Wiosną 2022 roku granica ukraińsko-polska stała się jednym z głównych symboli europejskiej solidarności z Ukrainą. Polacy witali uchodźców na dworcach, przyjmowali ukraińskie rodziny w swoich domach, zbierali pomoc humanitarną, a Warszawa stała się jednym z najbardziej aktywnych sojuszników politycznych i wojskowych Kijowa.
Wtedy wydawało się, że pełnowymiarowa inwazja Rosji, jeśli nie zakończyła starych historycznych sporów, to przynajmniej na długo zepchnęła je na dalszy plan.
Cztery lata później sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Ukraińskie zboże stało się przedmiotem konfliktu politycznego, polscy rolnicy blokowali granicę, do stosunków dwustronnych powróciła Wołyń, prezydent Polski Karol Nawrocki pozbawił Wołodymyra Zełenskiego najwyższego polskiego odznaczenia państwowego, politycy opozycji zaczęli mówić o deportacji części ukraińskich mężczyzn, a polskie władze są już zmuszone reagować na rosnącą liczbę ataków na Ukraińców.
Zmieniło się również nastawienie samego polskiego społeczeństwa. W marcu 2022 roku przyjęcie ukraińskich uchodźców popierało 94% Polaków. W lipcu 2026 roku po raz pierwszy od początku prowadzenia badań przeciwników było więcej niż zwolenników: 52% wobec 42%.
UA.News opowiada, jak w ciągu czterech lat Polska przeszła drogę od niemal bezwarunkowego poparcia dla Ukrainy do znacznie chłodniejszego partnerstwa, dlaczego pierwszym prawdziwym punktem zwrotnym stał się kryzys zbożowy oraz czy obecna fala konfliktów oznacza koniec sojuszu polsko-ukraińskiego.
Rok 2022: Polska stała się jednym z najbliższych sojuszników Ukrainy
Po 24 lutego 2022 roku Polska znalazła się w wyjątkowej sytuacji. Z jednej strony stała się jedną z głównych tras dla Ukraińców uciekających przed wojną. Z drugiej – jednym z kluczowych centrów logistycznych, przez które do Ukrainy docierała pomoc z Zachodu.
Społeczeństwo polskie wykazało się również niezwykle wysokim poziomem poparcia.
Według danych Centrum Badań Opinii Społecznej (CBOS) w marcu 2022 r. 94% Polaków popierało przyjmowanie uchodźców z Ukrainy, a przeciwników tego rozwiązania było zaledwie około 3%. Poparcie to utrzymywało się na niezwykle wysokim poziomie również przez cały następny rok.

W tym samym okresie Wołodymyr Zełenski stał się jednym z najpopularniejszych zagranicznych polityków w Polsce. W lipcu 2022 r. ufało mu 86% ankietowanych Polaków, a nie ufało mu zaledwie 4%.
Był to moment, w którym wspólne zagrożenie praktycznie przyćmiło wszystkie inne tematy.
Spory dotyczące Wołynia, działalności OUN i UPA, ekshumacji polskich ofiar, konkurencji gospodarczej i migracji zarobkowej nigdzie nie zniknęły. Po prostu na tle rosyjskich rakiet, walk o Kijów i milionów ludzi na granicy przestały one tymczasowo być najważniejsze.
Ta przerwa nie trwała długo.
Ukraińskie zboże stało się pierwszym prawdziwym punktem zwrotnym
Pierwszy poważny konflikt nie wynikał z kwestii historycznych, lecz z pieniędzy.
Gdy Rosja zaczęła blokować ukraińskie szlaki morskie, UE otworzyła dla ukraińskich produktów korytarze lądowe. Znaczna część zboża miała jedynie przejeżdżać tranzytem przez Polskę, jednak część pozostawała na lokalnym rynku.
Dla polskich rolników oznaczało to dodatkową konkurencję i presję na ceny.

