$ 44.17 € 50.64 zł 11.78
+5° Kijów +9° Warszawa +12° Waszyngton
Miasto zastygłych blizn: dlaczego Kureniwka z 1961 roku boli do dziś

Miasto zastygłych blizn: dlaczego Kureniwka z 1961 roku boli do dziś

13 marca 2026 18:07

13 marca przypada rocznica tragedii kureniwskiej. Dziś mija dokładnie 65 lat od jednej z największych katastrof technogenicznych na świecie, która wydarzyła się w samym centrum Kijowa.

W 1961 roku gigantyczna fala pulpy z Babiego Jaru przerwała tamę i w ciągu kilku minut zalała dzielnicę mieszkaniową Kureniwka. W ciągu pół godziny masa błota pokryła ponad 30 hektarów. Niosła ze sobą wszystko: od wielotonowych tramwajów po ceglane budynki.

Ówczesny pierwszy sekretarz KC Komunistycznej Partii Ukrainy Petro Szelest zapisał w swoim dzienniku:

„Widok jest straszny. Wszystko zalane wodą, mułem i piaskiem na wysokość 3 metrów. Ludzie ratują się na dachach domów i na drzewach”.

Świadkowie wspominali, że na miejscu zajezdni tramwajowej i hal fabrycznych powstała przerażająca równina błota. Pod tą grubą warstwą żywcem pozostawali ludzie. Niektórzy próbowali wydostać się sami, innych wyciągali sąsiedzi, jednak większości nie dało się uratować — krzyki i jęki spod mułu długo jeszcze nie ustawały.

Wówczas władze radzieckie zrobiły wszystko, aby ukryć prawdziwą skalę tragedii oraz liczbę ofiar.

Dziś, kiedy codziennie żyjemy w rzeczywistości nowych zniszczeń, ta historia nabiera nowych znaczeń. O tym, jak niedbalstwo, korupcja i ideologia doprowadziły do śmierci setek mieszkańców Kijowa, piszemy w naszym materiale.

image


Jak „budowano” tragedię kureniwską
 

Tragedia kureniwska była wynikiem całego szeregu decyzji, w których jedno naruszenie prowadziło do kolejnego. Jak podkreślają badacze, u podstaw katastrofy technogenicznej leżał polityczny zamiar ukrycia śladów zbrodni wojennych w Babim Jarze.

W marcu 1945 roku władze Ukraińskiej SRR planowały postawić w Babim Jarze pomnik ofiar nazistowskiego terroru. Budowę jednak anulowano z powodu antysemickiej kampanii „walki z kosmopolityzmem”, rozpoczętej przez Kreml w 1948 roku. Ponieważ większość ofiar Babiego Jaru stanowili Żydzi, postanowiono wymazać pamięć o nich, a sam teren (o głębokości 50 metrów i długości 2,5 km) wyrównać i przekształcić w dzielnicowy park kultury z basenem, stadionem i parkietami tanecznymi.

11 marca 1950 roku w Kijowie podjęto decyzję techniczną, która okazała się fatalna. Na naradzie z udziałem zastępców ministra przemysłu materiałów budowlanych dyskutowano, gdzie utylizować odpady (pulpę) z Petrowskich Zakładów Cegielnianych nr 1 i nr 2. Zakłady otrzymały nowe urządzenia do zwiększenia produkcji cegły. Cegła była potrzebna do odbudowy Chreszczatyku (wysadzonego przez radzieckich dywersantów w 1941 roku) oraz budowy pierwszych osiedli mieszkaniowych na Czokołówce i Syrcu. Wraz ze wzrostem produkcji wzrosła również ilość odpadów. Zamiast je wywozić, władze zdecydowały zrzucać je bezpośrednio do Babiego Jaru. Dzięki temu można było jednocześnie pozbyć się odpadów oraz zasypać miejsce masowych egzekucji, aby później stworzyć tam park.

image


Techniczna awantura. Odpady z wyrobisk planowano początkowo transportować rurami do rozlewisk Dniepru. Organizacja „Ukrpromprojekt” przygotowała już wszystkie rysunki techniczne. Jednak „na górze” mieli inny plan — zlikwidować Babi Jar i wymazać nawet jego nazwę z map miasta.

