W politycznym teatrze współczesnej Rosji, gdzie scenariusz jest z góry napisany w przestronnych gabinetach administracji prezydenta, pojawienie się jakiejkolwiek siły z napisem „pokój” na sztandarze jest postrzegane albo jako niespotykana sensacja, albo jako kolejna zawiła inscenizacja. Kiedy pod koniec roku Centralna Komisja Wyborcza Federacji Rosyjskiej zarejestrowała listę partii „Jabloko” do udziału w wyborach parlamentarnych w 2026 roku, wielu było tym nie lada zaskoczonych. To przecież siła polityczna, która otwarcie i jednoznacznie opowiadała się za natychmiastowym zawieszeniem ognia na Ukrainie, za negocjacjami z Kijowem, a także „za wolnością”, przeciwko bezsensownym zakazom Kremla oraz „przeciwko represjom politycznym”.
Przez chwilę wydawało się, że w środku autorytarnej rosyjskiej machiny nagle otworzył się jakiś zawór, pozwalający na uwolnienie pacyfistycznej pary. Jednak ten „zawór” zamknął się równie gwałtownie, jak się otworzył. Najpierw z procesu wyborczego wykluczono wszystkich znanych przedstawicieli partii, pozostawiając na listach samych „nieznanych”, a następnie sąd całkowicie wykluczył „Jabloko” z wyborów – w atmosferze skandalu, naruszeń i poczucia całkowitego absurdu, charakterystycznego zresztą dla rosyjskiej arbitralności prawnej.
Dla Ukrainy ten krótki epizod ma zasadnicze znaczenie. Chodzi bowiem nie tylko o wewnętrzne rosyjskie spory, ale o istnienie w RF choćby jakiejś legalnej siły antywojennej.
Czy rzeczywiście w kraju-agresorze istnieje podmiot polityczny gotowy nazwać wojnę wojną i, co znacznie ważniejsze, otwarcie wzywać do jej natychmiastowego zakończenia, zawieszenia broni i podjęcia negocjacji? Dlaczego partię „Jabloko” najpierw dopuszczono do gry, a potem wyrzucono z niej pod wymyślonym pretekstem? Czym w ogóle jest ta partia – „Jabloko” – i czy nie jest to kolejna przebiegła „wielokrokowa zagrywka” Kremla? Analityk polityczny UA.News Mykyta Trachuk zgłębił tę kwestię.
Czy partia „Jabloko” to projekt Kremla?
Aby zrozumieć naturę tej siły politycznej, warto cofnąć się w najnowszej historii Rosji o prawie cztery dekady, do lat 1990–1993. Partia „Jabloko” nie jest nowym tworem epoki putinizmu ani sztuczną konstrukcją stworzoną przez politycznych technologów Kremla na potrzeby konkretnych wyborów. Została założona już w 1993 roku jako zrzeszenie radykalnych demokratów, liberałów-idealistów i intelektualistów, którzy szczerze wierzyli w możliwość zbudowania w Rosji państwa prawa na wzór europejski. W czasach, gdy przyszły rosyjski dyktator pełnił jeszcze funkcję zastępcy ówczesnego burmistrza Sankt Petersburga Anatolija Sobczaka, założyciel i lider „Jabloka” Grigorij Jawlinski (obecnie nieco wycofał się z aktywności, pełniąc raczej rolę honorowego ideologa tej siły politycznej) już wtedy proponował rządowi szeroko zakrojone programy rynkowych reform gospodarczych, wygłaszał wykłady na uniwersytetach i uczestniczył w polityce na najwyższym szczeblu. To ważne przypomnienie, że kluczową postacią partii jest polityk, który ukształtował się na długo przed nadejściem epoki Putina.
Postać Jawlinskiego jest w ogóle kluczem do zrozumienia, dlaczego „Jabloko” niezwykle trudno zaliczyć do „opozycji kieszonkowej” czy projektów Kremla. Jest to człowiek, którego zawsze krytykowano, ze wszystkich stron i bezlitośnie. W środowisku liberalnym zarzucano mu skłonność do nadmiernego akademizmu, polityczny egocentryzm, niechęć do łączenia się w szerokie koalicje, zbyt ostrożną krytykę władzy w poszczególnych okresach itp. Z kolei prorządowe, prokremlowskie kręgi zawsze uważały Jawlinskiego za „liberalistę kupionego przez Zachód” i „zagranicznego agenta”.
