W bardzo symboliczną datę — w piątek, 13 lutego — portal Politico opublikował wyniki sondażu, w którym poruszono temat dotąd kojarzony raczej z fabułą gier komputerowych oraz książek i filmów science fiction. Konkretnie — Trzeciej wojny światowej.
W Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Wielkiej Brytanii, Francji i Niemczech zdecydowana większość respondentów wyraziła jednoznaczne przekonanie: prawdopodobieństwo globalnego konfliktu zbrojnego w ciągu najbliższych pięciu lat rośnie w alarmującym tempie. W ciągu zaledwie dziewięciu miesięcy, które minęły od poprzedniego analogicznego badania socjologicznego, poziom niepokoju wzrósł tak gwałtownie, że zignorowanie tego trendu jest po prostu niemożliwe.
Ale czy te liczby oznaczają, że ludzkość rzeczywiście stoi na progu katastrofy, przy której nawet wojny światowe XX wieku okażą się jedynie „dziecinną zabawą”? Czy obecne poczucie nieuchronności apokalipsy jest racjonalnym wnioskiem analitycznym? A może mamy do czynienia z masową reakcją psychologiczną na permanentny kryzys światowego porządku?
Publicysta polityczny UA.News Mykyta Traczuk przeanalizował tę kwestię. Szczegóły — w naszym materiale.
Ludzkość na progu nieszczęścia: przeczucie Trzeciej wojny światowej
Sondaż Politico wskazuje na bezprecedensowy poziom niepokoju wśród społeczeństw państw, które tradycyjnie uważano za fundament globalnej stabilności, tzw. „pierwszy świat”. W Stanach Zjednoczonych 46% (!) obywateli uważa wybuch Trzeciej wojny światowej do 2031 roku za „prawdopodobny lub bardzo prawdopodobny”. W Wielkiej Brytanii wskaźnik ten jest niewiele niższy — 43%. Jedynie niemieckie społeczeństwo wykazuje ostrożny, powściągliwy optymizm i nie uważa, że w ciągu najbliższych pięciu lat należy spodziewać się nowego globalnego kataklizmu. Choć i tam odsetek sceptyków oraz „panikarzy” stale rośnie.

Znamienne jest to, że temu niepokojowi towarzyszy całkowita niechęć do wyrzeczeń w imię przygotowania się na katastrofę. Poparcie dla zwiększenia budżetów obronnych gwałtownie spada, gdy tylko wyborcy dowiadują się, że oznacza to wzrost podatków, ograniczenie programów socjalnych oraz zwiększenie długu publicznego. Powstaje paradoksalna sytuacja: zachodnie społeczeństwo bardzo boi się wojny, ale jednocześnie absolutnie nie jest gotowe płacić za pokój i własne wzmocnienie.

Jednak socjologia niczego nie wyjaśnia — jedynie rejestruje symptomy, tworząc swoisty portret opinii publicznej. Nie mniej wymowny jest sygnał, który 27 stycznia 2026 roku wysłali naukowcy zajmujący się energią jądrową, realizujący od 1947 roku projekt pod nazwą „Zegar Zagłady”. W tym dniu wskazówkę symbolicznego chronometru przesunięto na poziom 85 sekund do północy, przez którą rozumiany jest upadek cywilizacji. To nie tylko antyrekord w niemal 80-letniej historii projektu zapoczątkowanego przez twórców pierwszej bomby atomowej — to najgłośniejsza możliwa ocena obecnej sytuacji dokonana przez ludzi najlepiej rozumiejących naturę globalnego zagrożenia.
Warto zwrócić uwagę również na inny, mniej oczywisty, lecz bardzo wymowny wskaźnik. Temat Trzeciej wojny światowej przestał być wyłącznie analityczną prognozą — ponownie staje się częścią codziennego dyskursu, także twórczego. Reżyserzy, pisarze i twórcy gier coraz częściej sięgają w swoich dziełach po scenariusze globalnego konfliktu. Filmy, książki i gry o tematyce postapokaliptycznej zyskują obecnie coraz większą popularność.
Przykładowo, już w 2022 roku, po rozpoczęciu inwazji putina, w rosji odnotowano wyraźny wzrost popytu na znaną książkę rosyjskiego pisarza opozycyjnego Dmitrija Głuchowskiego „Metro 2033”, opisującą życie w metrze postnuklearnej Moskwy. Gry oparte na tej franczyzie również biły rekordy aktywności online. Na Zachodzie natomiast dużą popularnością cieszy się obecnie serial „Fallout” (oparty na kultowej serii gier komputerowych o tym samym tytule w gatunku postapokaliptycznym), opowiadający o przygodach bohaterów na radioaktywnych pustkowiach Ameryki setki lat po wojnie nuklearnej.
Wszystko to po raz kolejny potwierdza: strach przed wielką wojną światową przestał być abstrakcyjny. Materializuje się w poczuciu nieuchronności katastrofy, które znajduje wyraz zarówno w kulturze i twórczości, jak i w wymiarze społeczno-politycznym.

