Dokładnie za tydzień, 7 czerwca 2026 roku, Armenia dokona wyboru, który wyznaczy kierunek jej rozwoju na długie lata. W najbliższą niedzielę w kraju odbędą się wybory parlamentarne, które de facto stały się już referendum zaufania wobec premiera Nikola Paszyniana.
Tak, formalnie Ormianie będą wybierać posłów do Zgromadzenia Narodowego, ale wszyscy rozumieją: stawką jest polityczne przetrwanie człowieka, który doszedł do władzy na fali „Aksamitnej rewolucji” z 2018 roku, przegrał wojnę o Karabach, oddał terytoria, pokłócił się z Moskwą, a teraz obiecuje narodowi „nową europejską przyszłość”.
Czy wyborcy w to uwierzą? I czy zewnętrzni gracze pozwolą Pashinyanowi wygrać? Komentator polityczny UA.News Mykyta Trachuk wraz z ekspertami analizował tę kwestię.
Rozkład sił: trzej przywódcy opozycji przeciwko „szpiegom”
W poprzednich wyborach w 2021 roku partia Paszyniana „Porozumienie Obywatelskie” triumfalnie zdobyła większość konstytucyjną: 71 mandatów ze 107. Dzisiaj żaden socjolog nie odważy się zagwarantować powtórzenia tego wyniku. Rozbieżność wyników w sondażach przedwyborczych przypomina zestawienie danych nie tyle z różnych ośrodków władzy, co z różnych planet.
Badania powiązane z strukturami prorządowymi przedstawiają obraz pewnego zwycięstwa władzy: poparcie dla „Paktu Obywatelskiego” rzekomo sięga 60% i więcej. Z kolei niezależne ośrodki, w szczególności lokalne przedstawicielstwo Gallupa, odnotowują spadek poparcia dla partii rządzącej poniżej 30%. W tej sytuacji łączny wynik trzech głównych sił opozycyjnych zdecydowanie przewyższa poparcie dla zwolenników Paszyniana.
Kim więc są te trzy siły? Sam Pashinyan dość zabawnie nazwał je „trójgłową partią szpiegów” i otwarcie oskarża je o pracę na rzecz Kremla i rosyjskich interesów. Mowa o:
- Blok „Armenia” byłego prezydenta Roberta Kocharjana. Ten ostatni – urodzony w Karabachu, weteran wojny i osoba, którą w Erywaniu nazywają przedstawicielem „klanu karabaskiego”. Dla swojego elektoratu jest symbolem rewanżu i nieprzejednanej postawy wobec Azerbejdżanu.
- „Kwitnąca Armenia” Hagika Tsarukjana. Jest to polityk o poglądach populistycznych, właściciel największego w kraju holdingu medialnego oraz egzotycznego zoo z lwami. Tsarukjan jest uosobieniem starego porządku oligarchicznego, który Paszynian obiecał zniszczyć, ale nie zdołał tego zrobić.
- Blok „Silna Armenia” miliardera Samwela Karapetjana. Miliarder, który dorobił się majątku w Rosji na deweloperstwie, przez długi czas trzymał się z dala od polityki publicznej. Jego decyzja o stanąć na czele listy wyborczej jest swego rodzaju sensacją tej kampanii. To właśnie Karapetian, ze swoimi zasobami i
powiązaniami w Rosji, jest uważany za „czarnego konia”, zdolnego przyciągnąć do siebie protestujący elektorat, który nie ufa ani Kocharianowi, ani Tsarukyanowi.

Emocje przedwyborcze: lwy, „fatalny błąd” i groźby z Baku
Napięcie w tegorocznej kampanii po prostu sięga zenitu. Kiedy Paszynian po raz kolejny nazwał opozycjonistów „szpiegami”, Tsarukyan, znany z braku skłonności do dyplomatycznych sformułowań, opublikował nawet mem:
„Jeśli Pashinyan tego nie udowodni (że opozycja pracuje na Kreml – red.), to powinien przyjść i wejść do klatki do mojego lwa. I to nie do lwicy, a właśnie do samca!”, – oświadczył Tsarukyan.
W sumie to tylko publiczna retoryka i hejtspeech: takich „perełek” jest mnóstwo w każdej kampanii wyborczej. Jeśli chodzi o treść, linie konfliktu przebiegają przez kilka politycznych „pęknięć tektonicznych”.
A przede wszystkim jest to Karabach: główna rana narodu ormiańskiego, która do dziś krwawi. W ciągu trzech lat po azerskiej błyskawicznej ofensywie z 2023 roku, która położyła kres istnieniu samozwańczej republiki, Pashinyan wygłosił serię oświadczeń, które znaczna część społeczeństwa odebrała jako plwocenie na dusze poległych. Tak, najpierw nazwał armeński ruch na rzecz Karabachu „fatalnym błędem”, a potem dodał, że terytorium to historycznie nigdy nie należało do Ormian. A ostatnio doszedł do wniosku, że temat ludobójstwa z 1915 roku był specjalnie rozdmuchiwany przez władze radzieckie i KGB, aby skłócić Ormian z Turkami.