Przeciwko aktywnym uczestnikom, członkom i działaczom partii „Jabloko” regularnie wszczynane są postępowania karne, są oni prześladowani, zastraszani, a czasami nawet skazywani na rzeczywiste kary pozbawienia wolności. W różnych regionach Federacji Rosyjskiej lokalni działacze i deputowani z partii „Jabloko” spotykali się z jawnymi represjami: od oskarżeń o ekstremizm za udostępnianie zdjęć Nawalnego po ściganie karne za wypowiedzi antywojenne.
Na koniec warto wspomnieć o ciekawym fakcie biograficznym: Grigorij Jawlinski urodził się i do 17. roku życia mieszkał we Lwowie. Dosłownie dorastał w ukraińskim środowisku kulturowym. Jawliński doskonale rozumie język ukraiński,
?t=53">posługuje się nim całkowicie swobodnie, a to doświadczenie bezpośredniej znajomości Ukrainy – nie poprzez propagandowe stereotypy, lecz poprzez osobistą biografię – sprawia, że reprezentuje on zasadniczo inne spojrzenie niż przeważająca większość rosyjskiej elity.Wszystko to razem pozwala stwierdzić: teoria, że „Jabloko” jest projektem Kremla, wydaje się bardzo mało prawdopodobna. A to sprawia, że historia ich wykluczenia z wyborów jest jeszcze bardziej wymowna i pouczająca.
Nie jest przyjacielem Ukrainy
Należy jednak zrozumieć jedną kluczową rzecz: każda rosyjska siła polityczna, niezależnie od haseł, z jakimi występuje publicznie, pozostaje właśnie rosyjską siłą polityczną. Oznacza to, że działa ona w ramach rosyjskiej sceny politycznej, jest osadzona w rosyjskim systemie odniesień, gra zgodnie z zasadami ustanowionymi przez państwo rosyjskie i ostatecznie dąży do wywierania wpływu na Rosję w ramach wyznaczonych przez to państwo.
Oznacza to, że dla Ukrainy wszelcy rosyjscy przeciwnicy wojny – czy to pojedynczy aktywiści, czy całe organizacje na wzór „Jabloka” – są niczym więcej niż sytuacyjnymi towarzyszami podróży na ograniczonym odcinku historycznej trajektorii. Nie należy ich odrzucać ani demonizować, ponieważ przynajmniej mają odwagę mówić to, za co inni w Federacji Rosyjskiej otrzymują realne wyroki. Jednak uznawanie ich za przyjaciół lub sojuszników byłoby polityczną naiwnością. Ich walka to wewnętrzna sprawa Rosji, a ich cele wiążą się z kształtowaniem przyszłości Rosji, a nie z przywróceniem sprawiedliwości dla Ukrainy.

Partia „Jabloko”: prawdziwy pacyfizm czy fikcja?
Dlaczego więc antywojenne stanowisko „Jabluka”, pomimo całej możliwej szczerości jego członków, w rzeczywistości jest w istocie fikcją? Tutaj natrafiamy na naturę reżimu Putina.
„Jabloko” rzeczywiście może nie być bezpośrednim projektem Kremla. Najprawdopodobniej ani Jawlinski, ani jego współpracownicy nie otrzymują kopert z pieniędzmi od kuratorów z Administracji Prezydenta i nie piszą swoich oświadczeń pod dyktando. Mogą być całkowicie szczerzy w swoim pragnieniu zakończenia wojny. Problem polega jednak na tym, że wszystkie bez wyjątku rosyjskie wybory na szczeblu federalnym to starannie wyreżyserowana „specjalna operacja wyborcza”, wydarzenie specjalne, w którym każdy aktor ma ściśle określoną rolę, a wszelkie niepożądane incydenty są bezlitośnie eliminowane metodami administracyjnymi lub siłowymi. Owszem, system może dopuścić niewielką improwizację lub odstępstwo od scenariusza, ale tylko w granicach, które nie zagrażają ostatecznemu wynikowi.
