O «Massandrze» Mykoła Bojko mówi tak, jak wspomina się wielką miłość: z zachwytem, dumą i bólem jednocześnie.
Kierował tym legendarnym przedsiębiorstwem winiarskim przez ponad trzy dekady. Były wzloty, międzynarodowe uznanie, odznaczenia państwowe, a po okupacji Krymu stracił dzieło całego swojego życia. Dziś ma 79 lat. Mykoła Konstantynowicz prowadzi blog o winach i pamięta najdrobniejsze szczegóły historii, które dla innych dawno stały się już tylko archiwalnym zapisem.
Półtorej godziny we wspomnieniach o prezydentach, winach kolekcjonerskich i dyplomatycznych przyjęciach. I raz po raz powracał ten sam temat — «Massandra». Jego «Massandra», ponieważ tam są jego wina, jego winnice, tam jest jego sukces i czas, który już nie wróci.
Może dlatego pod koniec wywiadu nie spieszył się z pożegnaniem. — Proszę pytać o coś jeszcze — powiedział Mykoła Konstantynowicz. W rzeczywistości nie chodziło mu nawet o samo mówienie o winie, ile o chęć ponownego bycia blisko własnej historii.
O wielkich winach, polityce i stratach, które zostają z człowiekiem na zawsze — w rozmowie z byłym dyrektorem generalnym «Massandry» Mykołą Bojko.
Co boli duszę winiarza
«Massandra» to nie tylko główny zakład, jak wielu przywykło myśleć. To dziewięć sowchozów rozmieszczonych wzdłuż wybrzeża od Meganomu do Forosu. Morze Czarne obmywa nasze ziemie na przestrzeni 186 kilometrów, a na tym brzegu rozsiane są pojedyncze skrawki ziemi — łącznie 4000 unikalnych parceli. To wszystko razem, ten żywy organizm, to jest właśnie prawdziwa «Massandra»: i łoza, i ludzie, i produkcja.
Mój stosunek do tego wszystkiego, co się wydarzyło, jest niezwykle bolesny. Po prostu nie mogę i nie chcę rozdzielać «Massandry» i Krymu. Tę ziemię i to przedsiębiorstwo można było uczynić prawdziwą perłą w skali światowej. Już za moich czasów ludzie pragnęli do nas przyjeżdżać, aby na własne oczy zobaczyć ten cud. Nawet Francuzi — uznani liderzy i kreatorzy mody w winiarstwie — szczerze zachwycali się tym, co widzieli w naszych piwnicach. Dlatego niesamowicie boli fakt, że nie pozwolono nam zrealizować tego gigantycznego potencjału do końca.
Przepracowałem w «Massandrze» 39 lat, z czego 28 lat na stanowisku dyrektora generalnego. Kim w naszym przypadku był dyrektor generalny? W stosunku do wszystkich dziewięciu sowchozów byłem generalnym, a bezpośrednio w głównym zakładzie — dyrektorem. Drogie są mi absolutnie wszystkie te 3200 parceli, drodzy są mi wszyscy ludzie, którzy tam pracowali, wszystkie wydziały i działy. Wszystko to jest mi bliskie, dlatego nie potrafiłbym teraz wyróżnić jednego konkretnego miejsca.
Winiarstwo bez uprawy winorośli po prostu nie istnieje, bo dobrego wina nigdy nie będzie bez wysokiej jakości winogron. Gdybym miał możliwość powrotu, chciałbym odwiedzić absolutnie każdy zakątek naszych winnic. Na to potrzeba by całego miesiąca, a nie jednego dnia. A jeśli mówimy o głównym zakładzie, to gdziekolwiek bym teraz nie wszedł — na linię rozlewniczą, do działu upominków czy do piwnicy kolekcjonerskiej — wszystko to wywołuje we mnie niesamowite wzruszenie.
Tajemnice starego dębu
Szczególne miejsce w moim sercu zajmuje bednarstwo, o którym zwykli ludzie zazwyczaj niewiele wiedzą. A szkoda, bo w naszym rzemiośle uważa się, że wino tworzy właśnie dębowa beczka. «Massandra» pod tym względem zawsze była światową klasyką i unikalną szkołą. Specjaliści przyjeżdżali do nas celowo, by zobaczyć, jak wytwarza się duże i małe beczki. To niezwykle ciężka, delikatna i specyficzna praca.
Często przyjeżdżał Wiktor Andrijowycz Juszczenko. Podczas jednej z jego wizyt odeszliśmy nieco od oficjalnego protokołu i zatwierdzonego programu, i nagle zapytał: „A gdzie robicie beczki?”. To było tuż obok, więc poszliśmy do warsztatu. Nasi mistrzowie akurat składali ogromne beczki, które w winiarstwie nazywają się hutami (butami). Na początkowym etapie montażu taka beczka leży poziomo i jest tak kolosalnych rozmiarów, że dorosły człowiek może swobodnie przez nią przejść, nawet nie schylając głowy. Wiktor Andrijowycz spojrzał na tę magię drewna, odwrócił się do mnie i mówi: „Mykoło Konstantynowiczu, wie pan, w swoim życiu chciałem być garncarzem, pszczelarzem, bednarzem, byle tylko nie prezydentem”.
W ogóle w «Massandrze» podczas leżakowania znajdowało się około 10 tysięcy beczek o różnej pojemności. Oprócz tworzenia nowych, trzeba było codziennie dbać o te stare. Obecnie czołowi winiarze na świecie są zgodni co do tego, że właśnie stara beczka stanowi kolosalną, niezastąpioną wartość. Choć do niedawna modne było twierdzenie, jakoby wysokiej jakości wino miało dojrzewać wyłącznie w nowym drewnie. To nieprawda. Stara beczka nadaje winu niepowtarzalny charakter, ale wymaga pedantycznej, niemal jubilerskiej pielęgnacji. Czasami pęka klepka, czasem drewno zsycha się lub zaczyna przeciekać. W takich przypadkach beczkę należy delikatnie naprawić. Dlatego w przedsiębiorstwie muszą być unikalni specjaliści, potrafiący słuchać i leczyć drewno. A takich mistrzów na świecie, niestety, katastrofalnie dziś brakuje.
Kiedy umiera wino
Jeśli zdarzy się tak, że wino, powiedzmy z tysiąc osiemset któregoś roku, jest już w butelce, osad opadł i wszystko wydaje się w porządku, ale człowiek je próbuje i mówi, że smakuje jak ocet... Po prostu nie miał szczęścia. Wino to żywy organizm. Może żyć bardzo długo (nie każde, oczywiście, ale potrafi) i z każdym rokiem tylko pomnaża swoje najlepsze cechy. Te walory dochodzą do swojego szczytu, potem zaczyna się regres i wino, niestety, wcześniej czy później umiera.
Na przykład wina domowe w tej samej Abchazji czy Mołdawii mają zazwyczaj 9–11% zawartości alkoholu i nie są przeznaczone do długiego przechowywania. Choć wyjątki zdarzają się wszędzie. Wydawałoby się, że wino wytrawne nie powinno żyć długo, jednak w kolekcji massandrowskiej leży „Muskat biały” z 1894 roku. To wytrawne wino, w którym wciąż kryją się cząstki czegoś żywego — to prawdziwy fenomen! Zazwyczaj białe wina wytrawne żyją 10–15 lat i należy je wypić jak najszybciej. Czerwone pod tym względem trzymają się lepiej, natomiast wina o wysokiej zawartości alkoholu i cukru są zdolne żyć niezwykle długo.
W naszej kolekcji posiadamy unikalne wino „Jerez de la Frontera” z 1775 roku. Jeśli nie brać pod uwagę wizyty Putina i Berlusconiego w 2015 roku, to odszypułkowaliśmy (odkorkowaliśmy) je w 2001 roku, przed wysłaniem na aukcję Sotheby's. Wino było po prostu wyborne, miało wtedy 226 lat i wciąż się rozwijało! W historii winiarstwa opisuje się nawet 300-letnie wina, które doskonale się zachowały. Zapewne granicy 300 lat przekraczać już nie warto, ale to dobitny wskaźnik. Istnieje jasna zależność: do długiego życia wino potrzebuje tak zwanych substancji konserwujących. Gdy tylko ich sumaryczna ilość osiąga granicę 80 jednostek konserwujących — wino zyskuje zdolność życia przez wieki. Kalkulacja jest prosta: każdy 1% cukru w winie równa się 1 jednostce konserwującej, a 1% alkoholu pod względem swojej stabilności równa się 4,5 jednostki. Odpowiednio, jeśli wino ma, powiedzmy, 18% cukru i 15% alkoholu, to po pomnożeniu i zsumowaniu wychodzimy na wskaźnik powyżej 80 jednostek. Przy należytej pielęgnacji jest to niemal stuprocentowa gwarancja, że wino będzie żyło bardzo długo.
Rozlane do butelek wino zachowa się tylko wtedy, gdy jest zamknięte wysokiej jakości korkiem, a butelka leży w pozycji poziomej, aby osad mógł osiąść. W pobliżu nie może być źródeł ciepłego powietrza, a wilgotność musi być ściśle kontrolowana. My, winiarze, jesteśmy pod tym względem nieco szalonymi ludźmi. Mówimy nawet, że tam, gdzie dojrzewa wino, nie wolno głośno rozmawiać, a broń Boże się kłócić! Jednak zwykłego klienta to nie interesuje. On, moim zdaniem, powinien kierować się prostą zasadą: „smakuje — nie smakuje”.
Słuchajcie swojego kosmosu
Jeśli jednak mówić bardziej prozaicznie, rynek winiarski jest przepełniony i bezwzględny. Mimo całej poezji, romantyzmu, wierszy i pieśni wokół wina, rzeczywistość jest surowa. Na świecie zazwyczaj produkuje się o 20–25% więcej wina, niż ludzkość jest w stanie wypić. Dlatego trwa wściekła konkurencja: co zrobić, aby kupiono akurat moje wino, a nie wino sąsiada?
Uczynić swój produkt choć trochę tańszym od konkurencji. Ale przecież sama szklana butelka kosztuje, a prawdziwy, wysokiej jakości korek to wydatek rzędu jednego, a nawet dwóch czy trzech euro. Z kolei tetrapak to najtańsza opcja. I oto niedoświadczony klient przychodzi do sklepu: przed oczami migają mu piękne etykiety i butelki, a możliwości finansowe w kieszeni nie są przecież nieograniczone. Człowiek często wybiera to, co tańsze. Niemniej jednak nawet w kartonowych pudełkach można czasem znaleźć całkiem przyzwoite wino.
Jak to się mówi: „doświadczenie to szkoła błędów”. Eksperymentujcie, próbujcie, nikogo nie słuchajcie poza sobą. Jesteście cząstką kosmosu, jesteście absolutnie indywidualni i unikalni na świecie ze swoimi wewnętrznymi smakami. Może się zdarzyć tak, że wam wino przypadło do gustu, a sąsiad załamuje ręce: „Mój Boże, co ty pijesz, tego nie da się przełknąć!”. Słuchajcie wyłącznie siebie, innych nie trzeba. I mnie też nie słuchajcie pod tym względem — bo jeśli wam smakuje, po prostu bierzcie i pijcie.
Mit o winie w proszku
Wiecie, „wino w proszku” to jeden z największych mitów. Wokół wina krąży w ogóle tyle legend i uprzedzeń — można wspomnieć choćby historię o tym, jak Jezus Chrystus na weselu uczynił wino z wody. Co się zaś tyczy wina w proszku, to szczerze mówiąc, nie sądzę, aby taka technologia w ogóle istniała w takiej formie, jak to sobie ludzie wyobrażają. Aby wysuszyć wino do stanu proszku, trzeba zużyć kolosalne ilości energii i środków. Wina w proszku jako takiego nie ma, ponieważ jest to po prostu ekonomicznie nieopłacalne — pod taką produkcję trzeba by stworzyć zbyt skomplikowane i drogie urządzenia.
Najprawdopodobniej, gdy mowa o „winie w proszku”, ma się na myśli coś zupełnie innego: bierze się wodę, dodaje alkohol, barwniki oraz aromaty i łączy te komponenty. Przy czym robi się to, żebyście mieli jasność, nie gdzieś w półpiwnicy czy w garażu. To powstaje w całkowicie oficjalnych zakładach winiarskich, gdzie są świetne laboratoria, gdzie siedzą dyplomowani specjaliści i czarują nad tym, aby ta mieszanka wyszła w miarę przyzwoita w smaku. Choć nazwać to winem, oczywiście, nie sposób. Dlatego termin „proszkowe” to gruba przesada. Prawdziwym problemem są sztuczne kombinacje alkoholu, wody i dodatków chemicznych — o tym warto rozmawiać.
Co powie wątroba
Najbardziej w naszej profesji irytuje mnie zwykły fałszerstwo, gdy znany produkt próbuje się podrobić jakimiś przyspieszonymi, chałupniczymi metodami. Najprostszym elementem takiej podróbki jest sytuacja, gdy na zwykłą butelkę z surogatem po prostu nakleja się etykietę z napisem «Massandra». Bywały czasy, kiedy na rynku udział fałszywej «Massandry» sięgał 75–80%. Jak ją odróżnić? Ponownie wrócę do swojej ulubionej tezy: doświadczenie to szkoła błędów. Trzeba próbować, porównywać, uczyć się wyczuwać różnicę. Wierzcie mi, to niezwykle pasjonujące zajęcie, któremu można poświęcić całe życie. A żeby nie „zabić” wątroby, wino należy pić bardzo powoli, po trochu, małymi porcjami. Ogólnie przyjęta norma to jeden, dwa lub trzy kieliszki. Najważniejsze to robić to niespiesznie, aby alkohol nadążał się rozkładać, a wątroba nie doznawała szoku.
«Artek» bez wina i żelazna kurtyna
Wspomnę w ogóle historię, która korzeniami sięga daleko w przeszłość. W 1937 roku na Krym przypłynął statek z dziećmi-sierotami z Hiszpanii. Ja w 1970 roku zaczynałem pracę na półwyspie, więc zastałem jeszcze żywych świadków tamtego wydarzenia. Opowiadali niesamowite rzeczy: dzieci przywieziono, umyto, ostrzyżono, przebrano i przyprowadzono do stołówki w «Arteku». A one usiadły przed talerzami i nie zaczynają jeść. Dlaczego? Ponieważ na stole nie było wina!
I to jest szczera prawda: we Francji, Hiszpanii, we Włoszech i wielu innych krajach dzieci przyzwyczaja się do kultury winiarskiej od najmłodszych lat. Wino jest tam postrzegane jako nieodłączny element posiłku, jako zwykły produkt spożywczy.
Kultura picia wina z Europy zaczęła przenikać i do nas. Widać to choćby w tym, że na Ukrainie zaczęto produkować znacznie więcej wina wytrawnego niż dawniej. Jednak wciąż katastrofalnie zostajemy w tyle. W krajach winiarskich dzieciom od małego wpaja się kulturę wina. My natomiast pod tym względem stawiamy dopiero pierwsze kroki. Zapewne dała o sobie znać żelazna kurtyna. U nas daleko nie wszyscy w ogóle wiedzieli, czym jest wysokiej jakości wino wytrawne. Za to co to jest samogon — wiedzieli praktycznie wszyscy.
Siekiery przeciwko łozie
Partyjne uchwały z 1985 roku dotyczące walki z pijaństwem i alkoholizmem przełożyły się na masowe niszczenie unikalnych winnic. U źródeł tej kampanii stał swego czasu znany chirurg Fiodor Grigoriewicz Ugłow, akademik, człowiek z autorytetem i zagorzały obrońca zdrowego stylu życia. Udało mu się dotrzeć do najwyższych szczebli władzy. Miał w ręku żelazne statystyki. Ugłow analizował poziom urodzeń oraz zdolności umysłowe dzieci i doszedł do wniosku, że w niektórych regionach radzieckich z powodu alkoholu dochodziło do faktycznego wyrodzenia narodu. Opierając się na tych danych, zdołał przeforsować radykalne decyzje na samym szczycie ówczesnej władzy.
Jednak wykonanie tych uchwał przybrało absolutnie potworny charakter. Rzucono się gorliwie do realizowania czegoś, czego w tekstach dokumentów w ogóle nie było — do wycinania winnic. A w tych trzech uchwałach nie ma ani jednego słowa o tym, by niszczyć łozę.
To były straszne, potworne czasy. W Mołdawii z 200k tysięcy hektarów winnic 80 tysięcy po prostu poszło pod siekiery.
Katorżnicza praca
My w «Massandrze» przez długi czas nawet nie rozumieliśmy, jakie szaleństwo dzieje się wokół. Nam, na szczęście, udało się obronić i zachować nasze ziemie co do jednego krzewu. A odbudowa to kolosalny trud. Aby zachować lub odrodzić określoną odmianę winorośli, trzeba znaleźć krzew wzorcowy. Na nim odszukać najzdrowszą, idealną łozę, z niej wziąć jedną jedyną podkładkę (pączek), następnie zaszczepić ją, odchować, wyhodować... To filigranowa, jubilerska robota, która jednocześnie jest ciężką, katorżniczą pracą.
Mogę sobie tylko wyobrazić, co działo się w duszach tych nieszczęsnych ludzi, których uzbrajano w siekiery i zmuszano do własnoręcznego wyrąbywania tego, co tworzyli i pielęgnowali przez całe swoje życie. To był prawdziwie makabryczny obraz.
