrij Zolotariow.
Podsumowując, na chwilę obecną sytuacja jest dynamiczna i wciąż może ulec zmianie. Na razie jednak nie wygląda na to, by w najbliższym czasie na Ukrainę czekały wybory i nowy prezydent. Demarsz Fiedorowa wygląda jak fałszywy start człowieka, który zbyt mocno uwierzył we własne siły. To głośna deklaracja przywództwa, jednak złożona zbyt wcześnie, bez odpowiedniego przygotowania i bez gwarancji wsparcia z zewnątrz. Dlatego też najprawdopodobniej ta deklaracja okazała się na razie daremna.
Jeśli strony ostatecznie nie dojdą do porozumienia, w najbliższym czasie należy spodziewać się kontrataku ze strony władz wymierzonego w Fedorowa i jego otoczenie. Może to nastąpić przy użyciu siłowych i administracyjnych środków, a także za pośrednictwem kontrolowanych mediów. Postępowania karne, przeszukania, kampanie informacyjne mające na celu zdyskredytowanie – to standardowy scenariusz, który uruchamia się dość szybko.
Decydującym czynnikiem będzie reakcja Zachodu. Jeśli Europejczycy powiedzą coś w stylu: „radźcie sobie sami, to wasz wewnętrzny problem” – zespół prezydenta najprawdopodobniej wygra tę konfrontację. Jeśli jednak zarówno zachodni partnerzy, jak i kręgi wewnętrzne nagle i masowo opowiedzą się po stronie Fiodora i zaczną go wspierać – będzie to powód, by mówić o zupełnie innym scenariuszu. Na razie jednak nie ma takich sygnałów.
Wszystko to wygląda na kontynuację wielkiej gry politycznej, w której stawką jest wielka władza, wielkie pieniądze i, ostatecznie, przyszłość Ukrainy. W tej grze, jak zawsze, w grę wchodzi bardzo wiele interesów: Fedorowa, Zełenskiego, NABU i SAP, środowisk grantowych, biznesu, partnerów zagranicznych itp. Jest tylko jeden uczestnik procesu politycznego, którego interesów w obecnej sytuacji w ogóle nie widać. Jest to naród ukraiński, który ponad wszystko pragnie zakończenia wojny, pokoju oraz spokojnego, normalnego życia. Niestety, nikt dziś tego obywatelom nie obiecuje, w tym również Fedorow, który w swoim filmie z tuzin razy wypowiedział słowo „wybory”, ale ani razu – słowo „pokój”.
Czytaj nas na Telegram i Sends