Obecna kadencja Rady Najwyższej, wybrana w 2019 roku, od razu przeszła do historii. Wtedy bowiem po raz pierwszy w historii Ukrainy udało się utworzyć monowiększość — która dziś jednak bardziej przypomina ciężko chorego pacjenta podłączonego do aparatury podtrzymującej życie. Formalnie wciąż żyje: oddycha, porusza palcami, czasem nawet otwiera oczy i coś mówi. Jednak o samodzielnym i pełnowartościowym funkcjonowaniu niestety od dawna nie ma już mowy.
Ostatnie tygodnie przyniosły całkowity paraliż prac legislacyjnych: deputowani nie głosują nad kluczowymi ustawami, nie mogą zebrać kworum, a prezydent Wołodymyr Zełenski nawet publicznie zagroził wysłaniem deputowanych na front. Oczywiście jest to zwykły populizm: aby było to możliwe, należałoby zmienić ustawodawstwo, a deputowani raczej nigdy nie poprą ustawy, zgodnie z którą sami mieliby trafić do okopów. Później szef frakcji Dawyd Arachamija stwierdził, że słowa głowy państwa zostały źle zrozumiane. Niemniej jednak za wszystkimi tymi wypowiedziami widać jedynie wierzchołek góry lodowej systemowego kryzysu monowiększości.
Problem polega na tym, że pod szyldem „Sługa Narodu” od dawna kryje się konglomerat zupełnie przypadkowych ludzi, podzielonych na liczne grupy interesów, których łączy tylko jedno — strach przed Bankową i o własną przyszłość. Jeśli rok 2019 był rokiem narodzin pierwszej w historii Ukrainy monowiększości, to rok 2026 jest rokiem jej ostatecznego półrozpadu. I najbardziej tragiczne nie jest nawet to, że deputowani nie pracują, lecz to, że w kraju, który zgodnie z konstytucją jest republiką parlamentarno-prezydencką, władza ustawodawcza okazała się po prostu niepotrzebna. Wszystkie jej funkcje faktycznie sprowadzono do „przycisków”: raz na trzy miesiące przedłużać stan wojenny i mobilizację.
Jak IX kadencja Rady Najwyższej doszła do takiej sytuacji? Jaka jest obecnie kondycja monowiększości? Czy wystarczy głosów, aby w maju ponownie przedłużyć stan wojenny i mobilizację? Publicysta polityczny UA.News Mykyta Traczuk wraz z ekspertami próbował odpowiedzieć na te pytania.
Iluzja jedności: jak „zielona drukarka” wydrukowała sobie kryzys
Aby zrozumieć głębię obecnego kryzysu, warto najpierw przypomnieć sobie, skąd w ogóle wzięła się ta monowiększość. W wyniku wojny Ukraina tak długo żyje już bez typowej dla państwa regularnej rotacji elit poprzez wybory, że można odnieść wrażenie, iż ta kadencja parlamentu była z nami od zawsze.
W rzeczywistości punktem wyjścia jest rok 2019. Wtedy Wołodymyr Zełenski otrzymał nie tylko kredyt zaufania od społeczeństwa — był to ogromny carte blanche na pełną transformację kraju. Podczas wyborów do Rady Najwyższej pod szyldem Zełenskiego do parlamentu weszło aż 254 deputowanych z partii „Sługa Narodu”. Po raz pierwszy w historii niepodległej Ukrainy jedna siła polityczna uzyskała większość, co pozwoliło jej zrezygnować z tradycyjnego tworzenia koalicji. Było to dość wyjątkowe wydarzenie w demokratycznym świecie. „Sługa Narodu” zdobyła jednak ponad 43% głosów w (ogólnie) całkowicie przejrzystych wyborach, więc nikt nie miał zastrzeżeń.