Droga do piekła jest wybrukowana dobrymi chęciami
Podobnych kampanii w naszej historii było kilka. Jednak najbardziej masowa okazała się właśnie ta kampania z 1985 roku. Jak mówi Biblia: „Droga do piekła wybrukowana jest dobrymi chęciami”. Tak samo tutaj: intencje były szlachetne — uzdrowić naród. Na początku wyglądało to nawet nieźle, ale później obróciło się w rozkwit podziemnego bimbrownictwa, zatrucia, plagę narkomanii i katastrofalny cios w gospodarkę. Rynek alkoholowy zapewniał około 30–40% budżetu kraju i wszystko to runęło w jednej chwili. W rezultacie niczego dobrego te uchwały nie przyniosły.
Doszło do absurdu: zamykano profilowe placówki edukacyjne, zaprzestano produkcji butelek do wina i materiałów opakowaniowych, pojawił się cały kompleks sztucznych problemów. Nawet nazwę ogólnozwiązkowego Instytutu Naukowo-Badawczego Uprawy Winorośli i Wina «Magaracz» w Jałcie wstydliwie zmieniono na coś w rodzaju „Instytut produktów przetwórstwa winogron”. Nauce odcięto finansowanie.
Tajne kulisy ratowania «Massandry»
Dopiero zaczynałem kierować przedsiębiorstwem w 1987 roku, te uchwały były właśnie wściekle wdrażane w życie. Pracowało się niesamowicie ciężko. Jeśli wcześniej byliśmy szanowanymi ludźmi — przyjeżdżali do nas do zakładu wysocy rangą goście i mówili: „Jeśli dasz mi choćby jedną skrzynkę Muskatu białego Czerwonego Kamienia, załatwię dla ciebie wszystko, co zechcesz — choćby czarny kawior czy Ptasie Mleczko” — to po uchwaleniu prawa z dnia na dzień staliśmy się wyrzutkami w społeczeństwie.
I oto w tymże 1987 roku do naszego zakładu nieoczekiwanie przyjechał Anatolij Iwanowicz Łukjanow. W tamtym momencie był sekretarzem KC KPZR, później został zastępcą Gorbaczowa i ostatnim przewodniczącym Prezydium Rady Najwyższej ZSRR. Przybył w sposób osobliwy — bez żadnej asysty miejscowych organów partyjnych czy radzieckich: tylko on, żona i lekarz. Co mnie uderzyło — zadziwiająco dobrze znał się na winach. Bez błędów językowych wymawiał nazwy takie jak „Chwanczkara”, „Napareuli”, „Kindzmarauli” i tym podobne. Udało nam się tak szczegółowo zapoznać go z naszą trudną sytuacją, że powiedziałem wprost: „Blokują nas, pozwalają nam wypuszczać produkcję na poziomie nie większym niż 0,1% normy, mamy ogromne problemy ze zbytem”.
Po tej wizycie pojechałem do Moskwy, wygłosiłem referat i wróciłem z oficjalnym pismem, w którym stało czarno na białym: „Massandrze — być. Massandrze — zachować winnice. Ale Massandrze surowo zabrania się przekraczania planów”. Dzięki temu kompromisowi przetrwaliśmy. Jesteście pewnie pierwszymi, którym opowiedziałem o tych kulisach, prawie nikt o tym nie wie.
Czarna magia i pianino Magomajewa
Jeśli chodzi o rzeczy niezwykłe, często podaję przykład, który wydarzył się jeszcze przed moim przejściem na stanowisko dyrektora. Legendarny baryton Muslim Magomajew. W 1965 roku, po powrocie ze stażu w mediolańskiej „La Scala”, noszono go dosłownie na rękach. Przyjechał na występy do Jałty, wszystkie bilety do teatru letniego były wyprzedane, wieczorem miał odbyć się jego wielki koncert.
I oto w ciągu dnia, przed występem, jakoś zawiodło go do nas, do «Massandry». Przywitał go tam cały nasz kolektyw. Ludzie byli w takim zachwycie, że bezpośrednio na główny plac zakładu wynieśli pianino! Magomajew długo grał i śpiewał pod gołym niebem. Potem oprowadzono go, zorganizowano degustację... W końcu wszystko skończyło się tym, że na dworze ściemniało się i pianino trzeba było wnieść do środka, do sali degustacyjnej. Tam kontynuował grę dla pracowników Massandry. Koncert w mieście, rzecz jasna, został zerwany, w teatrze wszyscy płakali z rozpaczy, a nasi pracownicy byli w siódmym niebie ze szczęścia.
Prawdziwa czarna magia zaczęła się następnego dnia. Gdy robotnicy próbowali wynieść to pianino z powrotem z sali degustacyjnej, ono... nie przechodziło przez drzwi! Jak zdołali wnieść je tam poprzedniego wieczoru — pozostaje zagadką. Widocznie pod wpływem emocji i massandrowskiego wina w ludziach wyzwoliły się jakieś nadprzyrodzone siły. Ostatecznie, aby zwrócić instrument, trzeba było całkowicie demontować ościeżnice i rozbierać boczne skrzydło drzwiowe. Ot, taki zabawny moment.
Portwein dla Bogatikowa
Wspominam Jurija Iosifowicza Bogatikowa, wykonywał utwór „Śpią kurhany ciemne”. Mocno się z nim przyjaźniliśmy, często spotykaliśmy, a on z przyjemnością śpiewał u nas w zakładzie.
Pewnego razu pracowałem u siebie w gabinecie, gdy nagle on przyjeżdża w odwiedziny. Obok była pusta sala konferencyjna. Mówię: „Juriju Iosifowiczu, proszę poczekać dosłownie pięć minut, zaraz skończę. A żeby się panu nie nudziło, oto proszę spróbować naszego Portwejnu czerwonego Południowobrzeżnego z 1987 roku”.
On w tamtym czasie w ogóle nie spożywał już alkoholu, choć w jego życiu bywały trudne okresy, kiedy pił zdecydowanie za dużo. Jednak w tamtym momencie — trzymał się. Wziął ten kieliszek, wyszedł do sali i stamtąd dało się słyszeć jego słynne „la-la-la” — zaczął się rozśpiewywać. Po kilku minutach wchodzi do mnie do gabinetu oszołomiony i mówi: „Mykoło, to jakieś czary! Twój portwein czyni cuda. Ja tej najwyższej nuty nigdy w życiu nie mogłem wyciągnąć, dopóki twojego wina nie skosztowałem!”.
Jak zadziwić monarchę
Niezwykłych przypadków było mnóstwo. Na przykład w sierpniu 2008 roku podejmowaliśmy króla Szwecji Karola XVI Gustawa i jego małżonkę, królową Sylwię. On i teraz panuje, daj mu Boże zdrowie, wręcza Nagrody Nobla. Teraz wspominam o tym spokojnie, ale w rzeczywistości, gdy przyjeżdżają goście takiego formatu, masz mokre plecy z napięcia. Jesteś nieustannie w stresie: co wolno mówić, czego nie wolno... Niesamowicie trudne.
Znaliśmy protokół: gdy król przyleciał do Kijowa, prezydent podarował mu wino z roku jego urodzenia. Gdy monarcha przybył do Symferopola, władze Krymu ponownie wręczyły mu butelkę z tego samego roku urodzenia. Pomyśleliśmy: jeśli przyjedzie do «Massandry» i my znowu wręczymy to samo — będzie to banalne i nieoryginalne.
Trwa wycieczka po piwnicach, potem degustacja. Trzeba przyznać, że Karol XVI Gustaw to prawdziwy arystokrata, ucieleśnienie dostojeństwa, taki poniekąd mieszkaniec niebios. I był niezwykle małomówny. Przez cały czas wizyty wypowiedział dosłownie kilka zdań. Towarzyszyła mu imponująca świta, ale on sam wyróżniał się swoją postawną sylwetką i monumentalnym spokojem.
Podczas degustacji podchodzimy do jednej z próbek. Zwracam się do niego: „Wasza Królewska Mość, a teraz specjalnie dla Was — wino z 1976 roku. Jest ono dla Waszej rodziny bardzo pamiątkowe”. Król z królową wymienili spojrzenia, zdziwieni wzruszyli ramionami, mówiąc wprost: a cóż w tym takiego? I wtedy z uśmiechem wyjaśniliśmy: „Właśnie w tym roku odbył się Wasz królewski ślub”. Zupełnie zapomnieli o tej zbieżności i było im niesamowicie miło.
Przemarsz przez roczniki urodzenia: szczyt w Mińsku
W ogóle wszyscy wysocy goście w zakładzie zachowywali się niezwykle kulturalnie, poprawnie i inteligentnie. Czasami wręcz się dziwiłem: gdy widzisz ich na ekranach telewizorów czy na politycznych trybunach — to są jedni ludzie, a w swobodnej atmosferze piwnic winnych — zupełnie inni. Widziałem rzeczy, o których nikomu dotąd nie opowiadałem.
W 2000 roku w Mińsku odbywał się szczyt prezydentów WNP. Zjechało się wtedy jedenastu liderów. Łukaszenka radził się Łeonida Kuczmy, jak uczynić to spotkanie pamiętnym. Ten mu podpowiedział: „Zwróć się do Massandry”. Gdy zadzwonili do nas z Mińska, zaproponowałem: „Proponuję, aby podczas oficjalnej kolacji przed każdym prezydentem otworzyć kolekcjonerskie wino dokładnie z roku jego urodzenia”.
Z własnego doświadczenia już wiedziałem: żaden człowiek nie pozostanie obojętny, gdy zobaczy butelkę wina, która narodziła się z nim w tym samym roku, była odkładana do piwnic, gdy ten lider stawiał swoje pierwsze kroki. Bardzo symboliczne, można to pięknie rozegrać i zaprezentować.
Część oficjalna szczytu dobiegła końca, prezydentów zaproszono do niewielkiej sali, gdzie wyeksponowano nasze próbki. Organizatorzy mówią mi: „Ma pan dokładnie pięć minut. Kolumny samochodów są już sformowane, wszystko rozpisane co do sekundy, trzeba lecieć na lotnisko”. Ja się zamartwiam: „Jak mam zdążyć? Jedenastu prezydentów, jedenaście różnych win!”.
Pierwszą próbkę otworzyliśmy dla Putina — „Stołowe czerwone Aluszta” z 1952 roku. Wszystko poszło sprawnie. W tamtym momencie był u władzy zaledwie od kilku miesięcy. Wszystko mu się podobało, wokół niego nieustannie kręcili się ludzie, wszyscy chcieli stukać się kieliszkami. Przez to zamieszanie nawet nie do końca słuchał tego, co opowiadałem mu o winie.
„Szlachetna siwizna” Hejdara Alijewa
I nagle podchodzi do mnie Hejdar Alijew — prezydent Azerbejdżanu, niezwykle mądry, głęboki człowiek. Uśmiecha się tak chytrze i kiwa głową w stronę Putina: „Słuchaj pan, no przecież on to jeszcze dzieciak, czego pan od niego chce? Pan lepiej mojego wina poszuka”. A u nas następna próbka: „Portwein czerwony Liwadia” z 1923 roku.
Alijew po prostu stanął jak wryty: „Jak to?! To naprawdę mój rok urodzenia? To wino ma już prawie 80 lat, to po prostu niemożliwe!”. Potem go spróbował. A ja mu wyjaśniam: „Czerwone wino kolekcjonerskie z wiekiem, podczas wieloletniego leżakowania w butelce, stopniowo zmienia barwę i staje się złocisto-bursztynowe. Dzieje się tak dlatego, że substancje barwiące z latami opadają w postaci osadu. Właśnie dlatego butelkę w kolekcji należy trzymać rygorystycznie w jednej, poziomej pozycji. Jeśli zacznie się nią kręcić lub wstrząsać, osad się podniesie, wino zmętnieje, a jego smak ulegnie zniekształceniu”.
Pozwoliłem sobie wtedy na żart, mówiąc: „Hejdarze Alijewiczu, pan przecież w młodości też zapewne był kruczoczarnym brunetem, a teraz — dostojny, siwy mędrzec. Tak samo i to wino — z latami nabrało szlachetnej siwizny”. Zaśmiał się tak szczerze!
Po tym wszystkim poszło już jak z płatka, dla każdego prezydenta otwierano jego rok. Chcę jednak podkreślić: w tamtej sali, bez krawatów, ci ludzie okazywali się zadziwiająco prości w obejściu. Wiecie, usłyszeć w oczy, że urzędujący szef państwa to jeszcze „dzieciak” w porównaniu z patriarchami polityki — to rzecz niebywała. Tego nie ogląda się często.
Zamiast wina — kawałek kiełbasy
Drugi moment był związany poniekąd z Hejdarem Alijewem. Istniał kiedyś taki międzynarodowy program — GUAM (Gruzja, Ukraina, Azerbejdżan, Mołdawia). Dziecko Łeonida Kuczmy, bardzo chciał budować takie wielowektorowe relacje.
I oto w ramach tego szczytu ponownie spotykamy się z liderami państw. Tym razem była to wyjazdowa degustacja bezpośrednio w lesie. Rozstawiliśmy najlepsze wina, czekamy. Podjeżdża mikrobus, którym wszyscy razem się przemieszczali, i jako pierwszy z drzwi wychodzi Hejdar Alijew. Idzie prosto do mnie, rozpoznaje mnie i się śmieje: „O, znowu ty ze swoim winem! Ty byś lepiej kawałek kiełbasy nam zostawił, my już cały dzień głodni jeździmy”.
Oto jakimi ludźmi są w prawdziwym życiu. To zapewne pytanie do psychologów: co się z nimi w ogóle dzieje, gdy politycy wchodzą na trybuny i stają się tymi oficjalnymi „mieszkańcami niebios”.
Depardieu „zapłakał”
To wydarzyło się mniej więcej w maju 2005 roku. Dzwoni do mnie nasz prezydent Wiktor Juszczenko i mówi: „W odwiedziny przyjeżdża do nas Gérard Depardieu. To taki nudziarz, taki samochwał. Ciągle się chwali, że o winiarstwie wie absolutnie wszystko na świecie. Podjejmijmy go u ciebie w "Massandrze", ale tak, aby całkowicie zmieniło mu się wyobrażenie o naszych winach. A najlepiej — zrób tak, żeby się rozczulił, aż na kolana padł”.
Cóż poradzić, polecenie prezydenta to poważna sprawa, dlatego przygotowania rozpoczęliśmy skrupulatnie. Co prawda sam Wiktor Andrijowycz swoim starym zwyczajem spóźnił się aż o pięć godzin. W końcu goście przybyli: Wiktor Andrijowycz z żoną, z nimi Gérard Depardieu, któremu towarzyszył profesor-enolog, tłumacz i z jakiegoś powodu dwie długonogie, bardzo piękne dziewczyny — nie wiem, jaka była ich rola, ale w towarzystwie były obecne.
Obejrzeliśmy nasze piwnice, produkcję, przeszliśmy do sali degustacyjnej. Zaczęliśmy, jak nakazują reguły, od białych win wytrawnych. Na początku Depardieu zachowywał się bardzo wyniośle, patrzył na mnie dosłownie z góry, mimo że jesteśmy mniej więcej tego samego wzrostu. Gdy kolej przyszła na czerwone wytrawne, niechętnie przyznał: „No tak, są tu niezłe nuty owocowe, jest to, jest tamto... Ale przecież rozumiecie, my we Francji przywykliśmy do czegoś innego”.
I wtedy, całkowicie niespodziewanie dla niego, na zasadzie kontrastu otworzyliśmy wino kolekcjonerskie z roku jego urodzenia — 1948. I w tym momencie Francuz zaczął wyraźnie zmieniać się na twarzy. Patrzy na mnie już zupełnie inaczej, jak na równego sobie. On przecież jako winiarz doskonale rozumie, że ma przed sobą unikalny rarytas, dojrzałe, stare wino, które ma zupełnie inną cenę, inną filozofię i status. Błyskawicznie pojął całą wagę momentu. Na tamtej degustacji — a celowo dobrałem dla niego pięć takich ekskluzywnych próbek — otwieraliśmy butelkę za butelką.
Gdy doszliśmy do finału, Gérard Depardieu był tak rozczulony i urzeczony, że nie utrzymał emocji i wpisał do naszej księgi gości honorowych niesamowicie ciepłe, pamiątkowe słowa, które są przechowywane do dziś. Byłem szczerze uradowany, że spełniliśmy delikatną prośbę prezydenta i nieco utarliśmy nosa temu szacownemu francuskiemu koledze. Po tamtym zdarzeniu, zdaje się, już nikt z zagranicznych gości nie próbował pouczać nas, jak robić wino.
Perła kolekcji: „Jerez de la Frontera” 1775 roku
Perłą kolekcji «Massandry» i najstarszym winem, które jest tam przechowywane (i szczerze mam nadzieję, że nadal znajduje się w części muzealnej), jest legendarny „Jerez de la Frontera” 1775 roku. Historia naszej butelki jest niezwykle ciekawa. Swego czasu król Hiszpanii przekazał kilka butelek tego wina rosyjskiej imperatorowej Katarzynie II — po prostu jako gest szacunku. Jednak w tamtym momencie między Hiszpanią a Rosją nie było bezpośrednich stosunków dyplomatycznych, dlatego podarek przekazano przez posła hiszpańskiego w Londynie. A ówczesnym posłem Rosji w Wielkiej Brytanii był Siemion Romanowicz Woroncow. Dlaczego podkreślam ten szczegół? Ponieważ do samej Katarzyny to wino ostatecznie nigdy nie trafiło.
