$ 43.16 € 50.34 zł 11.96
-10° Kijów -5° Warszawa +9° Waszyngton
Zatankuj i wylecz się: co jest nie tak ze sprzedażą leków na stacjach paliw

Zatankuj i wylecz się: co jest nie tak ze sprzedażą leków na stacjach paliw

13 stycznia 2026 14:17

Kawa, hot dog, płyn do spryskiwaczy i Mezim — od stycznia 2026 roku standardowy zestaw ofert na stacjach paliw nieco się zmienił. Rada Ministrów 26 grudnia zezwoliła na sprzedaż leków bez recepty bezpośrednio na stacjach benzynowych — pod warunkiem uzyskania odpowiedniej licencji. W Ministerstwie Zdrowia wyjaśniają, że chodzi o dostępność leków na wsiach, w społecznościach przyfrontowych oraz w nocy, gdy apteki są zamknięte.

Wymieniono również warunki (oprócz licencji), na jakich na stacjach paliw może odbywać się sprzedaż leków:

  • przestrzeganie warunków przechowywania leków określonych przez producenta;
     
  • zapewnienie procesów przyjmowania leków oraz przeprowadzania kontroli wstępnej przez upoważnioną osobę podmiotu gospodarczego, posiadającą dokument potwierdzający wykształcenie wyższe co najmniej na poziomie podstawowym (krótkiego cyklu) na kierunku „Farmacja, farmacja przemysłowa”;
     
  • wydzielenie na terenie stacji paliw osobnej strefy do właściwego przechowywania leków zgodnie z wymaganiami producenta, oddzielnie od innych towarów.
     

Wydawaniem leków na stacjach paliw mogą zajmować się pracownicy stacji. Dopuszczona jest również sprzedaż za pośrednictwem automatów vendingowych — pod warunkiem spełnienia przez stację wszystkich wymaganych warunków.

„Zezwoliliśmy na sprzedaż leków bez recepty na stacjach paliw po uzyskaniu odpowiedniej licencji. Dotyczy to sytuacji, gdy w pobliżu nie ma apteki: na wsi, w społecznościach przyfrontowych lub późno w nocy poza dużymi miastami. Mówimy wyłącznie o bezpiecznych lekach bez recepty, które ludzie stosują samodzielnie. W warunkach wojny ma to szczególne znaczenie, ponieważ sieci stacji paliw często pozostają stabilnie działające nawet podczas przerw w dostawie energii elektrycznej. Określone wymagania dotyczące sprzedaży na stacjach paliw pozwalają zagwarantować jakość i bezpieczeństwo leków. To pomoże obniżyć ceny i uczynić leki bardziej dostępnymi” — wyjaśnił minister zdrowia Wiktor Laszko.

Na papierze wszystko wygląda logicznie: apteki działają niestabilnie, stacje paliw są niemal zawsze otwarte, dysponują generatorami i zapleczem logistycznym. Sprzedawane mają być wyłącznie leki bez recepty, przy posiadaniu licencji oraz z zachowaniem warunków przechowywania i kontroli jakości. Państwo — jak zapewnia Ministerstwo Zdrowia — „zachowuje pełną kontrolę”. Jednak między dokumentami a rzeczywistością, jak zwykle, istnieje pewien dystans.

Bo razem z hot dogiem, kawą i czymś „na żołądek” Ministerstwo Zdrowia de facto proponuje Ukraińcom także samoleczenie w miejscu, które nigdy nie było ani apteką, ani przestrzenią medyczną.

Kto faktycznie uzyska dostęp do rynku
 

Pomimo narracji o wsparciu społeczności wiejskich i regionów przyfrontowych, pierwszymi beneficjentami nowych przepisów będą duże sieci stacji paliw — dysponujące działami prawnymi, zasobami potrzebnymi do uzyskania licencji oraz umowami z dystrybutorami.

