Poranek 18 czerwca dla mieszkańców Moskwy (a zwłaszcza dzielnicy Kapotnia) rozpoczął się nie od zwyczajowego zgiełku wielkiego miasta, lecz od odgłosów wybuchów i czarnego dymu, który zasnuł niebo nad moskiewską rafinerią ropy naftowej. Był to już drugi atak w ciągu ostatnich dni – poprzedni miał miejsce 16 czerwca – i trzeci od maja 2026 roku.
W rzeczywistości stolica Rosji na własnej skórze doświadczyła tego, co Kijów i wiele innych ukraińskich miast przeżywa systematycznie już od wielu lat. Ukraina konsekwentnie i metodycznie realizuje strategię, którą można warunkowo nazwać „demontażem zaplecza energetycznego”. W tej wojnie na wyczerpanie Kijów postawił na zniszczenie „układu krwionośnego” rosyjskiej gospodarki — sektora naftowego. Ataki na rafinerie, a konkretnie na rafinerię moskiewską, nie są pojedynczymi akcjami, lecz elementami jednego łańcucha działań mających na celu zadać bolesny cios rosyjskiemu budżetowi, z którego finansowana jest wojna.
W jaki sposób Ukraina niszczy rosyjski przemysł naftowy i jak na naloty reagują sami mieszkańcy Moskwy? Serwis UA.News przyjrzał się tej kwestii.
Strategia uderzeń w serce budżetu RF
Aby zrozumieć ten plan, trzeba zdać sobie sprawę, że współczesna Rosja to jednak nie tylko niewielki „kraj-stacja benzynowa” czy „Górna Wolta z rakietami”. To państwo, w którym cała łączna renta naftowo-gazowa stanowi lwią część dochodów, z których finansowana jest armia. Ukraina doskonale zdaje sobie z tego sprawę, dlatego już dawno odeszła od koncepcji uderzeń wyłącznie w obiekty wojskowe na linii frontu. Logika jest prosta i bezlitosna: jeśli nie ma fizycznej możliwości zniszczenia całej wrogiej armii, należy pozbawić ją paliwa, a budżet — środków na wynagrodzenia dla żołnierzy i zakup nowego uzbrojenia.
Kampania mająca na celu zniszczenie przemysłu naftowego już dawno nabrała charakteru systematycznego. W ciągu 2026 roku przeprowadzono dziesiątki (!) udanych ataków na rafinerie, bazy paliwowe, terminale, porty przeładunkowe itp. Ukraińskie drony stały się prawdziwym koszmarem dla rosyjskiej obrony przeciwlotniczej, ponieważ ta ostatnia nie jest fizycznie w stanie zapewnić osłony tysięcy kilometrów krytycznie ważnych rurociągów, parków zbiornikowych i kolumn rektyfikacyjnych. Cechą charakterystyczną tych ataków jest to, że są one wymierzone nie tylko w magazyny paliwa, ale także w skomplikowane technologicznie węzły, których unieruchomienie paraliżuje produkcję na tygodnie i miesiące.
Moskiewska rafineria w Kapotnie stanowi ilustrację tej strategii. To nie tylko duży zakład, ale kluczowy dostawca paliwa dla całej stolicy Rosji. Zapewnia on ponad 50% oleju napędowego dla Moskwy i jej lotnisk, a także dostarcza znaczną część benzyny na rynek regionu. Zatrzymanie działalności tego zakładu w wyniku serii trafień i poważnych pożarów niemal natychmiast powoduje kolaps logistyczny w centralnym regionie Rosji, zmuszając rząd do przekierowywania zasobów z innych, często odległych rafinerii. Problem Moskwy polega jednak na tym, że „inne” rafinerie również znajdują się na celowniku dronów Sił Zbrojnych Ukrainy.

