W ostatnim czasie wojna na Ukrainie przestała przypominać nawet tę okrutną rzeczywistość, do której wszyscy w mniejszym lub większym stopniu przyzwyczaili się w poprzednich latach. Bardzo szybko wkroczyła w jakąś nową fazę, w której granice między frontem a tyłami, między obiektami wojskowymi a cywilnymi, całkowicie się zatarły. Najlepiej widać to na przykładzie Kijowa, który obecnie, podobnie jak Cherson, Charków czy Sumy, przez całą dobę żyje w rytmie alarmów powietrznych i wybuchów. Jednocześnie Rosja metodycznie niszczy wszelkie magazyny: od baz żywnościowych po centra logistyczne sprzętu AGD. Skutkiem tego są na wpół puste, a nawet całkowicie puste półki w wielu ukraińskich supermarketach.
Rozmowy pokojowe, które od lutego pozostają w stanie zawieszenia, ostatecznie stały się widmem przeszłości. Obie strony otwarcie przygotowują się do nowych, jeszcze bardziej zakrojonych na szeroką skalę fal ataków na siebie nawzajem. Tak więc wczoraj prezydent Zełenski wygłosił bezprecedensowe oświadczenie, że „rosyjskie niebo należy do ukraińskich dronów”. Ostrzegł zarówno rosyjskie, jak i przede wszystkim międzynarodowe lotnictwo cywilne przed lotami na terytorium Federacji Rosyjskiej. Była to wyraźna aluzja do przygotowań do operacji przeciwko rosyjskim lotniskom.
Reakcja Kremla była niezwykle błyskawiczna. Wieczorem tego samego dnia przed dziennikarzami pojawił się Putin, który nazwał takie oświadczenia „terroryzmem”, stwierdził, że „z terrorystami nie prowadzi się negocjacji” i obiecał, że „znajdzie sposób, by na to odpowiedzieć”. Jako pierwszy akt tej „odpowiedzi” wydał rozkaz wznowienia masowych ataków na ukraińską infrastrukturę energetyczną – nie było ich już od około pół roku.
Co kryje się za tymi wszystkimi oświadczeniami i procesami? W jaki sposób wojna oparta na „kontrolowanym chaosie” przeradza się w chaos niekontrolowany i totalny? Czy można zatrzymać się o krok przed przepaścią i powrócić do idei negocjacji i dyplomacji? Komentator polityczny UA.News Mykyta Trachuk wraz z ekspertami analizował tę kwestię.
Lotniska jako nowy cel: czy operacja „M&Ms” działa?
Aby zrozumieć sens oświadczenia Zełenskiego, należy powrócić do niedawnych przecieków w zachodnich mediach. Chodziło o rzekome istnienie w ukraińskim kierownictwie planu operacji o kryptonimie „M&Ms”. Istota planu polegała na tym, by poprzez nieustanne ataki dronów sparaliżować ruch lotniczy na terytorium Federacji Rosyjskiej, a przynajmniej w jej kluczowych miastach: Moskwie i Sankt Petersburgu. Czyli w praktyce zrobić to samo, co Rosjanie robią obecnie z Kijowem.
Według zachodnich mediów Zełenski początkowo podchodził do tego pomysłu sceptycznie. W końcu gdyby w wyniku takiej operacji zestrzelono samolot cywilny z zwykłymi ludźmi – reakcja międzynarodowa mogłaby być katastrofalna dla Ukrainy. Kijówowi w żadnym wypadku nie potrzeba własnego „malezyjskiego Boeinga”.
Jednak wczorajsze oświadczenie głowy państwa faktycznie potwierdziło, że ten scenariusz leżał na stole, czekając na swój czas. Nasuwa się pytanie: dlaczego właśnie teraz?
Pierwsza i najbardziej oczywista odpowiedź: jest to reakcja na nieustanny terror rakietowo-dronowy ze strony Rosji. Kijów obiektywnie rzecz biorąc, nie wymyślił jeszcze ani sposobu, jak radzić sobie z takimi nalotami, ani jak udzielić adekwatnej odpowiedzi. Tymczasem w społeczeństwie narastają strach, nerwowość, zmęczenie i poczucie bezradności. Na tym tle potencjalny atak na kluczowe rosyjskie lotniska wygląda na próbę zademonstrowania siły i odzyskania inicjatywy poprzez lustrzane pogorszenie jakości życia milionów ludzi po drugiej stronie granicy.
