$ 44.24 € 51.51 zł 12.16
+24° Kijów +25° Warszawa +19° Waszyngton
Terror w stolicach: dlaczego ataki na Kijów i Moskwę nie przybliżają końca wojny

Terror w stolicach: dlaczego ataki na Kijów i Moskwę nie przybliżają końca wojny

25 maja 2026 15:05

Maj 2026 roku z pewnością przejdzie do historii tej wojny, ale niestety nie jako miesiąc decydujących bitew na froncie ani miesiąc, w którym strony w końcu zbliżyły się do pokoju. Raczej jako okres rekordowego terroru powietrznego wymierzonego właśnie w stolice walczących państw. 

To, co się teraz dzieje, wykracza poza ramy zwykłej logiki wojennej. Nie jest to nawet formalnie „niszczenie wyłącznie celów wojskowych”, jak lubi powtarzać rosyjska propaganda. Jest to świadome postawienie na terror w regionach stołecznych jako narzędzie presji politycznej. 

15 maja Kijów doświadczył ataku, który wówczas nazwano największym w całej historii pełnej inwazji. Przez prawie dobę (!) miasto drżało od wybuchów. Wtedy też rosyjska rakieta uderzyła w budynek mieszkalny w Darnicy — zginęło 24 cywilów. Miasto nie zdążyło się jeszcze otrząsnąć, a już dwie doby później, 17 maja, lustrzane odbicie tego horroru (choć na mniejszą skalę) dotarło do Moskwy i Podmoskwi. Na moskiewczyków czekała rekordowa liczba dronów, co doprowadziło do dziesiątek rannych, trzech ofiar śmiertelnych i wielogodzinnej nocnej paniki. 

A potem nadeszła noc 24 maja, która przekroczyła wszelkie dotychczasowe skale. Na Kijów i obwód leciało wszystko, co tylko można sobie wyobrazić w rosyjskim arsenale: pięćdziesiąt rakiet różnych typów, setki „szahidów”, a nawet niesławny „Oresznik” (bez głowicy bojowej). Rakiety spadły na absolutnie wszystkie dzielnice stolicy, płonęły targowiska, centra handlowe, zabytkowe budynki i, oczywiście, domy mieszkalne. System obrony przeciwlotniczej, jak przyznają nawet ukraińskie źródła monitorujące, nie poradził sobie z takim natężeniem ataku. Była to noc czystego, niczym nieosłoniętego terroru.

Wydarzenia te stały się nowym punktem eskalacji. Strony nie ukrywają, że ataki na stolice są ich priorytetem. Ale dlaczego do takich ataków wybierają właśnie stolice? Czy ma to jakiś sens militarny? I dlaczego jest to strategia, która prowadzi donikąd? Komentator polityczny UA.News Mykyta Trachuk wraz z ekspertami zgłębiał tę kwestię. 

W poszukiwaniu „centrum siły”: rola stolic w życiu Ukrainy i Rosji 

 

Aby zrozumieć naturę tego wzajemnego terroryzowania – którego zresztą nie byłoby bez trwającej rosyjskiej agresji – trzeba sięgnąć nieco głębiej i zrozumieć samą rolę stolic w życiu naszych państw. Historycznie tak się złożyło, że zarówno Ukraina, jak i zwłaszcza Rosja – są krajami katastrofalnie „stolicocentrycznymi”. Nie jest to tylko termin politologiczny, ale cały kod kulturowy: cały kapitał polityczny, gospodarczy, społeczny i kulturowy narodów przez wiele lat spływał do jednego punktu na mapie.

W Ukrainie stało się tak, po pierwsze, z powodu bezpośredniego dziedzictwa ZSRR z jego sztywną hierarchią władzy (chociaż Kijów uzyskał status stolicy dopiero w 1934 r., a wcześniej głównym miastem Ukraińskiej SRR był Charków), a po drugie dlatego, że Ukraina jest państwem unitarnym – jak to się mówi, ze wszystkimi wynikającymi z tego konsekwencjami. Wojna tylko wzmocniła i zwiększyła skalę tej centralizacji władzy. To właśnie w Kijowie podejmowane są wszystkie kluczowe decyzje, to właśnie tutaj zbiegają się wszystkie strumienie finansowe (pomoc międzynarodowa, misje humanitarne), to właśnie tutaj znajdują się centra logistyki i planowania, to tutaj wciąż przybywają ludzie z regionów w poszukiwaniu lepszego życia i tak dalej. 

