Państwa kontra „Big Tech”: dlaczego Google, Apple, Meta i Amazon niemal zawsze wychodzą z tego bez szwanku
09 września 2026 09:262 września 2026 roku w Stanach Zjednoczonych zakończył się kolejny ważny etap wieloletniej walki państwa z Google. Władze amerykańskie zdołały już udowodnić, że firma bezprawnie zmonopolizowała część rynku reklamy cyfrowej. Jednak gdy doszło do głównej kwestii – czy w celu przywrócenia konkurencji należy faktycznie rozbić imperium reklamowe Google na części – sąd wstrzymał się z decyzją.
Departament Sprawiedliwości USA chciał zmusić Google do sprzedaży platformy reklamowej AdX. To właśnie ona stanowi jeden z centralnych elementów systemu, dzięki któremu w internecie w ułamku sekundy sprzedawane i kupowane są miejsca reklamowe. Sędzia Leonie Brinkema odrzuciła propozycję podjęcia tak radykalnego kroku. Zamiast sprzedaży AdX firma Google otrzymała zestaw ograniczeń dotyczących postępowania i ma zapewnić konkurentom szerszy dostęp do części swojej infrastruktury reklamowej.
Na pierwszy rzut oka Stany Zjednoczone przegrały. Jednak wcześniej sąd ustalił już, że Google bezprawnie zmonopolizował odpowiednie rynki reklamowe. Oznacza to, że państwo zdołało udowodnić istnienie problemu, ale nie udało mu się doprowadzić do likwidacji struktury, która ten problem stworzyła.
UA.News opowiada, jak państwa od lat toczą spory sądowe z Google, Apple, Meta i Amazon, czym kończą się najgłośniejsze procesy antymonopolowe i dlaczego nawet orzeczenie sądu o istnieniu monopolu wcale nie oznacza, że uda się ten monopol zlikwidować.
Stany Zjednoczone dwukrotnie udowodniły monopolistyczną pozycję Google, ale firma zachowała zarówno przeglądarkę Chrome, jak i giełdę reklamową AdX

Jedna z najważniejszych współczesnych spraw antymonopolowych rozpoczęła się już w styczniu 2023 roku, kiedy to Departament Sprawiedliwości USA wraz z szeregiem stanów złożył pozew przeciwko Google w związku z rynkiem reklamy cyfrowej.
Państwo niepokoiło to, że jedna firma kontroluje jednocześnie kilka kluczowych elementów systemu. Gdy serwis informacyjny lub inny wydawca chce sprzedać miejsce reklamowe, wykorzystuje się do tego specjalny serwer reklamowy. Reklamodawcy ze swojej strony korzystają z systemów do zakupu reklam, a pomiędzy nimi znajduje się giełda, na której automatycznie odbywają się aukcje.
Google od dawna był obecny na wszystkich tych poziomach. Firma kontroluje między innymi serwer reklamowy dla wydawców DoubleClick for Publishers oraz giełdę AdX. Zdaniem amerykańskich władz połączenie tych produktów pozwalało Google na uzyskiwanie przewag, których konkurenci praktycznie nie byli w stanie powielić.
W kwietniu 2025 roku sąd federalny uznał zasadność znacznej części zarzutów. Sąd ustalił, że Google bezprawnie zmonopolizował rynki serwerów reklamowych dla wydawców oraz giełd reklamowych w otwartym internecie. Następnie rozpoczęła się odrębna walka, już nie o to, „czy Google złamał prawo”, ale o to, co konkretnie należy zrobić z tą firmą.
Ministerstwo Sprawiedliwości domagało się rozwiązania strukturalnego: Google miał sprzedać AdX. To zasadnicza różnica. Grzywna lub zakaz określonej praktyki zmuszają korporację do zmiany zachowania, ale sprzedaż części działalności zmienia samą strukturę rynku.