Druga możliwa reakcja może mieć charakter międzynarodowy. Wczoraj Niemcy oficjalnie oskarżyły Rosję o zorganizowanie sabotażu przeciwko samolotowi na lotnisku w Lipsku. Berlin poparły również inne europejskie stolice. Całkiem możliwe, że Zełenski postanowił niejako „dołączyć” do tej sprawy – tym bardziej biorąc pod uwagę, że chodziło właśnie o ukraiński samolot na niemieckim lotnisku.
Jednak najważniejsze pytanie nie dotyczy motywów Zełenskiego, lecz realności tego zagrożenia. Czy Ukraina jest w stanie, zarówno pod względem technicznym, jak i ekonomicznym, zapewnić nieustanne „nękanie” dronami od razu kilkudziesięciu lotnisk w różnych zakątkach Federacji Rosyjskiej, w tym w Sankt Petersburgu i Moskwie – najlepiej chronionych rosyjskich miastach? Na razie trudno udzielić jednoznacznej odpowiedzi, ale z całą pewnością można stwierdzić, że wcześniej nic takiego nie miało miejsca. Jest to niezwykle skomplikowane w sensie czysto praktycznym. Chociaż sam fakt oświadczenia prezydenta Ukrainy może zadziałać jako broń psychologiczna przeciwko zagranicznym przewoźnikom: tureckim, chińskim, emirackim, kazachstańskim itp. Na razie trudno wyciągać wnioski – zobaczymy, co będzie w najbliższym czasie.

Odpowiedź Kremla: „terroryzm” i stawka na załamanie energetyczne
Reakcja Putina była niezwykle szybka: jakby Kreml tylko czekał na jakiś pretekst. Rosyjski dyktator osobiście wystąpił przed mediami i udzielił publicznej odpowiedzi. W szczególności Putin nazwał te plany „terroryzmem” (chociaż poza oświadczeniami nie podjęto jak dotąd żadnych działań, a zresztą kto by to powiedział), stwierdził, że „RF nie prowadzi negocjacji z terrorystami” (co nie przeszkodziło Moskwie w prowadzeniu rozmów, na przykład z „Talibami”) oraz zagroził Ukrainie nowymi masowymi atakami na sektor energetyczny, oświadczając, że wydał już odpowiedni rozkaz.
Oskarżenie o „terroryzm” z ust przywódcy Kremla brzmi oczywiście szczególnie cynicznie, biorąc pod uwagę nieustanny rosyjski terror. Jest to próba legitymizacji wszelkich przyszłych działań przeciwko Ukrainie oraz usprawiedliwienie zarówno własnych, jeszcze bardziej brutalnych ataków, jak i niechęci do prowadzenia negocjacji — rzekomo: z kim, z „tymi kijowskimi terrorystami”? Warto jednak zauważyć, że w czasie wojny lotniska są w pełni uznawane za legalne cele wojskowe: ta sama Rosja zaatakowała wszystkie bez wyjątku ukraińskie lotniska już na początku pełnowymiarowej inwazji. Ponadto strona ukraińska właśnie podkreśliła, że lotnictwo cywilne nie jest celem potencjalnych ataków.
Pytanie, które teraz nurtuje wszystkich: jak dokładnie zareaguje Putin? Wiadomość o wznowieniu masowych ataków na infrastrukturę energetyczną to prawdopodobnie tylko pierwszy, najbardziej przewidywalny krok. Niektórzy w panice ponownie zaczęli mówić o zagrożeniu nuklearnym, ale nawet w odpowiedzi na potencjalne ataki na lotniska uderzenie nuklearne jest jednak mało prawdopodobne — przynajmniej chcielibyśmy w to wierzyć.
Najprawdopodobniej Moskwa zastosuje te same metody, których już używa, ale na znacznie większą skalę. Ataki staną się jeszcze bardziej masowe (choć wydawałoby się, że nie da się już tego zwiększyć!), a ponadto będą wymierzone w nowe obiekty infrastruktury krytycznej. Chodzi o systemy zaopatrzenia w wodę i odprowadzania ścieków, sieci kanalizacyjne itp. Nie należy też wykluczać demonstracyjnego użycia nowych rodzajów uzbrojenia, takich jak „Oreshnik”, jako narzędzia zastraszania.