Reakcja łańcuchowa: od Tuapsy do Moskwy i spadek wydobycia
Aby ocenić długoterminowe konsekwencje, warto cofnąć się do niedawnej przeszłości: do kwietnia 2026 roku i ataków na rafinerię w Tuapse. Zakład ten, o rocznej wydajności 12 milionów (!) ton, był jednym z najważniejszych ośrodków nie tylko przetwórstwa, ale i eksportu morskiego. To, co się tam wydarzyło, wykroczyło daleko poza ramy lokalnej sytuacji nadzwyczajnej.
Pożar, który trwał prawie tydzień, praktycznie zamienił infrastrukturę w kompletne ruiny. Uszkodzeniu uległy nie tylko pojedyncze zbiorniki, ale prawdopodobnie cały wewnętrzny system rurociągów, stacji pomp i konstrukcji nabrzeżnych. Nie jest to taka katastrofa, którą można „zasypać piaskiem i pieniędzmi” i wznowić działalność w ciągu dwóch-trzech tygodni.
Odbudowa takiego obiektu to kwestia miesięcy, a jeśli chodzi o wymianę importowanego sprzętu – nawet lat. Właśnie w tym momencie rosyjskie państwo wpadło w pułapkę, którą samo sobie zastawiło. Większość współczesnych zakładów rafineryjnych w Rosji została zbudowana lub zmodernizowana przy udziale zachodnich technologii. Obecnie jednak, w warunkach sankcji, próby zakupu zamienników zamieniają się w szpiegowski kryminał z niejasnymi schematami, podwójnymi cłami i gorszą kompatybilnością. Szybka naprawa skomplikowanej kolumny destylacyjnej lub pompy z pominięciem sankcji jest prawie niemożliwa.
Porty nie radzą sobie z wielkością przepływów. Po serii ataków na terminale przeładunkowe ropy, według różnych szacunków, około 40% rosyjskich mocy przeznaczonych do eksportu morskiego zostało wyłączonych z eksploatacji. Skutkiem tego był bezprecedensowy spadek morskiego eksportu ropy naftowej wiosną 2026 roku. Wolumeny spadły do najniższych poziomów, jakich nie odnotowano od 2024 roku.
Dla gospodarki wroga oznacza to bezpośredni spadek wpływów walutowych właśnie w momencie, gdy wojna wymaga ogromnego wzrostu wydatków. Środki, które mogłyby zostać przeznaczone na rakiety lub amunicję, spalają się wraz z ropą w Kapotni i Tuapse. Powstaje efekt kaskadowy: nie ma możliwości eksportu — magazyny są przepełnione — firmy wydobywcze zmuszone są do zamykania odwiertów — spada wydobycie — budżet traci dochody z podatku od wydobycia surowców mineralnych. Jak to się mówi, kropla drąży skałę.
Na szczególną uwagę zasługuje sytuacja na wewnętrznym rynku paliwowym Rosji. Kreml, emanując na ekranach telewizyjnych energią i optymizmem, w terenie zderza się z surową rzeczywistością: niedobór benzyny stał się codziennością dla dziesiątek regionów. Jest to szczególnie widoczne na terytoriach okupowanych oraz na Krymie, gdzie łańcuch logistyczny jest jeszcze dłuższy, a priorytet dostaw niższy. Kiedy płonie rafineria w Kapotni, powstaje nie tylko zasłona dymna, ale także ogromna luka w bilansie paliwowym dla stolicy. Władze zmuszone są do wprowadzania ręcznego zarządzania, przekierowując cysterny z, powiedzmy, Syberii, co powoduje wzrost cen i wyczerpuje zapasy paliwa w innych regionach. Prowadzi to do napięć społecznych, wzrostu cen towarów konsumpcyjnych oraz podwyższenia kosztów logistyki.
Warto jednak jeszcze raz podkreślić: nie jest to załamanie, w wyniku którego rosyjskie państwo rozpadnie się jutro – niestety. Przypomina to raczej powolne krwawienie z rany.

Co o atakach sądzą mieszkańcy Moskwy
Wszyscy żyjemy w epoce wojny informacyjnej, która miejscami jest nawet potężniejsza i bardziej totalna niż wojna na froncie. Poznanie prawdziwej opinii mieszkańców stolicy wroga – a jest to około 15 milionów ludzi – jest niezwykle trudne: w Rosji w czasie wojny nie ma rzetelnych badań socjologicznych. Niemniej jednak serwis UA.News przeprowadził własne, niewielkie dochodzenie, uważnie analizując dosłownie tysiące komentarzy w moskiewskich grupach Telegramu. Jako przykład wzięliśmy kanał „Moskwa Live” – jedno z największych mediów rosyjskiej stolicy, liczące 1,8 miliona subskrybentów.
Warto jeszcze raz podkreślić: reprezentatywność takiej „próby” w erze farm botów i sztucznej inteligencji budzi ogromne wątpliwości i z pewnością nie może pretendować do wiarygodności. Większość ludzi w ogóle nie pisze komentarzy w takich czasach. Znaczna część kont, które mimo wszystko komentują, wygląda na fałszywe lub botowe. Od razu rzucają się w oczy również komentarze użytkowników z Ukrainy. Niemniej jednak serwis UA.News sprawdził dziesiątki stron – są to profile zawierające mnóstwo zdjęć, relacji, linków do mediów społecznościowych itp. – co z dużym prawdopodobieństwem może świadczyć o istnieniu prawdziwych osób.
Według naszych szacunków około 80–90% komentarzy dotyczących sytuacji ma zdecydowanie negatywny wydźwięk wobec rosyjskich władz. Ludzie zadają pytania w stylu „kiedy to wszystko się skończy”, ironicznie komentują, że „operacja specjalna przebiega zgodnie z planem”, że „to wszystko to IPSO i sztuczna inteligencja, nie ma żadnych nalotów”, krytykują „dziadka” (Putina – red.) za „dżuzhu” (słynny cytat Putina o wojnie – red.) i życzą mu, by „szybciej zdechł”, żartują o konieczności zdobycia Małej Tokmachki, o tym, że „drony są zestrzeliwane przez rafinerie” itp. Podobnych komentarzy są dosłownie setki.





