Ukraińska gospodarka stale się kurczy i maleje. Na rynku pracy odnotowuje się znaczny deficyt siły roboczej. Duża część Ukraińców wyjechała za granicę, uciekając przed wojną. Miliony znalazły się na terytoriach tymczasowo okupowanych, przez co są całkowicie wykluczone z życia gospodarczego kraju. Około miliona obywateli zmuszonych było przywdziać mundury i wyruszyć na front. Istnieje też kilka milionów mężczyzn, którzy fizycznie przebywają w Ukrainie, lecz starają się być maksymalnie niewidoczni dla Terytorialnych Centrów Rekrutacji (TCK), ograniczając swoje przemieszczanie się, a co za tym idzie – jakąkolwiek aktywność ekonomiczną.
Wszystko to stworzyło niezwykle trudną sytuację na rynku pracy. Z powodu wojny i mobilizacji brakuje dosłownie wszystkich: kierowców transportu publicznego, budowlańców, operatorów linii produkcyjnych, sprzedawców, ochroniarzy itd. Państwo i biznes uruchomiły już nawet programy masowego przekwalifikowania kobiet do zawodów tradycyjnie „męskich”, ale jest to jedynie rozwiązanie doraźne i połowiczne. W żaden sposób nie zasypuje ono powstałej przepaści.
I właśnie na tym tle w przestrzeni publicznej coraz częściej i głośniej wybrzmiewa słowo, które wielu irytuje i przeraża — „migranci”. Idea sprowadzania zagranicznej siły roboczej wywołuje w społeczeństwie reakcję obronną: od niepokoju o bezpieczeństwo po strach przed utratą tożsamości kulturowej.
Jest to jednak problem, na który należy patrzeć bez emocji i paniki. Dlaczego w rzeczywistości jest jeszcze za wcześnie, by martwić się napływem migrantów? Co naprawdę kryje się za tymi dyskusjami? Komentator polityczny UA.News Mykyta Traczuk wraz z ekspertami analizował tę kwestię.
Nieproszeni goście czy zapomniana przeszłość?
Zanim zaczniemy kreślić apokaliptyczne wizje, warto przypomnieć sobie stosunkowo niedawną przeszłość. Ukraina nie jest nowicjuszem w kwestiach migracji. Z jakiegoś powodu przyzwyczailiśmy się myśleć o sobie jako o narodzie monoetnicznym, na wzór Polski czy Chorwacji, jednak liczby mówią co innego. Według danych ONZ, w 2013 roku na terytorium Ukrainy przebywało ponad 5 milionów migrantów. Powtórzmy — pięć milionów, czyli ponad 11% ludności.
Warto jednak zaznaczyć, co obejmowały te statystyki. Po pierwsze, ogromną diasporę bardzo podobnych do nas przybyszów z krajów postradzieckich — Rosjan, Białorusinów, Mołdawian, Gruzinów itd. Po drugie, migracja miała charakter głównie tymczasowy i wahadłowy. Mimo to, nie wywołało to wybuchu społecznego. Metropolie takie jak Kijów, Charków czy Odessa spokojnie „trawiły” setki tysięcy przyjezdnych, którzy wynajmowali mieszkania, pracowali na targowiskach, budowali drogi i osiedla.
Owszem, obecnie sytuacja jest diametralnie inna. Znaczna część tych ludzi wyjechała jeszcze na początku wojny. Dokładnej liczby nie zna nikt, ale oczywiste jest, że obecnie migrantów jest wielokrotnie mniej. Ważny jest jednak sam precedens, który dowodzi, że społeczeństwo ukraińskie jest w stanie zintegrować duże grupy ludzi bez utraty własnej tożsamości. Strach przed obcymi często opiera się na niewiedzy i instynktach, a nie na realnym doświadczeniu historycznym.

Punkt tranzytowy, а nie przystanek końcowy
Kolejną kwestią są realne statystyki nielegalnej migracji. Gdzieniegdzie w mediach można natknąć się na reportaże o zatrzymaniach grup nielegalnych migrantów gdzieś na granicy, co natychmiast wywołuje wrażenie masowego najazdu. Jednak suche liczby ponownie świadczą o czymś przeciwnym.
Według szacunków ekspertów oraz Państwowej Służby Migracyjnej, liczba nielegalnych migrantów przebywających w Ukrainie jest minimalna. Nie mówimy o setkach tysięcy, lecz o „mizernych” setkach, być może tysiącach, ale nie więcej niż 10–15 tysiącach osób. To kropla w morzu w porównaniu z populacją państwa, nawet w warunkach wojennych.