Trzecia wojna światowa: ryzyko, ale nie wyrok
Pomimo całej obiektywnej niepokojącej wymowy przedstawionych faktów, poważnym błędem analitycznym byłoby interpretowanie obecnej sytuacji jako fatalnej, już przesądzonej nieuchronności. Ludzkość przeżywała już okresy, gdy balansowała na krawędzi nuklearnej przepaści — wystarczy wspomnieć kryzys kubański z 1962 roku. Wówczas świat znalazł się znacznie bliżej granicy końca niż dziś, jednak racjonalna świadomość konsekwencji powstrzymała strony przed fatalnym krokiem.
Dziś politycy dysponują tym samym argumentem, który zadziałał 60 lat temu: doktryną „wzajemnie gwarantowanego zniszczenia”, znaną na Zachodzie pod wymownym skrótem MAD (mutually assured destruction). Wymownym, ponieważ słowo „mad” w języku angielskim oznacza dosłownie „szalony”.
Istota tej doktryny jest bardzo prosta. Gdy obie strony posiadają arsenały zdolne do gwarantowanego zniszczenia przeciwnika nawet po otrzymaniu pierwszego uderzenia, każda racjonalnie myśląca władza rozumie, że w takiej wojnie nie będzie zwycięzców. Technicznie niemożliwe jest całkowite rozbrojenie wroga jednym zmasowanym atakiem. A skutki nawet „ograniczonego” konfliktu nuklearnego byłyby katastrofalne nie tylko dla bezpośrednich uczestników, lecz dla całej cywilizacji.
Dlatego dziś, mimo całej retoryki płynącej z rosji, Korei Północnej czy innych nieodpowiedzialnych reżimów, warto przyznać: najprawdopodobniej szantaż nuklearny pozostaje właśnie szantażem. A więc potężnym narzędziem nacisku informacyjno-psychologicznego, lecz nie realnym planem działań bojowych.
Alternatywą dla pełnoskalowej wojny światowej staje się to, co eksperci od dawna nazywają „hybrydowym konfliktem na poziomie globalnym”. Nie jest to konstrukcja teoretyczna, lecz rzeczywistość, w której żyjemy od ostatniej dekady. Wojna w Ukrainie jest najjaskrawszym, ale bynajmniej nie jedynym przejawem tego zjawiska.
Kluczowa różnica między taką hybrydową konfiguracją a klasyczną wojną światową polega na braku bezpośredniego zbrojnego starcia wielkich mocarstw. De facto prowadzą one walkę na terytorium państw trzecich, wykorzystują siły zastępcze (proxy), stosują narzędzia ekonomiczne, dyplomatyczne i informacyjne.
Jeśli ktoś uzna to za teorię spiskową, można przypomnieć dosłownie dziesiątki (!) wypowiedzi putina, Miedwiediewa, Szojgu i wielu innych rosyjskich przedstawicieli, którzy wprost mówili: „walczymy nie z Ukrainą, lecz z kolektywnym Zachodem”. Również zachodni politycy, dyplomaci i eksperci niejednokrotnie przyznawali, że na terytorium Ukrainy toczy się konfrontacja o charakterze geopolitycznym, a nie wyłącznie lokalnym.
Oczywiście nie jest to pokój. Ale nie są to też wojny, jakie miały miejsce w pierwszej połowie XX wieku. Chodzi o model, który może trwać dziesięcioleciami, nie przeradzając się w decydującą, totalną wojnę — na szczęście dla świata i niestety dla krajów, którym przyszło znaleźć się pośrodku uskoku geopolitycznych „płyt tektonicznych”.