Kijów to nie tylko miasto, ale węzeł nerwowy całego systemu. Ukrainę można sobie wyobrazić – choć to bolesne i trudne – bez niektórych tymczasowo okupowanych terytoriów (Krym, Donieck i Ługańsk itp.). Jednak nikt raczej nie jest w stanie wyobrazić sobie Ukrainy bez Kijowa. Właśnie w tym przejawia się „stolicocentryczność” państwa ukraińskiego.

W przypadku Rosji sytuacja jest jeszcze bardziej paradoksalna. Formalnie jest to federacja, w której uprawnienia powinny być rozdzielone między regiony. Jednak w praktyce Rosja jest państwem bardzo silnie scentralizowanym, z jednym centrum podejmowania decyzji. Znane zdanie bohatera kultowego filmu „Brat” – „Trzeba jechać do Moskwy, w Moskwie jest cała władza!” – stało się nie tylko trafnym cytatem filmowym, ale prawdziwą diagnozą polityczną. W Moskwie rzeczywiście jest cała władza: tam są pieniądze, tam jest władza, tam kluczowe operacje finansowe itp.

Dla porównania i zrozumienia: w Stanach Zjednoczonych nikt nie jedzie szukać lepszego losu do Waszyngtonu — jedzie do Nowego Jorku, Los Angeles, San Francisco, Miami, Chicago itp. W Niemczech świat finansów kręci się we Frankfurcie i Hamburgu, moda — w Monachium, przemysł — w Stuttgarcie, a polityka — w skromnym, w porównaniu z innymi, Berlinie. W Belgii nie wszyscy wybierają na miejsce życia i kariery hałaśliwy, nieporęczny Brukselę: jest Antwerpia, jest Brugia i inne miasta. W Szwajcarii natomiast stolicy jako takiej oficjalnie w ogóle nie ma, a państwo ma kilka centrów: Genewę, Zurych, Bazyleę…

Podobnych przykładów można przytaczać bardzo długo. Ich kluczowa istota polega na tym, że nie ma tam tego wstrząsającego pociągu wszystkich, wszystkiego i wszystkich do stolicy administracyjnej. U nas to wszystko istnieje. I właśnie ta „stolicocentryczność” sprawiła, że Kijów i Moskwa stały się najbardziej „pożądanymi” celami w wojnie na wyniszczenie. Są one sercami państw, a wrogowie oczywiście próbują te serca zatrzymać.

Великі дані великого міста: як Big Data змінює життя Києва | Kyivstar  Business Hub


„Wojna lustrzana”: kto kogo zastrzeli 

 

I właśnie z powodu wszystkiego, co napisałem powyżej, Rosja tak uparcie terroryzuje Kijów. Kalkulacja jest bardzo prosta: zniszczyć „serce” ukraińskiego oporu, zasiać panikę w najbardziej zaludnionym miejscu kraju (nawet podczas wojny to około 3,5 miliona ludzi), zmusić zwykłych mieszkańców do drżenia ze strachu w domach i schronach, a władzę – we własnych gabinetach lub bunkrach. Logika Kremla jest chyba następująca: jeśli mieszkańcy Kijowa zobaczą całkowitą bezradność obrony przeciwlotniczej i okropność zniszczeń, prędzej czy później wyjdą na Majdan z żądaniami zakończenia wojny na jakichkolwiek warunkach. A nawet jeśli nie – cóż, wtedy przynajmniej mocno się namęczą i ucierpią. Nie wspominając już o tym, że podczas alarmów połowa stolicy po prostu „paraliżuje się”: od metra na lewym brzegu po centra handlowe i znane lokale gastronomiczne. 

Потужні вибухи в Києві 18.01.2025 - Росія вдарила балістикою та Шахедами -  24 Канал


Ukraina stara się działać lustrzanie. Fraza „Moskwa to nie Rosja” nie została wymyślona przez Ukraińców. To bardzo stare, zakorzenione wyobrażenie o moskiewczykach, którzy żyją znacznie lepiej niż reszta swojego kraju, w swoim odgrodzonym świecie, gdzie nawet wojna istnieje głównie na ekranach telewizorów. To poczucie niesprawiedliwości, charakterystyczne dla wielu Rosjan, spotęgowane bogatym doświadczeniem historycznym, kiedy to „centrum” żyło w dostatku kosztem „peryferii”. 