Również około 10–20% komentarzy ma charakter provojenne i antyukraiński. Użytkownicy wzywają Kreml do „prowadzenia prawdziwej wojny”, zajęcia Ukrainy, „zniszczenia Kijowa”, „zbombardowania wszystkich Chochłów”, uderzenia na europejskie stolice itp. Warto jednak zauważyć, że takie posty zbierają dosłownie setki negatywnych reakcji w postaci dyslików, emotikonów „klauna” lub „śmiechu”.





Podobna sytuacja ma miejsce jeszcze w kilku moskiewskich grupach informacyjnych o łącznej liczbie odbiorców przekraczającej 4 miliony użytkowników. Zdecydowana większość komentarzy to krytyka władz oraz ironia pod adresem Putina i wojny. Część z tych komentarzy pochodzi w stu procentach od Ukraińców, jednak komentarze zamieszczają również mieszkańcy Moskwy, na których kontach można znaleźć posty sprzed kilku lat — na przykład relacje z dzielnicy Moskwa-City, które pochodzą jeszcze z 2021 lub 2022 roku. Oznacza to, że najprawdopodobniej są to prawdziwe profile prawdziwych osób.
W teorii wszystko to może świadczyć o tym, że mieszkańcy rosyjskiej stolicy doskonale rozumieją, z jakich powodów i za sprawą kogo dzieje się to, co się dzieje. I ogólnie rzecz biorąc, nie jest to zaskakujące: Moskwa to dość liberalnie (jak na rosyjskie standardy) nastawiona metropolia i tak było zawsze. Poparcie dla Putina i „Jednej Rosji” w Moskwie zawsze było znacznie niższe niż w regionach. To właśnie mieszkańcy Moskwy jako pierwsi wyszli na ulice podczas największych demonstracji protestacyjnych już w 2011 roku. Kiedyś moskiewczycy omal nie wybrali nieżyjącego już Nawalnego na burmistrza. Ogólnie rzecz biorąc, mieszkańcy takiej metropolii to głównie ludzie o średnim i wysokim poziomie zamożności, którzy chcą oglądać filmy na YouTube, pić rafę lawendową w kawiarniach i wyjeżdżać na weekend do Europy. Większości z nich wojna Putina, ruiny Donbasu, ograniczenia w dostępie do internetu i inne przejawy „podnoszenia się z kolan” są zupełnie nieinteresujące i niepotrzebne.
Zresztą, nawet jeśli wszystko, co napisano powyżej, jest prawdą, to i tak zasadniczo nic to nie zmienia. Ani mieszkańcy Moskwy, ani tym bardziej inni Rosjanie nie mają żadnych legalnych sposobów, by wpłynąć na władzę, zmienić ją i zakończyć wojnę. Nie należy też oczekiwać w Moskwie protestów na skalę ukraińskiego Majdanu z 2014 roku – przynajmniej na chwilę obecną nic nie wskazuje na to, by były one prawdopodobne. Dlatego nawet jeśli całe to oburzenie wyrażane w komentarzach jest szczere, cała ta negatywna energia i tak pozostanie tylko w komentarzach, nie mając żadnego wpływu na rzeczywistą sytuację.

Podsumowując, ukraińska strategia zniszczenia rosyjskiego sektora naftowego jest prawdopodobnie jednym z najskuteczniejszych posunięć asymetrycznych w tej wojnie. Zdając sobie sprawę z niemożliwości szybkiego zwycięstwa militarnego nad gigantycznym mocarstwem nuklearnym, Kijów metodycznie pozbawia je podstaw ekonomicznych. Ataki na rafinerie w Moskwie stanowią elementy spójnej kampanii, która doprowadziła już do spadku eksportu do poziomu z 2024 roku, unieruchomienia 40% mocy portowych oraz poważnego niedoboru paliwa w całych regionach. Zakład w Kapotnie, który jeszcze wczoraj zaopatrywał lotniska stolicy w paliwo, dziś zamienia się w stertę spalonego metalu, a podobne sytuacje mają miejsce w całej Federacji Rosyjskiej.
Rosja ma wszelkie szanse i możliwości, by to powstrzymać: wystarczy po prostu zaprzestać działań wojennych i rozpocząć prawdziwe negocjacje pokojowe. Wtedy dosłownie setki milionów ludzi wreszcie odetchną z ulgą i będą mogły prowadzić stosunkowo spokojne życie, bez codziennych nalotów, zniszczeń, ofiar śmiertelnych i szaleństwa wojny. Jednak na razie oficjalna retoryka Kremla po raz kolejny wzywa do „prawdziwej walki” aż do „całkowitego zniszczenia terrorystycznego reżimu w Kijowie”. A zatem, jak napisał wybitny rosyjski poeta Aleksander Blok — niestety, „spokój nam się tylko śni”.
Czytaj nas na Telegram i Sends