Podczas narady w ministerstwie projekt odprowadzenia odpadów do Dniepru odrzucono. Oficjalnym powodem był brak rur o długości 3,5 km, a także zbyt długi czas montażu. Uczestnicy spotkania jednogłośnie zdecydowali, że pulpę będzie się zrzucać do sąsiedniego Babiego Jaru. Wymagało to jedynie 1,5 km rur.

W gabinetach urzędnicy tłumaczyli to oszczędnościami. W rzeczywistości jednak pod grubą warstwą błota chciano na zawsze pogrzebać pamięć o masowych egzekucjach. Dwa tygodnie później komitet wykonawczy Rady Miasta Kijowa (decyzja nr 582 z 28 marca) zalegalizował ten plan. Do katastrofy pozostało dokładnie 11 lat.

image


Sabotaż budowlany. Jeszcze większym problemem było ignorowanie nawet tych wymagań, które znajdowały się w projekcie. Zamiast dwóch metalowych rur w studniach odprowadzających wodę zainstalowano tylko po jednej, i to o połowę mniejszej średnicy. Protokołów odbioru tych prac w ogóle nie sporządzono.

Być może spieszyli się do kolejnego radzieckiego święta, a być może „nadmiarowe” rury po prostu zostały skradzione — gdy jar zaczęto zalewać pulpą, sprawdzenie ich liczby byłoby już niemożliwe.

image


Norma naruszeń
 

Zasypywanie Babiego Jaru rozpoczęto w 1951 roku. Wtedy właśnie położono fundament przyszłej katastrofy: kontrola techniczna praktycznie nie istniała, a przepisy ignorowano w imię szybkości.

Zgodnie z projektem pulpę należało pompować tylko 8 godzin dziennie i wyłącznie od kwietnia do grudnia. W pozostałym czasie woda powinna była się osadzać i być wypompowywana. W rzeczywistości jar zalewano przez cały rok, po 16 godzin dziennie, a zimą bez przerwy. Pisarz Anatolij Kuzniecow wspominał, że jar zamienił się w gigantyczne jezioro gnijącego zielonego błota, które pochłaniało wszystko — od śmieci po ludzkie kości. Tamę stale podwyższano, aż osiągnęła wysokość sześciopiętrowego budynku.

Władze wiedziały o niebezpieczeństwie. Już w 1957 roku inspekcja rejonu Podolskiego oficjalnie ostrzegała dyrektorów zakładów: „Kanał Babiego Jaru znajduje się w stanie awaryjnym, woda wychodzi z brzegów”. Jednak zmniejszenie produkcji cegły było niemożliwe — partia wymagała budowy mieszkań. Wskaźniki produkcyjne były ważniejsze niż bezpieczeństwo.

image


Pod koniec 1960 roku jar został wypełniony do krytycznego poziomu. Pulpę należało przekierować w inne miejsce, jednak nowego terenu nie przygotowano na czas. Kierownictwo nakazało „wytrzymać” i dalej zalewać Babi Jar. Bo brygada walczyła o tytuł „kolektywu pracy komunistycznej”. Bo kraj przygotowywał się do kolejnego zjazdu KPZR. Bo zatrzymanie zakładów oznaczałoby „oddanie legitymacji partyjnej”.

