W Ukrainie niemal niezauważona minęła ważna data: w sobotę, 8 sierpnia, obchodzono rocznicę – 18 lat od wybuchu wojny między Rosją a Gruzją. W krajowej przestrzeni informacyjnej prawie nie wspomniano o tym, co jest zaskakujące, ponieważ właśnie wojnę gruzińską z 2008 roku zwykle nazywamy „pierwszym sygnałem ostrzegawczym” i „próbą generalną” tego, co później stało się z Ukrainą.
Wojna toczyła się o region Osetii Południowej oraz, częściowo, o Abchazję. Są to separatystyczne formacje na terytorium Gruzji, które nie powstały – jak wielu błędnie sądzi – w sierpniu 2008 roku. Istniały one od początku lat 90. jako wynik wewnętrznych konfliktów między grupami etnicznymi w Gruzji po rozpadzie ZSRR. W 2008 roku Rosja po prostu ostatecznie „legitymizowała” te terytoria poprzez interwencję wojskową i własne uznanie polityczne.
W dzisiejszym ukraińskim rozumieniu wszystko interpretuje się dość jednoznacznie: Rosja, podobnie jak 24 lutego 2022 roku w przypadku Ukrainy, 18 lat temu podstępnie zaatakowała Gruzję, zajęła 20% jej terytorium i uznała te terytoria za „niezależne” państwa. Ta analogia jest wygodna, zrozumiała i na pierwszy rzut oka całkowicie logiczna. Problem polega jednak na tym, że jest ona tak uproszczona, że graniczy z historyczną niepoprawnością.
O ile w przypadku Ukrainy sytuacja jest rzeczywiście dość jednoznaczna – Rosja dopuściła się nieuzasadnionej agresji bez żadnego powodu – o tyle w przypadku Gruzji wszystko wyglądało, delikatnie mówiąc, nieco inaczej. Jak więc naprawdę było i jakie wnioski można z tego wyciągnąć dzisiaj? Dlaczego ta wojna szybko się zakończyła? Dlaczego obecnie stosunki między Tbilisi a Moskwą są całkiem normalne (choć nie bez chmur), podczas gdy wojna na Ukrainie trwa już piąty rok i nie ma żadnej nadziei na jej szybkie zakończenie? Analityk polityczny serwisu UA.News, Mykyta Trachuk, przyjrzał się tej kwestii.
Kronika katastrofy, czyli „kto zaczął pierwszy?”
Aby zrozumieć, co dokładnie wydarzyło się w sierpniu 2008 roku, trzeba w myślach cofnąć się w historii o co najmniej trzy dekady. Po rozpadzie ZSRR Gruzja, podobnie jak wiele innych byłych republik Związku, zmagała się z przejawami separatyzmu. Osetia Południowa i Abchazja – regiony o złożonej strukturze etnicznej i własnych ambicjach politycznych – już na początku lat 90. weszły w zbrojny konflikt z gruzińskimi władzami centralnymi. W wyniku tych konfliktów terytoria te uległy samowyróżnieniu: nie podlegały kontroli Tbilisi, posiadały własne „rządy”, siły zbrojne oraz wsparcie ze strony Rosji. Federacja Rosyjska, w szczególności, już od lat 90. wydawała lokalnej ludności rosyjskie paszporty.

Jednak pomimo tych faktów nie było w tych wydarzeniach żadnego globalnego „rosyjskiego śladu”. Rosja sama znajdowała się wówczas w ekonomicznych, społecznych i politycznych „ruinach” po rozpadzie ZSRR, sama borykała się z separatyzmem na Kaukazie i szerzącą się przestępczością na ulicach miast. W kraju miejscami dosłownie brakowało jedzenia, wynagrodzenia w zakładach produkcyjnych wypłacano w postaci mąki i kaszy, a zwykli Rosjanie stali w kolejkach po amerykańską pomoc humanitarną – słynne „nóżki Busha”. W takich warunkach Moskwa po prostu nie miała czasu na wspieranie separatyzmu w sąsiednich krajach.