Dlaczego tak jest? Odpowiedź jest dość pragmatyczna. Dla przeważającej większości migrantów tranzytowych z Azji czy Afryki Ukraina nigdy nie była „ziemią obiecaną”. To jedynie korytarz tranzytowy. Kierują się oni do UE, gdzie panuje zupełnie inny poziom życia, płac czy ochrony socjalnej. Zostawanie w Ukrainie nie ma dla nich sensu — chyba że z przymusu, gdy nie uda się przekroczyć zachodniej granicy.
Obecnie, biorąc под uwagę wojnę, godzinę policyjną i nieustanne kontrole na punktach kontrolnych (blokpostach), Ukraina stała się dla nielegalnego migranta środowiskiem jeszcze bardziej nieprzyjaznym niż kiedykolwiek. Dlatego opowieści o tym, że lada chwila „zaleje” nas fala niekontrolowanej migracji, po prostu nie mają podstaw faktycznych.

Dlaczego „miliony migrantów” nigdy się nie pojawią: gorzka prawda
Przejdźmy teraz do najbardziej zapalnej kwestii — hipotetycznej przyszłości omawianej w mediach i gabinetach urzędników. Ukraińskie społeczeństwo najbardziej przerażają migranci, mówiąc dyplomatycznie, odlegli kulturowo. Padają nazwy konkretnych krajów pochodzenia: Bangladesz, Pakistan, Wietnam, państwa Afryki. W przestrzeni informacyjnej pojawiają się fantastyczne liczby o potrzebie sprowadzania 300–500 tysięcy takich pracowników rocznie (jeśli nie miesięcznie!), co docelowo miałoby prowadzić do milionów przybyszów. Przytacza się konkretny argument: bez migracji gospodarka nie przetrwa.
I tutaj trzeba przyznać smutną rację. Gospodarka to układ krwionośny państwa — jeśli wypompowano z niego zbyt dużo krwi, potrzebna jest pilna transfuzja.
Jak inaczej można zmienić tę sytuację? Zakończyć wojnę. Wtedy z frontu zostaną zdemobilizowane setki tysięcy mężczyzn, z domów wyjdą miliony ukrywających się przed TCK, a kolejne kilka milionów może wrócić z Europy. Byłby to scenariusz idealny. Ale dziś, niestety, są to jedynie fantazje i nadzieje na odległą przyszłość, która wcale nie musi nadejść. Rzeczywistość jest taka, że w wielu branżach już dziś po prostu nie ma komu pracować. Dlatego potrzeba pozyskania siły roboczej z zewnątrz to twarda matematyka ekonomiczna.
Kluczowa jest jednak skala zjawiska. Owszem, kraj potrzebuje rąk do pracy. Warto jednak trzeźwo porównać Ukrainę z państwami, do których kierują się główne potoki migrantów: Niemcami, Szwecją, Holandią czy Austrią. Co ich tam przyciąga? Wysokie świadczenia socjalne, praktycznie darmowa medycyna, rozwinięta infrastruktura dla uchodźców, bezpieczeństwo, godny poziom życia i stabilność polityczna.
A teraz spójrzmy na Ukrainę oczami hipotetycznego robotnika z Bangladeszu, któremu proponuje się przyjazd do nas zamiast do UE. U nas trwa wojna. Obowiązuje godzina policyjna. Mamy ciągłe alarmy, ataki rakietowe i dronowe, które niekiedy trwają niemal kilka dób z rzędu. Zimą na migrantów czekają „szczęśliwe” tygodnie bez prądu i ciepła z powodu zniszczonej energetyki. Latem podobnie — problemy z elektrycznością i wodą. Państwo oczywiście nie zapewnia też żadnych bonusów w postaci sensownej pomocy socjalnej czy lokalu mieszkalnego.
Na koniec zostaje „wisienka na torcie”: ukraiński paszport. Czy trzeba wspominać, jak długi i skomplikowany jest proces jego uzyskania? I nawet jeśli umowny Nepalczyk czy Afrykańczyk rzeczywiście zada sobie trud i zdobędzie ten dokument, już przy wyjściu z biura paszportowego mogą na niego czekać uradowani pracownicy TCK, widząc w nowo upieczonym obywatelu zasób do uzupełnienia jednostek szturmowych. Czy takie „szczęście” jest potrzebne migrantowi w wieku 25–45 lat? Pytanie jest retoryczne.
