Prezydent USA Donald Trump, który 20 stycznia obchodził pierwszy rok swojej drugiej kadencji, w ostatnich dniach ogłosił kolejną ambitną ideę — powołanie tzw. „Rady Pokoju”. Choć na razie niewiele osób rozumie, czym dokładnie miałaby ona być, nowa inicjatywa już przyciągnęła uwagę światowych mediów.
Nie pojawiła się ona w próżni ani w politycznym vacuum. Pomysł narodził się w momencie, gdy system stosunków międzynarodowych przeżywa prawdopodobnie najgłębszy kryzys od 1945 roku. Pełnoskalowa wojna rosji przeciwko Ukrainie trwa już niemal cztery lata, długotrwały konflikt na Bliskim Wschodzie również jest daleki od zakończenia, obserwujemy faktyczny paraliż Organizacja Narodów Zjednoczonych, dewaluację prawa międzynarodowego oraz wzrost znaczenia siły jako głównego argumentu w polityce. Wszystko to tworzy poczucie, że stare mechanizmy przestały działać, a nowe nie zostały jeszcze wykształcone.
W takim kontekście inicjatywa Trumpa jawi się nie jako przypadkowa improwizacja, lecz jako swoista polityczna odpowiedź na potrzeby epoki: skoro instytucje nie są w stanie zagwarantować pokoju, być może zrobi to silny przywódca, który weźmie na siebie rolę globalnego mediatora. Problem polega jednak na tym, że taka odpowiedź może nie rozwiązać kryzysu, lecz znacząco go pogłębić.
Publiczna debata wokół „Rady Pokoju” szybko została sprowadzona do uproszczonej alternatywy: czy jest ona „równoległą ONZ” i próbą zastąpienia istniejącego systemu globalnego zarządzania? Takie postawienie pytania jest jednak metodologicznie błędne. „Rada Pokoju” nie jest ani alternatywą dla ONZ, ani jej ewolucyjnym rozwinięciem. To zupełnie inny typ konstrukcji politycznej, wyrastający z logiki spersonalizowanej władzy, „dyplomacji transakcyjnej” oraz „klubowej” geopolityki.
Czym zatem jest „Rada Pokoju” i czego można się po niej spodziewać? Sprawę analizował komentator polityczny UA.News, Mykyta Traczuk.
Personalizacja pokoju: od instytucji do osobistego arbitrażu
Zgodnie z koncepcją Donald Trump, w ramach „Rady Pokoju” chodzi o szczególny format wielostronnej współpracy między państwami, którego celem miałoby być sprzyjanie rozwiązywaniu konfliktów zbrojnych oraz powojennej odbudowie w regionach o podwyższonej niestabilności, takich jak Strefa Gazy czy Ukraina. W przestrzeni publicznej idea ta przedstawiana jest m.in. jako odpowiedź na głęboki kryzys skuteczności istniejących instytucji międzynarodowych, w szczególności wspomnianej już Organizacja Narodów Zjednoczonych.
Na ten moment wiadomo, że koncepcja „Rady Pokoju” zakłada udział ograniczonej liczby państw (prezydent USA miał wysłać zaproszenia do około 60 krajów), wybranych według kryteriów politycznych i finansowych, z możliwością uzyskania stałego członkostwa w zamian za znaczący wkład finansowy — w wysokości 1 miliarda dolarów. Jako potencjalne obszary działania wymienia się kwestie bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie, w szczególności sytuację w Strefie Gazy, a także inne długotrwałe konflikty, w tym wojnę federacji rosyjskiej przeciwko Ukrainie. Sama idea pojawiła się początkowo jako koncepcja porozumienia mającego utrzymać pokój między Izraelem a Palestyną, z perspektywą późniejszego rozszerzenia zakresu działalności.
Kluczową cechą „Rady Pokoju” jest to, że nie jest ona pomyślana jako autonomiczna instytucja międzynarodowa z jasno określonym mandatem, procedurami oraz systemem kontroli i równowagi. Przeciwnie, cała logika projektu opiera się na postaci konkretnego przywódcy politycznego, który występuje jednocześnie jako inicjator, koordynator i symboliczny gwarant procesu, co więcej, w tej roli miałby pozostawać dożywotnio.
W takim modelu pokój przestaje być rezultatem zbiorowych uzgodnień, a staje się produktem osobistego pośrednictwa. Natychmiast rodzi się pytanie: czy autorytet Trumpa wystarczy do utrzymania „pokoju na świecie”, bo jak dotąd wyraźnie nie wystarcza, oraz co stanie się, gdy zabraknie go fizycznie? Już w czerwcu prezydent USA będzie obchodził 80. urodziny; jest to więc osoba, delikatnie mówiąc, w podeszłym wieku.
