Wojskowe „eskadry” śledcze: jak sprawa braci Mosejczuków ujawniła system, o którym milczano
03 sierpnia 2026 14:44Śmierć braci Mosejczuków w obwodzie kijowskim ujawniła zjawisko, o którym w armii mówiono niewiele lub milczano: grupy poszukiwawcze SZC – niemal autonomiczne i uzbrojone oddziały zajmujące się ściganiem dezerterów.
Kolejne posiedzenie Tymczasowej Komisji Śledczej (TKS) Rady Najwyższej miało być analizą sytuacji związanej z zabójstwem mężczyzn z Kalinówki w rejonie Biało-Cerkiewskim. Posłowie wezwali kierownictwo 155. oddzielnej brygady zmechanizowanej oraz generała Wojskowej Służby Porządkowej (WSP) Jurija Babicza, aby wysłuchać wyjaśnień dotyczących tej szokującej historii, która w ciągu miesiąca obrosła plotkami — porwania i rozstrzelania dwóch braci, Romana i Maksyma Mosejczuków.
Oczekiwano, że wojskowi i funkcjonariusze organów ścigania ujawnią nowe szczegóły tego głośnego incydentu, jednak obecni usłyszeli jedynie, że dowódca brygady, podpułkownik Łuczanow, „podchodził do służby odpowiedzialnie”, nie wykazywał cech seryjnego mordercy i obecnie przebywa na zwolnieniu lekarskim. Jednak wśród skąpych zeznań oficerów pojawił się szczegół, na który początkowo nie zwrócono uwagi. Grupy poszukiwawcze osób, które samowolnie opuściły jednostkę (SZC).
Oficjalnie osoby te są rejestrowane na podstawie wewnętrznych rozkazów w jednostce, otrzymując broń i legitymacje służbowe. W praktyce, według obecnych żołnierzy, takie oddziały przypominają niekiedy autonomiczne grupy działające poza kontrolą wyższego dowództwa. Kiedy system organów ścigania nie nadąża z opanowaniem skali dezercji, armia zmuszona jest tworzyć własne mechanizmy poszukiwawcze.

Rozkaz nr 210: wyjazd służbowy do Kostopola, który zakończył się podwójnym zabójstwem
Podczas posiedzenia komisji szef grupy wsparcia społecznego 155. brygady Jewgienij Baltaga potwierdził: grupa żołnierzy została oficjalnie wysłana na poszukiwanie uciekinierów na podstawie ustnej dyspozycji dowódcy.
„Sierżant sztabowy i ci zatrzymani ludzie, zgodnie z ustnym rozkazem dowódcy jednostki, byli zaangażowani w poszukiwania członków SZC. Zajmowali się sprowadzaniem ludzi z powrotem oraz poszukiwaniem członków SZC — to właśnie może ich łączyć. Grupą tą dowodził starszy sierżant. Zgodnie z rozkazem dowódcy jednostki wojskowej w sprawie spraw musztry z dnia 25 czerwca 2026 r. nr 210, wspomniani żołnierze wyruszyli z obszaru wykonywania zadań bojowych do miasta Kostopil w obwodzie rówieńskim. Celem było „poszukiwanie członków SZC w miejscach ich zamieszkania” — wyjaśnił Jewgienij Baltaga.