Ponadto Putin wygłosił bezpośrednie groźby pod adresem Wielkiej Brytanii i Europy jako całości. Jednak Rosja najprawdopodobniej nie odważy się na bezpośredni atak na terytorium NATO — cena takiego kroku może być zbyt wysoka.

Europa na rozdrożu
Najbardziej niebezpiecznym dla świata aspektem obecnej sytuacji nie jest konfrontacja między Kijowem a Moskwą (cierpią na to przede wszystkim Ukraińcy, ale w żadnym wypadku nie świat), lecz potencjalne wciągnięcie w konflikt Europy. Oświadczenie Zełenskiego dotyczące rosyjskich lotnisk, niezależnie od tego, czy zostało uzgodnione z Europejczykami, czy nie, stawia ich w niezwykle kłopotliwej sytuacji. Moskwa może zinterpretować ataki na rosyjskie lotniska jako wspólną akcję ukraińsko-europejską, zwłaszcza w kontekście skandalu z Lipskiem.
W Kremlu wyraźnie istnieje potężne lobby, które opowiada się za wywieraniem silniejszej presji na Europę, wychodząc z założenia, że Europejczycy nie są gotowi ryzykować nuklearnej apokalipsy dla Ukrainy. Dlatego prędzej czy później Moskwa może uciec się do sformułowania ultimatum. To niebezpieczna gra, ponieważ kalkulacja może okazać się błędna. Jeśli jednak sytuacja będzie wyglądała tak, że to właśnie Kijów i Europa jako pierwsze doprowadziły do eskalacji (a Moskwa umiejętnie wykorzystuje w tym celu swoje zasoby informacyjne), prawdopodobieństwo podjęcia radykalnych kroków przez Rosję wzrasta.
W ten sposób europejscy przywódcy znaleźli się w pułapce. Z jednej strony nie mogą publicznie poprzeć ataków na lotniska, zwłaszcza jeśli coś stanie się samolotowi cywilnemu i zwykłym pasażerom. Z drugiej strony nie mogą też otwarcie potępić Ukrainy. Najprawdopodobniej reakcja Zachodu będzie jak zawsze ospała i powściągliwa: wezwania do ograniczonej deeskalacji, których i tak nikt nie usłyszy, a jednocześnie dalsze finansowanie wojny, która nieustannie rodzi coraz to nowe podobne wyzwania.

Opinie ekspertów
Politolog, dyrektor Instytutu Polityki Światowej Jewhen Magda jest przekonany, że należy rozdzielić te dwie kwestie: oświadczenia Zełenskiego i oświadczenia Putina
„Oświadczenie Wołodymyra Zełenskiego, że rosyjska przestrzeń powietrzna jest zamknięta dla ukraińskich dronów, stanowi ostrzeżenie nie tylko dla rosyjskich cywilnych linii lotniczych, ale także dla tych zagranicznych firm, które nadal obsługują loty do Rosji. A takie istnieją. Natomiast to, co Putin powiedział na konferencji prasowej dla rosyjskich mediów – proszę zauważyć, wyłącznie dla rosyjskich, nie było tam nikogo z zagranicznych mediów, mimo że SCO nazywają wpływową organizacją międzynarodową – to właśnie to, co mówił Putin, jest przykładem tworzenia równoległej rzeczywistości. Są to opowieści o tym, czego nie ma i nie może być. Przykład tego, jak człowiek po prostu przenosi swoje urojenia z chorej głowy do zdrowej. I robi to dość konsekwentnie, bezczelnie i cynicznie. Nie ma tu nawet czego porównywać, ponieważ kiedy przywódca kraju-agresora nazywa kraj będący ofiarą agresji terrorystą, to w znacznym stopniu jest to po prostu wyrok na system stosunków międzynarodowych. Trzeba to zrozumieć, wziąć pod uwagę i wyciągnąć odpowiednie wnioski. Niestety, społeczność międzynarodowa w znacznej mierze nadal postrzega Putina jako partnera. A to bardzo źle. Jednak to, że Ukraina realizuje prawo do samoobrony, określone przez prawo międzynarodowe, jest normalnym procesem i będzie to robić dalej. Nikt nie powinien mieć co do tego żadnych wątpliwości” – jest przekonany Jewhen Magda.
Politolog, szef Centrum Stosowanych Badań Politycznych „Penta” Władimir Fesenko uważa, że oświadczenia przywódców Ukrainy i Rosji odzwierciedlają eskalację wojny, która rozpoczęła się nawet bez tych oświadczeń.