Za to od Siemiona Romanowicza przeszło ono później w spadku na jego syna — Michaiła Siemionowicza Woroncowa. To człowiek, który niezwykle dużo zrobił dla rozwoju Krymu; to właśnie w Ałupce znajduje się jego słynny Pałac Woroncowa. I już stamtąd, z piwnic woroncowskich, ów jerez trafił swego czasu do naszej massandrowskiej kolekcji.
To rarytas o znaczeniu światowym. Był moment, kiedy z Madrytu, z jednego z hiszpańskich uniwersytetów, specjalnie przyjechał do nas profesor. Przyjechał w jednym celu — sprawdzić, czy to prawda, że w «Massandrze» przechowywany jest „Jerez de la Frontera” 1775 roku, jako że w samej Hiszpanii tego wina już dawno nie pozostało. Nie wiem, jakie były jego tajne intencje, ale na własne oczy przekonał się, że wino istnieje i że to absolutna rzadkość w skali globu.
Jerez na Sotheby's zа 50 tysięcy dolarów
«Massandra» to zapewne jedyne przedsiębiorstwo winiarskie na obszarze postradzieckim, które na szeroką skalę wystawiało się na światowych salonach: przeprowadziliśmy cztery aukcje w Sotheby's, dwie w Christie's, dwie w Bonhams, współpracowaliśmy z nowojorskim domem aukcyjnym Morrell & Company. Robiono to po to, aby łatwiej było wchodzić na nowe rynki i budować poważny eksport. I to przynosiło owoce: w niektórych latach wysyłaliśmy na eksport do 60–65% całej naszej produkcji.
Podczas przygotowań do trzeciej aukcji w 2001 roku do naszych piwnic zszedł główny ekspert z Sotheby's, Stephen Mould. Na własne oczy zobaczył ten jerez z 1775 roku, ucieszył się jak małe dziecko. Prosił, by dać mu potrzymać butelkę w rękach i zrobić zdjęcie. A potem mówi: „Słuchaj, a może wystawimy jedną taką butelkę na Sotheby's?”.
Nasza kolekcja jest zorganizowana bardzo mądrze. Istnieje nienaruszalna część muzealna — ona musi pozostać niezmienna, bez jakichkolwiek roszczeń czy możliwości odkorkowania. A istnieje określona liczba tak zwanych butelek komercyjnych: wykorzystuje się je do profesjonalnych degustacji, aby winiarze się uczyli, a także można je sprzedać, by zarobić pieniądze dla przedsiębiorstwa. Komercyjny jerez u nas był, ale podjęcie takiej decyzji jednoosobowo było dla mnie trudne. Dlatego zwróciłem się bezpośrednio do prezydenta, wyjaśniłem sytuację i zapytałem, czy mamy prawo wystawić jedną butelkę na sprzedaż. Wysłuchał i dał zielone światło.
Bardzo ostrożnie, niezwykle pieczołowicie dostarczyliśmy tę butelkę do Londynu i sprzedaliśmy ją na aukcji za 50 tysięcy dolarów. 50 tysięcy dolarów za jedną jedyną butelkę!
Odkorkowali historię za 35 rubli
I nagle w 2015 roku, kiedy już tam nie pracowałem, dowiaduję się z wiadomości, że w zakładzie wzięto i ot tak odkorkowano butelkę tego jerezu z 1775 roku dla Silvio Berlusconiego i Putina.
Byłem po prostu osłupiały. Prawdziwe świętokradztwo i profanacja! Pal licho rosyjskiego prezydenta, on nic z tych rzeczy nie rozumie, ale Berlusconi — to przecież Włoch, subtelny koneser, znawca, esteta. Włosi przecież genetycznie doskonale znają się na takich rzeczach! Jak oni w ogóle mogli się na to poważyć? Trudno mi powiedzieć. W moim pojęciu to jakieś dzikie, barbarzyńskie, czysto panoszące się warcholstwo. Nowe kierownictwo zakładu postanowiło się popisac: „A co, ja tu jestem carem, wszystko mogę!”. Ale przecież to jest własność państwowa, to jest dorobek historii! Nie masz żadnego moralnego ani prawnego prawa jednoosobowo brać i niszczyć takiego rarytasu.
To pierwsza strona medalu. A przecież jest jeszcze druga — czysto profesjonalna. Podczas jakichkolwiek oficjalnych degustacji najwyższego szczebla bezwzględnie musi być obecny lekarz sanitarny. Ma on obowiązek osobiście spróbować absolutnie wszystkich win, które będą podawane na stół gościom. To żelazna gwarancja bezpieczeństwa: lekarz spróbował, wszystko w porządku, można nalewać. A jeśli nagle z gościem takiej rangi coś się stanie? Jeśli dostanie, przepraszam, zwyczajnego rozstroju żołądka albo zacznie się jakaś reakcja? Kto za to będzie odpowiadał? Moi nauczyciele, którzy całe życie przepracowali w «Massandrze», opowiadali, że swego czasu za takie rzeczy odpowiadało się głową.
Dlatego jest to dla mnie całkowicie niezrozumiałe: przecież tam obok stał protokół, ochrona państwowa, asysta... Jak można było wziąć i zaproponować przywódcom państw najstarsze wino, uprzednio nawet nie testując go w laboratorium? To przecież skrajna nieodpowiedzialność.
No i jeśli wrócić do finansów. Z jednej strony sprzedajemy taką butelkę na światowej aukcji za 50 tysięcy dolarów, a z drugiej — po wizycie tych działaczy, jeśli się nie mylę, spisano ją w bilansie księgowym za jakieś tam 35 rubli!
Nie rozumiem żadnej z postaci biorących udział w tej hańbie: ani tych tak zwanych gospodarzy, którzy przymilnie oferowali...
Sekret „wina kościelnego”: bezpieczeństwo i sterylność
«Massandra» nie po prostu produkowała kagor — ona produkowała najlepszy kagor na świecie. Nasz kultowy «Kagor Południowobrzeżny» powstawał w stu procentach ze szczepu Saperavi. I całkowicie świadomie, bez zbędnej skromności, nazywam go najlepszym na świecie.
Kagor jako wino narodził się we Francji, w prowincji Cahors. Tam historycznie jest to wytrawne, bardzo gęste, ekstraktywne i intensywnie zabarwione czerwone wino. Co ciekawe, w samej Francji nigdy nie cieszyło się ono szaloną popularnością. Jakim jednak sposobem trafiło do nas i przekształciło się w klasyczne deserowe, słodkie wino wzmacniane?
Specjaliści z «Massandry» już sto lat temu zaczęli głęboko badać tę kwestię. Kiedy w Imperium Rosyjskim za czasów caratu próbowano odtworzyć to wino na potrzeby duchowieństwa, okazało się, że domorośli rzemieślnicy przyrządzali je z czegokolwiek — z jagód, bzu czarnego, a nawet z soku buraczanego, byle tylko kolor był nasyconą czerwienią. Sypano tam hojnie cukier. Przy czym w profesjonalnym winiarstwie w ogóle nie istnieje taki oficjalny termin jak „wino kościelne”. Stało się jednak tak, że historycznie duchowni przyłożyli do tego rękę.
W obrzędach kościelnych, zwłaszcza podczas sakramentu Eucharystii (komunii), zaczęto używać właśnie kagoru. Do pewnego czasu mogło to być nawet wino wytrawne. Z czasem jednak format ostatecznie przesunął się w stronę trunku czerwonego, słodkiego i mocnego. I w tym kryje się bardzo prozaiczna, czysto praktyczna przyczyna.
Dla długiej kolejki wiernych kapłan używa jednej srebrnej łyżeczki, dając każdemu po kropli wina. Napój w kielichu musiał być absolutnie sterylny, aby nie roznosić infekcji. A najlepszym naturalnym konserwantem i gwarantem sterylności są alkohol i cukier. Dlatego ewolucja kagoru od wytrawnego francuskiego do słodkiego deserowego to przede wszystkim kwestia banalnego bezpieczeństwa i zdrowia parafian.
Jak Francuzi kupowali wino w „zapomnianej przez Boga” Massandrze
Z tym winem wiąże się jeszcze jeden niesamowity epizod. Pewnego razu do «Massandry» przyjechała delegacja francuskich winiarzy. Nie chcieli wierzyć, że naprawdę robimy kagor. Spróbowali naszego «Kagoru Południowobrzeżnego» i wpadli w absolutny zachwyt.
A byli to poważni eksperci ze stowarzyszenia producentów wytrawnego Cahors. Wyobraźcie sobie: Francuzi przyjeżdżają do jakiejś, z ich perspektywy, „zapomnianej przez Boga” krymskiej «Massandry» i kupują u nas partię 3000 butelek deserowego kagoru! Brzmi to jak bajka, ale to autentyczny fakt.
Później zaprosili nas do siebie do Francji, abyśmy nauczyli ich naszych technologii. Wyprodukowali nawet partię eksperymentalną według naszych rekomendacji. Do sprzedaży trafił wówczas unikalny zestaw upominkowy: piękne pudełko z dwoma okienkami, w jednym stał nasz kagor massandryjski, a w drugim — ich francuski. Przy czym nasz trunek kosztował dwa razy drożej niż ich! W ten sposób, kosztem naszego autorytetu, podciągali własną sprzedaż.
Ale jakże subtelnie Europejczycy potrafią chronić interesy swojego wewnętrznego producenta. Kiedy ta pierwsza eksperymentalna partia błyskawicznie się rozeszła, francuscy winiarze zwrócili się do swoich organów państwowych o zgodę na zakup kolejnej partii w «Massandrze». I... kategorycznie im odmówiono. Wiecie, jak to uargumentowano? «Tak, świetnie zarobicie, "Massandra" też otrzyma środki. Ale gdzieś tam, za wzgórzem, umowny Jean czy Pierre z tego powodu nie sprzeda tylu samo butelek swojego rodzinnego francuskiego wina. Nasz rynek jest już ściśle podzielony do ostatniej butelki». W ten sposób zamknęli furtkę, by chronić swojego rolnika.
Wizyta szefa domu Cartier: „Wasz kagor jest znacznie lepszy”
W kwietniu 2010 roku naszą winiarnię odwiedził szef domu Cartier, Alain Dominique Perrin. Przyleciał osobiście prywatnym samolotem do Symferopola, a stamtąd dotarł do nas.
Wcześniej, w 1990 roku na aukcji Sotheby's, Alain kupił 400 butelek massandryjskiego kagoru «Aju-Dag» (poprzednia nazwa «Kagoru Południowobrzeżnego»). Wino wywarło na nim tak piorunujące wrażenie, że do czasu naszego spotkania wypił już połowę kolekcji. A kiedy stał się właścicielem zamku w prowincji Cahors i rozczarował się miejscowym winem, Perrin przyjechał do nas i mówi: «Przez całe życie marzyłem o mieszkaniu w zamku, w końcu kupiłem sobie zabytkowy zamek Château de Lagrézette właśnie w prowincji Cahors. Słyszałem, że w "Massandrze" robicie niesamowity kagor. A ja mam takie życiowe credo: za co bym się nie zabrał, muszę robić to najlepiej na świecie. Przyjechałem osobiście przekonać się o jakości waszego wina».
Razem z nim przyleciało dwóch wielkich francuskich enologów — Marcel Guigal i Michel Rolland (którego, niestety, nie ma już wśród żywych). Przez dwie doby siedzieliśmy z nimi bez przerwy w piwnicach, degustując i omawiając niuanse. Francuzi przyznali: «Wasz kagor jest znacznie lepszy od naszego, tu nawet nie ma czego porównywać. Nauczcie nas robić tak samo, jesteśmy gotowi dostarczyć wam jakikolwiek najlepszy europejski sprzęt w zamian za technologię». Niestety, z powodu ówczesnych ograniczeń biurokratycznych nie mogliśmy sformalizować tego oficjalnie, ale samo spotkanie było niezwykle wymowne. Wyraźnie pokazało różnicę między ich wytrawnym winem a naszym deserowym arcydziełem.
Główna lekcja: szanujcie samych siebie
Dlaczego opowiadam o tym tak szczegółowo? Na Ukrainie wciąż z jakiegoś powodu żyje to niewolnicze, ślepe uwielbienie dla wszystkiego, co „zagraniczne”. Nie wolno tego robić. Na Ukrainie produkuje się znakomite wina, wspaniałe koniaki i świetne szampany. Na międzynarodowych spotkaniach i konkursach na własne oczy widziałem, jak wybitni eksperci oceniali nasze produkty.
Po prostu straciliśmy te pozycje przez chaos w gospodarce. Naszym zadaniem jest teraz zebrać to wszystko w całość i wrócić na dawny poziom. Ale w żadnym wypadku nie wolno uginać się przed zagranicą. Trzeba szanować samych siebie.
Poezja i rutynowa proza
Przez lata mojej pracy nagromadziło się mnóstwo historii, można by o tym rozmawiać bez końca. Chcę się jednak do czegoś przyznać. Wszystkie te spotkania, prezydenci, premierzy, królowie — to tylko błyszczący wierzchołek góry lodowej, taka piękna poezja. W rzeczywistości zajmowało to zaledwie 0,1% mojego czasu pracy. Cała reszta to ciężka, codzienna i rutynowa proza życia.
Myśli o tym, skąd wziąć wysokiej jakości szklaną butelkę, gdzie zakupić niezawodny korek, jak na czas i estetycznie wydrukować etykietę. Jak przekalkulować wszystko tak, aby przedsiębiorstwo utrzymywało się na powierzchni, by ludzie na czas otrzymywali godne pensje, by stabilnie działała stołówka zakładowa, funkcjonowało nasze przedszkole...
Oto te przyziemne, bytowe kwestie zawsze były dla mnie najważniejsze na stanowisku dyrektora. Dlatego nie myślcie, jakoby przyjmowanie delegacji VIP było moim głównym zajęciem. Moje kluczowe obowiązki polegały na czymś zupełnie innym.
Syndrom braku zakazanego owocu
Dlatego wszystkie te obiegowe opowiastki, że winiarze z wiekiem leczą się z jakiegoś rzekomego uzależnienia i w ogóle przestają pić — to kompletna bzdura. W głównym zakładzie pracowało u nas około 450 osób, ich zdrowie było ściśle monitorowane, regularnie jeździli na badania do Instytutu Sieczenowa. Szczegółowo badaliśmy ten fenomen: u nas w zakładzie w ogóle nie było alkoholików. Wszyscy pili wino, ale alkoholizmu nie było.
To tak zwany syndrom braku zakazanego owocu. Każdy winiarz czy zwykły pracownik fabryki wie: «Mogę spokojnie podejść do beczki i się napić». Na produkcji stały nawet specjalnie otwarte beczki z winem, aby ludzie mogli ugasić pragnienie, nie naruszając przy tym ogólnej technologii i szczelności innych zbiorników. Kiedy nie ma zakazu — znika ta chorobliwa, zwierzęca chęć napicia się na zapas.
Prawdą jest, że gdy zaczynał się sezon masowego przetwórstwa winogron, angażowaliśmy wielu pracowników sezonowych z pól — traktorzystów, robotników fizycznych — i często obserwowałem ciekawy obrazek. Człowiek po raz pierwszy w życiu widział ogromną, otwartą beczkę z winem, w której były tysiące litrów. W tym momencie włączało mu się zupełnie inne podejście: podchodził raz, drugi, trzeci, dziesiąty... i po godzinie już nie mógł utrzymać się na nogach. A etatowy operator z Massandry przed zmianą wypił jeden kieliszek, no, może jeszcze jeden wieczorem przed wyjściem do domu. Dla niego była to po prostu część kultury.
Przepis na bezsenność i pomnik Jegorowa
Oczywiście ja również delektuję się winem. Z wiekiem wprawdzie nasze odczucia smakowe i receptory się zmieniają, często nawet wbrew naszej woli. Był czas, kiedy z łatwością mogłem pić słodkie wina deserowe. Na przykład nasz kultowy «Muskat biały Czerwonego Kamienia» zawiera aż 23% cukru. Teraz picie czegoś takiego jest już trudne. Dlatego obecnie wybieram białe wina wytrawne. Przy okazji zdradzę mały sekret: dwa kieliszki dobrego białego wytrawnego wina na dwie godziny przed snem doskonale zastępują jakiekolwiek apteczne pigułki na bezsenność. To sprawdzony i bardzo przyjemny plus.
A jeśli mowa o winie i długowieczności, opowiem o pewnym unikalnym przypadku. W «Massandrze» przez długi czas pracował Aleksander Aleksandrowicz Jegorow — wybitny winiarz, który w swoim czasie zrobił kolosalnie dużo dla rozwoju winiarstwa gruzińskiego, azerskiego i krymskiego. Przeżył prawie 95 lat. I oto w wieku 90 lat Aleksander Aleksandrowicz zdołał się mocno przeziębić. Mimo to codziennie po trochu popijał wino. Jego zaniepokojona rodzina zaprosiła do domu równie doświadczonego, szanowanego lekarza, który leczył Aleksandra Aleksandrowicz przez ostatnie czterdzieści lat. Zaczęli lamentować lekarzowi: «Niech pan na niego spojrzy, on nawet w czasie choroby wciąż pije wino». Lekarz uważnie osłuchał jego płuca, odwrócił się do rodziny i surowo mówi: «W żadnym wypadku...». Wszyscy zamarli. A lekarz po teatralnej pauzie dodaje: «...w żadnym wypadku nie przerywać!».