I tu pojawia się kluczowe pytanie: jeśli partii „Jabloko” pozwolono startować w wyborach, jeśli „nagle” podczas losowania przypadło im zaszczytne drugie miejsce na karcie do głosowania – tuż za numerem pierwszym, który tradycyjnie zajmuje „Jedna Rosja” – to z całą pewnością nie był to przypadek. Było to częścią planu. A jeśli później zostali wykluczeni w atmosferze skandalu, to znaczy, że sytuacja uległa zmianie albo pierwotny plan został zrealizowany i zapotrzebowanie na ten instrument przestało istnieć.
„Jabloko” opowiada się za pokojem i jest całkiem prawdopodobne, że robi to szczerze. Jednak we współczesnej Rosji za samo słowo „pokój” ludzie otrzymują realne wyroki w koloniach o surowym reżimie. Za wezwania do zawieszenia ognia wyrzuca się z kraju, zmusza do emigracji, pozbawia obywatelstwa, ogłasza „zagranicznymi agentami”, nęka, a czasem nawet fizycznie likwiduje. Natomiast „Jabloko” – choć z ogromnymi zastrzeżeniami i ograniczeniami – może jednak tak mówić. Pozwolono im na to, usankcjonowano to. A zatem system miał wobec nich jakiś odrębny, szczególny plan. I ten plan, najwyraźniej, w żadnym wypadku nie przewidywał rzeczywistego wejścia pacyfistów do rosyjskiego parlamentu.
Po co najpierw dopuszczono „Jabloko” do wyborów, a potem wykluczono?
Dokładna i wyczerpująca odpowiedź na to pytanie pozostaje niejasna. Jednak na podstawie znanych faktów i wieloletniego doświadczenia w obserwacji rosyjskiej polityki można zrekonstruować najbardziej prawdopodobne scenariusze. A główny z nich polega na tym, że najprawdopodobniej ta „wielokrokowa zagrywka” miała na celu wyłonienie jak największej liczby rosyjskich pacyfistów, przeciwników wojny i zwolenników pokoju „na światło dzienne”.
W warunkach powszechnego strachu i represji znaczna część obywateli Federacji Rosyjskiej o nastawieniu antywojennym ukrywa się. Nie chodzą na wiece, nie podpisują listów otwartych, nie przekazują pieniędzy na różne fundusze itp. Po prostu milczą, a ta „milcząca większość” (czy mniejszość – teraz to już nie ma znaczenia) stanowi dla reżimu „szarą strefę”, którą stara się on oczyścić.
I właśnie w tym momencie na scenie pojawia się „Jabloko”. Partia, którą rzekomo całkowicie legalnie dopuszczono do udziału w wyborach parlamentarnych. Wszystko wygląda na legalne i poważne. Dla przeciętnego Rosjanina, zmęczonego wojną, ale przerażonego represjami, wygląda to jak szansa.
„O, spójrzcie, okazuje się, że to możliwe! Okazuje się, że istnieje partia opowiadająca się za pokojem i dopuszczono ją do wyborów. A więc mogę zgłosić się do nich jako wolontariusz. Mogę podpisać się pod poparciem ich kandydata. Mogę zostać obserwatorem w lokalu wyborczym. Mogę nawet przekazać trochę pieniędzy, bo to przecież oficjalnie zarejestrowana partia, nikt mnie za to nie ukarze” – tak prawdopodobnie rozumowała grupa docelowa tej operacji.
Oznacza to, że partię „Jabloko” najprawdopodobniej wykorzystano jako ogromną „pułapkę na myszy”. Aktywiści, blogerzy, sygnatariusze petycji, agitatorzy, wolontariusze, obserwatorzy, darczyńcy – wszyscy oni zaczęli się ujawniać, wychodzić z anonimowości, pozostawiać cyfrowe ślady, wpisywać się do baz danych itp. Reżim zyskał bezcenną okazję, by „wziąć na cel” wszystkich tych ludzi. A już po zakończeniu wyborów, gdy ta legenda przestanie być potrzebna, będzie można spokojnie, metodycznie, za pomocą aparatu karno-represyjnego przejrzeć tę listę, eliminując resztki tych, którzy w Rosji wciąż nie boją się wyrażać swoich antywojennych poglądów. W tej logice wykluczenie partii z wyborów jest całkowicie oczekiwanym akordem końcowym – operacja zbierania informacji została zakończona.