Oczywiście takie spojrzenie na historię ma prawo bytu – choć wydaje się dość dziwne w ustach przywódcy państwa ormiańskiego. Jednak dla narodu, którego tożsamość przez dziesięciolecia budowała się wokół tragedii ludobójstwa i walki o Karabach, gdzie niemal każda rodzina ma bliskich poległych w obu wojnach, takie słowa to nie tylko polityczna pomyłka, ale prawdziwa zniewaga. Dla zrozumienia: to tak, jakby wyobrazić sobie ukraińskiego polityka, który stwierdziłby, że walka o granice z 1991 roku to fatalny błąd, Krym i Donbas to nie jest terytorium Ukrainy i nigdy nim nie było, a temat Hołodomoru i stalinowskich represji był nagłaśniany przez CIA, aby skłócić Ukraińców z Rosjanami.
Nic więc dziwnego, że obecnie opozycja oskarża Paszyniana o zdradę interesów narodowych, zmowę z „historycznymi wrogami” – Turcją i Azerbejdżanem – oraz nękanie Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego. Logika samego premiera jest jednak inna: Erywań przegrał wojnę z powodu niewystarczającego wsparcia ze strony Rosji, dlatego należy pilnie uregulować wszystkie spory z sąsiadami, zawrzeć pokój i otworzyć drogę do integracji europejskiej – jedynego, jego zdaniem, gwaranta bezpieczeństwa i rozwoju. To dość dziwna „mieszanka” oświadczeń i programów, ale właśnie tak Pashinyan postrzega obecną sytuację.
Przeciwnicy tych poglądów premiera zauważają: Azerbejdżan i Turcja nigdy nie staną się przyjaciółmi Armenii, a jednostronne ustępstwa tylko rozpalają w Baku apetyt na siłowe przejęcie „korytarza Zangezurskiego” – regionu Syunik, oddzielającego główny Azerbejdżan od jego eksklavu Nachiczewan – a może nawet innych terytoriów. Znaczące było również oświadczenie prezydenta Azerbejdżanu Ilhama Alijewa z zeszłego tygodnia, które również zostało podchwycone przez armeńskich opozycjonistów.
„Wiemy, że w sferze politycznej Armenii wciąż istnieją kręgi kierowane nienawiścią do narodu i państwa azerbejdżańskiego, a jeśli dojdą one do władzy, ucierpi właśnie naród ormiański” — oświadczył Alijew.
Prezydent Azerbejdżanu daje jasno do zrozumienia: Pashinyan to „wygodny” partner, który oddał Karabach niemal bez walki i z którym teoretycznie można dogadać się w sprawie dalszych ustępstw. Natomiast dojście do władzy rewanżystów na czele z Kocharianem będzie oznaczało nową konfrontację i ryzyko kolejnej wojny o nieprzewidywalnych skutkach.

Czynnik rosyjski: ultimatum na tydzień przed wyborami
Być może najostrzejszym tematem tej kampanii wyborczej stało się poważne pogorszenie stosunków z Rosją. Retoryka Paszyniana dotycząca kursu na integrację europejską – przy tym, że kraj pozostaje członkiem Euroazjatyckiego Sojuszu Gospodarczego (EAEU) – najwyraźniej bardzo rozgniewała Kreml.
Przesłanie Putina było niezwykle proste: członkostwo w EAEU i kurs na przystąpienie do UE są nie do pogodzenia. Chcesz do Europy – wyjdź z unii, strać preferencyjne ceny gazu, dostęp do rosyjskiego rynku i miliardowe przekazy pieniężne od migrantów zarobkowych. Nie był to zwykły sygnał, ale ultimatum, a nawet groźba ze strony Putina, świadomie wygłoszona na tydzień przed głosowaniem. Tak, w szczególności rosyjski dyktator stwierdził, że „kryzys na Ukrainie” również rozpoczął się od dążenia do przystąpienia do UE, jakby sugerując, że to samo może spotkać Armenię.

Reakcja Erewania okazała się wyraźnie zagubiona. Sam Pashinyan, który zazwyczaj nie przebiera w słowach, do tej pory nie skomentował tego oświadczenia bezpośrednio, ograniczając się do eufemizmów i ogólnych frazesów. Z kolei wicepremier Mher Grigoryan wyjaśnił wymijająco: rzekomo Armenia będzie rozważać wybór między UEAS a Unią Europejską, „gdy kwestia stanie się paląca”, a na razie Erywań nie będzie inicjować wyjścia z unii. Wydaje się, że taka właśnie jest strategia Paszyniana – próba siedzenia na dwóch krzesłach, publiczne deklarowanie europejskiego wyboru, apelowanie do Zachodu, a jednocześnie utrzymywanie ekonomicznej „pępowiny”, która łączy Armenię z Rosją.