Właśnie dlatego migracja do Ukrainy — jeśli w ogóle przyjmie jakąkolwiek masową formę — będzie miała charakter wyłącznie pragmatyczny. Będzie to tymczasowa, sezonowa migracja zarobkowa mężczyzn, którzy przyjadą zarobić pieniądze, by po pewnym czasie ruszyć dalej do UE lub wrócić do domu. Ukraiński paszport nie jest dla nich marzeniem, lecz bezpośrednim zagrożeniem życia. Zatem twierdzenie, że czeka nas napływ „milionów” przesiedleńców, którzy śnią o pozostaniu tu na zawsze, jest po prostu absurdalne. Nikt tu na nich nie czeka z otwartymi ramionami, a i oni sami tutaj nie lgną. Realistyczna prognoza to od kilkudziesięciu do ewentualnie kilkuset tysięcy pracowników tymczasowych — i to jest maksimum.

Opinia eksperta
Andrij Pawłowski, poseł VI i VII kadencji oraz ekspert ds. socjalnych, jest przeciwnego zdania. Jest przekonany, że migracja do Ukrainy niesie ze sobą ogromne ryzyko dla państwa i narodu. Pawłowśkyj zaznacza: mimo obiektywnych problemów demograficznych i gospodarczych, należy zrobić wszystko, aby zachęcić Ukraińców, którzy wyjechali, do powrotu do ojczyzny i pomocy w jej odbudowie. W tym celu konieczne jest stworzenie odpowiednich warunków: bezpieczeństwa, mieszkań oraz nowoczesnych miejsc pracy z godziwym wynagrodzeniem.
„Gdy rząd zacznie podejmować choćby najmniejsze kroki, ludzie zaczną wracać, bo zobaczą perspektywę we własnym kraju. Wielu wróciłoby, gdyby wojna się skończyła i stworzono odpowiednie warunki. Nie każdy potrafi odnaleźć się na Zachodzie. Jednak rząd nie chce się wysilać; wybiera najprostszą, najbardziej prymitywną drogę, sprowadzając do Ukrainy ludzi z jeszcze biedniejszych krajów Afryki czy Azji. Padają liczby rzędu «co najmniej 300 tysięcy» miesięcznie, do 3 milionów rocznie. Wyobraźmy sobie, jak wpłynie to na skład demograficzny i narodowościowy kraju oraz tożsamość przyszłych pokoleń. Powiedzmy wprost: to ludzie z obcej kultury, czasem wręcz wrogiej naszej (europejskiej i chrześcijańskiej). Skutki tego mogą być opłakane.
Widzimy to w wielu krajach Unii Europejskiej. Widzimy to w Wielkiej Brytanii, gdzie w samym Londynie — stolicy! — rdzenna ludność, Anglicy, stanowią już tylko 36%. To niebezpieczne procesy. Czy naprawdę chcemy tego samego u nas? Tym bardziej że te grupy reprodukują się znacznie szybciej niż Ukraińcy czy Europejczycy, mając zazwyczaj po 5-6 dzieci w rodzinie. Z czasem, za kilkadziesiąt lat, mogą stanowić większość. Ale to nie będzie już Ukraina ani naród ukraiński. Oto do czego mogą doprowadzić te igraszki” — uważa Pawłowśkyj.
Ekspert nie rozumie, dlaczego Ukraina nie podąża inną drogą: automatyzacji, robotyzacji miejsc pracy i ogólnej modernizacji gospodarki. Pawłowśkyj wskazuje, że proste prace fizyczne mogłyby być wykonywane przez systemy zrobotyzowane — tak jak w Chinach czy Japonii.
„Ale to jest trudne, to wymaga nakładów. Łatwiej oczywiście sprowadzić migranta. O konsekwencjach nikt jednak nie myśli… Tych, którzy w ogóle zaczynają te rozmowy o migrantach, uważam za wrogów narodu ukraińskiego. Doprowadzi to bowiem do zniknięcia i likwidacji Ukraińców” — podsumował Andrij Pawłowski.

Podsumowując, należy postawić sprawę jasno: teorie o „wielkim zastąpieniu” Ukraińców w Ukrainie to naciągana konspirologia. Teoria ta narodziła się w kręgach prawicowych zachodnich społeczeństw o nadmiernie rozbudowanej opiece socjalnej i nie ma żadnego odniesienia do ukraińskich realiów. Żadne „zastępowanie” Ukraińców przybyszami z Azji nie ma miejsca ani nie jest planowane. Nawet przy najśmielszych planach biznesowych mowa jest o obsadzeniu wolnych wakatów, a nie o przewrocie demograficznym.
