$ 43.07 € 50.18 zł 11.91
-3° Kijów -7° Warszawa +10° Waszyngton
Kilka partii politycznych proponowało, żebym je reklamował, ale to mnie nie interesuje: śpiewak operowy Serhij Iwanczuk o infobiznesie

Kilka partii politycznych proponowało, żebym je reklamował, ale to mnie nie interesuje: śpiewak operowy Serhij Iwanczuk o infobiznesie

07 stycznia 2026 22:12

Połtawski przedsiębiorca, śpiewak operowy i wolontariusz Serhij Iwanczuk to wyrazista postać w ukraińskiej przestrzeni medialnej. W Ukrainie i na Zachodzie stał się znany na początku pełnoskalowej inwazji. Serhij dostarczał pomoc humanitarną i pod ostrzałem ewakuował około stu osób z Charkowa i obwodu sumskiego. Podczas jednej z takich wypraw jego samochód został ostrzelany przez rosyjską dywersyjno-rozpoznawczą grupę — odniósł ciężkie rany postrzałowe i cudem przeżył.

Od tego czasu Iwanczuk trafił na listę ukraińskiego Forbes’a „30 przed 30: twarze przyszłości”, został jednym z bohaterów filmu dokumentalnego o ukraińskich muzykach w czasie wojny pt. „Uzbrojeni pieśnią”. Jego historia, jako świadectwo rosyjskiej agresji, była opisywana przez renomowane zachodnie media.

W ostatnich miesiącach Serhij Iwanczuk jest jednak wspominany głównie przez krytyków infobiznesu w zupełnie innym kontekście — w związku z kursem online „Kontent-chata”. Zarzuca się mu oszustwa informacyjne, chciwość oraz budowanie sieci informacyjnej lub botfarmy na potrzeby przyszłych wyborów.

Ta niejednoznaczna historia pokazuje, jak niemal powszechna sympatia może szybko przerodzić się w całkowicie przeciwne emocje. Dla samego bohatera pojawia się natomiast pytanie — jak realizować ambicje biznesowe i kontynuować działalność wolontariacką po tym, gdy oczekiwania związane z medialnością nie spełniły się.

O tym wszystkim — o życiu po rehabilitacji, transformacji w blogera, istocie projektu „Kontent chata”, a także o tym, czy władze mogły zapobiec licznym ofiarom na początku rosyjskiej inwazji — Serhij Iwanczuk opowiedział w ekskluzywnym wywiadzie dla UA.News.

Poniżej — jego wypowiedź w pierwszej osobie.

Medialność po odniesieniu ran
 

Moja historia bardzo szeroko się rozeszła. W tamtym momencie byłem pierwszym wolontariuszem, który oficjalnie ucierpiał pod rosyjskim ostrzałem. Wszyscy byli w szoku — jak to w ogóle możliwe, że śpiewak operowy znalazł się w Charkowie pod kulami?

Pamiętam, że kiedy wypisano mnie ze szpitala w Niemczech, nagrano ze mną wywiady dla BBC, CNN, „The New York Times”, „The Times”. Trafiłem na okładkę magazynu „Time”, znalazłem się w podsumowujących „Historiach roku” „The New York Times”. Ukazało się jeszcze wiele różnych publikacji w zachodnich mediach. Ale ta medialność nie wpłynęła na moje życie. To był chwilowy błysk — i koniec. Jako marketer doskonale to rozumiem. Nawet największy news żyje tydzień i potem umiera.

image


Zaledwie wyszedłem ze szpitala, jeszcze „plułem krwią”, a już chodziłem na wiece — śpiewałem na rzecz wsparcia Ukrainy. Jako oficjalny świadek rosyjskiej agresji w Trybunale w Hadze wszędzie opowiadałem o tym, co się dzieje. Przez dwa lata życia w Niemczech brałem udział w wielu koncertach charytatywnych oraz wydarzeniach przy misjach dyplomatycznych, w Parlamencie Europejskim i w siedzibie głównej NATO.

image


Pamiętam, że największa zbiórka była w Litwie — realizowano ogromny telemaraton-show na rzecz wsparcia Ukrainy. Opowiadałem swoją historię, śpiewałem na żywo. Zebrano kilka milionów euro i przekazano je Ukrainie. Jak dokładnie tymi pieniędzmi dysponowano — nie mam pojęcia. Ale taki fakt miał miejsce. Nigdy absolutnie nie byłem w żaden sposób związany z tymi zebranymi kwotami.

Ogólnie rzecz biorąc, wszystko to nie było szczególnie przyjemne — musiałem funkcjonować w roli medialnego bohatera, podobnie jak pies „Patron”. Wydarzenia odbywały się non stop. Ale rozumiałem ich znaczenie. Podczas takich patriotycznych inicjatyw gromadzono ogromne środki na wsparcie Ukrainy.