Kalwados kontra wino: co mówi statystyka
Dzisiaj w internecie można znaleźć tyle sprzecznych informacji, że czasem wywołuje to jedynie uśmiech. Niedawno czytam u jednego blogera: «Rano na czczo koniecznie trzeba wypić szklankę ciepłej wody — to klucz do długowieczności i zdrowia». Przeglądam tablicę dalej, a tam inny „ekspert” pisze: «Broń cię Boże pić ciepłą wodę rano, to śmiertelnie niebezpieczne dla żołądka!».
Dlatego na pytania o wino lepiej odpowiadać nie artykułami z internetu, lecz realną statystyką regionów winiarskich. Spójrzcie na Francję, szczególnie na te czasy, kiedy komunikacja była słaba — nie było samolotów, pociągów czy autobusów, a ludzie przez pokolenia żyli lokalnie w obrębie swoich prowincji.
Lekarze przeprowadzili zakrojone na szeroką skalę badania i odkryli zdumiewającą rzecz: w obszarach, gdzie tradycyjnie pije się wytrawne wino, ludzie żyją średnio o 10 lat dłużej niż w sąsiednich regionach, gdzie historycznie preferuje się mocny kalwados. Co więcej, w rodzinach winiarskich rodziło się po 5–6 zdrowych dzieci, podczas gdy u miłośników mocnych trunków — zaledwie jedno lub dwoje.
Fakty te wyraźnie dowodzą: w starszym wieku umiarkowane spożywanie dobrego wina jest bardzo korzystne. Oczywiście są zagorzali przeciwnicy alkoholu, którzy przez całe życie zasadniczo nie wzięli do ust ani kropli i również dożyli późnej starości — to też się zdarza. Jednak średnia światowa statystyka jest nieubłagana: mieszkańcy regionów winiarskich, którzy mają tę kulturę od samego dzieciństwa, żyją dłużej, są znacznie szczęśliwsi, bardziej otwarci i pełni radości życia. To niezaprzeczalny plus wina.
Kto pielęgnuje ukraińską winorośl
Obecnie obserwujemy stopniowe, ale pewne odrodzenie ukraińskiego winiarstwa. I daj Boże, abyśmy z każdym rokiem wspinali się coraz wyżej, ponieważ musimy co najmniej wrócić do tego wysokiego poziomu, który już kiedyś osiągnęliśmy. Jeśli mowa o współczesnych dużych i jakościowych krajowych producentach, wyróżniłbym bez wątpienia firmę «Shabo» w obwodzie odeskim, a także unikalną winiarnię «Kolonist» również na Odeszczyźnie, którą założył i którą kieruje niezwykle oddany swojej sprawie Iwan Wasyliowicz Płaczkow. Dobre winiarnie są także na Zakarpaciu.
Z wielkim żalem stwierdzam, że na dzień dzisiejszy nie widzimy wyraźnej i systemowej polityki państwa, która deklarowałaby, że winiarstwo jest Ukrainie potrzebne. Brakuje tego wsparcia finansowego i legislacyjnego, które jest tak niezbędne dla branży w tych okrutnych czasach. Dlatego naszym priorytetowym zadaniem dzisiaj jest przynajmniej zachowanie tego unikalnego potencjału, który jeszcze pozostał. I, oczywiście, szczere podziękowanie tym ludziom, którzy dzięki czystemu fanatyzmowi i bezgranicznemu oddaniu nadal pielęgnują ukraińską winorośl. Mamy wspaniałe przykłady win i daj Boże, aby ta pozytywna tendencja się nie załamała. Dziękuję państwu.
Tłumaczenie pierwszej części wspomnień Mykoły Bojko na język polski. Tekst został przełożony w eleganckim, literackim stylu, z zachowaniem głębokiego szacunku do tematu, melancholii oraz autorytetu wieloletniego dyrektora «Massandry». Wszystkie cytaty zostały opatrzone tradycyjnymi polskimi cudzysłowami drukarskimi, a specyficzne terminy winiarskie podano w ich profesjonalnym brzmieniu.
Aby Depardieu „zapłakał”, Sherry dla Putina za 35 rubli i kiełbasa dla prezydentów w lesie. Wielkie wspomnienia byłego dyrektora «Massandry» Mykoły Bojko
O «Massandrze» Mykoła Bojko mówi tak, jak wspomina się wielką miłość: z zachwytem, dumą i bólem jednocześnie.
Kierował tym legendarnym przedsiębiorstwem winiarskim przez ponad trzy dekady. Były wzloty, międzynarodowe uznanie, odznaczenia państwowe, a po okupacji Krymu stracił dzieło całego swojego życia. Dziś ma 79 lat. Mykoła Konstantynowicz prowadzi blog o winach i pamięta najdrobniejsze szczegóły historii, które dla innych dawno stały się już tylko archiwalnym zapisem.
Półtorej godziny we wspomnieniach o prezydentach, winach kolekcjonerskich i dyplomatycznych przyjęciach. I raz po raz powracał ten sam temat — «Massandra». Jego «Massandra», ponieważ tam są jego wina, jego winnice, tam jest jego sukces i czas, który już nie wróci.
Może dlatego pod koniec wywiadu nie spieszył się z pożegnaniem. — Proszę pytać o coś jeszcze — powiedział Mykoła Konstantynowicz. W rzeczywistości nie chodziło mu nawet o samo mówienie o winie, ile o chęć ponownego bycia blisko własnej historii.
O wielkich winach, polityce i stratach, które zostają z człowiekiem na zawsze — w rozmowie z byłym dyrektorem generalnym «Massandry» Mykołą Bojko.
Co boli duszę winiarza
«Massandra» to nie tylko główny zakład, jak wielu przywykło myśleć. To dziewięć sowchozów rozmieszczonych wzdłuż wybrzeża od Meganomu do Forosu. Morze Czarne obmywa nasze ziemie na przestrzeni 186 kilometrów, a na tym brzegu rozsiane są pojedyncze skrawki ziemi — łącznie 4000 unikalnych parceli. To wszystko razem, ten żywy organizm, to jest właśnie prawdziwa «Massandra»: i łoza, i ludzie, i produkcja.
Mój stosunek do tego wszystkiego, co się wydarzyło, jest niezwykle bolesny. Po prostu nie mogę i nie chcę rozdzielać «Massandry» i Krymu. Tę ziemię i to przedsiębiorstwo można było uczynić prawdziwą perłą w skali światowej. Już za moich czasów ludzie pragnęli do nas przyjeżdżać, aby na własne oczy zobaczyć ten cud. Nawet Francuzi — uznani liderzy i kreatorzy mody w winiarstwie — szczerze zachwycali się tym, co widzieli w naszych piwnicach. Dlatego niesamowicie boli fakt, że nie pozwolono nam zrealizować tego gigantycznego potencjału do końca.
Przepracowałem w «Massandrze» 39 lat, z czego 28 lat na stanowisku dyrektora generalnego. Kim w naszym przypadku był dyrektor generalny? W stosunku do wszystkich dziewięciu sowchozów byłem generalnym, a bezpośrednio w głównym zakładzie — dyrektorem. Drogie są mi absolutnie wszystkie te 3200 parceli, drodzy są mi wszyscy ludzie, którzy tam pracowali, wszystkie wydziały i działy. Wszystko to jest mi bliskie, dlatego nie potrafiłbym teraz wyróżnić jednego konkretnego miejsca.
Winiarstwo bez uprawy winorośli po prostu nie istnieje, bo dobrego wina nigdy nie będzie bez wysokiej jakości winogron. Gdybym miał możliwość powrotu, chciałbym odwiedzić absolutnie każdy zakątek naszych winnic. Na to potrzeba by całego miesiąca, a nie jednego dnia. A jeśli mówimy o głównym zakładzie, to gdziekolwiek bym teraz nie wszedł — na linię rozlewniczą, do działu upominków czy do piwnicy kolekcjonerskiej — wszystko to wywołuje we mnie niesamowite wzruszenie.
Tajemnice starego dębu
Szczególne miejsce w moim sercu zajmuje bednarstwo, o którym zwykli ludzie zazwyczaj niewiele wiedzą. A szkoda, bo w naszym rzemiośle uważa się, że wino tworzy właśnie dębowa beczka. «Massandra» pod tym względem zawsze była światową klasyką i unikalną szkołą. Specjaliści przyjeżdżali do nas celowo, by zobaczyć, jak wytwarza się duże i małe beczki. To niezwykle ciężka, delikatna i specyficzna praca.
Często przyjeżdżał Wiktor Andrijowycz Juszczenko. Podczas jednej z jego wizyt odeszliśmy nieco od oficjalnego protokołu i zatwierdzonego programu, i nagle zapytał: „A gdzie robicie beczki?”. To było tuż obok, więc poszliśmy do warsztatu. Nasi mistrzowie akurat składali ogromne beczki, które w winiarstwie nazywają się hutami (butami). Na początkowym etapie montażu taka beczka leży poziomo i jest tak kolosalnych rozmiarów, że dorosły człowiek może swobodnie przez nią przejść, nawet nie schylając głowy. Wiktor Andrijowycz spojrzał na tę magię drewna, odwrócił się do mnie i mówi: „Mykoło Konstantynowiczu, wie pan, w swoim życiu chciałem być garncarzem, pszczelarzem, bednarzem, byle tylko nie prezydentem”.
W ogóle w «Massandrze» podczas leżakowania znajdowało się około 10 tysięcy beczek o różnej pojemności. Oprócz tworzenia nowych, trzeba było codziennie dbać o te stare. Obecnie czołowi winiarze na świecie są zgodni co do tego, że właśnie stara beczka stanowi kolosalną, niezastąpioną wartość. Choć do niedawna modne było twierdzenie, jakoby wysokiej jakości wino miało dojrzewać wyłącznie w nowym drewnie. To nieprawda. Stara beczka nadaje winu niepowtarzalny charakter, ale wymaga pedantycznej, niemal jubilerskiej pielęgnacji. Czasami pęka klepka, czasem drewno zsycha się lub zaczyna przeciekać. W takich przypadkach beczkę należy delikatnie naprawić. Dlatego w przedsiębiorstwie muszą być unikalni specjaliści, potrafiący słuchać i leczyć drewno. A takich mistrzów na świecie, niestety, katastrofalnie dziś brakuje.
Kiedy umiera wino
Jeśli zdarzy się tak, że wino, powiedzmy z tysiąc osiemset któregoś roku, jest już w butelce, osad opadł i wszystko wydaje się w porządku, ale człowiek je próbuje i mówi, że smakuje jak ocet... Po prostu nie miał szczęścia. Wino to żywy organizm. Może żyć bardzo długo (nie każde, oczywiście, ale potrafi) i z każdym rokiem tylko pomnaża swoje najlepsze cechy. Te walory dochodzą do swojego szczytu, potem zaczyna się regres i wino, niestety, wcześniej czy później umiera.
Na przykład wina domowe w tej samej Abchazji czy Mołdawii mają zazwyczaj 9–11% zawartości alkoholu i nie są przeznaczone do długiego przechowywania. Choć wyjątki zdarzają się wszędzie. Wydawałoby się, że wino wytrawne nie powinno żyć długo, jednak w kolekcji massandrowskiej leży „Muskat biały” z 1894 roku. To wytrawne wino, w którym wciąż kryją się cząstki czegoś żywego — to prawdziwy fenomen! Zazwyczaj białe wina wytrawne żyją 10–15 lat i należy je wypić jak najszybciej. Czerwone pod tym względem trzymają się lepiej, natomiast wina o wysokiej zawartości alkoholu i cukru są zdolne żyć niezwykle długo.
W naszej kolekcji posiadamy unikalne wino „Jerez de la Frontera” z 1775 roku. Jeśli nie brać pod uwagę wizyty Putina i Berlusconiego w 2015 roku, to odszypułkowaliśmy (odkorkowaliśmy) je w 2001 roku, przed wysłaniem na aukcję Sotheby's. Wino było po prostu wyborne, miało wtedy 226 lat i wciąż się rozwijało! W historii winiarstwa opisuje się nawet 300-letnie wina, które doskonale się zachowały. Zapewne granicy 300 lat przekraczać już nie warto, ale to dobitny wskaźnik. Istnieje jasna zależność: do długiego życia wino potrzebuje tak zwanych substancji konserwujących. Gdy tylko ich sumaryczna ilość osiąga granicę 80 jednostek konserwujących — wino zyskuje zdolność życia przez wieki. Kalkulacja jest prosta: każdy 1% cukru w winie równa się 1 jednostce konserwującej, a 1% alkoholu pod względem swojej stabilności równa się 4,5 jednostki. Odpowiednio, jeśli wino ma, powiedzmy, 18% cukru i 15% alkoholu, to po pomnożeniu i zsumowaniu wychodzimy na wskaźnik powyżej 80 jednostek. Przy należytej pielęgnacji jest to niemal stuprocentowa gwarancja, że wino będzie żyło bardzo długo.
Rozlane do butelek wino zachowa się tylko wtedy, gdy jest zamknięte wysokiej jakości korkiem, a butelka leży w pozycji poziomej, aby osad mógł osiąść. W pobliżu nie może być źródeł ciepłego powietrza, a wilgotność musi być ściśle kontrolowana. My, winiarze, jesteśmy pod tym względem nieco szalonymi ludźmi. Mówimy nawet, że tam, gdzie dojrzewa wino, nie wolno głośno rozmawiać, a broń Boże się kłócić! Jednak zwykłego klienta to nie interesuje. On, moim zdaniem, powinien kierować się prostą zasadą: „smakuje — nie smakuje”.
Słuchajcie swojego kosmosu
Jeśli jednak mówić bardziej prozaicznie, rynek winiarski jest przepełniony i bezwzględny. Mimo całej poezji, romantyzmu, wierszy i pieśni wokół wina, rzeczywistość jest surowa. Na świecie zazwyczaj produkuje się o 20–25% więcej wina, niż ludzkość jest w stanie wypić. Dlatego trwa wściekła konkurencja: co zrobić, aby kupiono akurat moje wino, a nie wino sąsiada?
Uczynić swój produkt choć trochę tańszym od konkurencji. Ale przecież sama szklana butelka kosztuje, a prawdziwy, wysokiej jakości korek to wydatek rzędu jednego, a nawet dwóch czy trzech euro. Z kolei tetrapak to najtańsza opcja. I oto niedoświadczony klient przychodzi do sklepu: przed oczami migają mu piękne etykiety i butelki, a możliwości finansowe w kieszeni nie są przecież nieograniczone. Człowiek często wybiera to, co tańsze. Niemniej jednak nawet w kartonowych pudełkach można czasem znaleźć całkiem przyzwoite wino.
Jak to się mówi: „doświadczenie to szkoła błędów”. Eksperymentujcie, próbujcie, nikogo nie słuchajcie poza sobą. Jesteście cząstką kosmosu, jesteście absolutnie indywidualni i unikalni na świecie ze swoimi wewnętrznymi smakami. Może się zdarzyć tak, że wam wino przypadło do gustu, a sąsiad załamuje ręce: „Mój Boże, co ty pijesz, tego nie da się przełknąć!”. Słuchajcie wyłącznie siebie, innych nie trzeba. I mnie też nie słuchajcie pod tym względem — bo jeśli wam smakuje, po prostu bierzcie i pijcie.
Mit o winie w proszku
Wiecie, „wino w proszku” to jeden z największych mitów. Wokół wina krąży w ogóle tyle legend i uprzedzeń — można wspomnieć choćby historię o tym, jak Jezus Chrystus na weselu uczynił wino z wody. Co się zaś tyczy wina w proszku, to szczerze mówiąc, nie sądzę, aby taka technologia w ogóle istniała w takiej formie, jak to sobie ludzie wyobrażają. Aby wysuszyć wino do stanu proszku, trzeba zużyć kolosalne ilości energii i środków. Wina w proszku jako takiego nie ma, ponieważ jest to po prostu ekonomicznie nieopłacalne — pod taką produkcję trzeba by stworzyć zbyt skomplikowane i drogie urządzenia.
Najprawdopodobniej, gdy mowa o „winie w proszku”, ma się na myśli coś zupełnie innego: bierze się wodę, dodaje alkohol, barwniki oraz aromaty i łączy te komponenty. Przy czym robi się to, żebyście mieli jasność, nie gdzieś w półpiwnicy czy w garażu. To powstaje w całkowicie oficjalnych zakładach winiarskich, gdzie są świetne laboratoria, gdzie siedzą dyplomowani specjaliści i czarują nad tym, aby ta mieszanka wyszła w miarę przyzwoita w smaku. Choć nazwać to winem, oczywiście, nie sposób. Dlatego termin „proszkowe” to gruba przesada. Prawdziwym problemem są sztuczne kombinacje alkoholu, wody i dodatków chemicznych — o tym warto rozmawiać.
