Kiedy media poinformowały niedawno o nieplanowanej i nieogłoszonej wizycie dyrektora CIA Johna Retcliffa w Moskwie, pierwszą reakcją wielu analityków było zdziwienie. W końcu jeszcze kilka miesięcy temu to właśnie Retcliffe’a nazywano jednym z głównych architektów twardej linii Waszyngtonu wobec Rosji. Jednak im więcej czasu mija, tym bardziej oczywisty staje się powód tej podróży. Najprawdopodobniej szef amerykańskiego wywiadu przybył nie po to, by negocjować los Ukrainy czy Iranu, ale by ostrzec. Jego misją jest przekazanie kierownictwu Kremla prostej myśli: w Waszyngtonie najwyraźniej dostrzeżono oznaki przygotowań Rosji do „sprawdzenia wytrzymałości NATO”. Najbardziej prawdopodobnym poligonem dla tego geopolitycznego testu mogą stać się kraje bałtyckie.
Według danych amerykańskiego wywiadu Rosja rozważa scenariusze, które z jednej strony trudno nazwać wojną na pełną skalę, ale z drugiej – mogą one z łatwością przerodzić się w konflikt zbrojny między Moskwą a Sojuszem. Mogą to być zarówno cyberataki paraliżujące infrastrukturę krytyczną państw bałtyckich, jak i tajne operacje dywersyjne pod obcą flagą, a nawet ograniczona inwazja lądowa mająca na celu szybkie zajęcie jakiegoś skrawka terytorium. Brzmi to niemal absurdalnie w świetle wszystkich klasycznych wyobrażeń o racjonalności. Jednak właśnie ten absurd przez ostatnie lata stanowi normę w polityce zagranicznej Władimira Putina. I właśnie ten absurd, jak się wydaje, próbował powstrzymać John Ratcliffe.
Czy Rosja może zaatakować kraje bałtyckie i w jaki sposób mógłby przebiegać ten hipotetyczny konflikt? Serwis UA.News przyjrzał się tej kwestii.
Logika eskalacji: czy Kreml nie dostrzega absurdu w wojnie z NATO?
W zwykłym, racjonalnym systemie odniesienia wojna z NATO jest dla Rosji samobójstwem. Siła militarna Sojuszu łącznie przewyższa rosyjską o rząd wielkości, a arsenał jądrowy obu stron gwarantuje wzajemne zniszczenie. Jednak Moskwa już od dawna działa w innym systemie odniesienia – w logice kontrolowanej eskalacji, gdzie każde ryzyko jest uzasadnione, jeśli pozwala osiągnąć cel polityczny. Kreml wielokrotnie udowodnił, że jest w stanie przekraczać „czerwone linie”, które Zachód uważał za niepodważalne: aneksja Krymu, inwazja na Ukrainę, porwania, zabójstwa i sabotaż na terytorium krajów NATO, użycie broni chemicznej za granicą (sprawa Skripalów w 2018 roku), masowe wkroczenie dronów do przestrzeni powietrznej Sojuszu itp. Za każdym razem świat jakby mówił: „to już za dużo”, ale za każdym razem Rosja posuwała się o krok dalej.
W tym kontekście atak na kraje bałtyckie nie wydaje się szaleństwem, lecz całkowicie przewidywalną strategią. Moskwa obserwuje, jak Zachód stopniowo wyczerpuje się wojną na Ukrainie, jak Trump w USA podważa wiarygodność amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa, jak europejskie armie borykają się z niedoborem amunicji i personelu. Dla Kremla jest to sygnał, że teraz jest chyba najlepszy moment na „przetestowanie” piątego artykułu Traktatu Waszyngtońskiego. Nie będzie lepszego momentu na arenie międzynarodowej. Jeśli NATO nie będzie w stanie odpowiednio zareagować na ograniczoną agresję wobec jednego ze swoich państw, sojusz faktycznie przestanie istnieć jako skuteczny blok wojskowy – po prostu nie będzie miał sensu. Właśnie to jest strategicznym celem Putina, który nieustannie ma obsesję na punkcie „wrogiego NATO”.
