3 stycznia 2026 roku Stany Zjednoczone przeprowadziły błyskawiczną „specjalną operację wojskową” przeciwko Wenezueli. Bez ostrzeżenia, bez mandatu ONZ, bez długich dyplomatycznych przygotowań Amerykanie wkroczyli na terytorium suwerennego państwa. Była to jednak bardzo ograniczona interwencja, niemal pozbawiona komponentu lądowego. Kluczowym celem uderzeń była stolica Wenezueli — Caracas, a głównym celem operacji był dyktator Nicolás Maduro oraz jego żona, którzy w chwili nalotu USA spali we własnym łóżku, niczego nie podejrzewając.
Operacja, według informacji Pentagonu, trwała mniej niż 40 minut. Jeszcze tego samego dnia wenezuelski dyktator znajdował się już na jednej z amerykańskich baz wojskowych. Obecnie przebywa w Stanach Zjednoczonych, gdzie czeka go proces za handel narkotykami, terroryzm oraz inne przestępstwa, które zarzuca mu amerykański wymiar sprawiedliwości.
Według różnych danych w trakcie amerykańskiej „specjalnej operacji wojskowej” zginęło do 80 Wenezuelczyków. Po stronie sił amerykańskich — jak się podaje — nie było strat. Nie był to jedynie rajd wojskowy, lecz radykalne złamanie wszystkich niepisanych zasad stosunków międzynarodowych obowiązujących po zakończeniu zimnej wojny. Amerykanie wielokrotnie interweniowali w różnych państwach, prowadzili tam wojny, jednak błyskawiczne porwanie urzędującego prezydenta to coś zupełnie nowego. W XXI wieku czegoś takiego jeszcze nie było.
W Ukrainie wiele osób przyjęło te wiadomości z optymizmem wobec „naszego słonia” Trumpa. Co ciekawe, robiły to te same media i kanały, które wcześniej regularnie krytykowały prezydenta USA za jego stanowisko w sprawie pokoju oraz putina. Poparcie dla działań Stanów Zjednoczonych wyraziło Ministerstwo Spraw Zagranicznych Ukrainy, a także osobiście prezydent Wołodymyr Zełenski.
Dlaczego Ukraińcy cieszą się z obalenia Maduro i dlaczego w rzeczywistości nie wydarzyło się nic dobrego ani dla Ukrainy, ani dla świata? Temat ten analizował komentator polityczny UA.News Mykyta Traczuk.
Upadek Maduro: dlaczego Ukraina to popiera
Ukraina, pod koniec czwartego roku ciężkiej wojny z federacją rosyjską, odebrała wydarzenia w Caracas nie przez pryzmat norm prawa międzynarodowego, lecz przez ostrą soczewkę własnych doświadczeń. Ta radość jest uwarunkowana krwawymi lekcjami oraz realiami współczesnej polityki światowej.
Po pierwsze, Maduro nie był po prostu typowym latynoamerykańskim dyktatorem. Był jednym z najbardziej lojalnych sojuszników Kremla w regionie, częścią tego samego „wielobiegunowego świata”, który władimir putin próbuje budować. Reżim wenezuelski otwarcie przyjaźnił się z Kremlem: współpraca wojskowa, inwestycje rosyjskich firm w kluczowe sektory gospodarki (w latach 2006–2017 było to ponad 17 miliardów dolarów bezpośrednich inwestycji i kredytów), polityczne wsparcie na wszystkich międzynarodowych forach, gdzie rosja potrzebowała głosów, i wiele więcej.

Dla Ukraińców, którzy każdego dnia widzą rosyjskie rakiety i drony — produkowane m.in. za petrodolary — upadek Maduro nie jest abstrakcją. To geopolityczne osłabienie kluczowego wroga, symboliczny cios w pewność siebie „koalicji autokratów”. Wydarzenie to odbierane jest emocjonalnie jako element globalnej konfrontacji, w której każde osłabienie obozu przeciwnika wywołuje aprobatę.