Co powie wątroba
Najbardziej w naszej profesji irytuje mnie zwykły fałszerstwo, gdy znany produkt próbuje się podrobić jakimiś przyspieszonymi, chałupniczymi metodami. Najprostszym elementem takiej podróbki jest sytuacja, gdy na zwykłą butelkę z surogatem po prostu nakleja się etykietę z napisem «Massandra». Bywały czasy, kiedy na rynku udział fałszywej «Massandry» sięgał 75–80%. Jak ją odróżnić? Ponownie wrócę do swojej ulubionej tezy: doświadczenie to szkoła błędów. Trzeba próbować, porównywać, uczyć się wyczuwać różnicę. Wierzcie mi, to niezwykle pasjonujące zajęcie, któremu można poświęcić całe życie. A żeby nie „zabić” wątroby, wino należy pić bardzo powoli, po trochu, małymi porcjami. Ogólnie przyjęta norma to jeden, dwa lub trzy kieliszki. Najważniejsze to robić to niespiesznie, aby alkohol nadążał się rozkładać, a wątroba nie doznawała szoku.
«Artek» bez wina i żelazna kurtyna
Wspomnę w ogóle historię, która korzeniami sięga daleko w przeszłość. W 1937 roku na Krym przypłynął statek z dziećmi-sierotami z Hiszpanii. Ja w 1970 roku zaczynałem pracę na półwyspie, więc zastałem jeszcze żywych świadków tamtego wydarzenia. Opowiadali niesamowite rzeczy: dzieci przywieziono, umyto, ostrzyżono, przebrano i przyprowadzono do stołówki w «Arteku». A one usiadły przed talerzami i nie zaczynają jeść. Dlaczego? Ponieważ na stole nie było wina!
I to jest szczera prawda: we Francji, Hiszpanii, we Włoszech i wielu innych krajach dzieci przyzwyczaja się do kultury winiarskiej od najmłodszych lat. Wino jest tam postrzegane jako nieodłączny element posiłku, jako zwykły produkt spożywczy.
Kultura picia wina z Europy zaczęła przenikać i do nas. Widać to choćby w tym, że na Ukrainie zaczęto produkować znacznie więcej wina wytrawnego niż dawniej. Jednak wciąż katastrofalnie zostajemy w tyle. W krajach winiarskich dzieciom od małego wpaja się kulturę wina. My natomiast pod tym względem stawiamy dopiero pierwsze kroki. Zapewne dała o sobie znać żelazna kurtyna. U nas daleko nie wszyscy w ogóle wiedzieli, czym jest wysokiej jakości wino wytrawne. Za to co to jest samogon — wiedzieli praktycznie wszyscy.
Siekiery przeciwko łozie
Partyjne uchwały z 1985 roku dotyczące walki z pijaństwem i alkoholizmem przełożyły się na masowe niszczenie unikalnych winnic. U źródeł tej kampanii stał swego czasu znany chirurg Fiodor Grigoriewicz Ugłow, akademik, człowiek z autorytetem i zagorzały obrońca zdrowego stylu życia. Udało mu się dotrzeć do najwyższych szczebli władzy. Miał w ręku żelazne statystyki. Ugłow analizował poziom urodzeń oraz zdolności umysłowe dzieci i doszedł do wniosku, że w niektórych regionach radzieckich z powodu alkoholu dochodziło do faktycznego wyrodzenia narodu. Opierając się na tych danych, zdołał przeforsować radykalne decyzje na samym szczycie ówczesnej władzy.
Jednak wykonanie tych uchwał przybrało absolutnie potworny charakter. Rzucono się gorliwie do realizowania czegoś, czego w tekstach dokumentów w ogóle nie było — do wycinania winnic. A w tych trzech uchwałach nie ma ani jednego słowa o tym, by niszczyć łozę.
To były straszne, potworne czasy. W Mołdawii z 200k tysięcy hektarów winnic 80 tysięcy po prostu poszło pod siekiery.
Katorżnicza praca
My w «Massandrze» przez długi czas nawet nie rozumieliśmy, jakie szaleństwo dzieje się wokół. Nam, na szczęście, udało się obronić i zachować nasze ziemie co do jednego krzewu. A odbudowa to kolosalny trud. Aby zachować lub odrodzić określoną odmianę winorośli, trzeba znaleźć krzew wzorcowy. Na nim odszukać najzdrowszą, idealną łozę, z niej wziąć jedną jedyną podkładkę (pączek), następnie zaszczepić ją, odchować, wyhodować... To filigranowa, jubilerska robota, która jednocześnie jest ciężką, katorżniczą pracą.
Mogę sobie tylko wyobrazić, co działo się w duszach tych nieszczęsnych ludzi, których uzbrajano w siekiery i zmuszano do własnoręcznego wyrąbywania tego, co tworzyli i pielęgnowali przez całe swoje życie. To był prawdziwie makabryczny obraz.
Droga do piekła jest wybrukowana dobrymi chęciami
Podobnych kampanii w naszej historii było kilka. Jednak najbardziej masowa okazała się właśnie ta kampania z 1985 roku. Jak mówi Biblia: „Droga do piekła wybrukowana jest dobrymi chęciami”. Tak samo tutaj: intencje były szlachetne — uzdrowić naród. Na początku wyglądało to nawet nieźle, ale później obróciło się w rozkwit podziemnego bimbrownictwa, zatrucia, plagę narkomanii i katastrofalny cios w gospodarkę. Rynek alkoholowy zapewniał około 30–40% budżetu kraju i wszystko to runęło w jednej chwili. W rezultacie niczego dobrego te uchwały nie przyniosły.
Doszło do absurdu: zamykano profilowe placówki edukacyjne, zaprzestano produkcji butelek do wina i materiałów opakowaniowych, pojawił się cały kompleks sztucznych problemów. Nawet nazwę ogólnozwiązkowego Instytutu Naukowo-Badawczego Uprawy Winorośli i Wina «Magaracz» w Jałcie wstydliwie zmieniono na coś w rodzaju „Instytut produktów przetwórstwa winogron”. Nauce odcięto finansowanie.
Tajne kulisy ratowania «Massandry»
Dopiero zaczynałem kierować przedsiębiorstwem w 1987 roku, te uchwały były właśnie wściekle wdrażane w życie. Pracowało się niesamowicie ciężko. Jeśli wcześniej byliśmy szanowanymi ludźmi — przyjeżdżali do nas do zakładu wysocy rangą goście i mówili: „Jeśli dasz mi choćby jedną skrzynkę Muskatu białego Czerwonego Kamienia, załatwię dla ciebie wszystko, co zechcesz — choćby czarny kawior czy Ptasie Mleczko” — to po uchwaleniu prawa z dnia na dzień staliśmy się wyrzutkami w społeczeństwie.
I oto w tymże 1987 roku do naszego zakładu nieoczekiwanie przyjechał Anatolij Iwanowicz Łukjanow. W tamtym momencie był sekretarzem KC KPZR, później został zastępcą Gorbaczowa i ostatnim przewodniczącym Prezydium Rady Najwyższej ZSRR. Przybył w sposób osobliwy — bez żadnej asysty miejscowych organów partyjnych czy radzieckich: tylko on, żona i lekarz. Co mnie uderzyło — zadziwiająco dobrze znał się na winach. Bez błędów językowych wymawiał nazwy takie jak „Chwanczkara”, „Napareuli”, „Kindzmarauli” i tym podobne. Udało nam się tak szczegółowo zapoznać go z naszą trudną sytuacją, że powiedziałem wprost: „Blokują nas, pozwalają nam wypuszczać produkcję na poziomie nie większym niż 0,1% normy, mamy ogromne problemy ze zbytem”.
Po tej wizycie pojechałem do Moskwy, wygłosiłem referat i wróciłem z oficjalnym pismem, w którym stało czarno na białym: „Massandrze — być. Massandrze — zachować winnice. Ale Massandrze surowo zabrania się przekraczania planów”. Dzięki temu kompromisowi przetrwaliśmy.
Jesteście pewnie pierwszymi, którym opowiedziałem o tych kulisach, prawie nikt o tym nie wie.
Czarna magia i pianino Magomajewa
Jeśli chodzi o rzeczy niezwykłe, często podaję przykład, który wydarzył się jeszcze przed moim przejściem na stanowisko dyrektora. Legendarny baryton Muslim Magomajew. W 1965 roku, po powrocie ze stażu w mediolańskiej „La Scala”, noszono go dosłownie na rękach. Przyjechał na występy do Jałty, wszystkie bilety do teatru letniego były wyprzedane, wieczorem miał odbyć się jego wielki koncert.
I oto w ciągu dnia, przed występem, jakoś zawiodło go do nas, do «Massandry». Przywitał go tam cały nasz kolektyw. Ludzie byli w takim zachwycie, że bezpośrednio na główny plac zakładu wynieśli pianino! Magomajew długo grał i śpiewał pod gołym niebem. Potem oprowadzono go, zorganizowano degustację... W końcu wszystko skończyło się tym, że na dworze ściemniało się i pianino trzeba było wnieść do środka, do sali degustacyjnej. Tam kontynuował grę dla pracowników Massandry. Koncert w mieście, rzecz jasna, został zerwany, w teatrze wszyscy płakali z rozpaczy, a nasi pracownicy byli w siódmym niebie ze szczęścia.
Prawdziwa czarna magia zaczęła się następnego dnia. Gdy robotnicy próbowali wynieść to pianino z powrotem z sali degustacyjnej, ono... nie przechodziło przez drzwi! Jak zdołali wnieść je tam poprzedniego wieczoru — pozostaje zagadką. Widocznie pod wpływem emocji i massandrowskiego wina w ludziach wyzwoliły się jakieś nadprzyrodzone siły. Ostatecznie, aby zwrócić instrument, trzeba było całkowicie demontować ościeżnice i rozbierać boczne skrzydło drzwiowe. Ot, taki zabawny moment.
Portwein dla Bogatikowa
Wspominam Jurija Iosifowicza Bogatikowa, wykonywał utwór „Śpią kurhany ciemne”. Mocno się z nim przyjaźniliśmy, często spotykaliśmy, a on z przyjemnością śpiewał u nas w zakładzie.
Pewnego razu pracowałem u siebie w gabinecie, gdy nagle on przyjeżdża w odwiedziny. Obok była pusta sala konferencyjna. Mówię: „Juriju Iosifowiczu, proszę poczekać dosłownie pięć minut, zaraz skończę. A żeby się panu nie nudziło, oto proszę spróbować naszego Portwejnu czerwonego Południowobrzeżnego z 1987 roku”.
On w tamtym czasie w ogóle nie spożywał już alkoholu, choć w jego życiu bywały trudne okresy, kiedy pił zdecydowanie za dużo. Jednak w tamtym momencie — trzymał się. Wziął ten kieliszek, wyszedł do sali i stamtąd dało się słyszeć jego słynne „la-la-la” — zaczął się rozśpiewywać. Po kilku minutach wchodzi do mnie do gabinetu oszołomiony i mówi: „Mykoło, to jakieś czary! Twój portwein czyni cuda. Ja tej najwyższej nuty nigdy w życiu nie mogłem wyciągnąć, dopóki twojego wina nie skosztowałem!”.
Jak zadziwić monarchę
Niezwykłych przypadków było mnóstwo. Na przykład w sierpniu 2008 roku podejmowaliśmy króla Szwecji Karola XVI Gustawa i jego małżonkę, królową Sylwię. On i teraz panuje, daj mu Boże zdrowie, wręcza Nagrody Nobla. Teraz wspominam o tym spokojnie, ale w rzeczywistości, gdy przyjeżdżają goście takiego formatu, masz mokre plecy z napięcia. Jesteś nieustannie w stresie: co wolno mówić, czego nie wolno... Niesamowicie trudne.
Znaliśmy protokół: gdy król przyleciał do Kijowa, prezydent podarował mu wino z roku jego urodzenia. Gdy monarcha przybył do Symferopola, władze Krymu ponownie wręczyły mu butelkę z tego samego roku urodzenia. Pomyśleliśmy: jeśli przyjedzie do «Massandry» i my znowu wręczymy to samo — będzie to banalne i nieoryginalne.
Trwa wycieczka po piwnicach, potem degustacja. Trzeba przyznać, że Karol XVI Gustaw to prawdziwy arystokrata, ucieleśnienie dostojeństwa, taki poniekąd mieszkaniec niebios. I był niezwykle małomówny. Przez cały czas wizyty wypowiedział dosłownie kilka zdań. Towarzyszyła mu imponująca świta, ale on sam wyróżniał się swoją postawną sylwetką i monumentalnym spokojem.
Podczas degustacji podchodzimy do jednej z próbek. Zwracam się do niego: „Wasza Królewska Mość, a teraz specjalnie dla Was — wino z 1976 roku. Jest ono dla Waszej rodziny bardzo pamiątkowe”. Król z królową wymienili spojrzenia, zdziwieni wzruszyli ramionami, mówiąc wprost: a cóż w tym takiego? I wtedy z uśmiechem wyjaśniliśmy: „Właśnie w tym roku odbył się Wasz królewski ślub”. Zupełnie zapomnieli o tej zbieżności i było im niesamowicie miło.
Przemarsz przez roczniki urodzenia: szczyt w Mińsku
W ogóle wszyscy wysocy goście w zakładzie zachowywali się niezwykle kulturalnie, poprawnie i inteligentnie. Czasami wręcz się dziwiłem: gdy widzisz ich na ekranach telewizorów czy na politycznych trybunach — to są jedni ludzie, a w swobodnej atmosferze piwnic winnych — zupełnie inni. Widziałem rzeczy, o których nikomu dotąd nie opowiadałem.
W 2000 roku w Mińsku odbywał się szczyt prezydentów WNP. Zjechało się wtedy jedenastu liderów. Łukaszenka radził się Łeonida Kuczmy, jak uczynić to spotkanie pamiętnym. Ten mu podpowiedział: „Zwróć się do Massandry”. Gdy zadzwonili do nas z Mińska, zaproponowałem: „Proponuję, aby podczas oficjalnej kolacji przed każdym prezydentem otworzyć kolekcjonerskie wino dokładnie z roku jego urodzenia”.
Z własnego doświadczenia już wiedziałem: żaden człowiek nie pozostanie obojętny, gdy zobaczy butelkę wina, która narodziła się z nim w tym samym roku, była odkładana do piwnic, gdy ten lider stawiał swoje pierwsze kroki. Bardzo symboliczne, można to pięknie rozegrać i zaprezentować.
Część oficjalna szczytu dobiegła końca, prezydentów zaproszono do niewielkiej sali, gdzie wyeksponowano nasze próbki. Organizatorzy mówią mi: „Ma pan dokładnie pięć minut. Kolumny samochodów są już sformowane, wszystko rozpisane co do sekundy, trzeba lecieć na lotnisko”. Ja się zamartwiam: „Jak mam zdążyć? Jedenastu prezydentów, jedenaście różnych win!”.
Pierwszą próbkę otworzyliśmy dla Putina — „Stołowe czerwone Aluszta” z 1952 roku. Wszystko poszło sprawnie. W tamtym momencie był u władzy zaledwie od kilku miesięcy. Wszystko mu się podobało, wokół niego nieustannie kręcili się ludzie, wszyscy chcieli stukać się kieliszkami. Przez to zamieszanie nawet nie do końca słuchał tego, co opowiadałem mu o winie.
„Szlachetna siwizna” Hejdara Alijewa
I nagle podchodzi do mnie Hejdar Alijew — prezydent Azerbejdżanu, niezwykle mądry, głęboki człowiek. Uśmiecha się tak chytrze i kiwa głową w stronę Putina: „Słuchaj pan, no przecież on to jeszcze dzieciak, czego pan od niego chce? Pan lepiej mojego wina poszuka”. A u nas następna próbka: „Portwein czerwony Liwadia” z 1923 roku.
Alijew po prostu stanął jak wryty: „Jak to?! To naprawdę mój rok urodzenia? To wino ma już prawie 80 lat, to po prostu niemożliwe!”. Potem go spróbował. A ja mu wyjaśniam: „Czerwone wino kolekcjonerskie z wiekiem, podczas wieloletniego leżakowania w butelce, stopniowo zmienia barwę i staje się złocisto-bursztynowe. Dzieje się tak dlatego, że substancje barwiące z latami opadają w postaci osadu. Właśnie dlatego butelkę w kolekcji należy trzymać rygorystycznie w jednej, poziomej pozycji. Jeśli zacznie się nią kręcić lub wstrząsać, osad się podniesie, wino zmętnieje, a jego smak ulegnie zniekształceniu”.
Pozwoliłem sobie wtedy na żart, mówiąc: „Hejdarze Alijewiczu, pan przecież w młodości też zapewne był kruczoczarnym brunetem, a teraz — dostojny, siwy mędrzec. Tak samo i to wino — z latami nabrało szlachetnej siwizny”. Zaśmiał się tak szczerze!
Po tym wszystkim poszło już jak z płatka, dla każdego prezydenta otwierano jego rok. Chcę jednak podkreślić: w tamtej sali, bez krawatów, ci ludzie okazywali się zadziwiająco prości w obejściu. Wiecie, usłyszeć w oczy, że urzędujący szef państwa to jeszcze „dzieciak” w porównaniu z patriarchami polityki — to rzecz niebywała. Tego nie ogląda się często.