Migracja nie jest dziś głównym problemem Ukrainy (z wyjątkiem migracji Ukraińców z kraju). Problemem są ci, których już straciliśmy i których nadal tracimy. Prawdziwą katastrofą są kobiety z dziećmi, które wyjechały na stałe i urządziły się w Europie. To setki tysięcy zabitych i rannych, którzy nigdy nie wrócą do normalnego życia. To ludzie pozostający pod okupacją, wyłączeni z gospodarki. To ci, którzy niestety jeszcze zginą, dopóki trwa wojna.
W tym kontekście dziesiątki czy nawet setki tysięcy migrantów zarobkowych to narzędzie przetrwania gospodarki, a nie zagrożenie dla narodu. W legalnej, kontrolowanej migracji zarobkowej nie ma nic złego. Podnosi ona PKB, rozszerza bazę podatkową i łata „dziury” w systemie ekonomicznym.
Wojna — to jedyne realne zagrożenie. To ona fizycznie niszczy naród ukraiński; przez nią kraj stracił miliony ludzi bezpowrotnie i nie wiadomo, ilu straci jeszcze. Dopóki rozpraszamy się mitycznymi tłumami migrantów, których de factona Ukrainie prawie nie ma, tracimy z oczu sedno sprawy: kraj zabija wojna, a nie migracja.
Ukraińska gospodarka stale się kurczy i maleje. Na rynku pracy odnotowuje się znaczny deficyt siły roboczej. Duża część Ukraińców wyjechała za granicę, uciekając przed wojną. Miliony znalazły się na terytoriach tymczasowo okupowanych, przez co są całkowicie wykluczone z życia gospodarczego kraju. Około miliona obywateli zmuszonych było przywdziać mundury i wyruszyć na front. Istnieje też kilka milionów mężczyzn, którzy fizycznie przebywają na Ukrainie, lecz starają się być maksymalnie niewidoczni dla Terytorialnych Centrów Rekrutacji (TCK), ograniczając swoje przemieszczanie się, a co za tym idzie – jakąkolwiek aktywność ekonomiczną.
Wszystko to stworzyło niezwykle trudną sytuację na rynku pracy. Z powodu wojny i mobilizacji brakuje dosłownie wszystkich: kierowców transportu publicznego, budowlańców, operatorów linii produkcyjnych, sprzedawców, ochroniarzy itd. Państwo i biznes uruchomiły już nawet programy masowego przekwalifikowania kobiet do zawodów tradycyjnie „męskich”, ale jest to jedynie rozwiązanie doraźne i połowiczne. W żaden sposób nie zasypuje ono powstałej przepaści.
I właśnie na tym tle w przestrzeni publicznej coraz częściej i głośniej wybrzmiewa słowo, które wielu irytuje i przeraża — „migranci”. Idea sprowadzania zagranicznej siły roboczej wywołuje w społeczeństwie reakcję obronną: od niepokoju o bezpieczeństwo po strach przed utratą tożsamości kulturowej.
Jest to jednak problem, na który należy patrzeć bez emocji i paniki. Dlaczego w rzeczywistości jest jeszcze za wcześnie, by martwić się napływem migrantów? Co naprawdę kryje się za tymi dyskusjami? Komentator polityczny UA.News Mykyta Traczuk wraz z ekspertami analizował tę kwestię.
Nieproszeni goście czy zapomniana przeszłość?
Zanim zaczniemy kreślić apokaliptyczne wizje, warto przypomnieć sobie stosunkowo niedawną przeszłość. Ukraina nie jest nowicjuszem w kwestiach migracji. Z jakiegoś powodu przyzwyczailiśmy się myśleć o sobie jako o narodzie monoetnicznym, na wzór Polski czy Chorwacji, jednak liczby mówią co innego. Według danych ONZ, w 2013 roku na terytorium Ukrainy przebywało ponad 5 milionów migrantów. Powtórzmy — pięć milionów, czyli ponad 11% ludności.
Warto jednak zaznaczyć, co obejmowały te statystyki. Po pierwsze, ogromną diasporę bardzo podobnych do nas przybyszów z krajów postradzieckich — Rosjan, Białorusinów, Mołdawian, Gruzinów itd. Po drugie, migracja miała charakter głównie tymczasowy i wahadłowy. Mimo to, nie wywołało to wybuchu społecznego. Metropolie takie jak Kijów, Charków czy Odessa spokojnie „trawiły” setki tysięcy przyjezdnych, którzy wynajmowali mieszkania, pracowali na targowiskach, budowali drogi i osiedla.