Po drugie, reżim Maduro w oczach Ukraińców był skrajnie odpychający, a kraj pod jego rządami — przerażającym przykładem tego, do czego może doprowadzić nieograniczona władza całkowicie niekompetentnej grupy ludzi. Wenezuela, posiadająca największe na świecie zasoby ropy naftowej, w ciągu dwóch dekad tzw. „rewolucji boliwariańskiej” została doprowadzona do stanu całkowitej katastrofy humanitarnej. Hiperinflacja sięgająca tysięcy procent zniszczyła walutę narodową, systemowa korupcja i nieudolne zarządzanie doprowadziły do zapaści sektor wydobycia ropy, a system opieki zdrowotnej funkcjonuje przy ostrym niedoborze leków. Dość powiedzieć, że jedna trzecia Wenezuelczyków po prostu cierpi z powodu niedożywienia. Wszystko to są konsekwencje rządów reżimu Maduro oraz, wcześniej, Hugo Cháveza (choć ten ostatni był znacznie bardziej kompetentnym przywódcą).

Nie można również zapominać o rozbudowanym aparacie przemocy. Struktury siłowe oraz uzbrojone prorządowe grupy „colectivos” (swoiste wenezuelskie „bojówki”) bezlitośnie tłumiły wszelkie protesty, wysyłając opozycjonistów do więzień, a nawet zabijając ich na ulicach. Był to klasyczny obraz autokracji gnębiącej własny naród. Dlatego dyskurs polityczny w Ukrainie 3 stycznia był diametralnie różny od, na przykład, europejskiego, gdzie dominowały zaniepokojone głosy o naruszeniu suwerenności, czy latynoamerykańskiego i chińskiego, gdzie wprost mówiono o brutalnym złamaniu wszystkich norm międzynarodowych.
W ukraińskich mediach społecznościowych, mediach i kanałach na Telegramie dominował przede wszystkim ton ironiczny, a nawet złośliwy. U wielu pojawiło się poczucie swoistej sprawiedliwości: państwo-agresor straciło ważnego sojusznika, a Ukraina, cierpiąca z powodu agresji, doznała moralnej satysfakcji. Była to jednak ocena czysto emocjonalna, a nie racjonalna czy prawna — wynikająca z głębokich traum narodu ukraińskiego. A także, niestety, z niechęci do zatrzymania się na chwilę, przemyślenia sprawy i spojrzenia bez emocji na to, co naprawdę wydarzyło się 3 stycznia 2026 roku w Caracas.

„SWO” w Wenezueli: dlaczego nie warto się cieszyć
Zapewne każdy z nas chciałby żyć w świecie, w którym dominuje siła prawa oraz jasny, rozsądny porządek międzynarodowy. Taki właśnie świat, jak się wydawało, był budowany po 1945 roku, kiedy zakończyła się jak dotąd największa wojna w historii ludzkości. Stany Zjednoczone Ameryki były fundamentem i kluczowym interesariuszem tego świata, w którym obowiązuje „porządek oparty na zasadach”. A cała lub niemal cała społeczność międzynarodowa odnosiła się bardzo negatywnie do tych, którzy próbowali ten system zburzyć — na przykład do putinowskiej rosji.
Dlatego sytuacja, w której to nie kto inny, lecz właśnie USA w sposób demonstracyjny pokazują, że na świecie nie istnieje żadne prawo poza prawem siły, wygląda otwarcie niepokojąco. Dokładnie to obserwujemy w Wenezueli: wszyscy zapominają o sile prawa, pozostawiając wyłącznie prawo silniejszego do robienia wszystkiego, na co ma ochotę — tylko dlatego, że może. I kropka.
Dochodzi do kolejnego załamania światowego porządku — zarówno jego zasad spisanych, jak i niespisanych, takich jak nietykalność prezydentów (wodzów, przywódców, dyktatorów itp.) oraz ich rodzin na terytorium suwerennego państwa. Niezależnie od tego, co wymyśla Kreml, w rzeczywistości Ukraina ani razu nie próbowała na serio zabić rosyjskiego autokraty. Podobnie putin przez niemal cztery lata wojny nie podjął wyraźnej próby fizycznej likwidacji prezydenta Ukrainy — na przykład poprzez demonstracyjny atak na Biuro Prezydenta czy cały rządowy kwartał. Choć warto zaznaczyć, że strona ukraińska wcześniej informowała o szeregu nieudanych zamachów na życie Wołodymyra Zełenskiego.