Zamiast wina — kawałek kiełbasy
Drugi moment był związany poniekąd z Hejdarem Alijewem. Istniał kiedyś taki międzynarodowy program — GUAM (Gruzja, Ukraina, Azerbejdżan, Mołdawia). Dziecko Łeonida Kuczmy, bardzo chciał budować takie wielowektorowe relacje.
I oto w ramach tego szczytu ponownie spotykamy się z liderami państw. Tym razem była to wyjazdowa degustacja bezpośrednio w lesie. Rozstawiliśmy najlepsze wina, czekamy. Podjeżdża mikrobus, którym wszyscy razem się przemieszczali, i jako pierwszy z drzwi wychodzi Hejdar Alijew. Idzie prosto do mnie, rozpoznaje mnie i się śmieje: „O, znowu ty ze swoim winem! Ty byś lepiej kawałek kiełbasy nam zostawił, my już cały dzień głodni jeździmy”.
Oto jakimi ludźmi są w prawdziwym życiu. To zapewne pytanie do psychologów: co się z nimi w ogóle dzieje, gdy politycy wchodzą na trybuny i stają się tymi oficjalnymi „mieszkańcami niebios”.
Depardieu „zapłakał”
To wydarzyło się mniej więcej w maju 2005 roku. Dzwoni do mnie nasz prezydent Wiktor Juszczenko i mówi: „W odwiedziny przyjeżdża do nas Gérard Depardieu. To taki nudziarz, taki samochwał. Ciągle się chwali, że o winiarstwie wie absolutnie wszystko na świecie. Podjejmijmy go u ciebie w "Massandrze", ale tak, aby całkowicie zmieniło mu się wyobrażenie o naszych winach. A najlepiej — zrób tak, żeby się rozczulił, aż na kolana padł”.
Cóż poradzić, polecenie prezydenta to poważna sprawa, dlatego przygotowania rozpoczęliśmy skrupulatnie. Co prawda sam Wiktor Andrijowycz swoim starym zwyczajem spóźnił się aż o pięć godzin. W końcu goście przybyli: Wiktor Andrijowycz z żoną, z nimi Gérard Depardieu, któremu towarzyszył profesor-enolog, tłumacz i z jakiegoś powodu dwie długonogie, bardzo piękne dziewczyny — nie wiem, jaka była ich rola, ale w towarzystwie były obecne.
Obejrzeliśmy nasze piwnice, produkcję, przeszliśmy do sali degustacyjnej. Zaczęliśmy, jak nakazują reguły, od białych win wytrawnych. Na początku Depardieu zachowywał się bardzo wyniośle, patrzył na mnie dosłownie z góry, mimo że jesteśmy mniej więcej tego samego wzrostu. Gdy kolej przyszła na czerwone wytrawne, niechętnie przyznał: „No tak, są tu niezłe nuty owocowe, jest to, jest tamto... Ale przecież rozumiecie, my we Francji przywykliśmy do czegoś innego”.
I wtedy, całkowicie niespodziewanie dla niego, na zasadzie kontrastu otworzyliśmy wino kolekcjonerskie z roku jego urodzenia — 1948. I w tym momencie Francuz zaczął wyraźnie zmieniać się na twarzy. Patrzy na mnie już zupełnie inaczej, jak na równego sobie. On przecież jako winiarz doskonale rozumie, że ma przed sobą unikalny rarytas, dojrzałe, stare wino, które ma zupełnie inną cenę, inną filozofię i status. Błyskawicznie pojął całą wagę momentu. Na tamtej degustacji — a celowo dobrałem dla niego pięć takich ekskluzywnych próbek — otwieraliśmy butelkę za butelką.
Gdy doszliśmy do finału, Gérard Depardieu był tak rozczulony i urzeczony, że nie utrzymał emocji i wpisał do naszej księgi gości honorowych niesamowicie ciepłe, pamiątkowe słowa, które są przechowywane do dziś. Byłem szczerze uradowany, że spełniliśmy delikatną prośbę prezydenta i nieco utarliśmy nosa temu szacownemu francuskiemu koledze. Po tamtym zdarzeniu, zdaje się, już nikt z zagranicznych gości nie próbował pouczać nas, jak robić wino.
Perła kolekcji: „Jerez de la Frontera” 1775 roku
Perłą kolekcji «Massandry» i najstarszym winem, które jest tam przechowywane (i szczerze mam nadzieję, że nadal znajduje się w części muzealnej), jest legendarny „Jerez de la Frontera” 1775 roku. Historia naszej butelki jest niezwykle ciekawa. Swego czasu król Hiszpanii przekazał kilka butelek tego wina rosyjskiej imperatorowej Katarzynie II — po prostu jako gest szacunku. Jednak w tamtym momencie między Hiszpanią a Rosją nie było bezpośrednich stosunków dyplomatycznych, dlatego podarek przekazano przez posła hiszpańskiego w Londynie. A ówczesnym posłem Rosji w Wielkiej Brytanii był Siemion Romanowicz Woroncow. Dlaczego podkreślam ten szczegół? Ponieważ do samej Katarzyny to wino ostatecznie nigdy nie trafiło.
Za to od Siemiona Romanowicza przeszło ono później w spadku na jego syna — Michaiła Siemionowicza Woroncowa. To człowiek, który niezwykle dużo zrobił dla rozwoju Krymu; to właśnie w Ałupce znajduje się jego słynny Pałac Woroncowa. I już stamtąd, z piwnic woroncowskich, ów jerez trafił swego czasu do naszej massandrowskiej kolekcji.
To rarytas o znaczeniu światowym. Był moment, kiedy z Madrytu, z jednego z hiszpańskich uniwersytetów, specjalnie przyjechał do nas profesor. Przyjechał w jednym celu — sprawdzić, czy to prawda, że w «Massandrze» przechowywany jest „Jerez de la Frontera” 1775 roku, jako że w samej Hiszpanii tego wina już dawno nie pozostało. Nie wiem, jakie były jego tajne intencje, ale na własne oczy przekonał się, że wino istnieje i że to absolutna rzadkość w skali globu.
Jerez na Sotheby's за 50 tysięcy dolarów
«Massandra» to zapewne jedyne przedsiębiorstwo winiarskie na obszarze postradzieckim, które na szeroką skalę wystawiało się na światowych salonach: przeprowadziliśmy cztery aukcje w Sotheby's, dwie w Christie's, dwie w Bonhams, współpracowaliśmy z nowojorskim domem aukcyjnym Morrell & Company. Robiono to po to, aby łatwiej było wchodzić na nowe rynki i budować poważny eksport. I to przynosiło owoce: w niektórych latach wysyłaliśmy na eksport do 60–65% całej naszej produkcji.
Podczas przygotowań do trzeciej aukcji w 2001 roku do naszych piwnic zszedł główny ekspert z Sotheby's, Stephen Mould. Na własne oczy zobaczył ten jerez z 1775 roku, ucieszył się jak małe dziecko. Prosił, by dać mu potrzymać butelkę w rękach i zrobić zdjęcie. A potem mówi: „Słuchaj, a może wystawimy jedną taką butelkę na Sotheby's?”.
Nasza kolekcja jest zorganizowana bardzo mądrze. Istnieje nienaruszalna część muzealna — ona musi pozostać niezmienna, bez jakichkolwiek roszczeń czy możliwości odkorkowania. A istnieje określona liczba tak zwanych butelek komercyjnych: wykorzystuje się je do profesjonalnych degustacji, aby winiarze się uczyli, a także można je sprzedać, by zarobić pieniądze dla przedsiębiorstwa. Komercyjny jerez u nas był, ale podjęcie takiej decyzji jednoosobowo było dla mnie trudne. Dlatego zwróciłem się bezpośrednio do prezydenta, wyjaśniłem sytuację i zapytałem, czy mamy prawo wystawić jedną butelkę na sprzedaż. Wysłuchał i dał zielone światło.
Bardzo ostrożnie, niezwykle pieczołowicie dostarczyliśmy tę butelkę do Londynu i sprzedaliśmy ją na aukcji za 50 tysięcy dolarów. 50 tysięcy dolarów za jedną jedyną butelkę!
Odkorkowali historię za 35 rubli
I nagle w 2015 roku, kiedy już tam nie pracowałem, dowiaduję się z wiadomości, że w zakładzie wzięto i ot tak odkorkowano butelkę tego jerezu z 1775 roku dla Silvio Berlusconiego i Putina.
Byłem po prostu osłupiały. Prawdziwe świętokradztwo i profanacja! Pal licho rosyjskiego prezydenta, on nic z tych rzeczy nie rozumie, ale Berlusconi — to przecież Włoch, subtelny koneser, znawca, esteta. Włosi przecież genetycznie doskonale znają się na takich rzeczach! Jak oni w ogóle mogli się na to poważyć? Trudno mi powiedzieć. W moim pojęciu to jakieś dzikie, barbarzyńskie, czysto panoszące się warcholstwo. Nowe kierownictwo zakładu postanowiło się popisac: „A co, ja tu jestem carem, wszystko mogę!”. Ale przecież to jest własność państwowa, to jest dorobek historii! Nie masz żadnego moralnego ani prawnego prawa jednoosobowo brać i niszczyć takiego rarytasu.
To pierwsza strona medalu. A przecież jest jeszcze druga — czysto profesjonalna. Podczas jakichkolwiek oficjalnych degustacji najwyższego szczebla bezwzględnie musi być obecny lekarz sanitarny. Ma on obowiązek osobiście spróbować absolutnie wszystkich win, które będą podawane na stół gościom. To żelazna gwarancja bezpieczeństwa: lekarz spróbował, wszystko w porządku, można nalewać. A jeśli nagle z gościem takiej rangi coś się stanie? Jeśli dostanie, przepraszam, zwyczajnego rozstroju żołądka albo zacznie się jakaś reakcja? Kto za to będzie odpowiadał? Moi nauczyciele, którzy całe życie przepracowali w «Massandrze», opowiadali, że swego czasu za takie rzeczy odpowiadało się głową.
Dlatego jest to dla mnie całkowicie niezrozumiałe: przecież tam obok stał protokół, ochrona państwowa, asysta... Jak można było wziąć i zaproponować przywódcom państw najstarsze wino, uprzednio nawet nie testując go w laboratorium? To przecież skrajna nieodpowiedzialność.
No i jeśli wrócić do finansów. Z jednej strony sprzedajemy taką butelkę na światowej aukcji za 50 tysięcy dolarów, a z drugiej — po wizycie tych działaczy, jeśli się nie mylę, spisano ją w bilansie księgowym za jakieś tam 35 rubli!
Nie rozumiem żadnej z postaci biorących udział w tej hańbie: ani tych tak zwanych gospodarzy, którzy przymilnie oferowali...
Tłumaczenie pierwszej części wspomnień Mykoły Bojko na język polski. Tekst został przełożony w eleganckim, literackim stylu, z zachowaniem głębokiego szacunku do tematu, melancholii oraz autorytetu wieloletniego dyrektora «Massandry». Wszystkie cytaty zostały opatrzone tradycyjnymi polskimi cudzysłowami drukarskimi, a specyficzne terminy winiarskie podano w ich profesjonalnym brzmieniu.
Aby Depardieu „zapłakał”, Sherry dla Putina za 35 rubli i kiełbasa dla prezydentów w lesie. Wielkie wspomnienia byłego dyrektora «Massandry» Mykoły Bojko
O «Massandrze» Mykoła Bojko mówi tak, jak wspomina się wielką miłość: z zachwytem, dumą i bólem jednocześnie.
Kierował tym legendarnym przedsiębiorstwem winiarskim przez ponad trzy dekady. Były wzloty, międzynarodowe uznanie, odznaczenia państwowe, a po okupacji Krymu stracił dzieło całego swojego życia. Dziś ma 79 lat. Mykoła Konstantynowicz prowadzi blog o winach i pamięta najdrobniejsze szczegóły historii, które dla innych dawno stały się już tylko archiwalnym zapisem.
Półtorej godziny we wspomnieniach o prezydentach, winach kolekcjonerskich i dyplomatycznych przyjęciach. I raz po raz powracał ten sam temat — «Massandra». Jego «Massandra», ponieważ tam są jego wina, jego winnice, tam jest jego sukces i czas, który już nie wróci.
Może dlatego pod koniec wywiadu nie spieszył się z pożegnaniem. — Proszę pytać o coś jeszcze — powiedział Mykoła Konstantynowicz. W rzeczywistości nie chodziło mu nawet o samo mówienie o winie, ile o chęć ponownego bycia blisko własnej historii.
O wielkich winach, polityce i stratach, które zostają z człowiekiem na zawsze — w rozmowie z byłym dyrektorem generalnym «Massandry» Mykołą Bojko.
Co boli duszę winiarza
«Massandra» to nie tylko główny zakład, jak wielu przywykło myśleć. To dziewięć sowchozów rozmieszczonych wzdłuż wybrzeża od Meganomu do Forosu. Morze Czarne obmywa nasze ziemie na przestrzeni 186 kilometrów, a na tym brzegu rozsiane są pojedyncze skrawki ziemi — łącznie 4000 unikalnych parceli. To wszystko razem, ten żywy organizm, to jest właśnie prawdziwa «Massandra»: i łoza, i ludzie, i produkcja.
Mój stosunek do tego wszystkiego, co się wydarzyło, jest niezwykle bolesny. Po prostu nie mogę i nie chcę rozdzielać «Massandry» i Krymu. Tę ziemię i to przedsiębiorstwo można było uczynić prawdziwą perłą w skali światowej. Już za moich czasów ludzie pragnęli do nas przyjeżdżać, aby na własne oczy zobaczyć ten cud. Nawet Francuzi — uznani liderzy i kreatorzy mody w winiarstwie — szczerze zachwycali się tym, co widzieli w naszych piwnicach. Dlatego niesamowicie boli fakt, że nie pozwolono nam zrealizować tego gigantycznego potencjału do końca.
Przepracowałem w «Massandrze» 39 lat, z czego 28 lat na stanowisku dyrektora generalnego. Kim w naszym przypadku był dyrektor generalny? W stosunku do wszystkich dziewięciu sowchozów byłem generalnym, a bezpośrednio w głównym zakładzie — dyrektorem. Drogie są mi absolutnie wszystkie te 3200 parceli, drodzy są mi wszyscy ludzie, którzy tam pracowali, wszystkie wydziały i działy. Wszystko to jest mi bliskie, dlatego nie potrafiłbym teraz wyróżnić jednego konkretnego miejsca.
Winiarstwo bez uprawy winorośli po prostu nie istnieje, bo dobrego wina nigdy nie będzie bez wysokiej jakości winogron. Gdybym miał możliwość powrotu, chciałbym odwiedzić absolutnie każdy zakątek naszych winnic. Na to potrzeba by całego miesiąca, a nie jednego dnia. A jeśli mówimy o głównym zakładzie, to gdziekolwiek bym teraz nie wszedł — na linię rozlewniczą, do działu upominków czy do piwnicy kolekcjonerskiej — wszystko to wywołuje we mnie niesamowite wzruszenie.
Tajemnice starego dębu
Szczególne miejsce w moim sercu zajmuje bednarstwo, o którym zwykli ludzie zazwyczaj niewiele wiedzą. A szkoda, bo w naszym rzemiośle uważa się, że wino tworzy właśnie dębowa beczka. «Massandra» pod tym względem zawsze była światową klasyką i unikalną szkołą. Specjaliści przyjeżdżali do nas celowo, by zobaczyć, jak wytwarza się duże i małe beczki. To niezwykle ciężka, delikatna i specyficzna praca.
Często przyjeżdżał Wiktor Andrijowycz Juszczenko. Podczas jednej z jego wizyt odeszliśmy nieco od oficjalnego protokołu i zatwierdzonego programu, i nagle zapytał: „A gdzie robicie beczki?”. To było tuż obok, więc poszliśmy do warsztatu. Nasi mistrzowie akurat składali ogromne beczki, które w winiarstwie nazywają się hutami (butami). Na początkowym etapie montażu taka beczka leży poziomo i jest tak kolosalnych rozmiarów, że dorosły człowiek może swobodnie przez nią przejść, nawet nie schylając głowy. Wiktor Andrijowycz spojrzał na tę magię drewna, odwrócił się do mnie i mówi: „Mykoło Konstantynowiczu, wie pan, w swoim życiu chciałem być garncarzem, pszczelarzem, bednarzem, byle tylko nie prezydentem”.
W ogóle w «Massandrze» podczas leżakowania znajdowało się około 10 tysięcy beczek o różnej pojemności. Oprócz tworzenia nowych, trzeba było codziennie dbać o te stare. Obecnie czołowi winiarze na świecie są zgodni co do tego, że właśnie stara beczka stanowi kolosalną, niezastąpioną wartość. Choć do niedawna modne było twierdzenie, jakoby wysokiej jakości wino miało dojrzewać wyłącznie w nowym drewnie. To nieprawda. Stara beczka nadaje winu niepowtarzalny charakter, ale wymaga pedantycznej, niemal jubilerskiej pielęgnacji. Czasami pęka klepka, czasem drewno zsycha się lub zaczyna przeciekać. W takich przypadkach beczkę należy delikatnie naprawić. Dlatego w przedsiębiorstwie muszą być unikalni specjaliści, potrafiący słuchać i leczyć drewno. A takich mistrzów na świecie, niestety, katastrofalnie dziś brakuje.