Już wiosną 2023 roku polscy rolnicy zaczęli aktywnie protestować. Sam CBOS w swoich badaniach później bezpośrednio powiązał początek spadku poparcia dla ukraińskich uchodźców z kryzysem zbożowym wiosną 2023 roku.
Kulminacja nastąpiła jesienią.
Po zniesieniu ogólnoeuropejskich ograniczeń Polska postanowiła samodzielnie przedłużyć zakaz importu części ukraińskich produktów rolnych.
Podczas wystąpienia na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ Wołodymyr Zełenski stwierdził, że niektóre kraje europejskie rozgrywają wokół zboża „polityczny teatr” i faktycznie pomagają przygotować scenę dla Moskwy. Polska odebrała to jako oskarżenie pod swoim adresem i wezwała ambasadora Ukrainy.
Ówczesny premier Mateusz Morawiecki wezwał w odpowiedzi Zełenskiego, by nigdy więcej nie „obrażał Polaków”. Po raz pierwszy od początku wielkiej wojny wewnętrzne interesy Polski otwarcie zderzyły się z interesami Ukrainy.
Właśnie jesień 2023 roku można uznać za pierwszy wielki punkt zwrotny w stosunkach. Wsparcie dla Ukrainy przestało być dla polskiej polityki tematem istniejącym niezależnie od wyborów, gospodarki i walki o głosy rolników.
Blokada granicy sprawiła, że konflikt polityczny stał się osobistym

Kolejny etap rozpoczął się już na drogach.
Pod koniec 2023 roku granicę zaczęli blokować polscy przewoźnicy, a w 2024 roku do zakrojonych na szeroką skalę protestów dołączyli rolnicy.
W lutym polscy rolnicy praktycznie zablokowali większość głównych przejść granicznych. Prezydent Zełenski nazwał tę sytuację „erozją solidarności” i zaproponował polskim władzom spotkanie bezpośrednio na granicy.
Dla Polaków protesty dotyczyły przede wszystkim konkurencji, warunków handlu oraz polityki rolnej UE. Dla Ukraińców sytuacja wyglądała zupełnie inaczej.
Ukraina była w stanie wojny, przez Polskę przechodziła znaczna część ładunków, a na granicy tworzyły się wielokilometrowe kolejki.
Największy oddźwięk wywołały przypadki, w których protestujący zaczęli wysypywać ukraińskie produkty.
W lutym 2024 roku na polskiej stacji kolejowej wysypano około 160 ton ukraińskiego zboża. Kijów domagał się ukarania winnych. Właśnie wtedy konflikt przestał być sporem między ministrami.
Dla wielu Ukraińców zdjęcia ziarna na ziemi stały się symbolem tego, jak bardzo stosunki oddaliły się od stanu z wiosny 2022 roku.
Wołyń powrócił do wielkiej polityki
Konflikty gospodarcze stopniowo nałożyły się na znacznie bardziej złożony temat – pamięć historyczną.
W Polsce tragedia wołyńska pozostaje jedną z najbardziej drażliwych kwestii w stosunkach z Ukrainą. Polski parlament określa masowe mordy na ludności polskiej, dokonane przez ukraińskich nacjonalistów w latach II wojny światowej, jako ludobójstwo.
Dla Ukrainy sytuacja jest bardziej złożona. UPA stanowi część ukraińskiej narodowej narracji historycznej dotyczącej walki o niepodległość, w szczególności przeciwko ZSRR.
Te dwa punkty widzenia przez lata istniały równolegle. W 2026 roku ponownie doszło do ich zderzenia. W maju Zełenski poparł nadanie ukraińskiej jednostce wojskowej honorowej nazwy związanej z UPA. W Polsce decyzja ta wywołała ostrą reakcję.
19 czerwca prezydent Karol Nawrocki ogłosił, że pozbawia Zełenskiego Orderu Białego Orła – najwyższego odznaczenia państwowego w Polsce.