Właśnie dlatego szef CIA Retcliffe być może próbował wyjaśnić Rosjanom, że Waszyngton dostrzega tę grę i jest gotowy do reakcji. Problem polega jednak na tym, że Kreml nie po raz pierwszy słyszy tego typu ostrzeżenia, po których nie następują żadne działania. W 2021 roku poprzednik Retcliffe’a, William Burns, również przybył do Moskwy z żądaniem, by nie atakować Ukrainy. Został przyjęty uprzejmie, ale niestety w ogóle go nie wysłuchano. Jak wiadomo, kilka miesięcy później Rosja rozpoczęła inwazję na pełną skalę. Dlatego dziś najważniejsze jest, aby za słowami poszły czyny.

Narva, korytarz suwalski i inne scenariusze: gdzie może wybuchnąć konflikt
Mówiąc o prawdopodobnych kierunkach potencjalnego rosyjskiego ataku na NATO, na myśl przychodzą przede wszystkim dwa punkty geograficzne: miasto Narwa na granicy Estonii i Rosji oraz korytarz suwalski – pas terytorium między Polską a Litwą, łączący Rosję i Białoruś z obwodem kaliningradzkim.
Narwa przyciąga Kreml tym, że ma ogromny odsetek ludności rosyjskiej, co stwarza dogodne warunki dla scenariusza „obrony rodaków”. 87% mieszkańców Narwy to etniczni Rosjanie, co sprawia, że jest to dosłownie „kawałek” Rosji w Estonii, tuż przy granicy z Federacją Rosyjską. Szybkie zajęcie miasta, położonego zaledwie kilka kilometrów od rosyjskiej granicy, może zostać przeprowadzone przez siły specjalne przy wsparciu artylerii, a nawet lotnictwa, bez konieczności przeprowadzenia pełnej inwazji. Następnie nastąpiłoby ogłoszenie jakiejś „republiki ludowej” lub bezpośrednia aneksja, a także żądanie wobec NATO, by nie interweniowało.
Korytarz suwalski jest z wojskowego punktu widzenia znacznie bardziej wrażliwym miejscem. Jest to wąski pas o szerokości około 100 kilometrów, którego zajęcie pozwoliłoby Rosji połączyć Białoruś z Kaliningradem i faktycznie odciąć kraje bałtyckie od reszty Sojuszu drogą lądową. Taka operacja wymaga znacznie większych zasobów niż atak na Narwę, ale ma również znacznie większe znaczenie militarne. Rosja mogłaby spróbować przeciąć lądowe linie komunikacyjne NATO i postawić Litwę, Łotwę oraz Estonię przed faktem blokady. I choć taki scenariusz wydaje się wręcz awanturniczy, warto pamiętać, że właśnie taką taktykę Rosja próbuje ostatnio realizować na Ukrainie.
Największe niebezpieczeństwo polega jednak na tym, że Kreml może nie ograniczyć się do oczywistych celów. Rosyjskie dowództwo zdaje sobie sprawę, że Zachód spodziewa się ataku właśnie na Narwę lub korytarz suwalski: jest to zbyt przewidywalne. Dlatego całkiem możliwe jest zastosowanie asymetrycznego posunięcia: nagły cyberatak na infrastrukturę energetyczną wszystkich krajów bałtyckich, równocześnie z prowokacjami na morzu lub w powietrzu. Historia wojny na Ukrainie pokazała, że Rosja potrafi łączyć jednocześnie wszystkie rodzaje agresji: dywersje, ataki rakietowe, kampanie informacyjne i szantaż polityczny. Właśnie taki hybrydowy atak najtrudniej jest odeprzeć, ponieważ nie mieści się on w klasycznej definicji wojny, a zatem może nie uruchomić mechanizmu piątego artykułu w trybie automatycznym.