Później przeprowadziłem się z Niemiec do Wielkiej Brytanii. Próbowałem tam wyleczyć palec u ręki, który niemieccy lekarze źle zoperowali. W Wielkiej Brytanii przyjęła mnie rodzina śpiewaków operowych.

image


Zaśpiewałem w Covent Garden i na Glastonbury
 

Marzyłem o występie w Królewskiej Operze w Covent Garden — i udało mi się to dosłownie w drugim miesiącu życia w Wielkiej Brytanii, choć inni dochodzą do tego latami. Bardzo szybko „zamknąłem” ten gestalt. Jednak sama Wielka Brytania nie okazała się dla mnie krajem do życia. Jest tam bardzo wilgotny klimat, a ja mam postrzelone płuco i źle znoszę wilgoć.

Dwukrotnie śpiewałem na brytyjskim festiwalu współczesnej sztuki wykonawczej Glastonbury. To jeden z największych festiwali muzycznych na świecie — jak Burning Man w Stanach Zjednoczonych. Występują tam gwiazdy światowego formatu, takie jak Madonna, Led Zeppelin, Eminem, Coldplay. Reprezentowałem tam Ukrainę; występowali także nasi artyści — Jamala, Jerry Heil i inni.

image


Był też epizod, gdy razem z ukraińskimi wojskowymi, frontmanem zespołu U2 oraz reżyserem Seanem Pennem wyszliśmy na czerwony dywan podczas premiery filmu dokumentalnego „Bono: Historie kapitulacji” na festiwalu filmowym w Cannes.

image


Ale na tym koniec. Nie mam ani producenta, ani sponsora. Choć proponowano mi: „Dawaj, zrobimy z ciebie gwiazdę”. Odmówiłem. Rozumiem, że musiałbym być komuś coś winien. Mnie to nie interesuje. Szczerze mówiąc, jestem trochę rozczarowany, bo ratowano mnie jako śpiewaka operowego, a przez natłok obowiązków nie mogę normalnie zajmować się muzyką.

Kontynuowałem działalność wolontariacką
 

Dopóki mieszkałem w Wielkiej Brytanii, wróciłem do biznesu: ponownie otworzyłem agencję marketingową, zaczęliśmy współpracować z dużymi firmami, uruchomiliśmy szkolenia online dla Ukraińców. Za zarobione pieniądze kupowałem samochody w Wielkiej Brytanii, gdzie są one stosunkowo tanie, i wysyłałem je do Ukrainy dla Sił Zbrojnych Ukrainy. Niedawno wysłaliśmy 48. samochód. Nie prowadziłem żadnych zbiórek — wszystko było finansowane z własnego biznesu. Zdarzało się, że jednocześnie wysyłaliśmy po pięć samochodów, z szóstym pojazdem eskortującym. A to nie jest proste: trzeba zebrać kierowców, opłacić im hotele, wyżywienie i bilety lotnicze na powrót.

image


W pewnym momencie jednak psychicznie się załamałem w trakcie tego wszystkiego. Wcześniej oczekiwałem, że otrzymam coś w rodzaju medialnego uznania. Tymczasem moje nagrania nie zdobywały dużej liczby wyświetleń, a szeroka publiczność ich nie rozumiała. Dodatkowo w Ukrainie krążyła narracja o tzw. „busifikacji”, że rzekomo przekazane samochody są zabierane przez Terytorialne Centra Rekrutacji i tym podobne.

image


Krótko mówiąc — było bardzo ciężko. Mimo to nadal wysyłamy samochody dla Sił Zbrojnych Ukrainy, choć nie w takiej liczbie jak wcześniej. Po prostu w Wielkiej Brytanii można je było kupić taniej. Jeśli w Europie porządny jeep czy pickup kosztuje 6–7–8 tysięcy dolarów, to Brytyjczycy sprzedawali je za 3,5–4,5 tysiąca dolarów. Oczywiście dostarczenie ich do Ukrainy jest dość kosztowne, ale dawaliśmy radę.

„Soldiers of Song” i TikTok
 

Wraz z innymi ukraińskimi wykonawcami brałem udział w zdjęciach do filmu dokumentalnego „Uzbrojeni pieśnią” („Soldiers of Song”). Byłem w kilku krajach na pokazach premierowych: śpiewałem, opowiadałem o filmie podczas prezentacji. Dokument jest obecnie dostępny na platformach Apple TV i Amazon TV, a wkrótce pojawi się także na Netflixie. I znowu, jeśli chodzi o medialność, właściwie nic to nie zmieniło. Ludzie, gdy mnie spotykają, mówią: „Widzieliśmy pana na TikToku”. Tak to dziś działa.