Kiedy umiera wino
Jeśli zdarzy się tak, że wino, powiedzmy z tysiąc osiemset któregoś roku, jest już w butelce, osad opadł i wszystko wydaje się w porządku, ale człowiek je próbuje i mówi, że smakuje jak ocet... Po prostu nie miał szczęścia. Wino to żywy organizm. Może żyć bardzo długo (nie każde, oczywiście, ale potrafi) i z każdym rokiem tylko pomnaża swoje najlepsze cechy. Te walory dochodzą do swojego szczytu, potem zaczyna się regres i wino, niestety, wcześniej czy później umiera.
Na przykład wina domowe w tej samej Abchazji czy Mołdawii mają zazwyczaj 9–11% zawartości alkoholu i nie są przeznaczone do długiego przechowywania. Choć wyjątki zdarzają się wszędzie. Wydawałoby się, że wino wytrawne nie powinno żyć długo, jednak w kolekcji massandrowskiej leży „Muskat biały” z 1894 roku. To wytrawne wino, w którym wciąż kryją się cząstki czegoś żywego — to prawdziwy fenomen! Zazwyczaj białe wina wytrawne żyją 10–15 lat i należy je wypić jak najszybciej. Czerwone pod tym względem trzymają się lepiej, natomiast wina o wysokiej zawartości alkoholu i cukru są zdolne żyć niezwykle długo.
W naszej kolekcji posiadamy unikalne wino „Jerez de la Frontera” z 1775 roku. Jeśli nie brać pod uwagę wizyty Putina i Berlusconiego w 2015 roku, to odszypułkowaliśmy (odkorkowaliśmy) je w 2001 roku, przed wysłaniem na aukcję Sotheby's. Wino było po prostu wyborne, miało wtedy 226 lat i wciąż się rozwijało! W historii winiarstwa opisuje się nawet 300-letnie wina, które doskonale się zachowały. Zapewne granicy 300 lat przekraczać już nie warto, ale to dobitny wskaźnik. Istnieje jasna zależność: do długiego życia wino potrzebuje tak zwanych substancji konserwujących. Gdy tylko ich sumaryczna ilość osiąga granicę 80 jednostek konserwujących — wino zyskuje zdolność życia przez wieki. Kalkulacja jest prosta: każdy 1% cukru w winie równa się 1 jednostce konserwującej, a 1% alkoholu pod względem swojej stabilności równa się 4,5 jednostki. Odpowiednio, jeśli wino ma, powiedzmy, 18% cukru i 15% alkoholu, to po pomnożeniu i zsumowaniu wychodzimy na wskaźnik powyżej 80 jednostek. Przy należytej pielęgnacji jest to niemal stuprocentowa gwarancja, że wino będzie żyło bardzo długo.
Rozlane do butelek wino zachowa się tylko wtedy, gdy jest zamknięte wysokiej jakości korkiem, a butelka leży w pozycji poziomej, aby osad mógł osiąść. W pobliżu nie może być źródeł ciepłego powietrza, a wilgotność musi być ściśle kontrolowana. My, winiarze, jesteśmy pod tym względem nieco szalonymi ludźmi. Mówimy nawet, że tam, gdzie dojrzewa wino, nie wolno głośno rozmawiać, a broń Boże się kłócić! Jednak zwykłego klienta to nie interesuje. On, moim zdaniem, powinien kierować się prostą zasadą: „smakuje — nie smakuje”.
Słuchajcie swojego kosmosu
Jeśli jednak mówić bardziej prozaicznie, rynek winiarski jest przepełniony i bezwzględny. Mimo całej poezji, romantyzmu, wierszy i pieśni wokół wina, rzeczywistość jest surowa. Na świecie zazwyczaj produkuje się o 20–25% więcej wina, niż ludzkość jest w stanie wypić. Dlatego trwa wściekła konkurencja: co zrobić, aby kupiono akurat moje wino, a nie wino sąsiada?
Uczynić swój produkt choć trochę tańszym od konkurencji. Ale przecież sama szklana butelka kosztuje, a prawdziwy, wysokiej jakości korek to wydatek rzędu jednego, a nawet dwóch czy trzech euro. Z kolei tetrapak to najtańsza opcja. I oto niedoświadczony klient przychodzi do sklepu: przed oczami migają mu piękne etykiety i butelki, a możliwości finansowe w kieszeni nie są przecież nieograniczone. Człowiek często wybiera to, co tańsze. Niemniej jednak nawet w kartonowych pudełkach można czasem znaleźć całkiem przyzwoite wino.
Jak to się mówi: „doświadczenie to szkoła błędów”. Eksperymentujcie, próbujcie, nikogo nie słuchajcie poza sobą. Jesteście cząstką kosmosu, jesteście absolutnie indywidualni i unikalni na świecie ze swoimi wewnętrznymi smakami. Może się zdarzyć tak, że wam wino przypadło do gustu, a sąsiad załamuje ręce: „Mój Boże, co ty pijesz, tego nie da się przełknąć!”. Słuchajcie wyłącznie siebie, innych nie trzeba. I mnie też nie słuchajcie pod tym względem — bo jeśli wam smakuje, po prostu bierzcie i pijcie.
Mit o winie w proszku
Wiecie, „wino w proszku” to jeden z największych mitów. Wokół wina krąży w ogóle tyle legend i uprzedzeń — można wspomnieć choćby historię o tym, jak Jezus Chrystus na weselu uczynił wino z wody. Co się zaś tyczy wina w proszku, to szczerze mówiąc, nie sądzę, aby taka technologia w ogóle istniała w takiej formie, jak to sobie ludzie wyobrażają. Aby wysuszyć wino do stanu proszku, trzeba zużyć kolosalne ilości energii i środków. Wina w proszku jako takiego nie ma, ponieważ jest to po prostu ekonomicznie nieopłacalne — pod taką produkcję trzeba by stworzyć zbyt skomplikowane i drogie urządzenia.
Najprawdopodobniej, gdy mowa o „winie w proszku”, ma się na myśli coś zupełnie innego: bierze się wodę, dodaje alkohol, barwniki oraz aromaty i łączy te komponenty. Przy czym robi się to, żebyście mieli jasność, nie gdzieś w półpiwnicy czy w garażu. To powstaje w całkowicie oficjalnych zakładach winiarskich, gdzie są świetne laboratoria, gdzie siedzą dyplomowani specjaliści i czarują nad tym, aby ta mieszanka wyszła w miarę przyzwoita w smaku. Choć nazwać to winem, oczywiście, nie sposób. Dlatego termin „proszkowe” to gruba przesada. Prawdziwym problemem są sztuczne kombinacje alkoholu, wody i dodatków chemicznych — o tym warto rozmawiać.
Co powie wątroba
Najbardziej w naszej profesji irytuje mnie zwykły fałszerstwo, gdy znany produkt próbuje się podrobić jakimiś przyspieszonymi, chałupniczymi metodami. Najprostszym elementem takiej podróbki jest sytuacja, gdy na zwykłą butelkę z surogatem po prostu nakleja się etykietę z napisem «Massandra». Bywały czasy, kiedy na rynku udział fałszywej «Massandry» sięgał 75–80%. Jak ją odróżnić? Ponownie wrócę do swojej ulubionej tezy: doświadczenie to szkoła błędów. Trzeba próbować, porównywać, uczyć się wyczuwać różnicę. Wierzcie mi, to niezwykle pasjonujące zajęcie, któremu można poświęcić całe życie. A żeby nie „zabić” wątroby, wino należy pić bardzo powoli, po trochu, małymi porcjami. Ogólnie przyjęta norma to jeden, dwa lub trzy kieliszki. Najważniejsze to robić to niespiesznie, aby alkohol nadążał się rozkładać, a wątroba nie doznawała szoku.
«Artek» bez wina i żelazna kurtyna
Wspomnę w ogóle historię, która korzeniami sięga daleko w przeszłość. W 1937 roku na Krym przypłynął statek z dziećmi-sierotami z Hiszpanii. Ja w 1970 roku zaczynałem pracę na półwyspie, więc zastałem jeszcze żywych świadków tamtego wydarzenia. Opowiadali niesamowite rzeczy: dzieci przywieziono, umyto, ostrzyżono, przebrano i przyprowadzono do stołówki w «Arteku». A one usiadły przed talerzami i nie zaczynają jeść. Dlaczego? Ponieważ na stole nie było wina!
I to jest szczera prawda: we Francji, Hiszpanii, we Włoszech i wielu innych krajach dzieci przyzwyczaja się do kultury winiarskiej od najmłodszych lat. Wino jest tam postrzegane jako nieodłączny element posiłku, jako zwykły produkt spożywczy.
Kultura picia wina z Europy zaczęła przenikać i do nas. Widać to choćby w tym, że na Ukrainie zaczęto produkować znacznie więcej wina wytrawnego niż dawniej. Jednak wciąż katastrofalnie zostajemy w tyle. W krajach winiarskich dzieciom od małego wpaja się kulturę wina. My natomiast pod tym względem stawiamy dopiero pierwsze kroki. Zapewne dała o sobie znać żelazna kurtyna. U nas daleko nie wszyscy w ogóle wiedzieli, czym jest wysokiej jakości wino wytrawne. Za to co to jest samogon — wiedzieli praktycznie wszyscy.
Siekiery przeciwko łozie
Partyjne uchwały z 1985 roku dotyczące walki z pijaństwem i alkoholizmem przełożyły się na masowe niszczenie unikalnych winnic. U źródeł tej kampanii stał swego czasu znany chirurg Fiodor Grigoriewicz Ugłow, akademik, człowiek z autorytetem i zagorzały obrońca zdrowego stylu życia. Udało mu się dotrzeć do najwyższych szczebli władzy. Miał w ręku żelazne statystyki. Ugłow analizował poziom urodzeń oraz zdolności umysłowe dzieci i doszedł do wniosku, że w niektórych regionach radzieckich z powodu alkoholu dochodziło do faktycznego wyrodzenia narodu. Opierając się na tych danych, zdołał przeforsować radykalne decyzje na samym szczycie ówczesnej władzy.
Jednak wykonanie tych uchwał przybrało absolutnie potworny charakter. Rzucono się gorliwie do realizowania czegoś, czego w tekstach dokumentów w ogóle nie było — do wycinania winnic. A w tych trzech uchwałach nie ma ani jednego słowa o tym, by niszczyć łozę.
To były straszne, potworne czasy. W Mołdawii z 200k tysięcy hektarów winnic 80 tysięcy po prostu poszło pod siekiery.
Katorżnicza praca
My w «Massandrze» przez długi czas nawet nie rozumieliśmy, jakie szaleństwo dzieje się wokół. Nam, na szczęście, udało się obronić i zachować nasze ziemie co do jednego krzewu. A odbudowa to kolosalny trud. Aby zachować lub odrodzić określoną odmianę winorośli, trzeba znaleźć krzew wzorcowy. Na nim odszukać najzdrowszą, idealną łozę, z niej wziąć jedną jedyną podkładkę (pączek), następnie zaszczepić ją, odchować, wyhodować... To filigranowa, jubilerska robota, która jednocześnie jest ciężką, katorżniczą pracą.
Mogę sobie tylko wyobrazić, co działo się w duszach tych nieszczęsnych ludzi, których uzbrajano w siekiery i zmuszano do własnoręcznego wyrąbywania tego, co tworzyli i pielęgnowali przez całe swoje życie. To był prawdziwie makabryczny obraz.
Droga do piekła jest wybrukowana dobrymi chęciami
Podobnych kampanii w naszej historii było kilka. Jednak najbardziej masowa okazała się właśnie ta kampania z 1985 roku. Jak mówi Biblia: „Droga do piekła wybrukowana jest dobrymi chęciami”. Tak samo tutaj: intencje były szlachetne — uzdrowić naród. Na początku wyglądało to nawet nieźle, ale później obróciło się w rozkwit podziemnego bimbrownictwa, zatrucia, plagę narkomanii i katastrofalny cios w gospodarkę. Rynek alkoholowy zapewniał około 30–40% budżetu kraju i wszystko to runęło w jednej chwili. W rezultacie niczego dobrego te uchwały nie przyniosły.
Doszło do absurdu: zamykano profilowe placówki edukacyjne, zaprzestano produkcji butelek do wina i materiałów opakowaniowych, pojawił się cały kompleks sztucznych problemów. Nawet nazwę ogólnozwiązkowego Instytutu Naukowo-Badawczego Uprawy Winorośli i Wina «Magaracz» w Jałcie wstydliwie zmieniono na coś w rodzaju „Instytut produktów przetwórstwa winogron”. Nauce odcięto finansowanie.
Tajne kulisy ratowania «Massandry»
Dopiero zaczynałem kierować przedsiębiorstwem w 1987 roku, te uchwały były właśnie wściekle wdrażane w życie. Pracowało się niesamowicie ciężko. Jeśli wcześniej byliśmy szanowanymi ludźmi — przyjeżdżali do nas do zakładu wysocy rangą goście i mówili: „Jeśli dasz mi choćby jedną skrzynkę Muskatu białego Czerwonego Kamienia, załatwię dla ciebie wszystko, co zechcesz — choćby czarny kawior czy Ptasie Mleczko” — to po uchwaleniu prawa z dnia na dzień staliśmy się wyrzutkami w społeczeństwie.
I oto w tymże 1987 roku do naszego zakładu nieoczekiwanie przyjechał Anatolij Iwanowicz Łukjanow. W tamtym momencie był sekretarzem KC KPZR, później został zastępcą Gorbaczowa i ostatnim przewodniczącym Prezydium Rady Najwyższej ZSRR. Przybył w sposób osobliwy — bez żadnej asysty miejscowych organów partyjnych czy radzieckich: tylko on, żona i lekarz. Co mnie uderzyło — zadziwiająco dobrze znał się na winach. Bez błędów językowych wymawiał nazwy takie jak „Chwanczkara”, „Napareuli”, „Kindzmarauli” i tym podobne. Udało nam się tak szczegółowo zapoznać go z naszą trudną sytuacją, że powiedziałem wprost: „Blokują nas, pozwalają nam wypuszczać produkcję na poziomie nie większym niż 0,1% normy, mamy ogromne problemy ze zbytem”.
Po tej wizycie pojechałem do Moskwy, wygłosiłem referat i wróciłem z oficjalnym pismem, w którym stało czarno na białym: „Massandrze — być. Massandrze — zachować winnice. Ale Massandrze surowo zabrania się przekraczania planów”. Dzięki temu kompromisowi przetrwaliśmy.
Jesteście pewnie pierwszymi, którym opowiedziałem o tych kulisach, prawie nikt o tym nie wie.
Czarna magia i pianino Magomajewa
Jeśli chodzi o rzeczy niezwykłe, często podaję przykład, który wydarzył się jeszcze przed moim przejściem na stanowisko dyrektora. Legendarny baryton Muslim Magomajew. W 1965 roku, po powrocie ze stażu w mediolańskiej „La Scala”, noszono go dosłownie na rękach. Przyjechał na występy do Jałty, wszystkie bilety do teatru letniego były wyprzedane, wieczorem miał odbyć się jego wielki koncert.
I oto w ciągu dnia, przed występem, jakoś zawiodło go do nas, do «Massandry». Przywitał go tam cały nasz kolektyw. Ludzie byli w takim zachwycie, że bezpośrednio na główny plac zakładu wynieśli pianino! Magomajew długo grał i śpiewał pod gołym niebem. Potem oprowadzono go, zorganizowano degustację... W końcu wszystko skończyło się tym, że na dworze ściemniało się i pianino trzeba było wnieść do środka, do sali degustacyjnej. Tam kontynuował grę dla pracowników Massandry. Koncert w mieście, rzecz jasna, został zerwany, w teatrze wszyscy płakali z rozpaczy, a nasi pracownicy byli w siódmym niebie ze szczęścia.
Prawdziwa czarna magia zaczęła się następnego dnia. Gdy robotnicy próbowali wynieść to pianino z powrotem z sali degustacyjnej, ono... nie przechodziło przez drzwi! Jak zdołali wnieść je tam poprzedniego wieczoru — pozostaje zagadką. Widocznie pod wpływem emocji i massandrowskiego wina w ludziach wyzwoliły się jakieś nadprzyrodzone siły. Ostatecznie, aby zwrócić instrument, trzeba było całkowicie demontować ościeżnice i rozbierać boczne skrzydło drzwiowe. Ot, taki zabawny moment.
Portwein dla Bogatikowa
Wspominam Jurija Iosifowicza Bogatikowa, wykonywał utwór „Śpią kurhany ciemne”. Mocno się z nim przyjaźniliśmy, często spotykaliśmy, a on z przyjemnością śpiewał u nas w zakładzie.
Pewnego razu pracowałem u siebie w gabinecie, gdy nagle on przyjeżdża w odwiedziny. Obok była pusta sala konferencyjna. Mówię: „Juriju Iosifowiczu, proszę poczekać dosłownie pięć minut, zaraz skończę. A żeby się panu nie nudziło, oto proszę spróbować naszego Portwejnu czerwonego Południowobrzeżnego z 1987 roku”.
