Na styczeń 2026 roku międzynarodowa architektura polityczna nadal znajduje się w stanie półrozpadu. Epicentrum nowego globalnego napięcia stało się największe terytorium wyspiarskie na świecie. Prezydent USA Donald Trump „martwym chwytem” uczepił się Grenlandia.
To, co podczas jego pierwszej kadencji było postrzegane jako ekscentryczna propozycja biznesowa lub kolejna medialna prowokacja, teraz ostatecznie przekształciło się w prawdziwą idée fixe amerykańskiego przywódcy. Ta obsesja przybrała taką skalę, że porównuje się ją do patologicznego dążenia władimir putin do zajęcia ukraińskiego Donbasu. Podobnie jak w przypadku rosji, gdy apetyt terytorialny maskowany jest „egzystencjalną” koniecznością „ochrony interesów narodowych”, Trump już teraz czyni Grenlandię centralnym elementem swojej polityki zagranicznej, oświadczając, że wyspa powinna stać się integralną częścią Stany Zjednoczone.
Prezydent USA nieustannie mówi o Grenlandii w przestrzeni publicznej, podkreślając gotowość jej zakupu lub przejęcia w jakikolwiek inny sposób. Pojawiają się nawet aluzje do możliwości militarnej aneksji.
Po co jednak Trumpowi tak bardzo Grenlandia i dlaczego jest gotów w jej imię ostatecznie zburzyć światowy system bezpieczeństwa, a nawet deklarowaną jedność Zachodu? Tę kwestię analizował komentator polityczny UA.News Mykyta Traczuk.
Arktyczny gambit: grenlandzka logika Trumpa
Aby zrozumieć tak silne zainteresowanie Donald Trump Grenlandią, konieczne jest przeanalizowanie jego publicznej retoryki, która łączy w sobie jednocześnie logikę nowojorskiego dewelopera, mesjanizm imperialnego przywódcy oraz konkretne, praktyczne cele.
Trump wielokrotnie twierdził, że Grenlandia jest strategicznym aktywem dla bezpieczeństwa narodowego Stany Zjednoczone i że w tej kwestii nie ma odwrotu. Jego argumentacja opiera się na przekonaniu, iż Dania, jako niewielkie państwo europejskie, po prostu nie jest w stanie obronić tak ogromnego terytorium w przypadku inwazji rosja lub Chiny. Prezydent USA kreśli apokaliptyczne wizje, w których rosjanie lub Chińczycy pojawiają się w arktycznych fiordach, stwarzając bezpośrednie zagrożenie dla wschodniego wybrzeża Ameryki.
Trump odwołuje się do faktu, że amerykańska obecność wojskowa na wyspie, w szczególności w bazie Pituffik, jest jedyną siłą powstrzymującą potencjalnych agresorów. W jego ocenie formalna suwerenność Danii stanowi jedynie prawną przeszkodę, którą należy po prostu usunąć. Podkreśla on, że Amerykanie od dawna chcieli kupić tę wyspę, przypominając propozycje prezydenta Harry Truman z 1946 roku (wówczas USA rzeczywiście zaoferowały Danii 100 milionów dolarów w złocie za Grenlandię), a teraz, jak twierdzi, nadszedł czas, by sfinalizować tę historyczną transakcję.
Takie zachowanie świadczy o tym, że Trump postrzega Grenlandię nie jako suwerenne terytorium duńskie, lecz jako aktywo, które ma prawo zdobyć za wszelką cenę. Co więcej, zaczął on stosować swoje ulubione metody presji gospodarczej, grożąc Danii oraz innym krajom europejskim cłami sięgającymi 25%, jeśli będą blokować przejęcie wyspy.
Szczególne miejsce w retoryce Trumpa zajmuje tzw. „Złota Kopuła” — ambitny system obrony przeciwrakietowej o wartości 175 miliardów dolarów, dla którego Grenlandia ma kluczowe znaczenie geograficzne. Trump twierdzi, że bez pełnej suwerenności nad wyspą system ten będzie podatny na zagrożenia, a tym samym, jak sugeruje, życie milionów Amerykanów zależy od tego, czy nad Nuuk będzie powiewać flaga USA, czy też nie.

