$ 42.71 € 49.89 zł 11.85
-2° Kijów -9° Warszawa +13° Waszyngton
Geopolityczny rewanż: jak Trump na nowo zdefiniował „doktrynę Monroe’a”

Geopolityczny rewanż: jak Trump na nowo zdefiniował „doktrynę Monroe’a”

06 stycznia 2026 17:50

Niedawno Departament Stanu Stanów Zjednoczonych oficjalnie ogłosił całą półkulę zachodnią „wyłączną strefą interesów USA”. Na oficjalnych kanałach Białego Domu publikowane są komunikaty prasowe z ostrzeżeniem w stylu: „nie igrać z prezydentem Trumpem”. Sam amerykański przywódca daje przy tym jasno do zrozumienia, że ma roszczenia wobec bardzo wielu państw regionu.

Wypowiedzi te padają w kontekście niedawnej specjalnej operacji w Wenezueli, która zakończyła się błyskawicznym uprowadzeniem miejscowego dyktatora Nicolás Maduro, a także kolejnych deklaracji Donald Trump dotyczących roszczeń wobec wyspy Grenlandia, należącej do Danii. W tym kontekście prezydent USA zdaje się kierować starą amerykańską ideą geopolityczną – tzw. „doktryną Monroe’a”.

Co ciekawe, sam Trump z humorem określa ją mianem „doktryny Donroe’a”, niejako parafrazując ją na własne nazwisko – Donald, a nawet „Donnie”, jak bywa nazywany w mediach społecznościowych.

Czym jest „doktryna Monroe’a”, skąd się wzięła i jak wygląda ta koncepcja w interpretacji obecnej administracji Stanów Zjednoczonych? Temu zagadnieniu przyjrzał się komentator polityczny UA.News Mykyta Traczuk.

Doktryna Monroe’a: izolacjonizm jako narzędzie dominacji
 

Doktryna Monroe’a narodziła się 2 grudnia 1823 roku, kiedy piąty prezydent Stanów Zjednoczonych James Monroe wygłosił swoje doroczne orędzie przed Kongresem. Jej istotę można sprowadzić do trzech kluczowych zasad: podział świata na europejską i amerykańską strefę wpływów, nieingerowanie USA w sprawy europejskie, oraz, co najważniejsze, niedopuszczenie do dalszej kolonizacji lub ingerencji państw europejskich w sprawy niepodległych krajów Nowego Świata.

Oznaczało to więc izolacjonizm Stanów Zjednoczonych, lecz w bardzo specyficznej formie. „My nie wtrącamy się do waszych spraw, ale nasze sprawy są wyłącznie nasze” – w taki uproszczony sposób można oddać sens tej koncepcji. Hasło „Ameryka dla Amerykanów”, choć nie padło dosłownie w oryginalnym wystąpieniu Jamesa Monroe’a, doskonale oddawało jej ducha.

Джеймс Монро — Википеди


Aby właściwie zrozumieć tę ideę, należy odwołać się do ówczesnego kontekstu historycznego. Na początku XIX wieku kolonie latynoamerykańskie stopniowo uzyskiwały niepodległość od Hiszpanii i Portugalii. Jednocześnie europejskie monarchie, zrzeszone po wojnach napoleońskich w Świętym Przymierzu, rozważały możliwość ponownego podporządkowania tych terytoriów swojej kontroli.

Stany Zjednoczone, wówczas jeszcze bardzo młode, lecz już dość duże i ambitne państwo – ogłosiły półkulę zachodnią swoją strefą wpływów, zamykając do niej dostęp dawnym imperiom. Paradoks polegał na tym, że formalnie głosząc izolacjonizm i antykolonializm, Waszyngton w rzeczywistości rościł sobie prawo do roli jedynego hegemona w regionie. Oznacza to, że izolacjonizm miał charakter wybiórczy i nie można go porównywać np. z okresem japońskiej samoizolacji sakoku w czasach dynastii Tokugawa.