Logika państwa była prosta: skoro problem powstał dlatego, że jedna firma kontroluje jednocześnie kilka poziomów rynku reklamowego, poziomy te należy fizycznie rozdzielić. W odpowiedzi Google podkreślał, że AdX jest już tak głęboko zintegrowany z innymi produktami, że oddzielenie go może spowodować problemy techniczne dla reklamodawców i wydawców.
2 września 2026 roku sąd odmówił nakazania Google sprzedaży platformy aukcyjnej. Na firmę nałożono mniej radykalne ograniczenia, w szczególności dotyczące dostępu konkurentów do aukcji reklamowych, ale sama platforma AdX pozostała w rękach Google.
Co ciekawe, prawie rok wcześniej miała miejsce bardzo podobna sytuacja w innej sprawie przeciwko tej samej firmie. Jeszcze w 2020 roku Departament Sprawiedliwości USA złożył pozew przeciwko Google w związku z monopolizacją wyszukiwarki. Już wtedy jednym z możliwych scenariuszy było nawet podzielenie tego technologicznego giganta.
W sierpniu 2024 roku sąd stwierdził, że Google bezprawnie utrzymywał monopol na rynku ogólnej wyszukiwarki internetowej oraz reklamy w wynikach wyszukiwania. Jednym z głównych mechanizmów były wielomiliardowe umowy, na mocy których Google uzyskiwał status domyślnej wyszukiwarki na smartfonach, w przeglądarkach i innych urządzeniach.
Następnie władze amerykańskie zaproponowały jedno z najbardziej radykalnych rozwiązań w całej historii współczesnego Big Tech — przymusową sprzedaż przeglądarki Chrome. Jednak we wrześniu 2025 roku sąd nie zgodził się na taki krok. Zamiast tego Google otrzymało zakaz zawierania części umów na wyłączność, zostało zobowiązane do udostępniania określonych danych dotyczących wyszukiwania oraz zapewnienia konkurentom dostępu do części infrastruktury wyszukiwarki.
I nawet teraz ta historia nie jest jeszcze ostatecznie zakończona. Na oficjalnej stronie sprawy Departamentu Sprawiedliwości w 2026 roku wciąż pojawiają się nowe dokumenty sądowe związane z wykonaniem orzeczenia i procesem apelacyjnym. Oznacza to, że minęło prawie sześć lat od rozpoczęcia postępowania, sąd stwierdził już bezprawną monopolizację, ale Google nie stracił ani przeglądarki Chrome, ani wyszukiwarki, ani kluczowych elementów swojego systemu reklamowego.
Departament Sprawiedliwości USA próbuje przełamać „mury” otaczające iPhone’a, ale sprawa przeciwko Apple może ciągnąć się jeszcze przez wiele lat
W marcu 2024 roku władze amerykańskie otworzyły kolejny duży front – przeciwko Apple. 21 marca 2024 roku oficjalnie wniesiono pozew. Departament Sprawiedliwości wraz z poszczególnymi stanami oskarżył Apple o niezgodną z prawem monopolizację rynku smartfonów.
W tym przypadku zarzuty państwa wykraczają znacznie poza App Store czy 30-procentową prowizję. Logika rządu amerykańskiego polega na tym, że firma Apple stopniowo zbudowała wokół iPhone’a cały system ograniczeń, który sprawia, że wyjście użytkownika z ekosystemu jest droższe i bardziej skomplikowane.
Ministerstwo Sprawiedliwości zwróciło szczególną uwagę na tak zwane „super apps” – aplikacje, które teoretycznie mogłyby działać jednocześnie na różnych systemach operacyjnych i zmniejszać zależność użytkownika od konkretnego smartfona.
W pozwie wspomniano również o usługach gier w chmurze, portfelach cyfrowych, smartwatchach oraz wymianie wiadomości między iPhone'ami a urządzeniami z systemem Android. Zdaniem rządu firma Apple nie tylko tworzyła lepszy produkt, ale wykorzystywała kontrolę nad systemem iOS, aby utrudnić firmom zewnętrznym tworzenie usług, które mogłyby osłabić zależność użytkownika od iPhone’a.