W niewielkiej wsi bez apteki często nie ma również pełnoprawnej stacji paliw. Wiadomo także, że w miastach przyfrontowych stacje paliw często zawieszają działalność, podczas gdy apteki po ostrzałach są odbudowywane i kontynuują pracę. Ponadto sprzedaż leków wymaga wydzielenia w obiekcie osobnych stref przechowywania, a wydawanie leków mogą prowadzić wyłącznie upoważnieni specjaliści farmaceutyczni, a nie pracownicy stacji paliw. Pojawia się więc pytanie: czy rzeczywiście chodzi o poprawę dostępności dla wrażliwych grup ludności, czy raczej o rozszerzenie kanałów dystrybucji rynku farmaceutycznego poprzez duże sieci komercyjne?

Pracownicy stacji paliw jako „farmaceuci”
 

Szczególne obawy budzi przepis dopuszczający sprzedaż leków bez recepty przez pracowników stacji paliw. Formalnie odbywa się to pod odpowiedzialnością upoważnionej osoby z wykształceniem farmaceutycznym „w granicach jednego obwodu”.

W praktyce oznacza to sprzedaż leków przez osoby bez przygotowania medycznego lub farmaceutycznego (chodzi o wykształcenie, a nie krótkie szkolenie). Bez konsultacji, bez oceny ryzyka, bez wyjaśnienia interakcji między lekami. W najlepszym wypadku sprowadzi to sprzedaż leków do formatu „produkt z półki”. W najgorszym — zwiększy ryzyko samoleczenia.

image


Automaty vendingowe z tabletkami: wygoda czy zagrożenie
 

Kolejnym elementem nowelizacji jest zezwolenie na sprzedaż leków bez recepty za pośrednictwem automatów vendingowych. W warunkach wojny przedstawiane jest to jako innowacja i szybki dostęp do leków.

Automat jednak nie jest w stanie odróżnić bólu pleców od bólu serca, nie ostrzeże o przeciwwskazaniach ani nie zasugeruje wizyty u lekarza. W kraju, w którym skłonność do samoleczenia i tak jest nadmierna, takie rozwiązanie może mieć długofalowe konsekwencje, których państwo na razie nie przeanalizowało. Co więcej, narusza ono warunki przechowywania leków (Rozporządzenie z dnia 16.03.1993 nr 44 „O organizacji przechowywania w placówkach aptecznych różnych grup leków i wyrobów medycznych”).

Kontrola na papierze i w praktyce
 

Ministerstwo Zdrowia zapewnia, że Państwowa Służba Leków będzie kontrolować warunki przechowywania, obecność specjalistów oraz zgodność z wymogami. Jednak nawet w tradycyjnej sieci aptecznej państwo nie zawsze skutecznie egzekwuje te standardy (i to nie jest w porządku).

Rozszerzenie rynku na setki stacji paliw automatycznie zwielokrotnia obciążenie systemu nadzoru — bez wyraźnego wzmocnienia jego możliwości.

Dlatego, podczas gdy Ministerstwo Zdrowia mówi o „cywilizowanym handlu detalicznym”, eksperci branżowi biją na alarm i przygotowują się na najgorszy scenariusz. O realnych zagrożeniach, podmianie pojęć oraz manipulacjach „europejskim doświadczeniem” dziennikarze UA.News rozmawiali z dyrektor wykonawczą jednej z największych sieci aptecznych, Oksaną W. Jej spojrzenie na sytuację pozbawia złudzeń co do rzekomej „troski o pacjenta”.

O nierówności warunków licencyjnych
 

Apteki funkcjonują w rygorystycznych ramach regulacyjnych: wymagania dotyczące powierzchni sali sprzedaży, pomieszczeń socjalnych dla personelu, zgodności z normami budowlanymi, dostępności dla osób z niepełnosprawnościami (płytki dotykowe, podjazdy) oraz ścisły reżim temperaturowy. Farmaceuta nie może sprzątać miotłą — wyłącznie mopem na mokro, nie może też przechowywać różnych typów leków na jednej półce. Na stacjach paliw nic z tego nie obowiązuje. Pojawia się więc pytanie: dlaczego dla aptek te warunki są obowiązkowe, a dla stacji paliw już nie? To tworzenie całkowicie nierównych warunków prowadzenia działalności gospodarczej.