W odpowiedzi Zełenski zwrócił odznaczenie. Polskie odznaczenia zaczęli zwracać również inni ukraińscy politycy i urzędnicy.
Nie była to już tylko spór handlowy. Konflikt ten stał się największym kryzysem dyplomatycznym między obydwoma krajami od początku pełnej inwazji rosyjskiej.
Nałrocki kontra Tusk: nawet w Polsce nie ma jednolitego stanowiska w sprawie Ukrainy
Jednocześnie nie byłoby słuszne mówić o jakiejś jednolitej „antyuukraińskiej postawie Polski”. Konflikt polityczny wyraźnie ujawnił podziały wewnątrz samych polskich władz.
Prezydent Nawrocki zajmuje twardsze stanowisko w kwestiach historycznych. Z kolei rząd Donalda Tusk stara się nie dopuścić, by sprawa Wołynia zniweczyła strategiczną współpracę między obydwoma krajami.
Po sprawie z orderem Tusk otwarcie stwierdził, że konflikt między polskimi i ukraińskimi politykami jest „błędem strategicznym”, który zaszkodzi obu państwom pod względem gospodarczym, geopolitycznym i wizerunkowym.

Jednocześnie Tusk podkreśla, że Ukraina musi zmierzyć się ze złożonymi rozdziałami swojej historii. Na początku lipca stwierdził, że bez tego trudno będzie jej zbliżyć się do Unii Europejskiej.
Kijów, po najostrzejszej fazie konfliktu, również zaczął wykazywać gotowość do kompromisu. 17 lipca Zełenski zwołał osobne posiedzenie poświęcone stosunkom z Polską i obiecał rozszerzyć prace nad wyjaśnieniem wydarzeń z przeszłości oraz udostępnić odpowiednie archiwa ukraińskich służb specjalnych.
Oznacza to, że nawet w momencie największego sporu dyplomatycznego obie strony nadal poszukują mechanizmu, który pozwoli uniknąć przekształcenia historii w trwały konflikt polityczny.
Od 94% poparcia do większości przeciwników: co stało się z polskim społeczeństwem
Najbardziej wymowna zmiana zaszła nie w gabinetach prezydentów, ale wśród zwykłych Polaków.
W marcu 2022 roku 94% obywateli Polski popierało przyjmowanie ukraińskich uchodźców.
W lipcu 2026 roku, według najnowszego sondażu CBOS, sytuacja uległa odwróceniu: 52% było przeciwnych dalszemu przyjmowaniu ukraińskich uchodźców, a 42% – za. Po raz pierwszy od początku prowadzenia takich badań liczba przeciwników przewyższyła liczbę zwolenników.
Ponadto 54% Polaków uważa, że pomoc, jaką kraj udziela ukraińskim uchodźcom, jest zbyt duża. Tylko 40% ocenia ją jako wystarczającą.
CBOS zwraca przy tym uwagę na jeszcze jedną ważną tendencję: wcześniej bardziej negatywne nastawienie do Ukraińców było szczególnie charakterystyczne dla określonych grup wiekowych lub politycznych. W 2026 roku stało się ono znacznie szersze i objęło różne kategorie społeczeństwa.
Zmieniło się również ogólne nastawienie do Ukraińców.
W styczniowym badaniu CBOS z 2026 roku sympatię wobec Ukraińców wyraziło 29% Polaków, a niechęć – 43%. Centrum zauważa, że pogorszenie stosunku do Ukraińców obserwuje się już trzeci rok z rzędu.
Charakterystyczna jest również dynamika osobistego wskaźnika popularności Zełenskiego.
W lipcu 2022 roku ufało mu 86% Polaków. W lutym 2026 roku – już 49%. Poziom nieufności wzrósł w tym czasie z 4% do 28%.
Zelenski pozostaje jednak nadal jednym z najbardziej pozytywnie ocenianych zagranicznych polityków w Polsce. Nie chodzi więc o całkowite odrzucenie Ukrainy, ale o bardzo gwałtowny spadek poziomu sympatii społecznej, jaki istniał na początku wojny.