Skala problemu dezercji w jednostce potwierdzają dane wewnętrzne. Według zastępcy dowódcy brygady ds. wsparcia psychologicznego personelu, Wiktora Klochka, tylko w ciągu ostatniego miesiąca w jednostce odnotowano 150 przypadków samowolnego opuszczenia jednostki, co oficer określił jako „nienormalny wskaźnik”. Jednocześnie brygada jest obecnie obsadzona jedynie w 70%, a liczba osób zaginionych, według danych grupy wsparcia społecznego, przekracza tysiąc osób. Generał Babicz próbował nieco złagodzić te statystyki i stwierdził, że w porównaniu z ubiegłym rokiem dynamika przypadków samowolnego opuszczenia jednostki w tej brygadzie rzekomo spadła o dwie trzecie, jednak liczby podane przez oficerów mówią same za siebie. I jakby to wyjaśniały – grupa poszukiwawcza SZC wydaje się być prawdziwą służbową koniecznością. Właśnie taka grupa, składająca się z dziesięciu żołnierzy 155. brygady, w skład której wchodzili dowódca kompanii Oleksij Dolgolenko oraz starszy sierżant Bogdan Szurbko, otrzymała rozkaz nr 210. Dokument ten dotyczył wyjazdu służbowego do miasta Kostopil w obwodzie rówieńskim. Zamiast tego uzbrojony oddział znalazł się pod Kijowem, we wsi Kalinówka. Cel wyjazdu miał charakter czysto prywatny — zemsta na dwóch cywilnych braciach, Romanie i Maksymie Mosejczukach, którzy zbyt głośno przejeżdżali na motocyklu obok domu nowej żony dowódcy brygady Łuczanowa.
Braci porwano, wywieziono na Poltawszczyznę i przez trzy dni przetrzymywano w jednostce wojskowej. Cywilów torturowano, a dowódca batalionu Ołeksij Dowgolenko, który pozostawał w siedzibie jednostki, najprawdopodobniej zapewniał grupie osłonę informacyjną. Każdego ranka dowódca batalionu łączył się przez radio z dowództwem brygady i meldował: „W rejonie dyslokacji wszystko spokojnie”.
Zastępca dowódcy brygady ds. prawnych, major Siergiej Kulczycki, oraz szef grupy wsparcia społecznego Baltaga zapewniają przed posłami, że nie wiedzieli nic o dwóch zakładnikach, którzy umierali na ich własnym poligonie wśród innych żołnierzy. Kierownictwo nie miało również pojęcia o kryminalnej przeszłości swoich „myśliwych” — fakt, że dwóch z zatrzymanych (Artamonow i Dmitruk) było wcześniej skazanych, okazał się niespodzianką.
W przestrzeni medialnej wokół postaci podpułkownika Stanisława Łuczanowa pojawiło się również wiele plotek. Niektórzy dziennikarze twierdzili, że dowódca brygady rzekomo nadużywa alkoholu, ma znaczne długi i jest powiązany ze zbiórkami na rzecz wolontariuszy podczas operacji antyterrorystycznej (ATO). Nie ma oficjalnych potwierdzeń tych faktów, a poza tym jego nawyki życiowe nie mają żadnego znaczenia dla postępowania karnego. Znacznie ważniejsze jest to, jak oficerowie brygady scharakteryzowali swojego dowódcę przed członkami Komisji Śledczej.
„Podchodził do służby odpowiedzialnie”: jak własni oficerowie bronili dowódcy brygady Łuczanowa
Dla podwładnych Łuczanow okazał się całkiem skutecznym dowódcą. Szef grupy wsparcia społecznego Jewgienij Baltaga na pytania posłów dotyczące cech zawodowych dowódcy brygady odpowiedział jednoznacznie.
„Łuczanow jest dość wymagającym dowódcą, jednak jego wymagania nie wykraczały poza ramy stosunków statutowych. Nie znamy żadnych przypadków naruszeń regulaminu, gróźb ani pobicia żołnierzy ze strony Łuczanowa. Do wykonywania obowiązków służby wojskowej podchodził odpowiedzialnie. Był stale na miejscu, kierował brygadą”.
Z tą oceną Łuczanowa zgodził się również pomocnik dowódcy brygady ds. prawnych, major Kulczycki, który dodał, że podpułkownik działał wyłącznie w granicach regulaminu i ściśle wykonywał rozkazy wyższego dowództwa. Jednak materiały sprawy zmuszają do spojrzenia na tę „wymagowość” z innej strony, która ujawnia społeczeństwu niemal nieznane zjawisko – grupy poszukiwawcze SZC. Jeśli w brygadach bojowych rzeczywiście istnieją takie grupy, to jak działają one w praktyce? Kto określa ich skład, komu podlegają, kto kontroluje ich działania podczas wyjazdów służbowych i jakie uprawnienia mają poza terenem jednostki wojskowej?