On w tamtym czasie w ogóle nie spożywał już alkoholu, choć w jego życiu bywały trudne okresy, kiedy pił zdecydowanie za dużo. Jednak w tamtym momencie — trzymał się. Wziął ten kieliszek, wyszedł do sali i stamtąd dało się słyszeć jego słynne „la-la-la” — zaczął się rozśpiewywać. Po kilku minutach wchodzi do mnie do gabinetu oszołomiony i mówi: „Mykoło, to jakieś czary! Twój portwein czyni cuda. Ja tej najwyższej nuty nigdy w życiu nie mogłem wyciągnąć, dopóki twojego wina nie skosztowałem!”.
Jak zadziwić monarchę
Niezwykłych przypadków było mnóstwo. Na przykład w sierpniu 2008 roku podejmowaliśmy króla Szwecji Karola XVI Gustawa i jego małżonkę, królową Sylwię. On i teraz panuje, daj mu Boże zdrowie, wręcza Nagrody Nobla. Teraz wspominam o tym spokojnie, ale w rzeczywistości, gdy przyjeżdżają goście takiego formatu, masz mokre plecy z napięcia. Jesteś nieustannie w stresie: co wolno mówić, czego nie wolno... Niesamowicie trudne.
Znaliśmy protokół: gdy król przyleciał do Kijowa, prezydent podarował mu wino z roku jego urodzenia. Gdy monarcha przybył do Symferopola, władze Krymu ponownie wręczyły mu butelkę z tego samego roku urodzenia. Pomyśleliśmy: jeśli przyjedzie do «Massandry» i my znowu wręczymy to samo — będzie to banalne i nieoryginalne.
Trwa wycieczka po piwnicach, potem degustacja. Trzeba przyznać, że Karol XVI Gustaw to prawdziwy arystokrata, ucieleśnienie dostojeństwa, taki poniekąd mieszkaniec niebios. I był niezwykle małomówny. Przez cały czas wizyty wypowiedział dosłownie kilka zdań. Towarzyszyła mu imponująca świta, ale on sam wyróżniał się swoją postawną sylwetką i monumentalnym spokojem.
Podczas degustacji podchodzimy do jednej z próbek. Zwracam się do niego: „Wasza Królewska Mość, a teraz specjalnie dla Was — wino z 1976 roku. Jest ono dla Waszej rodziny bardzo pamiątkowe”. Król z królową wymienili spojrzenia, zdziwieni wzruszyli ramionami, mówiąc wprost: a cóż w tym takiego? I wtedy z uśmiechem wyjaśniliśmy: „Właśnie w tym roku odbył się Wasz królewski ślub”. Zupełnie zapomnieli o tej zbieżności i było im niesamowicie miło.
Przemarsz przez roczniki urodzenia: szczyt w Mińsku
W ogóle wszyscy wysocy goście w zakładzie zachowywali się niezwykle kulturalnie, poprawnie i inteligentnie. Czasami wręcz się dziwiłem: gdy widzisz ich na ekranach telewizorów czy na politycznych trybunach — to są jedni ludzie, a w swobodnej atmosferze piwnic winnych — zupełnie inni. Widziałem rzeczy, o których nikomu dotąd nie opowiadałem.
W 2000 roku w Mińsku odbywał się szczyt prezydentów WNP. Zjechało się wtedy jedenastu liderów. Łukaszenka radził się Łeonida Kuczmy, jak uczynić to spotkanie pamiętnym. Ten mu podpowiedział: „Zwróć się do Massandry”. Gdy zadzwonili do nas z Mińska, zaproponowałem: „Proponuję, aby podczas oficjalnej kolacji przed każdym prezydentem otworzyć kolekcjonerskie wino dokładnie z roku jego urodzenia”.
Z własnego doświadczenia już wiedziałem: żaden człowiek nie pozostanie obojętny, gdy zobaczy butelkę wina, która narodziła się z nim w tym samym roku, była odkładana do piwnic, gdy ten lider stawiał swoje pierwsze kroki. Bardzo symboliczne, można to pięknie rozegrać i zaprezentować.
Część oficjalna szczytu dobiegła końca, prezydentów zaproszono do niewielkiej sali, gdzie wyeksponowano nasze próbki. Organizatorzy mówią mi: „Ma pan dokładnie pięć minut. Kolumny samochodów są już sformowane, wszystko rozpisane co do sekundy, trzeba lecieć na lotnisko”. Ja się zamartwiam: „Jak mam zdążyć? Jedenastu prezydentów, jedenaście różnych win!”.
Pierwszą próbkę otworzyliśmy dla Putina — „Stołowe czerwone Aluszta” z 1952 roku. Wszystko poszło sprawnie. W tamtym momencie był u władzy zaledwie od kilku miesięcy. Wszystko mu się podobało, wokół niego nieustannie kręcili się ludzie, wszyscy chcieli stukać się kieliszkami. Przez to zamieszanie nawet nie do końca słuchał tego, co opowiadałem mu o winie.
„Szlachetna siwizna” Hejdara Alijewa
I nagle podchodzi do mnie Hejdar Alijew — prezydent Azerbejdżanu, niezwykle mądry, głęboki człowiek. Uśmiecha się tak chytrze i kiwa głową w stronę Putina: „Słuchaj pan, no przecież on to jeszcze dzieciak, czego pan od niego chce? Pan lepiej mojego wina poszuka”. A u nas następna próbka: „Portwein czerwony Liwadia” z 1923 roku.
Alijew po prostu stanął jak wryty: „Jak to?! To naprawdę mój rok urodzenia? To wino ma już prawie 80 lat, to po prostu niemożliwe!”. Potem go spróbował. A ja mu wyjaśniam: „Czerwone wino kolekcjonerskie z wiekiem, podczas wieloletniego leżakowania w butelce, stopniowo zmienia barwę i staje się złocisto-bursztynowe. Dzieje się tak dlatego, że substancje barwiące z latami opadają w postaci osadu. Właśnie dlatego butelkę w kolekcji należy trzymać rygorystycznie w jednej, poziomej pozycji. Jeśli zacznie się nią kręcić lub wstrząsać, osad się podniesie, wino zmętnieje, a jego smak ulegnie zniekształceniu”.
Pozwoliłem sobie wtedy na żart, mówiąc: „Hejdarze Alijewiczu, pan przecież w młodości też zapewne był kruczoczarnym brunetem, a teraz — dostojny, siwy mędrzec. Tak samo i to wino — z latami nabrało szlachetnej siwizny”. Zaśmiał się tak szczerze!
Po tym wszystkim poszło już jak z płatka, dla każdego prezydenta otwierano jego rok. Chcę jednak podkreślić: w tamtej sali, bez krawatów, ci ludzie okazywali się zadziwiająco prości w obejściu. Wiecie, usłyszeć w oczy, że urzędujący szef państwa to jeszcze „dzieciak” w porównaniu z patriarchami polityki — to rzecz niebywała. Tego nie ogląda się często.
Zamiast wina — kawałek kiełbasy
Drugi moment był związany poniekąd z Hejdarem Alijewem. Istniał kiedyś taki międzynarodowy program — GUAM (Gruzja, Ukraina, Azerbejdżan, Mołdawia). Dziecko Łeonida Kuczmy, bardzo chciał budować takie wielowektorowe relacje.
I oto w ramach tego szczytu ponownie spotykamy się z liderami państw. Tym razem była to wyjazdowa degustacja bezpośrednio w lesie. Rozstawiliśmy najlepsze wina, czekamy. Podjeżdża mikrobus, którym wszyscy razem się przemieszczali, i jako pierwszy z drzwi wychodzi Hejdar Alijew. Idzie prosto do mnie, rozpoznaje mnie i się śmieje: „O, znowu ty ze swoim winem! Ty byś lepiej kawałek kiełbasy nam zostawił, my już cały dzień głodni jeździmy”.
Oto jakimi ludźmi są w prawdziwym życiu. To zapewne pytanie do psychologów: co się z nimi w ogóle dzieje, gdy politycy wchodzą na trybuny i stają się tymi oficjalnymi „mieszkańcami niebios”.
Depardieu „zapłakał”
To wydarzyło się mniej więcej w maju 2005 roku. Dzwoni do mnie nasz prezydent Wiktor Juszczenko i mówi: „W odwiedziny przyjeżdża do nas Gérard Depardieu. To taki nudziarz, taki samochwał. Ciągle się chwali, że o winiarstwie wie absolutnie wszystko na świecie. Podjejmijmy go u ciebie w "Massandrze", ale tak, aby całkowicie zmieniło mu się wyobrażenie o naszych winach. A najlepiej — zrób tak, żeby się rozczulił, aż na kolana padł”.
Cóż poradzić, polecenie prezydenta to poważna sprawa, dlatego przygotowania rozpoczęliśmy skrupulatnie. Co prawda sam Wiktor Andrijowycz swoim starym zwyczajem spóźnił się aż o pięć godzin. W końcu goście przybyli: Wiktor Andrijowycz z żoną, z nimi Gérard Depardieu, któremu towarzyszył profesor-enolog, tłumacz i z jakiegoś powodu dwie długonogie, bardzo piękne dziewczyny — nie wiem, jaka była ich rola, ale w towarzystwie były obecne.
Obejrzeliśmy nasze piwnice, produkcję, przeszliśmy do sali degustacyjnej. Zaczęliśmy, jak nakazują reguły, od białych win wytrawnych. Na początku Depardieu zachowywał się bardzo wyniośle, patrzył na mnie dosłownie z góry, mimo że jesteśmy mniej więcej tego samego wzrostu. Gdy kolej przyszła na czerwone wytrawne, niechętnie przyznał: „No tak, są tu niezłe nuty owocowe, jest to, jest tamto... Ale przecież rozumiecie, my we Francji przywykliśmy do czegoś innego”.
I wtedy, całkowicie niespodziewanie dla niego, na zasadzie kontrastu otworzyliśmy wino kolekcjonerskie z roku jego urodzenia — 1948. I w tym momencie Francuz zaczął wyraźnie zmieniać się na twarzy. Patrzy na mnie już zupełnie inaczej, jak na równego sobie. On przecież jako winiarz doskonale rozumie, że ma przed sobą unikalny rarytas, dojrzałe, stare wino, które ma zupełnie inną cenę, inną filozofię i status. Błyskawicznie pojął całą wagę momentu. Na tamtej degustacji — a celowo dobrałem dla niego pięć takich ekskluzywnych próbek — otwieraliśmy butelkę za butelką.
Gdy doszliśmy do finału, Gérard Depardieu był tak rozczulony i urzeczony, że nie utrzymał emocji i wpisał do naszej księgi gości honorowych niesamowicie ciepłe, pamiątkowe słowa, które są przechowywane do dziś. Byłem szczerze uradowany, że spełniliśmy delikatną prośbę prezydenta i nieco utarliśmy nosa temu szacownemu francuskiemu koledze. Po tamtym zdarzeniu, zdaje się, już nikt z zagranicznych gości nie próbował pouczać nas, jak robić wino.
Perła kolekcji: „Jerez de la Frontera” 1775 roku
Perłą kolekcji «Massandry» i najstarszym winem, które jest tam przechowywane (i szczerze mam nadzieję, że nadal znajduje się w części muzealnej), jest legendarny „Jerez de la Frontera” 1775 roku. Historia naszej butelki jest niezwykle ciekawa. Swego czasu król Hiszpanii przekazał kilka butelek tego wina rosyjskiej imperatorowej Katarzynie II — po prostu jako gest szacunku. Jednak w tamtym momencie między Hiszpanią a Rosją nie było bezpośrednich stosunków dyplomatycznych, dlatego podarek przekazano przez posła hiszpańskiego w Londynie. A ówczesnym posłem Rosji w Wielkiej Brytanii był Siemion Romanowicz Woroncow. Dlaczego podkreślam ten szczegół? Ponieważ do samej Katarzyny to wino ostatecznie nigdy nie trafiło.
Za to od Siemiona Romanowicza przeszło ono później w spadku na jego syna — Michaiła Siemionowicza Woroncowa. To człowiek, który niezwykle dużo zrobił dla rozwoju Krymu; to właśnie w Ałupce znajduje się jego słynny Pałac Woroncowa. I już stamtąd, z piwnic woroncowskich, ów jerez trafił swego czasu do naszej massandrowskiej kolekcji.
To rarytas o znaczeniu światowym. Był moment, kiedy z Madrytu, z jednego z hiszpańskich uniwersytetów, specjalnie przyjechał do nas profesor. Przyjechał w jednym celu — sprawdzić, czy to prawda, że w «Massandrze» przechowywany jest „Jerez de la Frontera” 1775 roku, jako że w samej Hiszpanii tego wina już dawno nie pozostało. Nie wiem, jakie były jego tajne intencje, ale na własne oczy przekonał się, że wino istnieje i że to absolutna rzadkość w skali globu.
Jerez na Sotheby's за 50 tysięcy dolarów
«Massandra» to zapewne jedyne przedsiębiorstwo winiarskie na obszarze postradzieckim, które na szeroką skalę wystawiało się na światowych salonach: przeprowadziliśmy cztery aukcje w Sotheby's, dwie w Christie's, dwie w Bonhams, współpracowaliśmy z nowojorskim domem aukcyjnym Morrell & Company. Robiono to po to, aby łatwiej było wchodzić na nowe rynki i budować poważny eksport. I to przynosiło owoce: w niektórych latach wysyłaliśmy na eksport do 60–65% całej naszej produkcji.
Podczas przygotowań do trzeciej aukcji w 2001 roku do naszych piwnic zszedł główny ekspert z Sotheby's, Stephen Mould. Na własne oczy zobaczył ten jerez z 1775 roku, ucieszył się jak małe dziecko. Prosił, by dać mu potrzymać butelkę w rękach i zrobić zdjęcie. A potem mówi: „Słuchaj, a może wystawimy jedną taką butelkę na Sotheby's?”.
Nasza kolekcja jest zorganizowana bardzo mądrze. Istnieje nienaruszalna część muzealna — ona musi pozostać niezmienna, bez jakichkolwiek roszczeń czy możliwości odkorkowania. A istnieje określona liczba tak zwanych butelek komercyjnych: wykorzystuje się je do profesjonalnych degustacji, aby winiarze się uczyli, a także można je sprzedać, by zarobić pieniądze dla przedsiębiorstwa. Komercyjny jerez u nas był, ale podjęcie takiej decyzji jednoosobowo było dla mnie trudne. Dlatego zwróciłem się bezpośrednio do prezydenta, wyjaśniłem sytuację i zapytałem, czy mamy prawo wystawić jedną butelkę na sprzedaż. Wysłuchał i dał zielone światło.
Bardzo ostrożnie, niezwykle pieczołowicie dostarczyliśmy tę butelkę do Londynu i sprzedaliśmy ją na aukcji za 50 tysięcy dolarów. 50 tysięcy dolarów za jedną jedyną butelkę!
Odkorkowali historię za 35 rubli
I nagle w 2015 roku, kiedy już tam nie pracowałem, dowiaduję się z wiadomości, że w zakładzie wzięto i ot tak odkorkowano butelkę tego jerezu z 1775 roku dla Silvio Berlusconiego i Putina.
Byłem po prostu osłupiały. Prawdziwe świętokradztwo i profanacja! Pal licho rosyjskiego prezydenta, on nic z tych rzeczy nie rozumie, ale Berlusconi — to przecież Włoch, subtelny koneser, znawca, esteta. Włosi przecież genetycznie doskonale znają się na takich rzeczach! Jak oni w ogóle mogli się na to poważyć? Trudno mi powiedzieć. W moim pojęciu to jakieś dzikie, barbarzyńskie, czysto panoszące się warcholstwo. Nowe kierownictwo zakładu postanowiło się popisac: „A co, ja tu jestem carem, wszystko mogę!”. Ale przecież to jest własność państwowa, to jest dorobek historii! Nie masz żadnego moralnego ani prawnego prawa jednoosobowo brać i niszczyć takiego rarytasu.
To pierwsza strona medalu. A przecież jest jeszcze druga — czysto profesjonalna. Podczas jakichkolwiek oficjalnych degustacji najwyższego szczebla bezwzględnie musi być obecny lekarz sanitarny. Ma on obowiązek osobiście spróbować absolutnie wszystkich win, które będą podawane na stół gościom. To żelazna gwarancja bezpieczeństwa: lekarz spróbował, wszystko w porządku, można nalewać. A jeśli nagle z gościem takiej rangi coś się stanie? Jeśli dostanie, przepraszam, zwyczajnego rozstroju żołądka albo zacznie się jakaś reakcja? Kto za to będzie odpowiadał? Moi nauczyciele, którzy całe życie przepracowali w «Massandrze», opowiadali, że swego czasu za takie rzeczy odpowiadało się głową.
Dlatego jest to dla mnie całkowicie niezrozumiałe: przecież tam obok stał protokół, ochrona państwowa, asysta... Jak można było wziąć i zaproponować przywódcom państw najstarsze wino, uprzednio nawet nie testując go w laboratorium? To przecież skrajna nieodpowiedzialność.
No i jeśli wrócić do finansów. Z jednej strony sprzedajemy taką butelkę na światowej aukcji za 50 tysięcy dolarów, a z drugiej — po wizycie tych działaczy, jeśli się nie mylę, spisano ją w bilansie księgowym za jakieś tam 35 rubli!
Nie rozumiem żadnej z postaci biorących udział w tej hańbie: ani tych tak zwanych gospodarzy, którzy przymilnie oferowali...
Czytaj nas na Telegram i Sends