Wszystko to zasadniczo odróżnia „Radę Pokoju” od ONZ, która, mimo wszystkich swoich wad, pozostaje systemem instytucjonalnym. Legitymacja decyzji ONZ nie wynika z charyzmy czy wpływu pojedynczych liderów, lecz z procedur, norm oraz, choćby formalnej, zasady równości uczestników. W przypadku inicjatywy Trumpa źródłem legitymizacji staje się osobisty kapitał polityczny oraz status mediatora zdolnego „dogadać się ze wszystkimi”, co w istocie nie wytrzymuje poważnej krytyki.
Warto zauważyć, że taka personalizacja pokoju jest symptomem głębszych procesów. Świat stopniowo odchodzi od logiki uniwersalnych reguł i zmierza w stronę „dyplomacji transakcyjnej”, w której kluczową rolę odgrywają nie normy prawa międzynarodowego, lecz doraźne porozumienia zawierane między najsilniejszymi graczami. „Rada Pokoju” w tym sensie jedynie formalizuje i utrwala tę tendencję, zamiast tworzyć nowe, sprawiedliwe zasady.
Z tej perspektywy projekt Trumpa można postrzegać jako próbę prywatyzacji globalnego pośrednictwa — stworzenia swoistej „zamkniętej spółki akcyjnej” obejmującej całą planetę. Pokój między państwami przestaje być dobrem wspólnym, a staje się rezultatem uczestnictwa w zamkniętym formacie, do którego dostęp zależy od politycznej lojalności wobec samego Trumpa, posiadanych zasobów oraz gotowości do zaakceptowania reguł narzuconych przez jedno centrum decyzyjne. Właśnie dlatego idea miliardowej składki za stałe członkostwo ma kluczowe znaczenie koncepcyjne — podkreśla ona klubowy charakter tej inicjatywy.
Klub interesów w świecie permanentnych konfliktów
Jedna z największych wewnętrznych sprzeczności „Rady Pokoju” dotyczy deklarowanego składu potencjalnych uczestników. Jak dotąd niemal wszystkie państwa, które wyraziły gotowość do dołączenia, reprezentowane są przez dość niejednoznaczne, w większości autorytarne reżimy, takie jak Węgry, Białoruś czy Zjednoczone Emiraty Arabskie. Formalnie zakłada się, że w jednym formacie mogą współistnieć państwa o zasadniczo odmiennych, a niekiedy wręcz wzajemnie wykluczających się interesach. Nie chodzi tu wyłącznie o różnice ideologiczne, lecz nawet o bezpośrednie konflikty, w których strony mają sprzeczne wizje sprawiedliwości, odpowiedzialności oraz pożądanego rozwiązania.
Prosta prawda jest taka, że mechanizmy pokojowe działają tylko wtedy, gdy między stronami istnieje choćby minimalny konsensus co do ram przyszłości. W przypadku „Rady Pokoju” takiego konsensusu nie ma z góry.
Przykładowo, w zaproponowanym przez Trumpa formacie jednocześnie miałyby uczestniczyć Izrael i Katar — a przypomnijmy, że pierwotnie „Rada Pokoju” powstała jako koncepcja narzędzia rozwiązania konfliktu w Strefie Gazy. Jak jednak miałoby to funkcjonować, skoro Izrael dąży do zniszczenia Hamas i przejęcia kontroli nad Palestyną, podczas gdy Katar jest kluczowym sponsorem finansowym i medialnym tych samych struktur Hamasu? Pytanie to ma charakter retoryczny — podobnie jak kwestia jednoczesnego udziału rosji, Białorusi i Ukrainy. W takim układzie trudno wyobrazić sobie jakikolwiek konstruktywny dialog, nawet czysto hipotetycznie.
W najlepszym razie taki format przekształci się w platformę dyskusyjną bez mocy decyzyjnej. W najgorszym — stanie się narzędziem legitymizowania kompromisów korzystnych dla najsilniejszych uczestników i narzucanych słabszym pod szyldem „międzynarodowego konsensusu”. To właśnie ta logika czyni „Radę Pokoju” potencjalnie niebezpieczną dla państw prowadzących wojny obronne lub wyzwoleńcze, takich jak Ukraina.

„Rada Pokoju” a historyczne analogie: dlaczego to nie jest „zamiennik ONZ”
Dziennikarze, politycy oraz część dyplomatów zaczęli już bić na alarm, określając inicjatywę Trumpa mianem „równoległej Organizacja Narodów Zjednoczonych”. Ci, którzy lepiej znają historię sprzed 1945 roku, sięgają po analogię z Ligą Narodów. Wszystkie te porównania są jednak chybione.