W istocie operacje takie jak ta przeprowadzona przez Stany Zjednoczone w Wenezueli wymagają mandatu Organizacji Narodów Zjednoczonych. Trudno jednak o tym mówić, skoro Trump nie uzyskał na nią zgody nawet własnego parlamentu — Kongresu USA. Już teraz jest za to krytykowany przez kongresmenów. Nie chodzi tu o to, że „zapomniał” lub „nie miał możliwości” — on po prostu „nie chciał”. To demonstracyjne lekceważenie zasad i pogarda dla jakiejkolwiek, nawet czysto formalnej, legalności. I ponownie: ze strony Ameryki, postrzeganej jako gwarant światowego ładu prawnego i państwo rządzące się prawem, wszystko to wygląda co najmniej źle.
Jakkolwiek nieprzyjemnym i odrażającym dyktatorem był Nicolás Maduro (choć historia zna znacznie gorszych zbrodniarzy stojących na czele państw), jakkolwiek skorumpowana i autorytarna była Wenezuela — kraj ten w żaden sposób nie stanowił militarnego zagrożenia dla Stanów Zjednoczonych. Mówią o tym zarówno opozycja, jak i zwykli obywatele Ameryki. Tak, całkiem możliwe, że bez Maduro Wenezuelczykom będzie żyło się lepiej, choć i to nie jest wcale stuprocentowo pewne. Jednak nikt nie stworzył nawet prymitywnej konstrukcji ideologicznej o „pomocy narodowi wenezuelskiemu w budowie demokracji”. Nie — Trump mówi wprost: potrzebujemy wenezuelskiej ropy. A także oświadcza, że Stany Zjednoczone „pozostaną w Wenezueli” i przez pewien czas będą nią faktycznie zarządzać.

W istocie brzmi to jak zapowiedź okupacji. Trzeba jednak zaznaczyć, że sytuacja pozostaje dynamiczna i nic jeszcze się nie zakończyło. Owszem, reżim Maduro został pozbawiony kluczowego elementu swojej konstrukcji — samego Maduro. Na tym jednak na razie wszystko się kończy. Boliwariańscy chavistowscy politycy nadal pozostają u władzy, Wenezuela się nie rozpadła, a wiceprezydentka kraju publicznie posługuje się bardzo ostrą antyamerykańską retoryką (którą jednak nieco złagodziła, mówiąc o potrzebie dialogu z USA). Reżim otrzymał poważny cios, lecz oznak natychmiastowego upadku jak dotąd nie widać. Dlatego zwycięstwo Trumpa jest głośne, medialne i efektowne, ale na razie wyłącznie sytuacyjne.
Kluczowe w tej sytuacji właśnie dla Ukraińców jest to, że 3 stycznia Trump zrobił ogromny prezent wszystkim dyktatorom, rewizjonistom i podżegaczom wojennym na całym świecie. A przede wszystkim chodzi tu o władimira putina. W jaki sposób Stany Zjednoczone będą mogły odwoływać się do prawa międzynarodowego, które w pełni stoi po stronie Ukrainy, skoro same otwarcie je ignorują?
Wyobraźmy sobie kolejną „wspaniałą rozmowę telefoniczną” Trumpa i putina. Amerykański przywódca ponownie będzie próbował przekonać kremlowskiego dyktatora do zakończenia agresji. Ale co odpowie mu prezydent federacji rosyjskiej po „SWO” w Wenezueli? Najprawdopodobniej mniej więcej to:
„Nie przeszkadzaj mi bombardować Kijowa, Donaldzie, bo sam niedawno bombardowałeś Caracas, a teraz grozisz, że zrobisz to samo z Kubą, Kolumbią, Meksykiem, a nawet Grenlandią. Przez cztery lata nie ruszałem ukraińskich władz — wszyscy są na swoich miejscach i pracują, a ty porwałeś prezydenta innego kraju w pół godziny. Mówisz, że to ‘doktryna Monroe’a’ i strefa twoich interesów. Cóż, ja mam ‘doktrynę putina’, a Ukraina to strefa moich interesów. Dziękuję za telefon i wszystkiego najlepszego!”.