Do połowy pierwszej dekady XXI wieku sytuacja pozostawała w stanie uśpienia. Jednak na początku 2008 roku napięcie zaczęło rosnąć. „Precedens kosowski” – uznanie przez Zachód niepodległości Kosowa w lutym 2008 roku – stał się dla Rosji pretekstem: skoro można odłączyć terytorium od Serbii, to dlaczego nie można uznać niepodległości Osetii Południowej i Abchazji? W związku z tym Moskwa zaczęła demonstracyjnie zwiększać obecność wojskową na granicach nieuznanych republik, a retoryka dotycząca „ochrony obywateli rosyjskich” stawała się coraz bardziej agresywna. Sytuacja była niezwykle napięta, a każda iskra mogła wywołać wybuch.
I ta iskra, oczywiście, pojawiła się. W nocy z 7 na 8 sierpnia 2008 roku, po kolejnych strzelaninach na granicach i wzajemnych oskarżeniach ówczesny prezydent Gruzji Micheil Saakaszwili wydał rozkaz rozpoczęcia masowanego ostrzału artyleryjskiego i szturmu na Cchinwali – „stolicę” Osetii Południowej. To właśnie armia gruzińska jako pierwsza rozpoczęła działania bojowe na pełną skalę przeciwko separatystycznemu enklawowi. I to, jeśli już, nie jest kolejna teza propagandowa Kremla, lecz wniosek specjalnej międzynarodowej komisji UE pod przewodnictwem szwajcarskiej dyplomatki Heidi Tagliavini.
Tak, szczerze mówiąc, Rosja tylko czekała na pretekst. Moskwa świadomie prowokowała Tbilisi, gromadziła wojska w pobliżu granic, rozdawała paszporty i przygotowywała przyczółek do potencjalnej inwazji. Kluczową kwestią jest jednak to, że to właśnie Saakaszwili dał casus belli dla tej inwazji, wydając rozkaz rozpoczęcia działań wojennych.
Moskwa nie zwlekała z odpowiedzią. Rosyjska inwazja, która rozpoczęła się 8 sierpnia, stanowiła bezpośrednie naruszenie prawa międzynarodowego. Wprowadzenie regularnych sił zbrojnych na uznane przez społeczność międzynarodową terytorium suwerennego państwa bez zgody Rady Bezpieczeństwa ONZ to agresja. Jednak ponieważ to nie Federacja Rosyjska rozpoczęła wojnę jako pierwsza, a jej działania formalnie wyglądały na odpowiedź na gruzińską ofensywę, sankcje i potępienie były bardzo, bardzo łagodne. Nie doszło wówczas do żadnych poważnych ograniczeń gospodarczych ani międzynarodowej izolacji. Zachód ograniczył się do powściągliwych oświadczeń i zamrożenia niektórych kontaktów, które dość szybko zostały wznowione w ciągu roku–półtora — i na tym wszystko się skończyło.