Apple kategorycznie się z tym nie zgadza. Firma podkreśla, że kontrola nad sprzętową i programową częścią iPhone’a zapewnia bezpieczeństwo, prywatność oraz doświadczenie użytkownika, dla którego klienci wybierają produkty Apple.
I tu pojawia się jeden z najtrudniejszych problemów w sprawach antymonopolowych przeciwko firmom technologicznym. Organ regulacyjny postrzega zamknięty ekosystem jako barierę dla konkurencji. Apple postrzega ten sam zamknięty ekosystem jako główną cechę swojego produktu.
Dlatego nie wystarczy, aby sąd stwierdził, że konkurentom nie jest wygodnie pracować na iPhone'ach. Konieczne jest udowodnienie, że konkretne ograniczenia nie stanowią zwykłej konkurencji, lecz w sposób niezgodny z prawem utrzymują monopol. Firma Apple próbowała doprowadzić do zamknięcia sprawy jeszcze przed rozpoczęciem pełnego postępowania, ale nie udało jej się to. Sąd zezwolił Ministerstwu Sprawiedliwości na kontynuowanie rozpatrywania roszczeń.
A to dopiero początkowa faza procesu. Przed nami mogą być lata gromadzenia dowodów, zeznań kierownictwa firmy, ekspertyz ekonomicznych, sam proces sądowy, odrębne orzeczenie dotyczące ewentualnych środków wobec Apple, a następnie – apelacje.
A podczas gdy sądy spierają się o model iPhone’a sprzed kilku lat, sama firma Apple już zmienia App Store pod presją Europy, przebudowuje zasady płatności, udostępnia część funkcji systemu i dostosowuje działalność do nowych przepisów. Organ regulacyjny nieustannie próbuje nadążyć za platformą, która w trakcie jednego postępowania sądowego zdążyła kilkakrotnie zmienić zasady gry.
FTC już od sześciu lat próbuje udowodnić, że Meta „kupowała konkurentów”

Chyba najlepszym przykładem tego, jak długo może trwać wojna antymonopolowa, jest sprawa Meta. Federalna Komisja Handlu USA złożyła pozew przeciwko ówczesnemu Facebookowi już w 2020 roku.
Główny zarzut FTC dotyczy dwóch transakcji, które miały miejsce na długo przed rozpoczęciem postępowania sądowego: przejęcia Instagrama w 2012 roku oraz WhatsAppa w 2014 roku. Organ regulacyjny uważa, że Meta utrzymywała swoją dominację nie tylko dzięki rozwojowi własnych produktów, ale także poprzez przejmowanie firm, które mogły stać się jej największymi konkurentami.
Według FTC Instagram stanowił potencjalne zagrożenie dla Facebooka w obszarze sieci społecznościowych, a WhatsApp mógł w przyszłości stworzyć konkurencję w zakresie komunikatorów i nowych modeli interakcji społecznych.
Problem polega na tym, że w tamtym czasie to właśnie organy regulacyjne same zezwoliły na te transakcje. Teraz FTC faktycznie próbuje udowodnić, że decyzje, które zostały zatwierdzone ponad dziesięć lat temu, w perspektywie długoterminowej przyczyniły się do stworzenia lub utrzymania monopolu.
W listopadzie 2025 roku sąd federalny opowiedział się po stronie Meta. Jedną z kluczowych kwestii okazało się nie tyle to, czy Mark Zuckerberg chciał zneutralizować konkurentów, ile znacznie bardziej podstawowa kwestia – jak w ogóle właściwie zdefiniować obecnie rynek sieci społecznościowych.
Kiedy FTC wszczęła postępowanie, Facebook i Instagram wydawały się stanowić znacznie bardziej odrębną kategorię. Jednak w trakcie trwania postępowania TikTok stał się globalnym gigantem, YouTube jeszcze bardziej skoncentrował się na krótkich filmikach, a rywalizacja między platformami coraz bardziej przekształciła się w walkę po prostu o czas i uwagę użytkownika.