W marcu 1961 roku, na kilka dni przed tragedią, pompy do wypompowywania wody wyłączono, aby nie niszczyć sprzętu brudem. Studnie odprowadzające wodę były zatkane i nie działały. Ogromna masa wody i gliny utrzymywała się już tylko na słowie honoru tamy, podczas gdy kraj raportował o kolejnych zwycięstwach na drodze do komunizmu.

image


Półtorej godziny piekła
 

Już w lutym 1961 roku mieszkańcy Kureniwki skarżyli się, że z jaru płynie woda, zalewając piwnice. Nie zdawali sobie jednak sprawy, że katastrofy nie da się już uniknąć. 13 marca o 6:45 rano pracownik jednego z odcinków zauważył rozmycie tamy. Próby zasypania metrowej wyrwy piaskiem okazały się bezskuteczne. Woda nie zatrzymywała się, a za nią ruszyła ciężka masa pulpy.

O 8:30 ośmiometrowa fala mieszaniny gliny i piasku przerwała ostatnią barierę i ruszyła w stronę miasta. Prędkość i ciężar tej masy były ogromne. Zmiatała wszystko na swojej drodze: domy mieszkalne, akademiki, zajezdnię tramwajową, hale fabryczne oraz stadion „Spartak”. Obszar 30 hektarów — od Podolskiego Zjazdu do Parku Kureniwskiego — w ciągu kilku minut zniknął pod czterometrową warstwą błota. Piekło trwało półtorej godziny.

image


Radzieckie władze dopiero trzy dni później, 16 marca, lakonicznie poinformowały o 53 ofiarach śmiertelnych, a później liczbę tę „zaokrąglono” do 145. Była to liczba ciał odnalezionych natychmiast po katastrofie. Jednak prawdziwe prace poszukiwawcze rozpoczęły się dopiero pod koniec wiosny i trwały dwa lata.

Pisarz Anatolij Kuzniecow pisał, że setki ludzi zginęły już w pierwszych minutach, nawet nie rozumiejąc, co się stało. Wydostanie się z lepkiego błota było niemożliwe. Po Kijowie krążyły pogłoski nawet o pięciu tysiącach ofiar.

image


…Żołnierze pracowali dniem i nocą. Początkowo kopali ręcznie, łopatami, a wkrótce sprowadzono ciężki sprzęt. Łyżki koparek i lemiesze buldożerów rozrywały ciała ofiar na kawałki. Czasami — jak wspominali świadkowie — słychać było ostatnie krzyki ludzi pogrzebanych żywcem, którzy wciąż jeszcze żyli. Żołnierze, których z powodu tajemnicy nie zmieniano przez dwie doby, wydobywali ludzkie szczątki rozszarpane przez lawinę błota. Mimo tajności tysiące kijowian przychodziło na teren szpitala psychiatrycznego im. Pawłowa, gdzie w klubowej sali układano ciała ofiar w rzędach — pisał historyk Ołeksandr Anisimow.

O cenie milczenia
 

Kijowski historyk Ołeksandr Anisimow, który przez lata badał tę tragedię, podkreśla, że oficjalne raporty z tamtego czasu powstały nie po to, by ustalić prawdę, lecz aby ją ukryć. W dokumentach oznaczonych klauzulą „do użytku służbowego” szczegółowo liczono straty materialne, ale zapomniano o ludziach.

„Zgodnie z dokumentami miasto straciło 68 budynków mieszkalnych i 13 administracyjnych. Bez dachu nad głową pozostało 353 rodzin — ponad 1200 osób, które w jednej chwili straciły wszystko. Jednak w tych raportach nie znajdziecie ani jednej liczby dotyczącej zabitych czy rannych. Początkowo władze podały liczbę 150 osób. Ustalenie dokładnej liczby ofiar jest jednak praktycznie niemożliwe. Według moich obliczeń chodzi o około półtora tysiąca zabitych” — podkreśla historyk.

Według badacza operacja ukrywania prawdy była niemal tak wielka jak sama katastrofa. W dniu tragedii Kijów odcięto od świata — wyłączono połączenia międzymiastowe i międzynarodowe. Pierwsza oficjalna informacja pojawiła się dopiero po trzech dniach.