Geopolityka jako przykrywka imperializmu
W istocie Donald Trump w swoim bezpośrednim stylu niemal wprost wskazuje prawdziwe powody tak dużego zainteresowania wyspą. Owszem, manipuluje, lecz nie kłamie — mówi niemal dokładnie to, co rzeczywiście myśli.
Grenlandia jest potrzebna Stany Zjednoczone jako strategiczny aktyw oraz przyczółek w nowym globalnym wyścigu — walce o Arktyka. Światopogląd Trumpa opiera się na kategoriach brutalnej, czysto użytkowej geopolityki, w szczególności na tzw. „doktrynie Donroe” — koncepcji, która w pełni usprawiedliwia rozszerzanie strefy wpływów oraz bezpośredniej kontroli nad wszelkimi terytoriami uznanymi przez władze USA za krytycznie istotne. Geopolityka w tym ujęciu jest niczym innym jak pseudonaukową, ideologiczną zasłoną dla banalnych imperialnych ambicji i zawłaszczania nowych ziem.
Każdy analityk, ekspert czy badacz zajmujący się geopolityką z łatwością potwierdzi, że Arktyka jest kluczowym regionem globalnej rywalizacji w nadchodzących dekadach. Grenlandia zaś, jako największa wyspa świata, stanowi swoiste „wrota do Arktyki”, a kontrola nad nimi daje kontrolującemu ogromną przewagę.
Po pierwsze, Grenlandia ma strategiczne położenie: umożliwia kontrolę szlaku północnoatlantyckiego, a w przyszłości także tras tranzytowych przez Północną Drogę Morską, która staje się coraz bardziej dostępna w wyniku postępującego topnienia lodowców. Jest to kwestia nie tylko handlu, lecz również szybkiego przerzutu sił wojskowych w razie potrzeby. Rozmieszczenie nowych amerykańskich baz na Grenlandii na dziesięciolecia utrwaliłoby dominację USA w przestrzeni powietrznej i morskiej między Ameryką Północną a Eurazją, pozwalając „wypchnąć” stamtąd rosja i Chiny.
Po drugie, Grenlandia to niemal nieograniczone zasoby naturalne, które czynią wyspę prawdziwą „skarbcą”. Pod lądolodem Grenlandii oraz w przylegających do niej wodach znajdują się ogromne złoża surowców. Metale ziem rzadkich niezbędne dla nowoczesnych technologii, elektroniki i przemysłu zbrojeniowego, ropa naftowa i gaz, uran, złoto, diamenty, ruda żelaza — wszystko to i znacznie więcej skrywa się w zamarzniętych ziemiach Grenlandii.
W świecie, w którym rywalizacja o zasoby zaostrza się z każdym rokiem, kontrola nad takim bogactwem na wiele dekad naprzód daje państwu strategiczną autonomię oraz potężną siłę gospodarczą. Dla Trumpa, który myśli kategoriami transakcji i ciągłego zysku, Grenlandia jawi się jako jeden z największych aktywów na świecie — aktyw, który trafia w ręce kogoś innego, mimo że z punktu widzenia USA leży „tuż obok”: wystarczy przyjść i wziąć.
Po trzecie, wyspa jest kluczową areną konfrontacji z Chinami, które już aktywnie inwestują w projekty arktyczne, oraz z rosją, szybko zwiększającą w regionie swoją obecność wojskową i gospodarczą. Dlatego dążenia Trumpa to nie tyle kolejny kaprys czy osobliwość, ile twarda, cyniczna, bezprawna, lecz jednocześnie pragmatyczna kalkulacja geopolityczna.

Zmierzch prawa międzynarodowego i nowy podział świata
Analizując wydarzenia wokół Grenlandia według stanu na 22 stycznia 2026 roku, nie sposób nie zauważyć, że świat, jaki znaliśmy po 1945 roku, na naszych oczach ostatecznie się rozpada. Działania Donald Trump wobec autonomicznego terytorium Dania ukazują całkowitą erozję międzynarodowego porządku prawnego, w którym siła oraz strategiczne interesy wielkich mocarstw stają się jedynymi realnymi argumentami.