Warto zauważyć, że w środowisku rosyjskiej opozycji na wygnaniu krąży również inna, mniej ponura wersja. Nie jest ona sprzeczna z pierwszą, a raczej ją uzupełnia. Zgodnie z tą wersją, początkowo specjaliści od strategii politycznych z Administracji Prezydenta rzeczywiście wymyślili jakieś skomplikowane schematy wokół partii „Jabloko”. Jednak później zgłosili się do nich funkcjonariusze FSB i oświadczyli, że nie ma sensu bawić się w demokrację, więc antywojenną siłę polityczną należy pilnie wycofać z wyborów – co też uczyniono. W zasadzie to też brzmi jak prawda: kiedy w delikatną sprawę strategii politycznych wtrącają się siły bezpieczeństwa, których „wyrafinowanie” i elastyczność przypominają stuletni dąb, wszystkie konstrukcje zazwyczaj idą w łeb. To może wyjaśniać operatywność, niedbalstwo i absurdalność procesu sądowego przeciwko „Jabloku”.
Fakt, że partię tę ostatecznie i tak wykluczono z wyborów, po raz kolejny obnaża prawdziwą istotę rosyjskiego reżimu lepiej niż jakiekolwiek raporty analityczne. Wykluczenie partii „Jabloko” to publiczne przyznanie się Kremla, że w Rosji nie istnieje żadna legalna polityka, a wybory pozostają raczej czymś w rodzaju „referendum zaufania” i aktem zatwierdzenia polityki państwowej RF na kolejne pięć lat.
Jednocześnie ta sytuacja w paradoksalny sposób jest również korzystna dla Ukrainy. Po pierwsze, to wspaniale, że nawet w 2026 roku w Rosji pozostaje w pełni legalna partia, która otwarcie opowiada się za jak najszybszym pokojem, zawieszeniem ognia, zamrożeniem wojny i negocjacjami z Kijowem, a jej kluczowy przywódca i ideolog – pochodzi w ogóle ze Lwowa. Po drugie, pojawienie się tej partii wywołało niemałe ożywienie na tradycyjnie martwym polu politycznym RF, wywołało szeroki oddźwięk w mediach społecznościowych, co potwierdza: w znacznej części rosyjskiego społeczeństwa istnieje w pełni ukształtowane zapotrzebowanie na pokój i zakończenie tego trwającego już prawie pięć lat koszmaru z putinowską „akcją”. Po trzecie, wszystkim po raz kolejny stała się jasna absolutna sztuczność i dekoracyjność rosyjskich „specjalnych działań wyborczych” – nazwanie tej farsy wyborami jest jednak dość trudne.
Nie można
jednak również się łudzić. Decyzje w tej wojnie nie są podejmowane przez rosyjskich wyborców, nie przez działaczy antywojennych, nie przez działaczy partyjnych, a nawet nie przez rosyjskie elity. Decyzje podejmuje w gruncie rzeczy jedna osoba – Władimir Putin. W systemach autokratycznych tego typu, jakim jest współczesna Federacja Rosyjska, wojny nie kończą się tylko dlatego, że jakaś niewygodna partia zdobyła w wyborach, powiedzmy, 5, a nawet 15–20% głosów. Takie systemy w ogóle nigdy nie zmieniają się pod wpływem wyborów. Na tym właśnie polega istota autokracji: naśladuje ona procedury, by legitymizować władzę, ale nigdy nie przekaże tej władzy w wyniku wyrażenia woli wyborców.
Dlatego nie warto żywić nadziei, że w Rosji nagle dojrzeje potężny antywojenny ruch wyborczy, który dojdzie do władzy i wszystko zmieni – a oficjalny Kijów, jak się wydaje, pokłada w tym ogromne nadzieje. To się nie wydarzy po prostu dlatego, że tak się nie stanie. Przypadek „Jabloka” to raczej symptom choroby, a nie lekarstwo na nią. A losy tej partii warto obserwować z zimną głową i bez złudzeń, że podczas rosyjskich „wyborów” coś może się zmienić.
Czytaj nas na Telegram i Sends