Dla Meta stało się to mocnym argumentem: jeśli Facebook i Instagram faktycznie konkurują z TikTokiem i YouTube’em, to udowodnienie istnienia wąskiego monopolu jest znacznie trudniejsze. Jednak FTC nie zrezygnowała ze sprawy. W styczniu 2026 roku organ regulacyjny oficjalnie złożył odwołanie.
FTC nadal twierdzi, że Meta przez wiele lat utrzymywała pozycję dominującą dzięki przejęciu największych konkurentów. Oznacza to, że w 2026 roku władze amerykańskie nadal prowadzą spór sądowy w związku z przejęciami dokonanymi w latach 2012 i 2014.
Nawet jeśli FTC ostatecznie wygra apelację, nie będzie to oznaczało automatycznego wydzielenia Instagrama lub WhatsAppa. Trzeba będzie jeszcze osobno ustalić, jakie konkretnie rozwiązanie jest w stanie przywrócić konkurencję.
A w ciągu ponad dziesięciu lat Instagram i WhatsApp zintegrowały się już z infrastrukturą technologiczną, reklamową i biznesową Meta. Wielka Brytania już raz pokazała, że przymusowa sprzedaż aktywów technologicznych jest możliwa. Brytyjski organ regulacyjny zmusił Meta do sprzedaży serwisu Giphy.
Jednak przymusowa sprzedaż Instagrama, który stał się jednym z kluczowych obszarów działalności Meta, byłaby rozwiązaniem na zupełnie innym poziomie.
Amazon broni się jednocześnie przed kilkoma zarzutami FTC
Amazon to kolejny charakterystyczny przykład. We wrześniu 2023 roku Federalna Komisja Handlu (FTC) wraz z władzami stanowymi złożyła przeciwko firmie szeroko zakrojony pozew antymonopolowy. FTC podkreślała, że nie ściga Amazona wyłącznie ze względu na jego wielkość.
Według organu regulacyjnego problem leży w zestawie zasad, które jednocześnie wzmacniają władzę Amazona nad sprzedawcami i utrudniają rozwój konkurencyjnych platform. Na przykład FTC twierdzi, że Amazon mógł karać sprzedawców, jeśli ci oferowali towary taniej na innych stronach internetowych.
Jednym ze sposobów jest obniżenie widoczności takich produktów w wynikach wyszukiwania Amazon. Dla sprzedawcy może to mieć krytyczne znaczenie. Jeśli ogromna część klientów znajduje się właśnie na Amazon, utrata widoczności na platformie oznacza utratę sprzedaży.
Organ regulacyjny zwraca również uwagę na związek między statusem Prime a systemem logistycznym Amazona. Dla wielu sprzedawców status Prime stał się niemal obowiązkowym warunkiem konkurencyjności. Jednak aby w pełni wykorzystać zalety Prime, firmy często są uzależnione od infrastruktury realizacji zamówień Amazona.
W rezultacie konkurenci muszą nie tylko pozyskać jednego sprzedawcę. Muszą jednocześnie stworzyć podobną infrastrukturę logistyczną, zgromadzić wystarczającą liczbę klientów, przekonać sprzedawców do przeniesienia towarów oraz stworzyć alternatywę dla programu Prime.
Właśnie ten efekt FTC określa mianem systemu powiązanych ze sobą praktyk antykonkurencyjnych.
31 sierpnia 2026 r. FTC wraz z 22 stanami złożyła kolejny pozew przeciwko Amazonowi – tym razem w związku z aukcjami reklamowymi. Organ regulacyjny twierdzi, że firma stosowała ukryty system podwyższania stawek reklamowych, w wyniku którego reklamodawcy mogli płacić więcej.
W rezultacie Amazon, podobnie jak Google, nie jest przedmiotem jednej wielkiej sprawy antymonopolowej, ale całej sieci spraw.