Część odpowiedzi udzielili sami żołnierze 155. brygady. Według obecnych oficerów utworzenie takich grup jest wewnętrzną inicjatywą dowództwa jednostek, która w żaden sposób nie jest uzgadniana z Wojskową Służbą Porządkową (WSP).
Jak działają mobilne grupy poszukiwawcze SZC
Zastępca dowódcy 155. brygady ds. prawnych Siergiej Kulczycki faktycznie potwierdził istnienie tych grup poszukiwawczych.
Jak twierdzi, zatrzymani żołnierze zostali na ustny rozkaz dowódcy zaangażowani w poszukiwanie osób, które samowolnie opuściły jednostkę. Grupą kierował starszy sierżant brygady Bogdan Szurbko.
„Starszy sierżant i ci zatrzymani żołnierze, na ustny rozkaz dowódcy jednostki, zostali zaangażowani w poszukiwania dezerterów. Zajmowali się sprowadzaniem ludzi z powrotem oraz poszukiwaniem dezerterów – to właśnie może ich łączyć. Grupą tą dowodził starszy sierżant”.
Ponadto Kulczycki poinformował, że żołnierzy oficjalnie oddelegowano rozkazem nr 210 z dnia 25 czerwca do Kostopola w obwodzie rówieńskim. Właśnie tam mieli oni poszukiwać żołnierzy w ich miejscach zamieszkania.
Przedstawiciel służby prawnej nie był jednak w stanie odpowiedzieć na pytanie dotyczące działalności takich grup.
Czy ta grupa była jedyna? Czy istnieją podobne jednostki w innych batalionach? Kto kontroluje realizację ich zadań? Czy żołnierze zostali zarejestrowani w miejscu oddelegowania? Na wszystkie te pytania Kulczycki odpowiadał tak samo: nie wie tego, ponieważ nie odpowiada za dokumentację jednostki bojowej.
„Czy jest to jedyna taka grupa i czy takie wyjazdy odbywają się regularnie – trzeba sprawdzić w dokumentach. Nie sprawdzałem tego”.
Oznacza to, że brygada oficjalnie tworzy uzbrojone grupy do poszukiwania osób, które samowolnie opuściły służbę, ale przedstawiciel służby prawnej nie potrafi wyjaśnić, w jaki sposób kontrolowana jest ich działalność po wyjeździe.
„Jaki sens ma sprowadzanie z powrotem kogoś, kto nie chce służyć?” Spostrzeżenie żołnierza z linii frontu
Czy rzeczywiście grupy poszukiwawcze dezerterów są powszechną praktyką w ukraińskiej armii? Zadaliśmy to pytanie czynnym żołnierzom, którzy nadal walczą na froncie.
„Baťa” już trzeci rok wykonuje zadania bojowe na kierunku zaporoskim; mówi, że słyszał o istnieniu takich grup, jednak w jego brygadzie ich nie tworzono. Powód wyjaśnia po prostu:
„Jaki sens ma sprowadzanie go z powrotem? Czy siłą zmusisz go do służby? Nie zmusisz. A do walki? Potem wyskoczy z twojego pojazdu w biegu. Należy szukać przyczyny nie w tym, dlaczego ktoś uciekł, ale w tej brygadzie, z której uciekł”.
Według żołnierza samowolne opuszczenie jednostki zdarza się również w jego pododdziale, ale mechanizm reagowania jest inny.