Już w XX wieku doktryna Monroe’a doczekała się licznych rozszerzeń i nowych interpretacji. Tzw. „doktryna Roosevelta” z 1904 roku ogłaszała prawo USA do zbrojnej interwencji w krajach Ameryki Łacińskiej w roli „międzynarodowej policji”, działającej w celu ochrony amerykańskich interesów. Doprowadziło to do dziesiątek interwencji, ustanawiania marionetkowych reżimów oraz utrwalenia wśród mieszkańców regionu poczucia „imperialistycznego ucisku”. Z tego względu Ameryka Łacińska do dziś w dużej mierze pozostaje regionem o lewicowych sympatiach i wyraźnej niechęci wobec Stanów Zjednoczonych.

W okresie zimnej wojny doktryna została z kolei podporządkowana walce z wpływami Związku Radzieckiego i tzw. „czerwonym zagrożeniem”. W ten sposób USA usprawiedliwiały poparcie dla jawnie dyktatorskich reżimów w Gwatemali, Chile, na Kubie przed rewolucją komunistyczną, w Nikaragui i innych krajach regionu. Istnieje znana anegdota, przypisywana prezydentowi Franklin D. Roosevelt, dotycząca nikaraguańskiego autokraty Somozy, która dobitnie oddaje istotę ówczesnej polityki amerykańskiej: „może i jest sukinsynem, ale to nasz sukinsyn”.

Od końca XX wieku, w warunkach globalizacji i rozwoju nowego prawa międzynarodowego, otwarte odwoływanie się do doktryny Monroe’a stało się politycznie niepoprawne. Administracje George H. W. Bush, George W. Bush, Bill Clinton oraz Barack Obama podkreślały raczej partnerstwo i wspólne wartości, unikając otwarcie jednostronnych, imperialnych deklaracji (choć obaj Bushowie, a zwłaszcza młodszy, bywali momentami autorami wypowiedzi, które wprawiały świat w niemałe zdumienie).

Wydawało się więc, że ten relikt przeszłości ostatecznie odszedł do historii. Jednak rzeczywistość geopolityczna ma to do siebie, że potrafi przywracać pozornie zapomniane koncepcje – tyle że w nowych, współczesnych interpretacjach.

Гражданство США: как получить американский паспорт, условия, двойной статус


Doktryna Trumpa: stare wino w nowych bukłakach
 

Powrót Donald Trump do retoryki związanej z doktryną Monroe’a nie jest przypadkiem, lecz przemyślaną strategią geopolityczną, którą sam Trump – czy to żartobliwie, czy całkiem serio (trudno powiedzieć) – nazwał „doktryną Donroe’a”. Opiera się ona na pierwotnym założeniu, lecz przesuwa akcenty, dostosowując je do współczesnych realiów.

„Doktryna Monroe’a to poważna sprawa, ale my znacznie ją przewyższyliśmy… W ramach naszej nowej strategii bezpieczeństwa narodowego nikt nie będzie już miał wątpliwości, że Ameryka dominuje na półkuli zachodniej” – oświadczył Trump zaledwie kilka dni temu.

Pierwszym elementem „Donroe’a” jest wzmocniony izolacjonizm wobec Starego Świata. „Niech Europejczycy sami rozwiązują swoje problemy” – ten motyw regularnie pojawia się w wypowiedziach Trumpa w kontekście NATO, handlu i bezpieczeństwa. Stany Zjednoczone nie chcą już pełnić roli „światowego policjanta” w skali globalnej, ale są gotowe stać się bezkompromisowym szeryfem we własnym okręgu. Wyraźnie pokazała to specjalna operacja w Wenezuela, wymierzona w usunięcie prezydenta Nicolás Maduro, a także groźby kierowane pod adresem Kuby, Kolumbii i Grenlandii.

image


Drugim kluczowym elementem jest otwarte ogłoszenie półkuli zachodniej strefą wyłącznych interesów narodowych USA. Oświadczenie Departamentu Stanu stanowi bezpośrednie nawiązanie do roku 1823. Z kolei roszczenia wobec Grenlandii, które początkowo wywołały zdziwienie i drwiny, w rzeczywistości są logiczną, choć ekstrawagancką kontynuacją tej doktryny.