Owszem, obecnie sytuacja jest diametralnie inna. Znaczna część tych ludzi wyjechała jeszcze na początku wojny. Dokładnej liczby nie zna nikt, ale oczywiste jest, że obecnie migrantów jest wielokrotnie mniej. Ważny jest jednak sam precedens, który dowodzi, że społeczeństwo ukraińskie jest w stanie zintegrować duże grupy ludzi bez utraty własnej tożsamości. Strach przed obcymi często opiera się na niewiedzy i instynktach, a nie na realnym doświadczeniu historycznym.
Ukraińska gospodarka stale się kurczy i maleje. Na rynku pracy odnotowuje się znaczny deficyt siły roboczej. Duża część Ukraińców wyjechała za granicę, uciekając przed wojną. Miliony znalazły się na terytoriach tymczasowo okupowanych, przez co są całkowicie wykluczone z życia gospodarczego kraju. Około miliona obywateli zmuszonych było przywdziać mundury i wyruszyć na front. Istnieje też kilka milionów mężczyzn, którzy fizycznie przebywają na Ukrainie, lecz starają się być maksymalnie niewidoczni dla Terytorialnych Centrów Rekrutacji (TCK), ograniczając swoje przemieszczanie się, a co za tym idzie – jakąkolwiek aktywność ekonomiczną.
Wszystko to stworzyło niezwykle trudną sytuację na rynku pracy. Z powodu wojny i mobilizacji brakuje dosłownie wszystkich: kierowców transportu publicznego, budowlańców, operatorów linii produkcyjnych, sprzedawców, ochroniarzy itd. Państwo i biznes uruchomiły już nawet programy masowego przekwalifikowania kobiet do zawodów tradycyjnie „męskich”, ale jest to jedynie rozwiązanie doraźne i połowiczne. W żaden sposób nie zasypuje ono powstałej przepaści.
I właśnie na tym tle w przestrzeni publicznej coraz częściej i głośniej wybrzmiewa słowo, które wielu irytuje i przeraża — „migranci”. Idea sprowadzania zagranicznej siły roboczej wywołuje w społeczeństwie reakcję obronną: od niepokoju o bezpieczeństwo po strach przed utratą tożsamości kulturowej.
Jest to jednak problem, na który należy patrzeć bez emocji i paniki. Dlaczego w rzeczywistości jest jeszcze za wcześnie, by martwić się napływem migrantów? Co naprawdę kryje się za tymi dyskusjami? Komentator polityczny UA.News Mykyta Traczuk wraz z ekspertami analizował tę kwestię.
Nieproszeni goście czy zapomniana przeszłość?
Zanim zaczniemy kreślić apokaliptyczne wizje, warto przypomnieć sobie stosunkowo niedawną przeszłość. Ukraina nie jest nowicjuszem w kwestiach migracji. Z jakiegoś powodu przyzwyczailiśmy się myśleć o sobie jako o narodzie monoetnicznym, na wzór Polski czy Chorwacji, jednak liczby mówią co innego. Według danych ONZ, w 2013 roku na terytorium Ukrainy przebywało ponad 5 milionów migrantów. Powtórzmy — pięć milionów, czyli ponad 11% ludności.
Warto jednak zaznaczyć, co obejmowały te statystyki. Po pierwsze, ogromną diasporę bardzo podobnych do nas przybyszów z krajów postradzieckich — Rosjan, Białorusinów, Mołdawian, Gruzinów itd. Po drugie, migracja miała charakter głównie tymczasowy i wahadłowy. Mimo to, nie wywołało to wybuchu społecznego. Metropolie takie jak Kijów, Charków czy Odessa spokojnie „trawiły” setki tysięcy przyjezdnych, którzy wynajmowali mieszkania, pracowali na targowiskach, budowali drogi i osiedla.
Owszem, obecnie sytuacja jest diametralnie inna. Znaczna część tych ludzi wyjechała jeszcze na początku wojny. Dokładnej liczby nie zna nikt, ale oczywiste jest, że obecnie migrantów jest wielokrotnie mniej. Ważny jest jednak sam precedens, który dowodzi, że społeczeństwo ukraińskie jest w stanie zintegrować duże grupy ludzi bez utraty własnej tożsamości. Strach przed obcymi często opiera się na niewiedzy i instynktach, a nie na realnym doświadczeniu historycznym.
Czytaj nas na Telegram i Sends