„Była to brutalna cenzura. Władze robiły wszystko, by rozproszyć pamięć o tragedii. Ofiary chowano na różnych cmentarzach w Kijowie i w obwodzie, często pod fałszywymi datami i z wymyślonymi diagnozami w dokumentach. Nawet na nagrobkach zabraniano pisać prawdę. Armię skierowano do usuwania skutków katastrofy nie tylko po to, by usuwać błoto, lecz także po to, by nikt nie zobaczył tego, co wydobywano spod czterometrowej warstwy pulpy” — dodaje Ołeksandr Anisimow.

image


Część ziemi wywieziono, a resztę — ponad 300 tysięcy metrów sześciennych — przerzucono koparkami. Radziecki system nie liczył „zaginionych bez wieści” — po prostu wyrównywano teren razem z tymi, którzy w nim pozostali. Nawet po 65 latach nie znamy dokładnej liczby ofiar, ponieważ dla systemu byli oni jedynie przeszkodą na drodze do „budowy komunizmu”.

image


65 lat temu
 

Rocznica 13 marca. W wiadomościach zawsze wspomina się o tragedii kureniwskiej z 1961 roku — o tym, jak pulpа z Babiego Jaru w ciągu kilku minut zamieniła dzielnicę w masowy grób.

image


Historia sprzed 65 lat wydaje się dziś odległa i niemal sterylna. Czarno-białe zdjęcia z archiwów nie wywołują tego samego ścisku w gardle, który odczuwamy każdego ranka, przeglądając kanały w Telegramie. Błotna lawina z 1961 roku została dawno przykryta nowymi tragediami — świeżymi, codziennymi, bezkresnymi w swoim okrucieństwie.

Żyjemy dziś w innym wymiarze ruin. O śmierci na Kureniwce milczano, a współczesna tragedia pojawia się niemal na żywo: wielopiętrowe budynki z wyrwanymi „wnętrznościami”, rodzice godzinami siedzą na betonie i czekają, aż ratownicy wydobędą ich dziecko. Gdyby tylko żywe.

Ci ludzie stojący przy ruinach znają prawdę jeszcze zanim zobaczą ratowników niosących ciało w pokrowcu. Tak — modlą się jeszcze, bo to jedyne, co mogą zrobić: czekać i modlić się. Ale w głębi duszy już wszystko wiedzą. Szanse na przeżycie pod tonami betonu są tak samo niewielkie, jak w zamurowanej pulpą budce telefonicznej w 1961 roku.

image


Przyczyną tragedii kureniwskiej była niedbałość i cynizm władz radzieckich, a dzisiejsze tragedie są próbą odtworzenia ZSRR poprzez kopiowanie jego najgorszej cechy: gotowości do zabetonowania tysięcy ludzkich istnień w imię imperialnych ambicji. Wszystko pozostaje takie samo.

Nie zapomnieliśmy
 

Wspominamy tragedię kureniwską nie po to, by po raz kolejny zapłakać. Robimy to, by pamiętać: każde „jakoś to będzie”, każdy podpis pod wątpliwym dokumentem, każda próba zasypania problemu zamiast jego rozwiązania prędzej czy później eksploduje. A za te błędy nie płacą ci, którzy popełniają je w wysokich gabinetach, lecz zwykli ludzie — w tramwajach i we własnych mieszkaniach.

Nie mamy dziś sił na „pamięć historyczną”, bo cała nasza pamięć zajęta jest wczorajszym uderzeniem rakiety, dzisiejszym alarmem i jutrzejszym pogrzebem. Kureniwka to zastygła blizna na ciele miasta, które każdego dnia otrzymuje nowe rany. Nie zapomnieliśmy — po prostu jesteśmy teraz zbyt zajęci tym, by nie stać się kolejną blizną na ciele kraju.

Czytaj nas na Telegram i Sends