Kreml przejrzał tę grę i postanowił uderzyć w najbardziej wrażliwe miejsce. Armenia jest rzeczywiście krytycznie zależna od Rosji pod względem gospodarczym. Wiele armeńskich rodzin utrzymuje się z przekazów pieniężnych od migrantów zarobkowych w Rosji. Rynek rosyjski jest głównym odbiorcą armeńskiego eksportu. Tani gaz stanowi podstawę bezpieczeństwa energetycznego. W takiej sytuacji każdy manewr w polityce zagranicznej staje się trudniejszy.
To zagranie kartą moskiewską ma podwójne dno. Z jednej strony ekipa Pashinyana mądrze wykorzystuje presję ze strony Rosji do konsolidacji własnego elektoratu: rzekomo, patrzcie, premier cierpi z rąk Moskwy za nasz europejski wybór, więc zjednoczmy się wokół niego. Z drugiej – znaczna część biznesu i zwykłych obywateli, których dobrobyt jest bezpośrednio powiązany z Rosją, jest przerażona perspektywą zerwania stosunków nie mniej niż presją i zawoalowanymi groźbami Putina. Właśnie dlatego niechęć Paszyniana do udzielenia jednoznacznej odpowiedzi na ultimatum Kremla wymownie świadczy o tym, że temat tego wyboru jest dla niego niezwykle niewygodny. Moskwa natomiast, najwyraźniej, będzie ją podgrzewać przez wszystkie dni pozostałe do głosowania, licząc na to, że odciągnie od premiera właśnie tę grupę wyborców, która wciąż się waha.

Trump, UE i czynnik zachodni
W tej historii istnieje również inny wymiar geopolityczny: UE i USA jednoznacznie poparły Paszyniana. W osobistej rozmowie telefonicznej Donald Trump zapewnił premiera o „niezachwianym poparciu dla demokratycznego wyboru narodu ormiańskiego”. Bruksela opublikowała również oświadczenie, w którym nazwała zbliżające się wybory „historyczną szansą dla Armenii na umocnienie się na europejskiej ścieżce”. Ta bezprecedensowa synchronizacja sygnałów z obu stron Atlantyku podkreśla: Zachód postawił na utrzymanie Paszyniana przy władzy, widząc w nim narzędzie ostatecznego wyrwania Armenii z orbity rosyjskiej.
Ale tu kryje się pułapka. W oczach opozycji i znacznej części wyborców jawna ingerencja sił zewnętrznych w kampanię – czy to groźby Alijewa, czy ultimatum Putina, czy oświadczenia Brukseli i Waszyngtonu – tylko potwierdza tezę o braku niezależności. Armenia ryzykuje, że stanie się polem bitwy obcych ambicji geopolitycznych, gdzie głos narodu staje się kartą przetargową.
Jakie mogą być scenariusze? Na tydzień przed głosowaniem wyraźnie rysują się trzy możliwe rozkłady sytuacji.
Scenariusz pierwszy: pewne zwycięstwo „Paktu Obywatelskiego”. Jeśli wierzyć optymistycznym dla Paszyniana sondażom, jego partia ponownie utworzy większość jednopartyjną. W takim przypadku premier otrzyma carte blanche na kontynuację dotychczasowego kursu: przyspieszoną integrację europejską, ostateczne zawarcie pokoju z Azerbejdżanem na warunkach Baku, stopniowe dystansowanie się od ODBK i EAES przy jednoczesnej próbie zachowania korzyści gospodarczych wynikających ze współpracy z RF. Chociaż stabilność takiego kursu jest wątpliwa: Moskwa nie pozwoli długo udawać sojusznika, a Zachód nie będzie chciał wiecznie wspierać kraju, który siedzi na „gazowej igle” Kremla.
Scenariusz drugi: zwycięstwo koalicji opozycyjnej. Łącznie trzy siły opozycyjne mogą zdobyć większość mandatów. Jednak utworzenie koalicji między Kocharianem, Tsarukianem i Karapetianem to zadanie z gwiazdką. Nawet jeśli dojdą do porozumienia, takie połączenie pozostanie niestabilne ze względu na różne poglądy i ambicje polityków.
Scenariusz trzeci: „zawieszony” parlament i kryzys polityczny. W takim układzie żadna siła nie uzyska wyraźnej większości, negocjacje koalicyjne wejdą w ślepy zaułek, a kraj pogrąży się w wewnętrznych walkach. Właśnie ten scenariusz jest najbardziej niebezpieczny: zewnętrzni gracze zyskują okazję do destabilizacji sytuacji, gospodarka upada, a społeczeństwo się dzieli.