Czyli w domu leży gruba teczka gazet i czasopism z moimi wywiadami, niemal wszystkie światowe stacje telewizyjne opowiadały o mnie, jedni kręcili krótkie filmy, inni pełnometrażowe dokumenty. A w Ukrainie nikt o tym nie słyszał i nie wie. Ludzie poznają mnie dzięki TikTokowi.

image


Skąd czerpię siłę
 

Po pierwsze, wielu moich przyjaciół zginęło na wojnie. Wśród nich byli wolontariusze, którzy dobrowolnie poszli do wojska. Niektórzy zginęli w ośrodku szkoleniowym „Desna” w wyniku rosyjskiego ataku rakietowego już na początku pełnoskalowej inwazji. Ich matki dzwoniły do mnie i mówiły: „Serhiju, oni prosili, żebyś żył także za nich”. Dlatego spoczywa na mnie odpowiedzialność, by przeżyć życie nie tylko za siebie, ale również za kilku moich przyjaciół, znajomych, bliskich.

Po drugie, po ostrzale zostałem uratowany cudem. Po tym, co mi się przydarzyło, ludzie zazwyczaj nie przeżywają. To cud dokonany rękami lekarzy oraz ingerencja Boga. Cały świat modlił się za mnie, ponieważ mam pewną chrześcijańską przeszłość i wielu ludzi zna mnie w środowisku chrześcijańskim. Jestem przekonany, że to również miało wpływ na to, że przeżyłem. Mam świadomość odpowiedzialności wynikającej z faktu, jak wiele osób mnie ratowało — i po co.

Rozumiem, jaki potencjał tkwi w życiu. Dopóki żyjesz, masz możliwość działania. Ale bywa bardzo ciężko, czuję się skrajnie źle. Czasami wracam do domu i przez kilka dni nie jestem w stanie się podnieść.

Wspomnienia z „kursów” na początku pełnoskalowej wojny


Dlaczego nie zostałem we Włoszech
 

Ze strony ojca moja babcia i dziadek pochodzili z zachodniej Ukrainy, ze Skhidnycy. Za poglądy nacjonalistyczne zostali zesłani na Syberię, na Kołymę. Babcia w wieku 15 lat przeczytała wiersz o Ukrainie — zabrali ją prosto z lekcji funkcjonariusze NKWD. Przez prawie 15 lat żyła w ciągłym zimnie, w Magadanie. Tam poznała mojego dziadka, tam urodził się mój ojciec. Gdy babcia wróciła do Ukrainy, napisała siedem tomików poezji. Wszystkie wiersze nosiła w pamięci, bo na zesłaniu nie wolno było pisać. Po publikacji książek otrzymała Order Księżnej Olgi. Mój dziadek natomiast był łącznikiem w UPA. Dorastałem więc w atmosferze, w której doskonale wiedziano, kim są „moskale”.

Kiedy to wszystko się „zaczęło”, byłem w Ukrainie razem z rodziną. Przyjechałem z Włoch miesiąc wcześniej, ponieważ politycy, dla których realizowało projekty moje agencyjne przedsiębiorstwo, sugerowali, że może dojść do wojny. Mniej więcej wszyscy o tym wiedzieli. Gdy rozpoczęła się inwazja, rodzice proponowali mi wyjazd do Skhidnycy — mamy tam rodzinny dom. Ale pomyślałem: jaki sens w ucieczce?

Ewakuacja ludzi z Charkowa i obwodu sumskiego
 

W Połtawie poszedłem nocą z znajomymi robić „koktajle Mołotowa”, a tam poproszono mnie, żebym zawiózł żywność do Charkowa. Ludzie nie mieli tam ani jedzenia, ani wody, ani pieniędzy, ani lekarstw — nie mieli niczego. Pojechałem — a tam ostrzały, wszystko wybucha. Nie mogłem uwierzyć, że trwa wojna na tak ogromną skalę. W Połtawie w tamtym czasie jeszcze nic nie eksplodowało.

Na początku nie planowałem nikogo ewakuować. Ale kiedy przywiozłem pomoc do Charkowa, ludzie zaczęli mnie prosić, żebym ich wywiózł. Do mojego niewielkiego samochodu osobowego ledwo się mieścili, rzeczy przywiązywaliśmy na dachu, bo wyjeżdżali na zawsze. Czasami jednego dnia trzeba było jechać i do Charkowa, i do obwodu sumskiego. Było bardzo ciężko.

Charków pod uderzeniem bomb próżniowych
 

Szczególnie zapamiętałem jeden „kurs”, kiedy w Charkowie spadła pierwsza bomba próżniowa — domy zostały zniszczone, w dzielnicy mieszkalnej powybijało wszystkie okna. Mieszkała tam starsza kobieta, którą poproszono mnie, żebym ewakuował.