Dokładnie to samo, tylko w kontekście Tajwanu, z pełnym przekonaniem może powiedzieć także Xi Jinping. A Kim Dzong Un — w odniesieniu do Korei Południowej. Tę listę można ciągnąć bardzo długo.
Trump w gruncie rzeczy mówi wprost: istnieje potężne państwo oraz strefa jego absolutnego wpływu i dominacji, w której będzie ono robić z krajami, które mu się nie podobają, wszystko, co uzna za stosowne. Czym to się różni od putina, który w ten sam sposób nazwał Ukrainę „nazistowskim reżimem kijowskim”, oskarżył ją o „ludobójstwo Donbasu” i ogłosił „SWO”? Dosłownie niczym. Jedynie tym, że USA jako technologicznie i militarnie zaawansowane państwo zadziałały punktowo i szybko, a putin ugrzązł w długiej, krwawej rzezi. To różnica formy i metod, ale nie istoty — choć wielu ludzi nie chce się nad tym zastanowić i zrozumieć tego prostego faktu.

Podczas briefingu w Białym Domu, komentując sukces operacji, Trump dosłownie powiedział: „to, co stało się z Maduro, może przydarzyć się każdemu”. I to jest kluczowa lekcja dla wszystkich sąsiadów Ameryki. Kuba, Kolumbia, Brazylia, a nawet Dania (wyspa Grenlandia) — dla wszystkich tych krajów Stany Zjednoczone z hipotetycznego zagrożenia stały się teraz zagrożeniem całkowicie realnym. Doprowadzi to do zaostrzenia relacji, wzrostu nieufności, militaryzacji i polaryzacji całego regionu.
Trzeba jednak przyznać, że mówiąc, iż „to może spotkać każdego”, Trump nie miał do końca racji. Nie „każdego”, lecz „tylko słabego”. A ponieważ niemal wszystkie państwa świata są słabsze od Ameryki, reżimy podobne do wenezuelskiego zaczną jeszcze bardziej koncentrować władzę, jeszcze silniej rozbudowywać piony siłowe i wojskowe, jeszcze brutalniej tłumić opozycję. Doprowadzi to do wzmocnienia, a nie osłabienia, autokracji — zarówno w Ameryce Łacińskiej, jak i na całym świecie.

Problem więc wcale nie leży w osobie Nicolása Maduro. Poza wąskim kręgiem ludzi związanych z reżimem oraz pewnym rdzeniem zwolenników wśród mas nikt nie przejmuje się losem kolejnego południowoamerykańskiego dyktatora. Z pewnością nie jest to ktoś, za kim świat będzie tęsknił. Problem polega na tym, że porządek światowy już teraz rozpada się na kawałki na naszych oczach. A Stany Zjednoczone, jako jego rzekomy gwarant, zamiast próbować go wzmocnić i naprawić, po prostu go dobijają — najwyraźniej kierując się zasadą „to, co już martwe, nie może umrzeć”.
To jest główny wniosek z tej sytuacji: nie istnieje żadne prawo międzynarodowe poza prawem silniejszego do robienia tego, co chce i co może. Zmienia to nasz wspólny świat z przestrzeni współpracy, handlu i dialogu w mroczny, gęsty las, pełen drapieżników polujących na wszystkich innych mieszkańców gąszczu. W takim świecie trudno się rozwijać, niezwykle ciężko budować długoterminowe partnerstwa i w ogóle — nie bardzo chce się w nim żyć i wychowywać dzieci.
I wydawałoby się, że nie ma w tym nic nowego. Już Thomas Hobbes pisał o „wojnie wszystkich przeciwko wszystkim”. Tyle że wybitny filozof polityczny zapomniał dodać, iż w takiej wojnie ostatecznie przegrywają absolutnie wszyscy.