Europa postanowiła nie czekać dziesięcioleciami na orzeczenia sądów i zaczęła regulować działalność Big Tech z wyprzedzeniem
Unia Europejska stopniowo doszła do wniosku, że klasyczny model prawa antymonopolowego jest po prostu zbyt powolny dla sektora technologicznego.
Wcześniej schemat był mniej więcej taki sam. Google, Apple lub Meta wprowadzały określoną praktykę. Organ regulacyjny prowadził dochodzenie w tej sprawie przez kilka lat. Następnie firma otrzymywała karę. Potem rozpoczynały się postępowania odwoławcze.
A rynek w tym czasie już się zmienia. Google w różnych sprawach antymonopolowych otrzymał w UE grzywny w wysokości miliardów euro, ale nie doprowadziło to do pojawienia się równego mu europejskiego konkurenta w dziedzinie wyszukiwarek.
Właśnie dlatego UE stworzyła ustawę o rynkach cyfrowych (Digital Markets Act, DMA). Logika DMA znacznie różni się od tradycyjnego prawa antymonopolowego. Organ regulacyjny nie musi już za każdym razem przez lata udowadniać od podstaw, że dana platforma ma szczególną pozycję.

Największe firmy są określane jako „gatekeepers” i z góry podlegają szeregowi ograniczeń. Mogą im na przykład zabronić faworyzowania własnych usług bez uzasadnionego powodu, blokowania alternatywnych metod płatności lub stwarzania nadmiernych przeszkód dla zewnętrznych sklepów z aplikacjami.
W kwietniu 2025 r. UE nałożyła również grzywnę w wysokości 500 mln euro na Apple oraz 200 mln euro na Meta. W przypadku Apple zarzuty dotyczyły ograniczania deweloperom możliwości przekierowywania klientów z App Store do alternatywnych sposobów dokonywania zakupów.
W przypadku Meta organ regulacyjny rozpatrywał model, w ramach którego europejski użytkownik musiał albo wyrazić zgodę na wykorzystanie danych osobowych do celów reklamowych, albo płacić za wersję Facebooka i Instagrama bez reklam. Na pierwszy rzut oka DMA działa znacznie szybciej niż amerykańskie procesy sądowe. Jednak nawet tutaj pozostaje fundamentalny problem.
Europa zmienia głównie zasady obowiązujące wewnątrz ekosystemów. Nie odbiera samych ekosystemów. Apple nadal jest właścicielem iOS i App Store. Google – Search, Chrome, Android, YouTube oraz technologii reklamowych. Meta – Facebook, Instagram i WhatsApp.
Państwa nauczyły się już wykazywać naruszenia ze strony Big Tech
Problem nie polega już na tym, że organy regulacyjne nic nie robią. Wręcz przeciwnie, w ostatnich latach państwa stały się znacznie bardziej agresywne. Google dwukrotnie przegrał kluczowe amerykańskie procesy antymonopolowe. Apple ma na koncie dużą, wciąż toczącą się sprawę. Meta nadal toczy spór sądowy z FTC. Amazon broni się przed kilkoma postępowaniami.
UE stworzyło nawet odrębną ustawę niemal specjalnie dla największych platform cyfrowych. Jednak współczesny monopol technologiczny zasadniczo różni się od klasycznego monopolu naftowego czy telekomunikacyjnego.
W 1911 roku Stany Zjednoczone mogły podzielić Standard Oil na kilka firm. W latach 80. XX wieku AT&T można było podzielić na regionalnych operatorów telefonicznych. Podział Google’a jest znacznie trudniejszy.
Chrome to nie tylko osobna przeglądarka z własnym biurem, pracownikami i serwerami. Jest on powiązany z Google Search, systemem Android, kontami Google, infrastrukturą reklamową, synchronizacją danych oraz dziesiątkami innych produktów. AdX współpracuje z technologiami reklamowymi Google.
Instagram, po ponad dziesięciu latach funkcjonowania w ramach Meta, korzysta z jej systemu reklamowego, infrastruktury serwerowej oraz narzędzi dla firm.