„Słyszeliśmy przecież, w szczególności od Zełenskiego, że nie ma żadnych podstaw, by oczekiwać zgody Rosjan na negocjacje pokojowe. Rosja przygotowuje się do eskalacji wojny. Wszystko to potwierdzają zarówno dane wywiadowcze, jak i konkretne oświadczenia, a co najważniejsze – konkretne działania. Widzimy to każdego dnia, w szczególności dostrzegamy nową taktykę wojny powietrznej. Słowa Zełenskiego o zamknięciu rosyjskiej przestrzeni powietrznej to swego rodzaju narzędzie wojny kognitywnej. Próba pokazania Rosjanom, że my również dysponujemy asymetryczną odpowiedzią na rosyjski terror powietrzny. Wy sprawiliście nam tyle kłopotów z ciągłymi alarmami i destabilizacją normalnego życia w stolicy, więc my zrobimy wam to samo, tylko w innej formie.
Putin mówi, że to terroryzm państwowy i tak dalej — ale w samej Rosji się z tego śmieją. W ich mediach społecznościowych śmieją się: mówią, że „nam wszystko wolno, a Chochlom nic”, tak to wygląda? A kto zestrzelił kiedyś malezyjskiego Boeinga? No więc o czym tu mowa? Putin oskarża Ukrainę o to, co Rosja sama robi od dawna. Poza tym Zełenski osobno powiedział, że Kijów nie zamierza zagrażać samolotom cywilnym, natomiast nacisk należy położyć na próbę wstrzymania regularnego ruchu lotniczego jako takiego. Chociaż nie wiem, na ile jesteśmy w stanie to zrealizować pod względem zasobów. „Jest to więc sposób na asymetryczną odpowiedź na rosyjski terror” — zauważył Volodymyr Fesenko.
Podsumowując, kluczowy wniosek płynący z całej tej sytuacji jest następujący: wojna gwałtownie przechodzi w fazę całkowicie niekontrolowaną. Trudno nazwać to, co się obecnie dzieje, nawet „kontrolowaną eskalacją” — wygląda to na (prawie) niekontrolowane. Jest to raczej chaos systemowy, w którym każda strona działa zgodnie z logiką eskalacji dla samej eskalacji.
Lecą nieustannie, lecą wszędzie, lecą wszystko, co tylko może dolecieć i gdziekolwiek – byle tylko wyrządzić jak najwięcej szkód zwykłym ludziom. Dialog polityczny został ostatecznie zniszczony, dyplomacja leży w gruzach, a oświadczenia przywódców są maksymalnie bezpośrednie, jednoznaczne i nie pozostawiają miejsca na wycofanie się. To już dawno nie jest po prostu wojna o coś konkretnego: na przykład o terytoria, zasoby czy jakąś wizję przyszłości. To, co się dzieje, przypomina wojnę przeciwko narodom, wojnę przeciwko normalnemu życiu i przyszłości jako takim, wojnę dla samej wojny, w której jedynym celem nie jest zwycięstwo na polu bitwy, ale stworzenie nie do zniesienia warunków życia dla przeciwnika.
A przed nami czekają bardzo ciężka jesień i zima. Zima bez światła, bez ciepła, a być może, w najgorszym przypadku, nawet bez wody i kanalizacji dla milionów Ukraińców. Zima, podczas której takie „życie” być może w końcu w pełni odczują również miliony Rosjan – po raz pierwszy od wielu lat. A wszystko to dzieje się w obliczu całkowitego braku jakichkolwiek inicjatyw pokojowych.
Zatrzymać się nad przepaścią, zatrzymać ten wagonik, który z pełną prędkością pędzi po torach w kierunku otchłani, po prostu usiąść do stołu negocjacyjnego i położyć kres nieustannemu terrorowi wobec siebie nawzajem – obecnie wydaje się to utopijną fantazją. Nikt nie zrobi pierwszego kroku wstecz, tak samo jak nikt nie zrobi kroku naprzeciw. W obecnych warunkach wydaje się to jeszcze większą fantazją niż przybycie kosmitów czy podróże w czasie. Właśnie dlatego spirala przemocy będzie się nadal kręcić – aż do punktu, z którego nie ma już powrotu, który prędzej czy później nadejdzie, a którego konsekwencje staną się nieodwracalne dla wszystkich.
Czytaj nas na Telegram i Sends