Jednak ten triumf skrywał poważną wadę. Przy braku wyraźnej ideologii i systemowego budowania partii (siłę polityczną stworzono dosłownie od zera zaledwie kilka miesięcy przed wyborami) do władzy przyszli ludzie, których łączyło tylko jedno — chęć bycia przy władzy. Byli to byli deputowani poprzednich kadencji, którzy jeszcze niedawno reprezentowali zupełnie inne wartości. Byli to młodzi i ambitni dziennikarze lub blogerzy, którzy nigdy wcześniej nie mieli do czynienia z zarządzaniem państwem. Były to osoby związane z „Kwartałem 95”. Byli to przedstawiciele różnych klanów biznesowych, którzy dostrzegli w nowej władzy możliwość lobbowania własnych interesów. Wreszcie w uporządkowanych szeregach „sług” znaleźli się także zwykli awanturnicy, w tym osoby wcześniej karane, dla których mandat deputowanego stał się biletem do „wyższych sfer”.
Najbardziej dalekowzroczni eksperci już wtedy ostrzegali: monowiększość to nie jest dobre rozwiązanie — potrzebna jest konkurencja. Tym bardziej jest to problem, jeśli monowiększość nie ma wspólnej wizji przyszłości kraju. A czym jest taka wizja? To odpowiedzi na proste pytania: jaką Ukrainę chcemy widzieć za 10 lat? Jakie reformy są do tego potrzebne? Jaka będzie nasza gospodarka?
Na te i inne pytania „sługi” z reguły nie miały i nadal nie mają odpowiedzi. Były jedynie hasła w rodzaju „Zrobimy to razem!” czy „Za europejską Ukrainę!” — równie piękne i słuszne, co puste i całkowicie pozbawione treści. W końcu wszystko bardzo szybko doszło do tego, do czego musiało dojść: parlament z politycznego podmiotu i głównego organu ustawodawczego państwa przekształcił się w narzędzie wdrażania decyzji podejmowanych przy Bankowej.
.png)
Polityczna dysfunkcja monowiększości 2026
Bezpośrednim powodem kolejnej ostrej fazy kryzysu stało się wiele czynników, które razem doprowadziły do jednego rezultatu: niemożności osiągnięcia porozumienia wewnątrz samej większości. W ostatnim czasie Rada Najwyższa, między innymi, nie przyjęła rządowego projektu ustawy wprowadzającego automatyczną wymianę informacji o dochodach z platform cyfrowych. W społeczeństwie nazwano go „podatkiem od OLX”. Problem polega na tym, że ustawa ta była bezpośrednim wymogiem Międzynarodowego Funduszu Walutowego, aby kontynuować finansowanie Ukrainy. A z pieniędzmi w państwie jest obecnie duży problem.
Dlaczego więc parlament nie jest w stanie uchwalać ustaw, a czasem nawet fizycznie zebrać się do pracy i rozpocząć posiedzenia? Odpowiedź tkwi w całkowitej demoralizacji. Roboczy trzon frakcji — jak piszą dziennikarze — skurczył się do krytycznego poziomu 111–120 deputowanych. Pierwszy zastępca przewodniczącego frakcji Andrij Motowyłowiec w niedawnym wywiadzie otwarcie przyznał: wśród deputowanych bardzo rozpowszechnione są „zmęczenie, zagubienie i strach”, Rada Najwyższa „się zepsuła”, nikt nie chce pracować, a większość deputowanych dodatkowo bardzo obawia się spraw karnych ze strony NABU i SAP. To samo mówią nieoficjalnie inni deputowani.
Także redakcji UA.News udało się porozmawiać „nie do publikacji” z jednym z członków frakcji „Sługa Narodu”. Poprosił on, aby w materiale nie podawać jego imienia i nazwiska, ponieważ obawia się możliwych negatywnych konsekwencji. Jednocześnie nasz rozmówca w zasadzie potwierdził to, o czym kilka dni wcześniej mówił w wywiadzie Andrij Motowyłowiec.