App Store jest w ogóle częścią samej architektury iOS.
Dlatego za każdym razem, gdy państwo zwraca się do sądu o podział firmy, pojawia się argument, którego prawie nie ma w przypadku zwykłej grzywny: czy taki podział nie zaszkodzi użytkownikom bardziej niż sam monopol.

Właśnie na tym etapie sądy stają się znacznie ostrożniejsze. Jedną rzeczą jest zakazanie Google zawierania umów na wyłączność. Inną – nakazanie firmie sprzedaży Chrome.
Jedną rzeczą jest zmuszenie Apple do dopuszczenia innej metody płatności. Zupełnie inną – odebranie Apple części kontroli nad systemem iOS.
Drugi problem to czas. Sprawa antymonopolowa toczy się w tempie systemu sądowego. Rynek technologiczny rozwija się w tempie aktualizacji oprogramowania. Kiedy Departament Sprawiedliwości wniósł sprawę przeciwko Google Search w 2020 roku, głównymi konkurentami tej wyszukiwarki były inne klasyczne wyszukiwarki.
W 2026 roku Google zmaga się już nie tylko z Bingiem, ale także z ChatGPT i całym pokoleniem usług opartych na sztucznej inteligencji. Kiedy FTC przygotowywała sprawę przeciwko Facebookowi, TikTok nie miał jeszcze takiej globalnej siły, jaką ma dzisiaj. Firma może dosłownie poczekać, aż sam rynek zmieni się na tyle, że udowodnienie pierwotnej definicji monopolu stanie się trudniejsze.
Trzeci problem to zasoby. Google, Apple, Meta i Amazon mogą toczyć spory sądowe przez pięć, siedem czy dziesięć lat. Mogą zatrudniać setki prawników, ekonomistów i ekspertów technicznych.
Dla firmy o rocznych przychodach rzędu setek miliardów dolarów są to ogromne, ale możliwe do opanowania wydatki. Dla potencjalnego konkurenta pięć lat może oznaczać całe życie firmy. Nawet jeśli państwo otworzy rynek za sześć lat, start-upy, które miały skorzystać z tej szansy sześć lat temu, mogą już po prostu nie istnieć.
I wreszcie istnieje jeszcze jeden powód, o którym mówi się znacznie rzadziej. Stany Zjednoczone jednocześnie walczą z własnymi gigantami technologicznymi i są od nich zależne. Google, Apple, Meta, Amazon i Microsoft to nie tylko podmioty objęte regulacjami antymonopolowymi.
Stanowią one część globalnej potęgi technologicznej USA. Konkurują one z Chinami w dziedzinie sztucznej inteligencji, technologii chmurowych, reklamy cyfrowej, smartfonów i globalnych platform.
Stąd wynika paradoks. Amerykańskie władze chcą, aby w kraju Google miał więcej konkurentów. Jednak te same władze wcale nie są zainteresowane tym, by Google przegrał na arenie globalnej z chińskim konkurentem.
Właśnie dlatego prawdziwa granica walki z Big Tech nie leży tam, gdzie firma otrzymuje kolejną miliardową grzywnę. Granica leży tam, gdzie państwo musi powiedzieć: sprzedajcie Chrome, wydzielcie AdX, oddajcie Instagram lub stracicie część kontroli nad iPhonem.
Współcześni regulatorzy bardzo rzadko dochodzą do tego punktu. A jeśli już do niego dojdą — sądy często się wycofują.
I dopóki Google kontroluje główne punkty dostępu do wyszukiwarki i reklam, Apple — zasady ekosystemu iPhone’a, Meta — kilka największych platform społecznościowych, a Amazon — jednocześnie platformę handlową, logistykę i ogromną bazę klientów, każde nowe zwycięstwo organu regulacyjnego ryzykuje, że pozostanie zwycięstwem w orzeczeniu sądowym — ale niekoniecznie na samym rynku.
Czytaj nas na Telegram i Sends