Znalazłem jej mieszkanie — po fali uderzeniowej bez okien, bez drzwi, bez ogrzewania i prądu. Ludzie w tej dzielnicy topili śnieg na ulicy, bo nie było wody.

image


Ta babcia czwarty dzień leżała pod wszystkimi kocami, jakie miała. Po prostu leżała i nie wstawała. Bardzo trudno było mi to wszystko widzieć i uświadamiać sobie… Zabrałem ją wtedy i wywiozłem z Charkowa. Miała kota i inne domowe zwierzęta — je również zabraliśmy, bo wówczas mało kto zgadzał się ewakuować zwierzęta. Pamiętam, że w drodze powrotnej włączyłem ogrzewanie niemal „na maksimum”. Dopiero po trzech godzinach, gdy zbliżaliśmy się już do Połtawy, babcia powiedziała: „Dopiero teraz zaczynam się ogrzewać”. I rozpłakała się. Przeżyła jeszcze dwa lata, a potem zmarła. To zapamiętam na zawsze.

10 marca zostałem ostrzelany
 

Przez niemal cały czas ewakuowaliśmy ludzi, rozdawaliśmy paliwo, żywność i lekarstwa. Nie było w tym szczególnych emocji, bo już przywykliśmy do ostrzałów, do tych wszystkich „Gradów”. Aż do 10 marca, kiedy zostałem ostrzelany. Tego dnia ewakuowaliśmy z Charkowa klinikę medyczną w rejonie parku Feldmana. Zaczęliśmy wyjazd, poruszaliśmy się powoli, mieliśmy pełną przyczepę ludzi i z powodu zaciemnienia praktycznie nic nie widzieliśmy.

W tamtym czasie rosyjskie grupy dywersyjno-rozpoznawcze nocami wchodziły do centrum Charkowa. Nagle usłyszałem coś, jakby wybuchały petardy. Wcześniej w życiu nigdy nie słyszałem, żeby z automatów strzelano bezpośrednio w mieście. W ciemności początkowo nie dało się zrozumieć, co się dzieje. A potem dotarło do mnie, że ktoś jedzie za nami i próbuje nas rozstrzelać. To było zupełnie niespodziewane. Nawet miałem nadzieję, że to sen. Tak bardzo było to przerażające.

image


Rozumiejąc, że na drodze nas „zmiotą”, skręciłem w teren garażowego kooperatywu. Ale strzały nie ustały. Co robić w sytuacji, gdy ktoś nas ściga i strzela? Nie jestem wojskowym, nie wiedziałem, jak się zachować. Wśród ewakuowanych była lekarka Wiktoria z mężem. Wspólnie zdecydowaliśmy, że musimy dojechać do naszego punktu kontrolnego. Choć nawet nie wiedziałem, gdzie on może się znajdować — nie jestem stąd. Próbowaliśmy więc dotrzeć do trasy, bo tam w każdym razie powinien być jakiś posterunek. Kontynuowaliśmy jazdę pod ostrzałem: wszystkie opony i przyczepa były już przestrzelone. A dodatkowo mieliśmy dwie kanistry z benzyną…

image


Bliżej trasy zawróciliśmy, żeby wyjechać z kooperatywu garażowego, ale znaleźliśmy się pod bezpośrednim ogniem. W tej samej chwili przestrzelono mi nogi, postrzelono palce u rąk. Niewiele brakowało, by kula trafiła w głowę. Wszyscy jednak zdążyliśmy gwałtownie się schylić. Poczułem jednak, że dostałem w plecy. Dopiero później Wiktoria opowiadała mi, jak to wyglądało — zakryła ranę na moich plecach dłonią. Ja już nic nie czułem i niczego nie rozumiałem. Miałem tylko jedno zadanie — dojechać do punktu kontrolnego z naszymi ludźmi.

Wiktoria uratowała mnie wtedy przed odmą opłucnową, bo płuco mogło się zapadać lub pęknąć, tlen mógł dostać się do mózgu — natychmiastowy udar. Rany płuc są w ogóle bardzo ciężkie. Już żegnałem się z życiem. Było mi strasznie przykro. Myślałem: taki młody, za co? Można bez końca opisywać to doświadczenie śmierci, uczucie, że twoje życie się kończy. I nie wiadomo, co będzie dalej. Jestem wierzący, ale i tak nie rozumiałem. Modliłem się, żegnałem się. Mogłem tylko jedną ręką trzymać kierownicę i lekko naciskać pedał gazu — nic więcej.

image


Udało mi się dojechać do naszego punktu kontrolnego. A potem — ciemność. Później zrozumiałem, że ratują mnie na stole operacyjnym. Potem — śpiączka, nade mną mama. Lekarz mówi: „Nie ma szans, proszę się przygotować: do końca życia niepełnosprawność, chodzić pan nie będzie, całe życie z rurkami, o śpiewaniu proszę zapomnieć”. A ja pytam: „Jak to nie ma szans?”. Najwyraźniej jednak wydarzył się cud.