„W prywatnych czatach ‘Sługi Narodu’ cała ta sytuacja (z groźbami Zełenskiego o wysłaniu deputowanych na front — red.) budzi duże niezadowolenie. W prywatnych rozmowach pojawia się nawet ponury żart: żeby opuścić frakcję, trzeba popełnić samobójstwo albo ogłosić własną śmierć. W rzeczywistości mnóstwo ludzi chce złożyć mandaty. Bardzo wielu. Ale tego nie robią, a duży wpływ ma na to Arachamija. Rozmawia z każdym z osobna i ‘delikatnie’ wyjaśnia, że jeśli będą o tym dalej mówić, zwłaszcza publicznie, mogą ich czekać problemy” — powiedział rozmówca UA.News.

„Polityczne bagno” bez podmiotowości
W rzeczywistości monowiększość jako zjawisko już od dawna nie istnieje. To, co obserwujemy dziś w Radzie Najwyższej, jest jedynie sytuacyjną koalicją, która za każdym razem z trudem zbiera się do realizacji konkretnych zadań wyznaczonych przez Biuro Prezydenta. Aby przyjmować decyzje, władza musi dosłownie „ściągać” głosy z różnych stron.
W ten sposób wykorzystywane są resztki zdelegalizowanej partii OPZŻ — tych samych ludzi, którzy jeszcze niedawno byli „piątą kolumną Kremla”, a dziś nagle okazali się bardzo potrzebni do podejmowania „państwowych decyzji”. Wykorzystywane są także różne grupy deputowanych: od „Dowiery” po „Za Majbutnie”. Z „potrzebnych” głosowań nie stronią również formalnie opozycyjne frakcje: „Hołos”, „Batkiwszczyna” oraz „Europejska Solidarność”. Podczas niektórych głosowań społeczeństwo regularnie obserwuje wzruszającą jedność władzy i opozycji — ale to już temat na osobny materiał.
Nie chodzi więc o monokoalicję, jak miało to miejsce w 2019 roku, lecz o typowy dla Ukrainy konglomerat interesów, w którym każdy głos ma swoją cenę — polityczną i/lub finansową. Cała konstrukcja opiera się na słowie honoru i ciągłych porozumieniach. To już nie „monowiększość”, lecz raczej „monomniejszość”.
I właśnie tutaj dochodzimy do najbardziej bolesnej kwestii. Zgodnie z Konstytucją Ukraina jest republiką parlamentarno-prezydencką. Oznacza to, że to właśnie Rada Najwyższa powinna być główną przestrzenią wyznaczania strategii rozwoju państwa. To parlament powołuje rząd, zatwierdza budżet, kontroluje władzę wykonawczą itd. Tymczasem zamiast tego mamy organ całkowicie niewydolny, z którego niemal jedna trzecia znajduje się pod śledztwem lub „na haczyku” organów antykorupcyjnych. Niestety takie są współczesne realia.

Opinia eksperta
Politolog, dyrektor Ukraińskiego Instytutu Polityki Rusłan Bortnik uważa, że groźby Zełenskiego o wysłaniu deputowanych na front są jednocześnie i metaforyczne, i nie do końca. W praktyce nie da się tego zrealizować bez zmian w ustawie o mobilizacji, do czego właśnie potrzebne są głosy deputowanych. Oznacza to, że sami deputowani musieliby przyjąć ustawę, zgodnie z którą zostaliby zmobilizowani.
„To nierealistyczna historia, biorąc pod uwagę fakt, że przez ostatnie tygodnie i tak nie potrafią przegłosować właściwie niczego. Myślę, że w ten sposób prezydent próbuje osiągnąć inne cele. Stara się zdystansować od porażek projektów ustaw, które są konieczne dla współpracy z MFW. Głowa państwa pokazuje niejako, że nie popiera w tej sprawie deputowanych, że parlament działa wbrew jego interesom. W ogóle parlament jest u nas bardzo niepopularny, a deputowani stają się swego rodzaju ‘chłopcami do bicia’. Bardzo wygodnie jest krytykować ich za wszystkie problemy. Muszę jednak zaznaczyć, że deputowani tej ‘długiej kadencji’ są najbardziej pozbawieni praw i ograniczeni w swoim wpływie w całej historii Ukrainy.