Gdy władimir putin dokonał aneksji Krymu w 2014 roku, a w 2022 roku anektował kolejne okupowane terytoria Ukraina, wydawało się to rażącą anomalią — wyzwaniem rzuconym całemu systemowi światowemu, który mimo wyjątków opierał się jednak na zasadzie nienaruszalności granic. Jednak gdy niemal w ten sam sposób zaczynają działać Stany Zjednoczone — dawniej tradycyjny gwarant prawa międzynarodowego i wartości demokratycznych — anomalia szybko staje się nową normą.
Jeśli Waszyngton pozwala sobie na szantażowanie sojuszników z NATO cłami oraz grożenie militarną aneksją ich terytoriów w imię zasobów i tworzenia geopolitycznych przyczółków, rodzi się logiczne pytanie: co powstrzyma innych graczy przed podobnymi działaniami? Przykłady rosja wobec Ukrainy, Izrael wobec Wzgórza Golan i Strefa Gazy, a także USA wobec Wenezuela i Grenlandii pokazują już dziś, jak argument „bezpieczeństwa narodowego” staje się uniwersalnym usprawiedliwieniem dla interwencji, wojen i ekspansji terytorialnych.
Taki sposób myślenia otwiera dla świata prawdziwą puszkę Pandory. Co powstrzyma rosję przed dalszym marszem w Europie, poza granice Ukrainy, pod hasłem „ochrony przed zagrożeniem NATO”? Co powstrzyma Chiny przed siłowym zajęciem Tajwan lub ostateczną militaryzacją Morze Południowochińskie? Co powstrzyma Korea Północna przed rozpoczęciem operacji przeciwko Korea Południowa? To pytania retoryczne.

Dzisiejszy świat powraca do „epoki imperiów”, jak prorokował w XX wieku niemiecki filozof i pisarz Ernst Jünger, oraz do „wielkich przestrzeni” w ujęciu innego niemieckiego myśliciela i geopolityka Carl Schmitt, czyli do globalnych stref wpływów, w których los małych państw rozstrzygany jest w trybie ultimatum przez przywódców supermocarstw. Działania Trumpa, choć zrozumiałe z punktu widzenia cynicznej i czysto użytkowej „geopolityki”, są otwarcie katastrofalne dla i tak kruchej stabilności globalnej, ponieważ legitymizują prawo silniejszego jako jedyne obowiązujące prawo współczesnego świata.
Nie wolno nam zapominać, że wszystkie te pseudo-intelektualne konstrukcje strategii geopolitycznych, doktryn i „stref bezpieczeństwa” są niczym innym jak wyrafinowaną zasłoną dymną, mającą usprawiedliwić banalne zawłaszczanie terytoriów i kontrolę nad zasobami. Trump być może jest bardziej szczery w swojej bezpośredniości niż jego poprzednicy czy inni „koledzy” zajmujący się „redystrybucją świata”, lecz nie czyni to jego działań mniej destrukcyjnymi dla porządku międzynarodowego.
Podsumowując, kryzys grenlandzki 2026 roku to nie tylko spór o ogromną lodową wyspę, lecz kolejny moment prawdy dla prawa międzynarodowego. Wszystkie ideologiczne maski zostały zrzucone, a geopolityka ostatecznie powróciła do swojego pierwotnego, agresywnie imperialnego znaczenia — świata, w którym „państwo państwu wilkiem”, a granice są jedynie tymczasowymi, umownymi liniami, które można zmieniać wedle woli globalnych liderów politycznych. Już wkrótce zobaczymy świat ostatecznie podzielony na nowe zamknięte bloki, nowe „wielkie przestrzenie”, w których prawdziwa suwerenność stanie się przywilejem nielicznych wybranych, a cała reszta pozostanie jedynie monetą przetargową w wielkiej grze o zasoby i wpływy.