Trudny okres
 

Przez trzy tygodnie byłem na oddziale intensywnej terapii w Charkowie. To był bardzo ciężki czas: halucynacje, morfina, nieustanny ból. Często cię operują, zdejmują szwy bez znieczulenia, bo lekarze nie mają czasu — sale operacyjne są przepełnione. Operują więc bezpośrednio na sali chorych, a potem przechodzą do następnego łóżka i operują kolejnego pacjenta.

Psychicznie bardzo trudno było to obserwować. Siedzisz i zastanawiasz się, jak w ogóle nie zwariować. Wszyscy, którzy leżeli ze mną na sali, nie przeżyli. Ich wywożono, a przywożono kolejnych. Mieli po jedno–dwa postrzały. A ja — pięć.

Choć w dokumentacji medycznej mam wpisane siedem ran postrzałowych. Jedna jednak nie była odłamkowa, więc jej nie liczę. A w ręce do dziś tkwi fragment kuli. Trudniej go usunąć, niż zostawić, bo znajduje się tuż przy żyle. W Połtawie o mało mnie nie zabili. Zrobiono mi tam operację, dodatkowo przebito płuco i opłucną. Doszło do krwotoku do płuc. Pilnie przewieziono mnie do Dniepra. Tam uratowano mi wątrobę, płuca, ręce i nogi. Zacząłem trochę chodzić. Potem wysłano mnie do Lwowa. Tam niemal codziennie przychodzili dziennikarze, nagrywali po pięć–sześć wywiadów dziennie. A potem ewakuowano mnie na leczenie do Niemiec.

Czy można było uniknąć ofiar
 

Jestem głęboko przekonany, że władze już wtedy zdawały sobie sprawę z tego, że zagrożenie jest poważne. Oznaki przygotowań do dużej eskalacji były oczywiste. Być może wówczas niedoszacowano skali tego, z czym państwo będzie musiało się zmierzyć. Moim zdaniem już dawno należało o tym mówić otwarcie. Ponieważ informacyjny maraton często przedstawiał wydarzenia bardzo jednostronnie, tworząc wrażenie, że rzeczywistość jest znacznie bardziej złożona. A skutków od samego początku było bardzo wiele — i były one tragiczne.

W każdym szpitalu, w którym leżałem, byli ze mną majorzy, pułkownicy oraz żołnierze ranni w pierwszych dniach pełnoskalowej wojny. Oni rozumieli ciężar swoich obrażeń. Na salach bardzo szczerze rozmawialiśmy między sobą o wszystkim. Omawialiśmy oficjalne komunikaty i to, jak wszystko wyglądało „od środka”.

Już wtedy myślałem: co właściwie się dzieje? W wielu miejscach, gdzie stacjonowały nasze wojska, uderzenia zaczęły się jako jedne z pierwszych. Dobrze, że nasze Siły Zbrojne Ukrainy często działały elastycznie, szybko się adaptowały, zmieniały lokalizacje i taktykę. Odnosi się wrażenie, że mało kto spodziewał się takiej zdolności do samoorganizacji i oporu.

Nikt nie przewidywał, że przed komisjami wojskowymi będą stały kolejki, że Ukraińcy tak bardzo się zjednoczą. Nie zakładały tego ani władze rosyjskie, ani ukraińskie, ani zachodnie. Jestem przekonany, że wszyscy mieli jakieś scenariusze, ale one się nie sprawdziły — trzeba było działać już w trakcie wydarzeń. Wiele decyzji wyglądało wtedy na pochopne i sprzeczne. To wydaje się oczywiste i bardzo bolesne. I szkoda, że wiele z tych kwestii do dziś nie zostało publicznie omówionych.

image


Jak zmienia się środowisko wolontariackie
 

To, co Ukraińcy zrobili na początku pełnoskalowej inwazji, to po prostu cud. Wszyscy się zjednoczyli, oddawali ostatnie rzeczy. Pamiętam wywiad ze starszym mężczyzną, który przez całe życie uzbierał ponad milion hrywien i przekazał je na potrzeby Sił Zbrojnych Ukrainy. Nasi ludzie są bohaterami i to na nich do dziś opiera się Ukraina. Jednocześnie jednak odnosi się wrażenie, że z ludźmi, którzy wnieśli realny wkład w obronę kraju, czasami postępowano niesprawiedliwie.

Moi znajomi wolontariusze opowiadają, że obecnie cała pomoc koncentruje się w dużych fundacjach. Są dobre fundacje — świetnie funkcjonują, trzymają się zasad, wszystko robią jasno i uczciwie. Ale wokół niektórych pojawiały się pytania dotyczące przejrzystości wykorzystania środków.