Jeśli chodzi o sytuację wewnętrzną — mamy tu do czynienia ze zbiegiem kilku czynników. Po pierwsze, od 100 do 140 deputowanych przewija się w różnych postępowaniach śledczych. Ponad 10 fizycznie przebywa w więzieniu. Ci, którzy są objęci śledztwami, czują się urażeni i rozczarowani — nie wykazują chęci dalszej pracy w parlamencie. Mówi się, że około 60 deputowanych chce odejść z Rady Najwyższej. Myślę jednak, że w rzeczywistości ta liczba jest znacznie wyższa. Po drugie, parlament jest faktycznie zablokowany przez struktury antykorupcyjne. Jest też zablokowany przez brak korupcyjnego ‘smarowania’ w postaci dopłat za głosowanie. Po trzecie — parlament nie chce dziś brać na siebie odpowiedzialności za niepopularne projekty ustaw: podwyżki podatków i inne podobne decyzje. I właśnie dlatego obserwujemy tygodnie tej blokady i swoistego strajku deputowanych, co stawia pod znakiem zapytania funkcjonowanie wszystkich instytucji państwowych” — uważa Bortnik.
Ekspert zaznacza również, że nie jest to pierwszy taki „spadek” w pracy parlamentu. Najprawdopodobniej prezydent ostatecznie znajdzie narzędzia wpływu na Radę Najwyższą — zwłaszcza jeśli będzie to dotyczyło kwestii przedłużenia stanu wojennego i mobilizacji.
„Jeśli chodzi o przedłużenie mobilizacji i stanu wojennego — po pierwsze, do maja jest jeszcze bardzo daleko. Po drugie, jest to kwestia o bardziej strategicznym i patriotycznym charakterze. Trudno prognozować, ale sądzę, że wszystko to zostanie przedłużone, mimo wszystkich oznak rozpadu i degradacji większości parlamentarnej. W parlamencie nadal głosowane są bowiem niektóre kwestie strategiczne i patriotyczne. Nie są natomiast głosowane kwestie polityczne, toksyczne — takie, za którymi stoją czyjeś wyraźne interesy, a deputowani nie mają z tego żadnych korzyści. Od takich decyzji deputowani starają się dystansować” — podsumował Rusłan Bortnik.

Podsumowując, dziś ukraiński parlament znajduje się w stanie głębokiego półrozpadu. Przekształcił się w polityczne bagno, całkowicie pozbawione podmiotowości. Jedyną funkcją, którą wciąż wykonuje bez zarzutu, jest rytualne głosowanie nad przedłużeniem stanu wojennego i mobilizacji raz na trzy miesiące, a także, od czasu do czasu, nad niektórymi innymi projektami ustaw, dla których uda się znaleźć odpowiednią liczbę głosów. Wszystkie pozostałe kwestie pozostają zawieszone w próżni, stając się zakładnikami albo ambicji deputowanych, albo raczej ich obaw.
Jest to prawdziwa tragedia ukraińskiego parlamentaryzmu. W kraju, w którym już piąty rok trwa ciężka wojna, władza ustawodawcza okazała się nie tylko słaba, lecz także moralnie i politycznie martwa. Społeczeństwo musi pogodzić się z tym, że kolejna historyczna szansa — kiedy państwo otrzymało unikalne narzędzie do wprowadzania zmian legislacyjnych w postaci monowiększości — została bezpowrotnie utracona w bagnie wewnętrznych sporów, korupcji i nieodpowiedzialności.
Pozostaje już tylko jedno pytanie: czy można reanimować coś, co w istocie już umarło, czy też należy kierować się logiką Nietzschego — „pchaj tego, który upada”? Jest to jednak pytanie retoryczne i każdy może sam udzielić sobie na nie odpowiedzi.