Ukraińskie ataki na Moskwę i okolice to próba zburzenia tej „bańki” bezpieczeństwa. To próba przeniesienia wojny tam, gdzie przez długi czas była ona jedynie abstrakcyjnym obrazkiem propagandowym. Cel tych ataków z obu stron nie jest wcale wojskowy: jest polityczny i psychologiczny. Zniszczenie pewnej liczby magazynów lub sztabów na obrzeżach Moskwy lub Kijowa (o ile w ogóle tam są) — to zadanie drugorzędne. Najważniejsze dla Ukrainy jest zmuszenie rosyjskiej klasy politycznej i mieszkańców „złotych wież” do fizycznego odczucia tego, co od lat odczuwają Ukraińcy. Dla Rosjan natomiast najważniejsze jest po prostu zastraszenie Kijowa tak, aby nie było mowy o żadnym normalnym życiu. 

A wszystko to będzie się tylko nasilać. Eskalacja jest tu nie tylko prawdopodobna, ale gwarantowana. Jednak w tej grze bez zasad, którą obserwujemy w maju 2026 roku, istnieje jeden fatalny błąd w kalkulacji, który prowadzi ją w ślepą uliczkę. 

Київ – у десятці найгірших міст світу за якістю життя третій рік поспіль -  Новини Києва – Головні події міста сьогодні | Kyiv.news


Droga donikąd: rozmiary metropolii i prawo wielkich liczb

 

Problem strategii „terroru stołecznego” tkwi w elementarnej matematyce i geografii. Kijów to ogromna metropolia. Jego powierzchnia wynosi ponad 840 kilometrów kwadratowych. Dla porównania: to jak osiem Paryży, 25 (!) Bruksel, dziewięć i pół Zurychów, prawie trzy Bratysławy, dwa Wiedeń, półtorej Warszawy i Budapesztu itp. 

Недорогі авіаквитки за маршрутом Велика Британія – Київ Бориспіль (KBP) |  KAYAK


Od pięciu lat to ogromne miasto jest bombardowane rakietami i dronami. I co widzimy? Czy mieszkańcy Kijowa biegają w panice po ulicach? Czy domagają się natychmiastowej kapitulacji? Czy czekają na „wyzwolenie” Putina? Raczej nie. Społeczeństwo, wręcz przeciwnie, jednoczy się w nienawiści do agresora i dostosowuje się nawet do tego symulakrum życia, które mamy teraz. Złamanie psychiczne, na które liczył Kreml, nie następuje.

A teraz wyobraźmy sobie Moskwę. To miasto-potwór, trzykrotnie większe od Kijowa pod względem powierzchni i czterokrotnie większe pod względem liczby ludności. Próba wywołania w Moskwie takiego samego poziomu terroru, jakiego doświadczył Kijów 24 maja, wymaga zasobów, których po prostu fizycznie nie ma w ukraińskim arsenale. Można wysłać nawet tysiąc dronów, aby uderzyły w szereg obiektów w podmoskiewskich przedmieściach, siały chaos na lotniskach, dotarły do samej Moskwy, a nawet trafiły w jakieś bazy paliwowe lub dzielnice mieszkalne. Wywoła to strach, wywoła gniew, ale nie sparaliżuje życia 20-milionowej aglomeracji. Skala miast stołecznych sprawia, że są one niemal nie do pokonania dla taktyki totalnego zniszczenia, którą Rosja stosuje w tym samym Donbasie.


Właśnie dlatego wszystko to jest drogą donikąd. Bombardować Kijów z taką intensywnością, jak 24 maja, można jeszcze przez dziesięciolecia – a wynik będzie niezmienny: zniszczenia, ofiary, ale nie upadek państwowości. Moskwę z jej rozmiarami można terroryzować przez sto lat, ale „siła”, tkwiąca w samym rozmiarze miasta i jego zasobach, nigdzie nie zniknie. 

Nie jest to rok 1618, ani nawet 1812. Nie ma ani Konaszewicza-Sagaidacznego, ani Napoleona. I spalenie Moskwy, jak kiedyś, niestety, już się nie uda. To samo dotyczy, na szczęście, również Kijowa.

Атаки на Москву могут изменить мнение россиян о войне против Украины |  Новости Украины | LIGA.net


Opinie ekspertów

 

Ekspert wojskowy, emerytowany pułkownik SBU Oleg Starikow uważa, że w tym kontekście nie ma sensu uciekać się do taktyki, a nawet strategii wojskowej polegającej na ostatnich uderzeniach na ten sam Kijów. Warto tu rozważać szeroką strategię polityczną. 