A jeśli jednak się zacznie?
Ta analiza byłaby niepełna bez rozważenia najgorszego scenariusza. Historia zna wiele przykładów konfliktów, które wybuchały nie dlatego, że strony świadomie dążyły do rozlewu krwi, lecz dlatego, że utraciły kontrolę nad eskalacją.
Jeśli Trzecia wojna światowa mimo wszystko rozpoczęłaby się w swoim najgorszym — nuklearnym — wariancie, wszelkie komentarze stałyby się zbędne. Można tu co najwyżej przywołać znany radziecki dowcip: gdy zobaczysz atomowy grzyb, pozostanie ci tylko owinąć się w białe prześcieradło i cicho pełznąć w stronę cmentarza. Za tym czarnym humorem kryje się świadomość prostej prawdy: w wojnie o takiej skali nie będzie ani zwycięzców, ani pokonanych. Najprawdopodobniej po niej nie będzie już w ogóle niczego. To właśnie ta świadomość do tej pory była najpewniejszym bezpiecznikiem przed katastrofą.

Istnieje jednak inny, znacznie bardziej realistyczny scenariusz, który nie zakłada natychmiastowej apokalipsy. Jego istotę trafnie ujęła amerykańska pisarka Barbara Tuchman w swojej pracy o I wojnie światowej. W jej książce padają słowa: „nikt nie chciał wojny, wojna była nieunikniona”. To paradoksalne połączenie braku świadomej woli wielkiej katastrofy z niemożnością jej uniknięcia stanowi główne zagrożenie naszych czasów.
Mechanizm niekontrolowanej eskalacji może zostać uruchomiony w wielu punktach jednocześnie. Wygaśnięcie traktatu Nowy START (SNO-III) zniosło ostatnią formalną barierę na drodze do rozbudowy strategicznych zbrojeń. Brak inspekcji, nieprzejrzystość programów nuklearnych, wzajemna podejrzliwość i inne czynniki tworzą klasyczny „dylemat bezpieczeństwa”: każda ze stron uznaje za konieczne wzmacnianie własnego arsenału w obawie, że przeciwnik zrobi to pierwszy.
Do tego dochodzi czynnik ludzki: błędy systemów wczesnego ostrzegania, prowokacje ze strony państw trzecich, ataki terrorystyczne na obiekty jądrowe, cyberataki na systemy dowodzenia wojskami… Żaden, nawet najbardziej doskonały system zautomatyzowany nie daje stuprocentowej gwarancji braku awarii. A gdy po drugiej stronie łącza siedzi zwykły człowiek, który musi podjąć decyzję w ciągu kilku sekund, cena błędu nabiera wymiaru planetarnego.
Podsumowując, należy unikać dwóch skrajności: zarówno bezpodstawnego spokoju, jak i apokaliptycznej paniki. System globalnego bezpieczeństwa, zbudowany po 1945 roku, znajduje się w stanie głębokiego kryzysu i rozpada się na naszych oczach. Traktaty, które przez dziesięciolecia powstrzymywały wyścig zbrojeń, utraciły moc. Instytucje powołane do zapobiegania konfliktom wykazują bezradność i paraliż. Zaufanie między kluczowymi graczami spadło do historycznego minimum.

Jednak z tego wszystkiego nie wynika fatalna nieuchronność globalnego konfliktu. Doktryna wzajemnie gwarantowanego zniszczenia, mimo całej swojej grozy, nadal pełni funkcję głównego czynnika odstraszającego. Żaden przywódca, niezależnie od poziomu swojej adekwatności, nie będzie w stanie wyjaśnić własnemu narodowi konieczności podjęcia kroku, który nieuchronnie doprowadzi do całkowitego zniszczenia tego samego narodu w wyniku „uderzenia odwetowego”.
Właśnie dlatego prawdopodobieństwo światowej apokalipsy wcale nie jest stuprocentowe. Ostatecznie wszystko zależy od nas, ludzi. Nawet będąc o pół kroku „przed”, zawsze istnieje szansa, by się zatrzymać — tak jak miało to miejsce chociażby podczas kryzysu kubańskiego w 1962 roku.