„Dzwoni i mówi: »Stary, odpierdalam, bo mam taką sytuację, nie chcę, albo mnie to wkurzyło, albo nie mam siły. Pisze też na grupie: chłopaki, dziękuję wam wszystkim, dobrze mi się z wami służyło. Kocham was wszystkich, szanuję, jeśli chcecie, to dzwońcie, jestem dostępny, ale tak czy inaczej, po prostu odszedłem”. I z niektórymi z nich utrzymujemy kontakt już od ponad roku. Zgłaszamy to do Służby Bezpieczeństwa, wszczyna się postępowanie, ustala się przyczyny: zdrowie, stan psychiczny, konflikty. Potem sprawa toczy się swoim biegiem. Ale ścigać kogoś z bronią? U nas czegoś takiego nie ma”.
Jednocześnie rozmówca nie wyklucza, że w innych brygadach mogą istnieć podobne grupy mobilne.
„Słyszałem mimochodem, że gdzieś coś takiego istnieje. Ale u nas – nie. Chociaż, szczerze mówiąc, znalazłoby się sporo chętnych, by dostać się do takiej drużyny. Nie siedzisz na pozycjach, tylko jeździsz po kraju – „szukasz” osób, które uciekły z terytoriów okupowanych”.
WSP potwierdza: takie grupy istnieją
W Wojskowej Służbie Porządku Publicznego potwierdzają: praktyka tworzenia takich grup nie ogranicza się wyłącznie do jednej brygady. Na pytanie posłów, czy jednostki wojskowe tworzą własne grupy do poszukiwania osób poszukiwanych, szef Głównego Zarządu WSP, generał dywizji Jurij Babicz, odpowiedział twierdząco: „Tak, albo brygady tworzą takie grupy, albo przekazujemy jednostkom wojskowym osoby, których poszukujemy siłami WSP. Jednak z tego, co zrozumiałem z wyjaśnień przedstawicieli 155. brygady, grupa została oddelegowana do miasta Kostopil, do miejsca stałej dyslokacji. Nie chodziło to do końca o wykonywanie zadań poszukiwawczych, być może o inne cele... Twierdzą, że chodziło o poszukiwania, ale wątpię, czy odbywało się to w ramach stałej stacjonowania. Grupa ta nie zwracała się do Służby Specjalnej podczas oddelegowania i nie włączała nas do swoich działań”.

Oznacza to, że sam fakt istnienia grup WSP nie jest zaprzeczany. Nie wyjaśnia jednak, kto i w jaki sposób kontroluje ich pracę po opuszczeniu przez żołnierzy terenu stacjonowania jednostki. Sam Babicz wyjaśnił, że nie ma stałej kontroli WSP nad takimi oddziałami.
„Mamy przedstawicieli WSP w brygadzie na linii frontu, tak jak w każdej brygadzie wykonującej zadania. Jednak w miejscach stałej dyslokacji lub w podobnych obiektach tyłowych przedstawiciele WSP na stałe są nieobecni. Dlatego kontrola terenu i obecności osób postronnych leży w bezpośredniej odpowiedzialności dowództwa jednostki oraz kierownika danej lokalizacji”.
Wynika z tego, że jeśli grupa oficjalnie otrzymuje rozkaz wysłania na misję, broń i dokumenty służbowe, ale potem faktycznie działa wyłącznie pod kontrolą własnego dowódcy, to granica między zadaniem służbowym a prywatną inicjatywą staje się zbyt cienka. W przypadku braci Mosejczuków granica ta, jak się wydaje, w ogóle zniknęła. Gdzie zatem przebiega granica między legalnymi poszukiwaniami żołnierzy a samowolą – o to zapytano prawnika wojskowego.
Prawo tego nie zezwala: co mówi adwokat
Adwokat Maksym Strygun, przedstawiciel Komitetu Ochrony Praw Adwokatów Narodowej Stowarzyszenia Adwokatów Ukrainy (NAAU), jest przekonany: ukraińskie ustawodawstwo nie upoważnia jednostek wojskowych do samodzielnego poszukiwania lub zatrzymywania żołnierzy, którzy samowolnie opuścili służbę.