Grenlandia to największa wyspa świata, strategiczny przyczółek na północnym Atlantyku i w Arktyce, niezwykle bogaty w zasoby naturalne i formalnie część Dania, a więc członka UE i NATO. Jej przejęcie symbolicznie i faktycznie rozszerzyłoby amerykańską strefę wpływów oraz ostatecznie wyeliminowałoby innych graczy z regionu arktycznego, który już dziś staje się nowym polem globalnej rywalizacji.

Potencjał siłowy „doktryny Donroe’a” jest równie oczywisty. Administracja Trumpa nie waha się grozić nie tylko sankcjami, lecz także bezpośrednią interwencją wojskową w obronie swoich interesów w regionie. Pragmatyzm i cyniczny racjonalizm wyparły wszelką retorykę dotyczącą demokracji i praw człowieka.


Nie ma znaczenia, jaki ustrój panuje w umownej Wenezueli – liczy się to, czy kontroluje ona ropę naftową w interesie USA, czy na przykład Chiny i rosja. Walka z europejskimi kolonialistami przekształciła się w rywalizację z nowymi konkurentami geopolitycznymi, którzy, zdaniem Trumpa, próbują wkroczyć na „amerykańskie podwórko”.

Podsumowując: zarówno doktryna Monroe’a z 1823 roku, jak i jej współczesna wersja „Donroe” opierają się w swej istocie na klasycznej geopolityce. Dyscyplina ta, która formalnie bada wpływ geografii na politykę, dostarcza wygodnego „intelektualnego” uzasadnienia dla odwiecznego dążenia polityków do władzy i kontroli. To jej podstawowe, i w gruncie rzeczy jedyne, zadanie.

Pojęcia takie jak „przestrzeń życiowa”, „strefy wpływów”, „Heartland” i inne na pierwszy rzut oka operują naukowym językiem, brzmią solidnie i autorytatywnie. W swej istocie sprowadzają się jednak do jednego: wyjaśnienia, dlaczego silne państwo ma prawo dominować nad sąsiadami. Na tym polega istota geopolityki – reszta to jedynie formy retoryczne.

Dla Stanów Zjednoczonych takim „Heartlandem” zawsze była cała półkula zachodnia. Kontrola nad nią gwarantuje bezpieczeństwo, zapewnia dostęp do zasobów i potwierdza status mocarstwa globalnego. Doktryna Monroe’a była pierwszym formalnym wyrazem tego roszczenia. „Doktryna Donroe’a” stanowi jej rewizję w epoce, w której globalna hegemonia USA nie jest już bezdyskusyjna, a rywalizacja z Chinami, rosją, a nawet Unią Europejską ponownie czyni kontrolę regionalną kwestią kluczową.


Nie mamy więc do czynienia jedynie z retoryczną nostalgią za przeszłością, lecz ze strategicznym przemyśleniem starej idei w nowych warunkach. Rezygnacji z roli światowego policjanta towarzyszy determinacja, by być twardym szeryfem we własnym geopolitycznym rewirze.

Jest to powrót do realpolitik, w której interesy surowcowe i siła militarna są znacznie ważniejsze niż jakakolwiek ideologia. Doktryna Monroe’a, przetworzona na własny sposób przez Donalda Trumpa, idealnie wpisuje się w tę nową lub dobrze zapomnianą starą logikę polityki światowej. Przypomina ona, że historia ma charakter cykliczny, a mapa świata w głowach wielkich przywódców państwowych często ma zupełnie inne granice niż te widniejące w atlasach politycznych czy dokumentach ONZ.

Czytaj nas na Telegram i Sends