Pięć krwawych dni: dlaczego wojna zakończyła się, zanim zdążyła się rozpocząć
Aktywna faza wojny rosyjsko-gruzińskiej trwała zaledwie pięć (!) dni. Jest to jeden z najkrótszych międzypaństwowych konfliktów zbrojnych współczesności. Przyczyn tak błyskawicznego zakończenia jest kilka i wszystkie one są istotne dla zrozumienia, dlaczego scenariusz ukraiński potoczył się zupełnie inaczej.
W 2008 roku armia gruzińska była ewidentnie słaba. Co prawda Saakaszwili próbował zreformować siły zbrojne, angażował zachodnich instruktorów, zwiększał budżet obronny itp. Jednak skala sił była nieporównywalna. W ciągu zaledwie kilku dni wojska rosyjskie nie tylko wyparły Gruzinów z Cchinwali i przedmieść, ale także wkroczyły na terytorium Gruzji kontrolowane przez rząd, zajmując miasta Gori, Poti i Zugdidi, odcinając główne arterie transportowe i demonstracyjnie zatrzymując się zaledwie 35 km (!) od stolicy – Tbilisi.
Właśnie w tym czasie doszło do słynnego epizodu, który później stał się dość smutnym memem. Kiedy poinformowano Saakaszwiliego, że rosyjskie czołgi stoją kilkadziesiąt kilometrów od Tbilisi, prezydent Gruzji, rozmawiając przez telefon i prawdopodobnie znajdując się w stanie ogromnego napięcia nerwowego, zaczął gryźć własny krawat. Ten moment uchwycili operatorzy BBC, a po kilku godzinach nagranie obiegło świat. „Krawat Saakaszwiliego” stał się symbolem paniki, zagubienia i całkowitej porażki militarnej Gruzji.
Dalszy opór nie miał już żadnego sensu. Właśnie w tym momencie, przy pośrednictwie Francji, która wówczas sprawowała przewodnictwo w UE, rozpoczęły się pilne negocjacje. Prezydent Nicolas Sarkozy udał się do Moskwy i Tbilisi, a już 12 sierpnia strony uzgodniły plan zawieszenia ognia. Gruzja spełniła część rosyjskich żądań, wycofała wojska, de facto godząc się z nową rzeczywistością. Federacja Rosyjska z kolei oficjalnie uznała Abchazję i Osetię Południową za „niezależne państwa”.
Społeczność międzynarodowa, nawiasem mówiąc, była dość powściągliwa w ocenie tego konfliktu. Co prawda działania Rosji słusznie uznano za naruszenie prawa międzynarodowego. Co prawda potępiono okupację 20% terytorium Gruzji. Nie było jednak nawet zbliżonego potępienia, jak w przypadku Ukrainy w 2014 roku, a tym bardziej w 2022 roku. Strona gruzińska jako pierwsza rozpoczęła atak na Cchinwali – miasto, które Rosja uważała za strefę swoich żywotnych interesów, a którego 90% ludności stanowili obywatele rosyjscy. W związku z tym Moskwa odpowiedziała inwazją – nadmierną, nieproporcjonalną, bezprawną – ale mimo wszystko była to odpowiedź, a nie pierwszy cios. Właśnie to ostatecznie zapisano w raporcie specjalnej komisji UE i właśnie dlatego reakcja Zachodu okazała się dość słaba.
W rzeczywistości wojna zakończyła się, zanim zdążyła się naprawdę rozpocząć. Wszyscy szybko doszli do porozumienia, biorąc pod uwagę niejednoznaczność sytuacji. Istnieją trzy kluczowe przyczyny takiego zakończenia: Gruzja szybko złożyła broń, międzynarodowe poparcie dla Tbilisi było na skrajnie ograniczonym poziomie, a sama Rosja była wówczas zupełnie inna. Był to kraj znacznie mniej przygotowany do długotrwałej wojny, znacznie bardziej otwarty, z niezależnymi mediami, z politykami, którzy publicznie sprzeciwiali się wojnie, z protestami ulicznymi itp. Dzisiaj nie sposób wyobrazić sobie antywojennych demonstracji w Moskwie – a wtedy były one rzeczywistością.
Sytuacja na Ukrainie potoczyła się natomiast zupełnie inaczej. Tbilisi podpisało plan pokojowy w ciągu pięciu dni – a Ukraina nie złożyła broni nawet po pięciu latach. Wsparcie Zachodu okazało się nie tylko ogromne, ale wręcz bezprecedensowe: setki miliardów dolarów, nowoczesny sprzęt wojskowy, dane wywiadowcze, sankcje wobec Rosji itp. Poza tym Rosja lat 2022–2026 to wcale nie ta „łagodna” Rosja z 2008 roku. Dzisiaj jest to typowa autokracja personalistyczna: zmilitaryzowana, zideologizowana, zmobilizowana, z ogromnym aparatem represji, który zniszczył całą opozycję — w przeciwieństwie do Rosji sprzed 18 lat, którą wówczas można było śmiało nazwać krajem stosunkowo wolnym i mniej więcej przytomnym (zwłaszcza w porównaniu z teraźniejszością).
W końcu wtedy wszystkie strony szybko znalazły nową równowagę — teraz natomiast nikt jej nie szuka. Dlatego tam wojna zakończyła się w ciągu pięciu dni, a tutaj trwa już piąty rok bez perspektyw na zakończenie.