O „europejskim doświadczeniu” i manipulacjach
 

Argument, że „w Europie tak się robi”, nie jest do końca trafny. W wielu krajach (Czechy, Słowenia, Węgry) na stacjach paliw leki w ogóle nie są sprzedawane — dostępne są tam wyłącznie suplementy diety. W państwach, w których sprzedaż leków jest dopuszczona, lista preparatów jest maksymalnie ograniczona. Chodzi o ściśle określone dawki (np. paracetamol wyłącznie w dawce 200 mg, a nie 500 mg), małe opakowania oraz zasadę „jedno opakowanie na osobę”.

W Ukrainie natomiast zezwala się na sprzedaż dowolnych leków, w tym takich, które mogą powodować nudności, zaburzenia widzenia, zawroty głowy, drżenie, drgawki oraz problemy z koncentracją. Na stacjach paliw można również kupić preparaty takie jak bojarczak, Vigor oraz wiele leków zawierających alkohol.

O bezpieczeństwie kierowców i ryzyku wypadków drogowych
 

Sprzedaż określonych kategorii leków przy drogach szybkiego ruchu stanowi zagrożenie. Przykładowo krople obkurczające naczynia krwionośne czy niektóre leki przeciwprzeziębieniowe mogą wpływać na stan kierowcy. Jeśli osoba zestresowana lub zmęczona zażyje preparat, który ma skutki uboczne obniżające koncentrację, może to doprowadzić do wypadku drogowego.

W Europie takie ryzyka są minimalizowane właśnie dzięki mikrodawkom, czego w ukraińskim projekcie nie przewidziano. W praktyce oznacza to, że kierowca „weźmie coś leczniczego” i przy dużej prędkości może wjechać na przeciwległy pas ruchu. Który z pracowników stacji paliw zna skutki uboczne leków?

O dostępności na terenach przyfrontowych
 

Władze twierdzą, że nowe przepisy zwiększą dostępność leków na terenach przyfrontowych. Być może nie uwzględniają faktu, że sieciowych stacji paliw prawie tam nie ma. A wraz z intensyfikacją działań wojennych to właśnie stacje paliw są jednymi z pierwszych obiektów, które opuszczają te tereny i stają się celem ostrzałów.

O etyce zawodowej i kontroli jakości
 

Farmaceuci stali się ludźmi z przygaszonym spojrzeniem. Uczyli się przez 7–8 lat, studiowali nawet dziesięć działów chemii, farmakognozję i farmakologię — po co? Po to, by dziś ktoś, kto właśnie wytarł ręce po jedzeniu shawarmy albo po pistolecie dystrybutora paliwa, wydawał środki przeciwbólowe?

W aptece funkcjonuje tzw. „kontrola wejściowa”: kierownik sprawdza serie, daty ważności, nadzoruje reżim temperaturowy i procedury kwarantannowe. Na stacji paliw nikt nie będzie prowadził dzienników temperatur ani śledził terminów ważności zgodnie z zasadami nadzoru farmaceutycznego. To całkowita degradacja branży. Kto poniesie odpowiedzialność za zażycie przeterminowanych lub niezdatnych do użycia leków?

Decyzja rządu przedstawiana jest jako troska o ludzi w trudnych warunkach wojny. Jednocześnie otwiera ona nowy, potencjalnie bardzo dochodowy rynek dla dużych graczy — dystrybutorów farmaceutycznych, części producentów leków oraz sieci stacji paliw.

Pozostaje więc pytanie: czy system ochrony zdrowia jest gotów wziąć odpowiedzialność za konsekwencje, jeśli „wygoda” okaże się ważniejsza niż zasadność medyczna? Te oraz szereg innych pytań redakcja UA.News skierowała w oficjalnym zapytaniu do Ministerstwa Zdrowia. Dlatego ciąg dalszy nastąpi. Nie spiesz się z samoleczeniem. Kupuj leki w aptece.

Czytaj nas na Telegram i Sends