Deportacja ukraińskich mężczyzn stała się już tematem politycznym

Stosunek społeczeństwa ma bezpośredni wpływ na retorykę polityków.
Już w 2024 roku CBOS ustaliło, że 67% Polaków popierało pomysł odesłania do Ukrainy mężczyzn w wieku poborowym przebywających w Polsce, podczas gdy 22% było temu przeciwnych.
W sierpniu 2026 roku temat ten przekształcił się już w konkretną propozycję polityczną.
Jeden z liderów opozycyjnej partii „Prawo i Sprawiedliwość”, Tobiasz Bochenowski, oświadczył, że po ewentualnym powrocie PiS do władzy jedną z pierwszych decyzji może być deportacja ukraińskich mężczyzn w wieku poborowym, którzy nie pracują w Polsce legalnie.
Polski rząd nazwał ten pomysł demagogicznym i absurdalnym. Według danych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Polski około 95% ukraińskich mężczyzn w odpowiednim wieku, przebywających w kraju, pracuje legalnie.
Jednak w tym przypadku nie chodzi nawet o skalę ewentualnych deportacji. Sam fakt, że taka propozycja staje się częścią normalnej debaty politycznej dużej polskiej partii, pokazuje, jak bardzo zmieniła się atmosfera w porównaniu z rokiem 2022.
Od retoryki politycznej do pobić Ukraińców
Jeszcze bardziej niepokojącą tendencją jest wzrost liczby napaści na Ukraińców. W lipcu duże poruszenie wywołało nagranie, na którym trzech mężczyzn zaatakowało we Wrocławiu Ukraińca i jego dziewczynę. Zatrzymano dwóch podejrzanych.
W związku z tym premier Donald Tusk został zmuszony do publicznego wezwania do zaprzestania ksenofobicznej przemocy wobec Ukraińców.
Według danych polskiej policji w pierwszej połowie 2026 roku odnotowano 180 zgłoszeń dotyczących potencjalnych przestępstw z nienawiści wobec Ukraińców — to o około 30% więcej niż w analogicznym okresie poprzedniego roku.
Nie oznacza to, że wszystkie 180 przypadków zostało już uznanych przez sądy za przestępstwa z nienawiści, ale tendencja ta stała się na tyle wyraźna, że premier osobiście musiał na nią zareagować. Jednocześnie ważne jest, by dostrzec również drugą stronę polskiego społeczeństwa.
9 sierpnia w ponad dwudziestu polskich miastach odbyły się demonstracje przeciwko przemocy i ksenofobii wobec Ukraińców. W Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu i innych miastach Polacy wyszli na ulice pod hasłami przeciwko nienawiści wobec imigrantów.
Oznacza to, że Polska nie stała się „antyuukraińska”. Raczej kwestia ukraińska stała się jednym z czynników coraz głębszej polaryzacji samego społeczeństwa polskiego.
Dlaczego historia znów stała się problemem dla Ukrainy i Polski
Jedną z przyczyn obecnego pogorszenia stosunków jest to, że po kilku latach wojny na pierwszy plan ponownie wysunęły się kwestie, które w 2022 roku zostały faktycznie odłożone na bok ze względu na wspólne zagrożenie ze strony Rosji.
Profesor Uniwersytetu w St. Gallen Ulrich Schmid opisuje obecną sytuację jako swego rodzaju „pułapkę historyczną”. Jego zdaniem ukraińska i polska interpretacja tragedii wołyńskiej tak bardzo się od siebie różnią, że pole do wspólnej interpretacji pozostaje bardzo wąskie.
Zwraca on również uwagę na charakterystyczną cykliczność stosunków między tymi dwoma krajami, w których okresy demonstracyjnej przyjaźni przeplatają się z ostrymi wzajemnymi oskarżeniami.