„Gdy żołnierz popełnia przestępstwo zgodnie z artykułami 407 lub 408 Kodeksu karnego, jednostka wojskowa może jedynie przeprowadzić dochodzenie służbowe, odnotować znamiona przestępstwa i przekazać materiały do Państwowego Biura Śledczego. To właśnie Państwowe Biuro Śledcze ma wyłączne uprawnienia do poszukiwania takich żołnierzy i ich zatrzymywania. Żadna brygada, żadne dowództwo, a nawet Wojskowa Służba Porządkowa nie mają uprawnień do tworzenia niezależnych grup w celu poszukiwania lub stosowania środków przymusu. Jest to całkowicie niezgodne z prawem” – wyjaśnia adwokat.
Według Stryguna zeznania, które padły podczas posiedzenia Tymczasowej Komisji Śledczej, faktycznie potwierdzają istnienie takich grup, jednak nie dają odpowiedzi na główne pytanie — kto kontroluje ich działalność.
„To, co padło podczas posiedzenia Tymczasowej Komisji Śledczej, świadczy o tym, że takie grupy istnieją. Nie ma jednak jasnych zasad ich działania, kontroli ani współpracy z WSP. Jak to możliwe: grupa wyjeżdża na służbową podróż do Kostopila, a zatrzymuje ludzi w obwodzie kijowskim i przewozi ich pod Połtawę?”
Zdaniem adwokata, jeśli żołnierze, wykorzystując swoją pozycję służbową, bezprawnie zatrzymują ludzi lub stosują wobec nich przemoc, nie jest to już kwestia dyscypliny, lecz przestępstw kryminalnych.
„Osoby, które utworzyły takie grupy i wykonywały takie rozkazy, mogą ponosić odpowiedzialność za nadużycie władzy lub uprawnień służbowych przez funkcjonariusza wojskowego, bezprawne pozbawienie wolności, a w przypadku braci Mosijczuków – również za umyślne zabójstwo. Sprawy takie powinny być prowadzone wyłącznie przez Państwowe Biuro Śledcze pod kierownictwem procesowym prokuratury specjalizującej się w sprawach obronności”.
Siergiej Gniezdilow: problem nie leży w grupach, lecz w państwie
Wydaje się, że wszystko jest jasne — prawo określa, kto ma prawo poszukiwać żołnierzy, a kto nie. Jednak żołnierz Siergiej Gniezdilow twierdzi, że działalność grup poszukiwawczych osób zaginionych w akcji ma całkiem uzasadnione podstawy. Jego zdaniem sprawa braci Mosijczuków stała się jedynie symptomem kryzysu systemowego, który od dawna istnieje w szeregach wojska.
— Siergieju, czy wie pan o istnieniu takich grup poszukiwawczych?
— Tak. Ale każdy przypadek należy rozpatrywać osobno.
— Jak wygląda praca takich grup od środka? Czy to zwykli żołnierze, czy jakieś bandy?
— To zwykli żołnierze, którzy powinni przebywać na froncie. Jednak w pewnym momencie otrzymują zadanie niebojowe. Na przykład pojechać do fikcyjnej wsi i zmobilizować tam dziesięciu przyszłych żołnierzy. To wszystko.
Istnienie takich grup na wszystkich szczeblach jest całkowicie niezgodne z prawem — zarówno w odniesieniu do mobilizacji, jak i powrotu z SZC. Nie mają one żadnego uzasadnienia prawnego. Często żołnierzom po prostu mówi się, że rzekomo zostanie im przydzielony przedstawiciel TCC, a oni będą mu jedynie pomagać — w ten sposób próbuje się przynajmniej w jakiś sposób legitymizować ich obecność.
— Ale jeśli ktoś nie chce walczyć i wstąpił do Służby Społecznej — po co go siłą sprowadzać z powrotem?