Opinie ekspertów
Politolog, dyrektor Instytutu Polityki Światowej Jewgienij Magda uważa, że wybory parlamentarne w Armenii są bardzo ważne dla Kremla. I najprawdopodobniej staną się kolejną porażką Moskwy.
„Szanse Nikola Paszyniana na utrzymanie stanowiska premiera są dość wysokie. Poza tym wykazuje on chęć bycia nowym partnerem Unii Europejskiej. W tej sprawie EAES podjęła już decyzję, którą chce go zmusić do zmiany kursu. Powiedziałbym jednak tak: na dzień dzisiejszy widzimy sytuację, w której w Armenii wyłania się bardzo prosty kontekst wyborczy: albo Pashinyan, albo kandydaci prorosyjscy. Rosja będzie próbowała wywierać wpływ i być może podejmie pewne działania mające na celu destabilizację sytuacji w Armenii. Nie będzie to jednak skuteczne, ponieważ Pashinyan ma obecnie pełną kontrolę nad organami ścigania i będzie w stanie odeprzeć takie ataki” – zauważył Jewhen Magda.
Politolog, dyrektor Ukraińskiego Instytutu Polityki Rusłan Bortnik uważa, że z prawdopodobieństwem bliskim 90% Paszynian wygra wybory, a jego partia zajmie pierwsze miejsce w tych wyborach. Dość wysokie jest również prawdopodobieństwo, że zdobędzie ona większość głosów – choć mniejsze niż samo zwycięstwo w wyborach. Istnieje pewien problem, że potencjalnie Pashinyan może nie uzyskać 50+1 procent głosów, a zatem większość parlamentarną mogą utworzyć trzy partie opozycyjne, które dziś walczą z Pashinyanem, ale każda z nich poważnie za nim pozostaje.
„Oznacza to, że zwycięstwo partii Paszyniana, przynajmniej taktyczne, jest niemal nieuniknione. Jednak to, czy uda jej się sformować rząd i większość w parlamencie, to już trudniejsze pytanie. Niemniej jednak Paszynian ma duże szanse na taki rozwój wydarzeń. Ogólnie rzecz biorąc, wybory w Armenii przekształciły się w wielką geopolityczną bitwę o Kaukaz, gdzie Rosja, Zachód, Iran i Turcja wraz z Azerbejdżanem rywalizują o to, po czyjej stronie opowie się Armenia i czy stworzy ona pierwszy precedens kraju będącego członkiem Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej i OUBZ, który może opuścić te struktury i przystąpić do UE. Walka toczy się niezwykle poważnie, wybory mają charakter wybitnie geopolityczny.
Widzimy, że Rosja zaczęła stosować sankcje gospodarcze, a ze strony EAEU padają nawet groźby – i to nie tylko ze strony Moskwy, ale także ze strony Łukaszenki. Jeśli Paszynian nie ulegnie tej presji, stosunki z EAEU zaczną się psuć, co grozi również destabilizacją militarną regionu, ponieważ w Armenii znajduje się rosyjska baza wojskowa. Ponadto istnieje również poważna prorosyjska opozycja polityczna. Rosja stawia również na Armeński Kościół Apostolski. Oznacza to, że Moskwa ma poważne punkty oparcia w Armenii, a utrata kontroli nad tymi procesami może przerodzić się w poważny wewnętrzny kryzys polityczny w Armenii, aż do prób siłowego obalenia władzy i prób podzielenia tego kraju na strefy wpływów… Niezwykle skomplikowana sytuacja i niezwykle trudny wybór dla Paszyniana i dla całego narodu ormiańskiego” – zauważył Rusłan Bortnik.

Podsumowując, wybory w Armenii w 2026 roku są papierkiem lakmusowym dla całej postsowieckiej geopolityki. Na jednej szali – model stopniowej integracji ze strukturami euroatlantyckimi, z zerwaniem historycznych więzi z Moskwą, bolesnymi ustępstwami wobec sąsiadów i próbą zbudowania projektu narodowego w oparciu o nowe wartości. Na drugiej – powrót do siłowego paradygmatu „twierdzy w oblężeniu”, opartego na sojuszu wojskowym z Rosją i stałej konfrontacji ze światem tureckim.
Dla Ukrainy to doświadczenie jest szczególnie pouczające. Przypadek Armenii to lustro, w którym można dostrzec alternatywną historię: co się dzieje, gdy kraj znajduje się między młotem a kowadłem, a jego przywódca próbuje siedzieć na dwóch krzesłach, rozdając obietnice zarówno Zachodowi, jak i Wschodowi, by w końcu stracić zaufanie i tych, i tych. Jedno można stwierdzić już teraz: te wybory nie przebiegną spokojnie – ani dla Armenii, ani dla całego regionu.
Czytaj nas na Telegram i Sends