Ukraińsko-amerykański ekonomista Roman Szeremeta zajmuje bardziej proukraińskie stanowisko. Uważa on, że stosunków między Polską a Ukrainą nie można sprowadzać wyłącznie do sporu wokół Wołynia i UPA.
Jego zdaniem obie strony powinny szczerze mówić o zbrodniach z przeszłości, ale pamięć historyczna nie powinna stać się narzędziem niszczącym dzisiejsze strategiczne partnerstwo obu krajów.
I to jest być może jeden z głównych problemów obecnego etapu stosunków: historia coraz częściej przenosi się z płaszczyzny pracy historyków do polityki przedwyborczej, oświadczeń prezydentów i walki partii o wyborców.
Polska i Ukraina nie powrócą już do wiosny 2022 roku
Pomimo wszystkich konfliktów Polska nie przestała być strategicznie ważnym partnerem Ukrainy.
Kraje te pozostają sąsiadami, Polska ma kluczowe znaczenie dla ukraińskiej logistyki i bezpieczeństwa wschodniego skrzydła NATO, a sama Ukraina pozostaje dla Warszawy państwem, które powstrzymuje Rosję setki kilometrów na wschód od polskiej granicy.
Właśnie dlatego nawet po największym skandalu dyplomatycznym obie strony zaczęły szukać drogi powrotu do normalnych stosunków roboczych. Zełenski obiecał rozszerzyć dostęp do archiwów i kontynuować prace nad kwestiami historycznymi, a Tusk otwarcie wzywa, by nie przekształcać konfliktu wokół przeszłości w strategiczny rozłam.
Jednak powrót do atmosfery panującej w 2022 roku jest prawdopodobnie już niemożliwy. Wówczas stosunki były determinowane przez jedno nadzwyczajne wydarzenie – rosyjską inwazję. Polska postrzegała Ukrainę przede wszystkim jako ofiarę agresji i państwo, które należy ocalić.
W ciągu czterech lat do tego obrazu powróciły wszystkie pozostałe czynniki: konkurencja rolników, migracja, świadczenia socjalne, wybory, spory wokół przystąpienia Ukrainy do UE, Wołyń, UPA oraz wzajemne obelgi polityków.
Dlatego też przełom nie nastąpił z dnia na dzień.
Pierwsze poważne pęknięcie nastąpiło wiosną i jesienią 2023 roku w związku z zbożem. Blokada granicy w 2024 roku przeniosła konflikt z gabinetów na poziom społeczeństwa. Natomiast spór dotyczący pamięci historycznej w 2026 roku pokazał, że nawet wojna z Rosją nie jest już w stanie automatycznie przesłonić wszystkich innych sprzeczności.
Skalę zmian najlepiej ilustrują dwie liczby. W marcu 2022 roku 94% Polaków popierało przyjmowanie ukraińskich uchodźców. W lipcu 2026 roku odsetek ten spadł do 42%, podczas gdy 52% już się temu sprzeciwiało.
Nie oznacza to końca partnerstwa polsko-ukraińskiego. Raczej jest to koniec jego najbardziej romantycznego okresu.
Kolejny etap stosunków będzie znacznie bardziej pragmatyczny: Polska będzie coraz częściej wymagać od Ukrainy uwzględniania jej interesów gospodarczych i historycznych, a Kijów – od Warszawy, by nie przekształcała wewnętrznej rywalizacji politycznej w antyukraińską.
A najważniejsze pytanie nie polega teraz na tym, czy Ukraińcy i Polacy będą w stanie ponownie poczuć tę samą jedność, co wiosną 2022 roku. Lecz w tym, czy oba państwa nauczą się spierać o zboże, uchodźców i Wołyń w taki sposób, by spory te nie przesłaniały znacznie ważniejszego interesu strategicznego – niepozwolenia Rosji na ponowne decydowanie o przyszłości Europy Wschodniej.
Czytaj nas na Telegram i Sends