Czy da się w jakiś sposób zmienić ten oligarchiczno-skorumpowany system? Nie wiem. To bardzo przykre. Bo Ukraińcy to niezwykły naród, inteligentny, pracowity. A tymczasem zaczęły się historie o korupcji, o Mindiczu i innych. I to dopiero wierzchołek góry lodowej. To tylko to, co nam pokazano. Za granicą rozmawiam z różnymi ludźmi — z politykami, posłami, działaczami społecznymi, którzy przez cały ten czas wspierali Ukrainę. Oni mówią: „To już za dużo”. Zaczynają mieszać te skandale z obrazem całego ukraińskiego społeczeństwa. To bardzo bolesne.

Często bywa tak, że gdy jakiś działacz lub bloger porusza niewygodne tematy, spotyka się z falą krytyki, hejtu i prób dyskredytacji. Funkcjonuje potężne środowisko medialne. Staram się mówić o sprawach ważnych, ale rozumiem, że muszę być ostrożny. Bo każde słowo może zostać przekręcone. Patrząc na to, co się dzieje, czasami trudno zrozumieć, jaka będzie dalsza droga Ukrainy i Ukraińców.

image


Agencja marketingowa i projekt online
 

Jeszcze w czasach studenckich zrozumiałem, że w Ukrainie nie da się zarabiać pieniędzy na muzyce. Stało się to możliwe dopiero we Włoszech. Ale pojechałem tam nie dzięki jakiemuś funduszowi charytatywnemu ani sponsorowi. Musiałem otworzyć własny biznes — agencję marketingową. Za zarobione pieniądze mogłem wyjechać do Włoch na naukę. Dopiero później otrzymałem kontrakty, śpiewałem, rozwijałem się i zawodowo rosłem. Jednak zawsze miałem poczucie, że sam chcę być blogerem.

Po odniesionych ranach postanowiłem się tym zająć — zacząłem nagrywać „filmiki” i publikować je takimi, jakie są, bez marketingowego tonu. Zauważyłem, że te nagrania zdobywały miliony wyświetleń u ludzi, którzy pobierali je i publikowali na swoich kontach w mediach społecznościowych. Ale ani oni nic z tego nie mieli, ani ja. Nawet mnie nie oznaczali, a nowi obserwujący do mnie nie przychodzili. Zebrałem więc swój zespół marketingowy i mówię: zróbmy program referencyjny taki jak w Reebok, Nike, Adidas czy innych firmach. Będziemy robić reklamę i otrzymywać procent od sprzedanych produktów. Ludzie będą wykorzystywać jako reklamę moje wideo lub inne proukraińskie materiały. A przy okazji będziemy w ten sposób walczyć z rosyjską propagandą. Możemy w to wbudować różne produkty: kursy językowe, naukę blogowania, różne szkolenia, promocję muzyków, teledysków i czegokolwiek innego. Damy Ukraińcom możliwość zarabiania i sami też będziemy zarabiać. Obecnie osiągnęliśmy bardzo dobrą skalę.

Co miesiąc bezpłatnie losujemy wśród uczestników „Content Chaty” iPhone’y, MacBooki, Apple Watch, telewizory. Teraz losujemy stacje zasilania, generatory typu EcoFlow. Wypłacamy wynagrodzenia. Oczywiście szkolenie jest płatne. Ale ustaliliśmy przystępną cenę — 25 dolarów miesięcznie — to równowartość dwóch–trzech paczek papierosów.

Z naszymi uczestnikami przez rok pracują mentorzy oraz psychologowie. Uczymy blogowania, kompetencji medialnych, rozpoznawania propagandy. Mamy duże centrum, w którym można przejść szkolenie i uzyskać możliwość zarabiania na tej wiedzy. Bardzo długo opracowywaliśmy ten projekt. Łącznie zainwestowaliśmy 8 milionów hrywien tylko w to, aby program referencyjny działał prawidłowo. Wzięliśmy ten model biznesowy z rynku amerykańskiego i zaadaptowaliśmy go do Ukrainy, wprowadzając go do przestrzeni medialnej. Nie wszyscy do końca rozumieją, jak to działa. Niektórzy myślą, że tworzymy boty albo jakąś sieć. Ludzie nie rozumieją, że to w istocie „medialny marketplace”.

image


Reakcja na hejterów
 

Nasi konkurenci nie śpią — nagrywają hejterskie filmy o nas i tym podobne rzeczy. Byłem na to przygotowany, bo od 12 lat działam w tym biznesie i wiem, jak to wszystko funkcjonuje. Ale mimo wszystko jest to trochę przykre. Daliśmy ludziom możliwość zarabiania. A teraz trzeba udowadniać, że projekt działa i że wszystko jest w porządku.