Dyplomacja ostatniej szansy: co oznacza wizyta Retcliffe’a
Przyjazd Johna Retcliffe’a do Moskwy w tym kontekście stał się nie tylko próbą ostrzeżenia Kremla, ale także demonstracją tego, że Waszyngton nie polega już na zwykłych kanałach dyplomatycznych. Kiedy do rozmów z Rosją wysyła się dyrektora CIA, oznacza to, że poziom zagrożenia uznaje się za wyjątkowo wysoki. Biały Dom najwyraźniej dysponuje konkretnymi danymi wywiadowczymi, które wskazują na plany ataku na NATO. Dane te są na tyle przekonujące, że skłoniły jednego z głównych „jastrzębi” administracji Trumpa do wsiadania do samolotu i udania się do Moskwy.
Jednocześnie sam fakt tej wizyty stanowi niepokojący sygnał dla Ukrainy. Jeśli Stany Zjednoczone są tak zaniepokojone ryzykiem wojny z Rosją w regionie bałtyckim, że są gotowe nawiązać bezpośrednie kontakty z Kremlem, to kwestia wsparcia dla Ukrainy (która i tak nie jest obecnie priorytetem) może zejść na dalszy plan. Nie można zatem wykluczyć, że Retcliffe prowadził negocjacje w sprawie globalnego porozumienia, którego warunkiem mogłoby być ograniczenie lub wstrzymanie amerykańskiej pomocy dla Kijowa. Taki scenariusz byłby katastrofą dla Ukrainy, ale dla administracji Trumpa może wydawać się pragmatycznym wyjściem z sytuacji.
Nie należy też zapominać o czynniku irańskim. Rosja aktywnie wspiera Iran w konfrontacji z Izraelem i Stanami Zjednoczonymi, a Waszyngton od dawna poszukuje sposobów na zerwanie tej „osi zła”. Retcliffe mógł zaproponować Kremlowi pewne ustępstwa w zamian za ograniczenie współpracy wojskowej z Teheranem. Jeśli dojdzie do zawarcia takiego porozumienia, Rosja może zyskać strategicznie, zachowując wpływy na Bliskim Wschodzie i odczuwając złagodzenie presji sankcyjnej. Dla Ukrainy oznaczałoby to dalszą izolację, ponieważ bez irańskiej broni Rosja i tak zachowuje potężny potencjał wojskowy, a Ukraina bez amerykańskiej pomocy – nie.

Podsumowując, historia ma zwyczaj się powtarzać: zarówno jako tragedia, jak i jako farsa. Jesienią 2021 roku William Burns przybył do Moskwy z ostrzeżeniem o niedopuszczalności inwazji na Ukrainę. Kilka miesięcy później Rosja rozpoczęła największą wojnę w Europie od czasów II wojny światowej. Teraz, pięć lat później, John Ratcliffe powtórzył tę wizytę, być może z ostrzeżeniem o niedopuszczalności ataku na kraje bałtyckie.
Czy to oznacza, że znów stoimy u progu wojny? Niekoniecznie. Jednak fakt, że szef CIA w trybie pilnym leci do Moskwy, świadczy o jednym: amerykański wywiad uznaje dane zagrożenie za realne. A jeśli Kreml ponownie zignoruje ostrzeżenia, tak jak to miało miejsce w przypadku Bernsa, świat może obudzić się w nowej rzeczywistości, w której kraje NATO staną się już bezpośrednimi uczestnikami wojny.
Logika eskalacji, którą kieruje się Kreml, nie przewiduje zatrzymania się na osiągniętym etapie. Każdy nowy etap to tylko kolejny krok do kolejnego „zwycięstwa nad Zachodem”. A jeśli rosyjskie kierownictwo uzna, że NATO nie odważy się zastosować piątego artykułu po śmierci kilkuset żołnierzy w jakimś bałtyckim miasteczku, bez wahania wyda rozkaz ataku. Pytanie brzmi jedynie, czy Zachód będzie miał wystarczającą determinację, by udowodnić, że jego gwarancje bezpieczeństwa to nie tylko puste słowa.
Całkiem możliwe, że Retcliffe próbował to przekazać Kremlowi. Najbliższy czas pokaże, czy tym razem go wysłuchano.
Czytaj nas na Telegram i Sends