Najtrafniejszym odniesieniem wydaje się system wiedeński stosunków międzynarodowych, który ukształtował się w Europie w XIX wieku po wojnach napoleońskich. Wówczas przywódcy wielkich imperiów regularnie spotykali się, dzieląc strefy wpływów i podtrzymując status quo, próbując uchronić Europę przed kolejnymi wielkimi konfliktami. Ponadto „Rada Pokoju” przypomina również system wielkich konferencji okresu międzywojennego, gdy losy całych regionów rozstrzygano w wąskim gronie państw, a zasady zbiorowego bezpieczeństwa ustępowały polityce appeasementu. Układ monachijski z 1938 roku stanowi klasyczny przykład tego, jak format „złego pokoju w imię stabilności” w rzeczywistości jedynie odkłada katastrofę w czasie i wielokrotnie podnosi jej przyszłą cenę.

Kolejną trafną analogią jest logika „wielkich układów” z czasów zimnej wojny, kiedy kluczowe kwestie globalnego bezpieczeństwa rozstrzygano poprzez bezpośrednie porozumienia między supermocarstwami — Związek Radziecki i Stany Zjednoczone — podczas gdy interesy mniejszych państw były zazwyczaj ignorowane. Ówczesny świat dwubiegunowy był stabilny jedynie warunkowo, ponieważ ta względna stabilność opierała się na strachu przed globalną wojną nuklearną (który — niestety — dziś stopniowo zanika) oraz na równowadze sił, a nie na realnym zaufaniu czy, tym bardziej, na prawie międzynarodowym.
„Rada Pokoju” odtwarza wszystkie te modele w postmodernistycznych realiach XXI wieku, lecz bez jasno określonego systemu kontroli i równowagi. Nie zastępuje Organizacja Narodów Zjednoczonych, nie proponuje nowej architektury bezpieczeństwa, lecz generuje nową formę zarządzania niestabilnością, w której konflikty nie są rozwiązywane na podstawie prawa, lecz raczej „administrowane” przez najsilniejsze państwa. Jak głosi powiedzenie: jeśli nie możesz wygrać — przejmij stery.

Na osobną uwagę zasługuje kwestia motywacji. Po co to wszystko Donald Trumpowi? Odpowiedź jest dość prosta: „Rada Pokoju” wygląda jak próba zbudowania fundamentu pod własną rolę w globalnej polityce po zakończeniu kadencji prezydenckiej, która wygaśnie dokładnie za trzy lata. W tym sensie inicjatywa ta jest czysto osobistą strategią politycznego samozachowania jednego człowieka, i niczym więcej.
Na tym polega zasadniczy błąd i jednocześnie zagrożenie. Instytucje zazwyczaj funkcjonują znacznie dłużej niż ich twórcy, natomiast projekty spersonalizowane są całkowicie uzależnione od politycznego losu konkretnej osoby. W przypadku utraty wpływów lub legitymacji centralnej postaci, albo jej zwyczajnej, fizycznej śmierci, cała konstrukcja natychmiast się rozpada, tracąc sens istnienia. W rezultacie „Rada Pokoju” jawi się jako struktura niestabilna systemowo, a zarazem zdolna do wyrządzenia poważnych szkód — nawet jeśli nigdy nie zostanie w pełni wdrożona.
Podsumowując, „Rada Pokoju” Donalda Trumpa nie jest ani alternatywą dla Organizacja Narodów Zjednoczonych, ani nowym etapem ewolucji instytucji międzynarodowych. Jest raczej symptomem degradacji, przejawem głębokiego kryzysu porządku światowego, w którym reguły są stopniowo zastępowane umowami, a instytucje, jednostkami. Odzwierciedla ona niebezpieczną tendencję do personalizacji globalnej polityki oraz normalizację przekonania, że pokój może być efektem woli silnego, a nie zbiorowej odpowiedzialności i powszechnie uznanych norm współistnienia.
Sam fakt pojawienia się takiego projektu jest sygnałem alarmowym. Świadczy o narastającym rozczarowaniu wspólnymi mechanizmami bezpieczeństwa oraz o gotowości części światowych elit do wymiany zasad na „skuteczność”, a prawa — na doraźne porozumienia zawierane tu i teraz. W takim świecie pokój staje się jeszcze bardziej kruchy, warunkowy i tymczasowy, a wojna — jedynie jednym z elementów wielkiej polityki. Dlatego „Radę Pokoju” należy postrzegać nie jako kolejną osobliwość czy inicjatywę PR-ową Donald Trump, lecz jako zwierciadło naszej trudnej epoki destrukcji starego ładu światowego.