„Zbliżamy się do punktu, w którym wojna konwencjonalna przechodzi w „wojnę o miasta”. To jest najniebezpieczniejsze i najstraszniejsze. Ostatnie ataki to właśnie „wojna o miasta”. Oznacza to, że przeciwnicy będą zadawać ciosy zgodnie z doktrynami niszczenia nie tylko kompleksu wojskowo-przemysłowego, ale także w ramach presji psychologicznej na tyły. Oto, co jest najważniejsze w tych atakach… Wyniki II wojny światowej pokazały, że klasyczne bombardowania, na przykład Niemiec, nie doprowadziły do niczego w skali globalnej. Weźmy na przykład bombardowanie Drezna. Po co zniszczono Drezno, europejskie centrum kultury? Nikt tego nie powie. Ale miasto zostało zrównane z ziemią. Przed atakami nuklearnymi na Hiroszimę i Nagasaki Amerykanie przeprowadzili masowe bombardowania Tokio. Zginęło 100 tysięcy Japończyków, a milion straciło domy, ale Japonia nie zakończyła wojny, nie miało to wpływu na pole bitwy. Oznacza to, że masowe ostrzały miast nie prowadzą do zmiany sytuacji na linii frontu. Ani operacje przeciwnika przeciwko nam, ani nasze specjalne operacje powietrzne przeciwko przeciwnikowi – nie mają one żadnego wpływu na front. 

„Wojna miast” pójdzie za dalszą eskalacją. W rezultacie, jeśli nadal będzie obowiązywała zasada „oko za oko”, zwycięzców w ogóle nie będzie. Będzie ginąć coraz więcej cywilów, ale na linii frontu i tak nie będzie żadnych zmian. Najwyższe dowództwo wojskowe – zarówno nasze, jak i wroga – musi się uspokoić, odetchnąć i wyznaczyć granice, za którymi zadawanie ciosów jest kategorycznie zabronione. Ale frakcja wojenna w Kremlu zwyciężyła, to widać. Obawiam się, że w takim tempie doczekamy się jeszcze bombardowań dywanowych. Kiedy miasta, nawet te na tyłach, będą po prostu zrównane z ziemią. Jeśli będziemy trzymać się zasady „oko za oko, ząb za ząb”, to zatrzymanie się będzie po prostu niemożliwe” – jest przekonany Oleg Starikow. 

Z tą oceną zgadza się również ekspert wojskowy, emerytowany kapitan marynarki wojennej USA Harry Tabach. 

„Wątpię, czy w tym wszystkim jest jakiś sens militarny. To raczej kwestie czysto polityczno-psychologiczne. Jak widzimy, na froncie takie uderzenia niczego nie zmieniają. Nawet ciężka zima, która zamroziła cały kraj, na froncie niczego nie zmieniła. Po co w takim razie to wszystko kontynuować? Najwyraźniej terror dla samego terroru. Oni (Rosjanie – red.) muszą kontynuować wojnę, podburzać naród i zjednoczyć go wokół „zwycięstwa” nad tymi wszystkimi tak zwanymi „faszystowskimi mordercami” – zauważył Harry Tabakh. 

Як Київ називали в давнину - історичні назви | РБК-Україна


Podsumowując, majowe ataki stały się kolejnym symbolem eskalacji, ale ostatecznie oderwały się od jakiegokolwiek sensu militarnego. To czysta gra psychopolityczna i, w rzeczywistości, absolutny ślepy zaułek. Wzajemne uderzanie w „serca” państw nie jest drogą do zwycięstwa, lecz drogą do wspólnego samobójstwa w ruinach budynków mieszkalnych, rynków i centrów handlowych.

Kijów i Moskwa są zbyt duże, by „rzucić je na kolana” z powietrza przy pomocy dostępnych sił i środków. Do tego (przynajmniej na razie) nie wystarczą żadne zapasy rakiet i dronów. Jedyne, co na pewno będzie rosło na tej drodze, to liczba ofiar i stopień wzajemnej nienawiści. To gra o sumie zerowej, gdzie zamiast zera mamy nieskończony minus. A skoro widzieliśmy już wystrzelenie „Oresznika” bez głowicy bojowej, to kolejnym krokiem na tej drabinie eskalacji prędzej czy później będzie to, o czym nawet strasznie jest głośno myśleć.

Czytaj nas na Telegram i Sends

Завантажуй наш додаток