— Widzimy całkowitą bezradność głównego ustawodawcy i Ministerstwa Obrony. Wszyscy po prostu odwrócili się od potrzeb Sił Zbrojnych, mimo że istnieje ogromne zapotrzebowanie na ludzi. Jeśli armia ma być uzupełniana, musi to odbywać się zgodnie z prawem. A nie są uzupełniane zgodnie z prawem, a na froncie codziennie giną ludzie. Dlatego ten system kwitnie w pełnym rozkwicie — stąd 155. brygada, ta bezkarność, oddział „Skała” i wszystkie inne smutne historie.
— Czyli wszystko zaczyna się od momentu nielegalnej mobilizacji, a potem wszystko toczy się łańcuchowo?
— Nie, nie uważam, że istnieje pojęcie „nielegalnej” czy „słusznej” mobilizacji — tu w ogóle chodzi o coś innego. Wszystko zaczyna się od tego, że Rada Najwyższa okazała się bezsilna i nie ustanowiła jasnych zasad, które w legalny sposób uzupełniałyby Siły Zbrojne. Przyjęła ona nieskuteczną ustawę, która nie przewidziała poważnych, samodzielnych sankcji, które zmusiłyby ludzi do dobrowolnego wstąpienia do armii. Z tego powodu Siły Zbrojne nadal uzupełniają swoje szeregi zarówno legalnie, jak i nielegalnie — w tym również w tak haniebny sposób.
— A skąd te grupy dowiadują się, gdzie ukrywa się osoba, która uciekła z jednostki?
— Szukają absolutnie wszystkimi możliwymi metodami. Podczas stanu wojennego istnieje koordynacja między różnymi organami, ale głównie polega to na dzwonieniu do znajomych, przyjaciół, monitorowaniu mediów społecznościowych oraz obowiązkowej wizycie w domu w celu rozmowy z krewnymi. Śledzą cyfrowe ślady, połączenia telefoniczne. Ludzie są różni: ktoś może po prostu powiedzieć przez telefon „jestem w domu, odejdźcie stąd”, a ktoś ukrywa się profesjonalnie.
Jeśli chłopaki uciekają z takich oddziałów jak „Skała”, to grupy poszukiwawcze nie są tam zbyt mile widziane. Uciekając stamtąd, ludzie wyrzucają telefony i nie nawiązują kontaktu, bo wiedzą: po powrocie czekają na nich dokładnie takie same bezprawne działania – złamane szczęki i połamane nogi za sam fakt ucieczki.
To z pewnością nie jest łatwa wycieczka, jak niektórzy sobie wyobrażają: rzekomo zostali zmobilizowani, osoba wyskoczyła z busa TCC lub wyszła z centrum szkoleniowego, dotarła do sklepu, kupiła cytrynę i spokojnie siedzi w domu. To dziwne wyobrażenia o świecie. Aby uciec z takich warunków, trzeba umieć uciekać. Czasami wiąże się to z realnym zagrożeniem życia, co potwierdzają ostatnie wydarzenia.
Problem ten w rzeczywistości ostro porusza temat „busyfikacji” i uzupełniania szeregów Sił Zbrojnych Ukrainy. Wyjaśnię to na prostym przykładzie mojej jednostki. Dowodzę batalionem piechoty zmotoryzowanej. Na początku pełnej inwazji w batalionie byli tylko trzej zwiadowcy powietrzni – ja i dwaj moi koledzy. Obecnie struktury BPAK i inne oddziały dronowe w jednym batalionie to prawie dwie kompanie. Piechur stał się nowoczesnym żołnierzem, który steruje dronem lub robotem naziemnym. Liczba zwykłych żołnierzy piechoty zmniejszyła się, jest ona minimalizowana, ale brakuje ludzi nawet do obsługi dronów.
A ludzi trzeba skądś wziąć. Jak ich pozyskać — państwo nie określiło tego jasno. Ogłoszono tylko jedną zasadę: „Zabierz i ustaw. Jeśli maszyna nie jedzie — zabierz ją i jedź”. Państwo przecież nie mówi dowódcy na miejscu: „Jeśli nie masz ludzi, zatrzymaj wszystko i napisz do czarodziejskiego wujka, który ci ich załatwi”. Dlatego dowódcy oddziałów, zdając sobie sprawę, że sytuacja staje się groźna, zaczynają uciekać się do samowoli.