Jestem bardzo dumny z projektu, który stworzyliśmy. Naprawdę bardzo dumny. Co miesiąc wypłacamy Ukraińcom wynagrodzenia sięgające kilku milionów hrywien. Na przykład w jakiejś wsi mieszkają ludzie, którzy zawsze zarabiali po 8 tysięcy hrywien. A teraz otrzymują znacznie więcej: 30, 50, 100, a nawet 150 tysięcy hrywien. Taka możliwość istnieje.

Ogólnie pojawia się bardzo dużo hejterów w różnych tematach, bo wielu Ukraińców jest dziś rozgoryczonych. Dotyczy to różnych sfer życia. Na przykład ktoś nawet nie obejrzał wszystkich naszych lekcji i mówi, że „produkt jest zły”. Odpowiadam, że to produkt informacyjny. To tak samo jak kupić kiełbasę w sklepie, ugryźć i powiedzieć, że nie smakuje. Ale to wasz wybór i wasza odpowiedzialność. Co najmniej należy obejrzeć wszystkie lekcje i zastosować się do zaleceń, żeby sprawdzić, czy to działa, czy nie.

Mamy już tysiące udanych przypadków Ukraińców, którzy zarabiają. Być może ktoś ma osobistą urazę. Ogólnie rzecz biorąc, bardzo mocno „przesunęliśmy” konkurentów na rynku szkoleń informacyjnych w Ukrainie.

Konkurencja w infobiznesie jest bardzo ostra. Jeśli w latach 90. jeździło się na strzelaniny, to dziś nagrywa się „filmiki”, organizuje spory prawne i tym podobne rzeczy. Obecnie procesujemy się z kilkoma hejterami — toczą się otwarte postępowania sądowe. Zakładamy, że będzie chodziło o odszkodowania liczone w milionach hrywien, ponieważ mówimy o stratach i utraconych dochodach naszych studentów. Ci hejterzy szkodzą zwykłym Ukraińcom, którzy przyszli się uczyć i zarabiać.

Taka kultura hejtu w Ukrainie polega często na przekonaniu, że nic za to nie grozi. Dlatego musi zapaść kilka realnych wyroków sądowych, aby ludzie zaczęli „filtrować” swoje słowa i rozumieć, że za oszczerstwa trzeba będzie ponieść odpowiedzialność.

Polityka i blogowanie
 

Myślę, że w społeczeństwie toczy się obecnie wiele rozmów o możliwych wyborach. Być może odbędą się one na wiosnę. Na tym tle rośnie zainteresowanie blogerami — różni politycy i osoby publiczne próbują nawiązywać z nimi kontakt. Kilka partii politycznych proponowało mi współpracę w formacie reklamowym. Ale to mnie nie interesuje.

image


Zasób do walki z rosyjską propagandą
 

Nie potrzebujemy botów. Jeśli weźmiemy konto-bota — i tak zostanie ono wykryte. My angażujemy prawdziwych ludzi. Oni rozwijają się jako blogerzy i przy okazji mogą zarabiać. Idealnie byłoby również walczyć z rosyjską propagandą. Ale na razie w tym kierunku praktycznie nie ma żadnego wsparcia.

Wszędzie apeluję o dostarczanie nam wysokiej jakości ukraińskich treści — będziemy je rozpowszechniać za darmo. Będziemy przekazywać ukraiński sens i stanowisko do szerszego grona odbiorców. Mamy do tego możliwości, zasoby i skalę. Ale jak dotąd nie ma większego odzewu. Co więcej — ani kopiejki za to nie prosiłem.

Tymczasem rosyjska propaganda masowo promowana jest po ukraińsku, polsku, niemiecku, francusku i w innych językach. Miliony kont nieustannie rozprzestrzeniają te przekazy w mediach społecznościowych. Rosyjskich kont i botów w języku ukraińskim jest zauważalnie więcej niż prawdziwych, proukraińskich. Wiele rosyjskich kont w języku polskim „podkręca” nastroje przeciwko Ukraińcom, podsyca temat Bandery. To jest bardzo brutalne.

Staram się tłumaczyć wartość naszego projektu. A mógłbym po prostu przejść na treści rozrywkowe, które dają więcej wyświetleń i większe zarobki. Po prostu chciałem robić coś pożytecznego. Okazało się jednak, że nawet za darmo niewielu ludzi tego potrzebuje. Choć zasób jest naprawdę unikalny i potężny.

Stale się uczę
 

W ciągu swojego życia uczestniczyłem w wielu kursach online. Na listę Forbes Ukraine trafiłem tylko dlatego, że w internecie miałem kontakt z ludźmi o biznesowym myśleniu, kupowałem u nich szkolenia, przejmowałem ich sposób myślenia i doświadczenie. Nie wszystkie te kursy były dobre. Nie wszystkie mi się podobały. Były też takie, które kupiłem, ale nie ukończyłem. Ale to wyłącznie moja odpowiedzialność.