Jak dziś postrzega się sierpień 2008 roku
Oceny tego, co wydarzyło się w sierpniu 2008 roku, różnią się diametralnie w zależności od tego, kto je formułuje. W Rosji wydarzenia te interpretuje się jako pierwszy poważny dowód na to, że Moskwa nie będzie tolerować naruszania swoich „praw” na obszarze postsowieckim, nawet pod presją Zachodu, a „naruszający prawa” zostaną surowo ukarani. Wojna ta stała się pierwszym poważnym momentem zerwania Rosji z Zachodem, momentem, w którym Kreml po raz pierwszy od rozpadu ZSRR użył armii poza granicami swojego kraju.
Na Zachodzie i na Ukrainie wydarzenia z sierpnia 2008 roku są interpretowane jako pierwsza agresja Federacji Rosyjskiej, która pozostała bezkarna i dlatego później powtórzyła się na Ukrainie. Teza ta stała się powszechnie przyjęta. Zawiera ona znaczną dozę prawdy, ale – jak już wspomniano powyżej – celowo pomija niewygodny fakt dotyczący tego, kto pierwszy otworzył ogień.
Natomiast w samej Gruzji ocena tych wydarzeń uległa chyba najbardziej radykalnym zmianom w ciągu tych 18 lat. Za czasów Saakaszwilego wydarzenia te interpretowano jednoznacznie – jako „nieprowokowaną rosyjską agresję”, w odpowiedzi na którą gruzińskie wojska „zostały zmuszone” do ataku na Cchinwal. Obecne władze Gruzji, na czele z partią „Gruzińskie Marzenie”, całkowicie zmieniły narrację i bezpośrednio oskarżyły Saakaszwiliego o „wywołanie wojny”. Co więcej, rzekomo „z polecenia sił zagranicznych”.
„Oskarżamy krwawy reżim Saakaszwiliego o wywołanie wojny. W tamtym czasie ten kraj miał oficjalnie zdrajcę na stanowisku głównodowodzącego. Nasi bohaterowie poświęcili się, ponieważ tak zwany głównodowodzący był zdrajcą, zagranicznym agentem, który działał na rozkaz sił zagranicznych” – oświadczył premier Gruzji Irakli Kobachidze w przeddzień rocznicy wojny.

Pamięć i zemsta kontra pragmatyzm: dzisiejsze stosunki między Rosją a Gruzją
Dzisiaj, 18 lat po „krwawym sierpniu”, między Rosją a Gruzją nawiązały się całkowicie pragmatyczne stosunki. Nie ma tu mowy o żadnej przyjaźni ani „braterstwie” – i oczywiście nie może być. Jest za to zimny, wzajemnie korzystny pragmatyzm: działa biznes, napływają inwestycje, latają samoloty, granice są otwarte i tak dalej. Nawiasem mówiąc, w 2022 roku Gruzja przyjęła prawie 1,5 mln Rosjan o nastawieniu antywojennym, którzy wyemigrowali z kraju po rozpoczęciu pełnej inwazji na Ukrainę – i to przy tym, że cała populacja kraju wynosi około 3,9 mln osób. Chociaż 90% tych przesiedleńców opuściło później Gruzję, około 100 tysięcy Rosjan pozostało jednak w Tbilisi, Batumi i innych miastach. Jest to obiektywna rzeczywistość, która budzi w Ukrainie zdziwienie, a niekiedy nawet oburzenie.
Jednak logika Gruzji, czy nam się to podoba, czy nie, ma swoją wewnętrzną spójność. Geografia jest nieubłagana: mając prawie 900 km wspólnej granicy z Rosją, a nie mając przy tym żadnych gwarancji bezpieczeństwa ze strony NATO ani nikogo innego, Gruzja po prostu nie może sobie pozwolić na pozostawanie w stanie permanentnej konfrontacji z północnym sąsiadem. Po prostu zamknięcie się w sobie również nie wchodzi w grę: przynajmniej tak uważa obecna władza gruzińska. I znaczna część społeczeństwa popiera ten pragmatyzm.

Nie można
jednak nie zauważyć, że Gruzja pozostaje społeczeństwem podzielonym. Również około połowa obywateli nie popiera polityki „Gruzińskiego Snu”, regularnie protestuje przeciwko niej i, podobnie jak 18 lat temu, uważa Rosję za wroga i agresora, przed którym należy się chronić. Wychodzą na ulice z flagami ukraińskimi i europejskimi, a sierpień 2008 roku pamiętają nie jako „błąd Saakaszwiliego”, ale jako dzień, w którym Rosja zdeptała suwerenność ich ojczyzny. Ten wewnętrzny konflikt w gruzińskim społeczeństwie nie zniknął i prawdopodobnie jeszcze długo nie zniknie.

Oficjalny Kijów patrzy dziś na Gruzję z mieszanymi uczuciami: od rozczarowania po niezrozumienie. Być może jednak właśnie gruzińskie doświadczenie, z jego dramatycznymi błędami, szybkim finałem i późniejszym pragmatycznym współistnieniem z wrogiem, jest tym lustrem, w które warto się przyjrzeć uważniej. Nie po to, by naśladować cudze doświadczenia – to się nie uda, bo sytuacje są zbyt różne – ale po to, by zrozumieć: historia nie jest czarno-biała, a przyszłość może być zupełnie inna, niż się dziś wydaje.
Czytaj nas na Telegram i Sends