Źródłem problemu jest państwo, które nie funkcjonuje. Posłowie przez te wszystkie lata zajmowali się populizmem: obiecywali, że będą jasno określone terminy służby, że nie dojdzie do „busyfikacji”, a zamiast nas przyjadą walczyć Kolumbijczycy. Doprowadziło to do tego, że społeczeństwo w ogóle nie rozumie, czego od niego oczekuje się, zwłaszcza w kontekście skandali związanych z tymi samymi oddziałami szturmowymi, do których ludzi wciela się przymusowo.
Mobilizacja nie działa tak, jak powinna zgodnie z prawem. Policja Narodowa oficjalnie oświadcza, że zatrzymywanie osób uchylających się od służby „psuje jej wizerunek” i nie chce się tym zajmować. Chociaż zgodnie z prawem jest to bezpośredni obowiązek policji. Gdyby policja krajowa weryfikowała listy, dokonywała przymusowych zatrzymań osób naruszających prawo i przekazywała sprawy do sądu – wszystko wyglądałoby inaczej. Zamiast tego na szczeblu lokalnym postanowiono przyspieszyć procesy i zatrzymywać ludzi na własną rękę.
Dowódcy po prostu starają się utrzymać w swoich oddziałach podstawowy porządek prawny. A jak go utrzymać, skoro wszystko się rozpada na oczach, a żadne sankcje prawne ani perswazja nie działają? Spójrzcie na tę historię z innej perspektywy: to straszne, to poważne naruszenie prawa, którego w zasadzie nie powinno być. Ale dlaczego wciąż nie mamy normalnie funkcjonującej ustawy o mobilizacji? Państwo i ustawodawcy nie dopracowali tej kwestii, a w rezultacie dochodzi do całkowitej anarchii i systemowych naruszeń praw człowieka.
Więcej uprawnień dla WSP czy większa kontrola?
Szef Głównego Zarządu Wojskowej Służby Porządkowej, generał dywizji Jurij Babicz, faktycznie potwierdził – WSP nie wie, czym zajmuje się grupa poszukiwawcza i czy w ogóle współpracuje z organami ścigania. Kontrola nad takimi jednostkami jest również ograniczona. Służba nie dysponuje obecnie wystarczającymi narzędziami do operacyjnego reagowania na tego typu przypadki. Właśnie dlatego generał zwrócił się do posłów z prośbą o rozszerzenie uprawnień Wojskowej Służby Porządkowej.
„Wojskowej Służbie Porządkowej brakuje uprawnień do prowadzenia działań operacyjno-śledczych oraz prowadzenia dochodzeń w sprawie przestępstw związanych z uchylaniem się od służby wojskowej. Być może gdybyśmy mieli uprawnienia do prowadzenia działań operacyjno-śledczych, informacje o takich zdarzeniach docierałyby do nas znacznie szybciej. Działamy wyłącznie w ramach przyznanych nam uprawnień”.
Babicz przypomniał również, że do 2012 roku Wojskowa Służba Porządkowa miała prawo prowadzić dochodzenia w sprawie przestępstw wojskowych, jednak po reformie uprawnienia te zostały jej odebrane.

Czy sprawa braci Mosejczuków będzie ostatnią?
W sprawie braci Mosejczuków śledztwo musi jeszcze ustalić rolę każdego z uczestników. Już teraz jednak jasne jest coś innego: tragedia ta ujawniła mechanizm, o którego istnieniu wcześniej prawie nie mówiono publicznie. Jeśli po tym śledztwie państwo ograniczy się jedynie do poszukiwania sprawców, nie udzielając odpowiedzi na pytanie, kto tworzy, kontroluje i nadaje uprawnienia mobilnym grupom poszukiwawczym Służby Bezpieczeństwa, historia może się powtórzyć.
Czytaj nas na Telegram i Sends