Uważam, że to wyjątkowa możliwość — w ciągu miesiąca, dwóch, trzech czy czterech zdobyć nowy zawód albo nowe kompetencje. Świat zmienia się dziś tak szybko, że nie trzeba zmieniać zawodu co trzy lata, lecz dostosowywać go praktycznie co roku do nowych wymagań. Na przykład ja stale się uczę i podnoszę swoje kwalifikacje.

image


Oczywiście można uczyć się samodzielnie: czytać, oglądać YouTube, korzystać z ChatGPT — ale to jest trudne. Zaczynasz i potem „odpuszczasz”. Czy istnieją kursy, na których ludzi się porzuca? W moim rozumieniu tak jest wtedy, gdy po prostu wzięto pieniądze i tyle — „ciao”, oglądaj sobie kurs na stronie i radź sobie sam. A są kursy trwające kilka miesięcy, gdzie jest wsparcie techniczne, analiza przypadków, mentorzy. I to jest świetne.

W naszym projekcie dajemy wszystkim studentom możliwość zarabiania. Wśród uczestników jest wiele kobiet z dziećmi. Jeśli ich mężowie są na froncie, dajemy im dostęp bezpłatnie albo z 50-procentową zniżką. Zdarzają się przypadki, że już w pierwszym miesiącu ludzie osiągają dochód rzędu około 100 tysięcy hrywien. Ale staram się tak to zorganizować, aby wszyscy nasi studenci — w każdym przypadku — otrzymali dużo konsultacji psychologicznych, wsparcie prawne, wspólnotę, rozwój osobisty.

O „infocyganach”
 

Sama dziedzina edukacji informacyjnej i infobiznesu to genialny wynalazek ludzkości. Nie wychodząc z domu, można zdobyć nowy zawód, nową wiedzę. Można od razu przejść do praktyki i więcej zarabiać. Czy są ludzie, którzy na tym pasożytują? Tak. Ale tak samo jest w tradycyjnych instytucjach edukacyjnych, gdzie niczego nie uczą, a biorą łapówki. To są ci sami „infocyganie”. Innymi słowy — „pasożyci” istnieją w każdej dziedzinie. Na przykład w parlamencie, gdzie zasiadają bardzo różni posłowie.

Po prostu o normalnej, uczciwej edukacji mało kto opowiada. Co innego, gdy pojawia się hejt. Zazwyczaj z całego kontentu 100% — tylko 3% to hejt. Czasem bywa 20%. W przypadku naszego projektu — to 3%. Prowadzimy statystyki i widzimy, że właśnie hejterskie wideo zbierają najwięcej wyświetleń, bo generują ogromne emocje. Dlatego zawsze wydaje się, że negatywu jest więcej niż pozytywu. Tymczasem o naszym projekcie istnieją setki pozytywnych nagrań: ludzie dziękują, pokazują, jakie pensje czy nagrody otrzymują. Jednocześnie wielu krytykom brakuje kompetencji, by zrozumieć, że jest to organiczny arbitraż, a nie jakieś boty czy inne manipulacje.

Co dalej z projektem
 

Na razie utrzymuję ten projekt na rynku ukraińskim, ale jeśli hejt będzie się utrzymywał, to przestawię się na rynek zagraniczny. Tam będę więcej zarabiał i lepiej się czuł. Ogólnie rynek zagraniczny jest większy i bardziej elastyczny. Za granicą takie formaty edukacyjne są absolutnie normalnie odbierane. W ogóle sfera nauki online będzie się jeszcze bardziej rozwijać. Przypuszczam, że instytucjom edukacyjnym, które nie dostosują się do formatu online, będzie coraz trudniej konkurować — z wyjątkiem specjalistycznych dziedzin, gdzie kluczowe są zajęcia praktyczne i bezpośrednie.

image


Czas wracać do muzyki
 

Planuję stworzyć kilka międzynarodowych projektów. Uważam, że mężczyzna powinien mieć co najmniej cztery–pięć źródeł dochodu. Obecnie mam trzy: wcześniejsze projekty inwestycyjne oraz reklamę na rynku nieruchomości, gdzie otrzymuję procent od sprzedaży. Ogólnie wszystko kręci się wokół blogowania. W przyszłości chcę skalować te dochody, bo nie planuję pracować przez całe życie.

Poza tym nadszedł czas, by wrócić do muzyki. W końcu ratowano mnie jako śpiewaka operowego. Być może zabrzmi to trochę pewnie siebie, ale śpiewam całkiem dobrze. Myślę, że do profesjonalnego teatru operowego we Włoszech nie przyjęliby mnie, gdybym źle śpiewał. Mam wiele ciekawych pomysłów na nowoczesne projekty muzyczne.

Czytaj nas na Telegram i Sends