Drugi tydzień trwa gorąca faza wojny na Bliskim Wschodzie: amerykańskie lotnictwo przeprowadza uderzenia na Iran, próbując zniszczyć reżim ajatollahów. A dwa miesiące temu Stany Zjednoczone przeprowadziły śmiałą operację w Caracas, porywając miejscowego dyktatora Nicolása Maduro prosto z pałacu prezydenckiego. Waszyngton pokazuje, że dla niego nie istnieją już czerwone linie. I wygląda na to, że wkrótce w centrum uwagi Białego Domu znajdzie się Kuba.
W ostatnim czasie retoryka wobec Wyspy Wolności ponownie pojawiła się w publicznym dyskursie. Bezpośrednie groźby pod adresem kubańskiego reżimu padają na poziomie senatora Lindseya Grahama, a nawet z biura prasowego Białego Domu. Sam prezydent Donald Trump niedawno oświadczył, że Hawana ma tylko dwie drogi — albo „przyjazne wchłonięcie” przez Stany Zjednoczone na warunkach Waszyngtonu, albo „nieprzyjazne”. Trzeciej możliwości nie ma.
Czym właściwie jest kubański reżim, dlaczego tak drażni Amerykę i czy ma jakiekolwiek szanse oprzeć się Stanom Zjednoczonym? Sprawę analizował komentator polityczny UA.News Mykyta Traczuk.
Historia nieposłuszeństwa: jak mała wyspa rzuciła wyzwanie supermocarstwu
Dla USA Kuba to nie tylko geograficzny sąsiad, który znalazł się „w niewłaściwym systemie współrzędnych”. To bolesne wspomnienie geopolitycznej porażki i symbol nieposłuszeństwa na własnym „podwórku”, którego Ameryka przez dziesięciolecia nie potrafiła poskromić.
Do 1959 roku wszystko wyglądało inaczej. Na wyspie o powierzchni mniej więcej jednej szóstej Ukrainy rządził dyktator Fulgencio Batista — brutalny, ale całkowicie lojalny wobec Waszyngtonu przywódca. Za jego rządów amerykański biznes czuł się na Kubie jak u siebie: korporacje z USA kontrolowały około połowy plantacji cukru, większość energetyki i telekomunikacji, a Hawana zamieniła się w „latynoamerykańskie Las Vegas”, gdzie mafijne klany prały miliony dolarów przez kasyna i hotele. Wyspa była w praktyce półkolonią i wygodnym centrum rozrywki dla amerykańskich biznesmenów i turystów.
Wszystko zmieniło się w 1959 roku. Wtedy powstańcy pod wodzą młodych rewolucjonistów-komunistów Fidela Castro i Che Guevary wkroczyli do Hawany. Reżim Batisty upadł, a nowy rząd natychmiast rozpoczął radykalne reformy. Pierwszym ciosem była nacjonalizacja cukrowni i rafinerii należących do Amerykanów. USA nie wybaczyły takich działań, dlatego stosunki dyplomatyczne zostały zerwane, a administracja Dwighta Eisenhowera wprowadziła pierwsze sankcje, które później przekształciły się w całkowitą blokadę gospodarczą trwającą już ponad 60 lat.

Sytuacja zaostrzyła się w 1961 roku. Prezydent John F. Kennedy zatwierdził operację w Zatoce Świń. Przygotowani przez CIA najemnicy spośród kubańskich emigrantów mieli wzniecić powstanie i obalić Castro. Operacja zakończyła się jednak fiaskiem: kubańska armia i milicja ludowa rozbiły desant w mniej niż trzy dni. Ta porażka stała się punktem zwrotnym — Castro ostatecznie zrozumiał, że jego głównym sojusznikiem może być jedynie Związek Radziecki.
Moskwa chętnie wspierała wówczas „czerwone” reżimy na całym świecie. Rozmieszczenie radzieckich rakiet jądrowych na wyspie doprowadziło do kryzysu kubańskiego w 1962 roku, kiedy świat znalazł się na krawędzi wojny nuklearnej. Kuba stała się strategicznym przyczółkiem socjalizmu na półkuli zachodniej, otrzymując przez dziesięciolecia radziecką ropę, broń, finansowanie i rynek zbytu. ZSRR wydawał na wsparcie wyspy nawet 6 milionów dolarów dziennie, faktycznie utrzymując kubańską gospodarkę. USA natomiast zaostrzały blokadę, próbując zdusić reżim gospodarczo.
Po 1991 roku, gdy Związek Radziecki zniknął z mapy świata, Kuba straciła 80% swoich powiązań gospodarczych z zagranicą. Rozpoczął się okres ogromnych trudności: wielogodzinne przerwy w dostawach prądu, brak żywności aż po głód, totalny deficyt leków i paliwa. Reżim przetrwał, ale cena była bardzo wysoka. Od tego momentu Kuba przestała być militarnym i ideologicznym zagrożeniem dla USA. Reżim pozostał zagrożeniem wyłącznie dla własnych obywateli, stając się typową latynoamerykańską autokracją.
Przez dziesięciolecia kubańska polityka opierała się na postaciach braci Castro. Fidel, który zmarł w 2016 roku w wieku 90 lat, był nie tylko przywódcą, lecz żywą legendą i symbolem rewolucji. Jego brat Raúl Castro, który przejął władzę już w 2006 roku z powodu choroby Fidela, okazał się bardziej pragmatycznym liderem. To za jego rządów rozpoczęły się ostrożne reformy gospodarcze: dopuszczenie prywatnej działalności gospodarczej, otwarcie turystyki i inne zmiany. Obecnie Raúl Castro ma 94 lata i w praktyce wycofał się z życia politycznego, a prezydentem kraju jest Miguel Díaz-Canel. To już inne pokolenie polityków — technokraci i menedżerowie, którzy nie mają nawet ułamka charyzmy Fidela, ale próbują lawirować między koniecznością reform a utrzymaniem monopolu władzy.
Obecnie Kuba pozostaje krajem niedemokratycznym i jednopartyjnym. Nie jest to jednak już tak monolityczny system jak 50–60 lat temu. Wiele represyjnych przepisów złagodzono, Kubańczycy mogą oficjalnie kupować i sprzedawać nieruchomości, samochody oraz otwierać niewielkie prywatne przedsiębiorstwa. Mimo to życie pozostaje bardzo trudne: średnia pensja wynosi mniej niż 100 dolarów, podstawowe produkty są reglamentowane na kartki, a permanentny niedobór towarów stał się codziennością. Mieszkańcy Kuby — zwykle bardzo otwarci, serdeczni i życzliwi ludzie o charakterystycznej „słonecznej” mentalności wyspiarskiej — są od dawna zmęczeni, rozczarowani i pozbawieni wiary w to, że władza jest w stanie zmienić ich życie na lepsze.

Jak porwanie Maduro „załamało” Kubę
Jeśli wsparcie Związku Radzieckiego uratowało Kubę w latach 60., a jego utrata niemal zniszczyła kraj w latach 90., to przez ostatnie 20 lat wyspa funkcjonowała dzięki wenezuelskiej ropie. Hugo Chávez, a po nim Nicolás Maduro, dali Hawanie drugi oddech. Kuba nie posiada własnych znaczących złóż surowców, a kupowanie ropy po cenach światowych jest dla niej niemożliwe z powodu braku walut oraz wieloletniej blokady gospodarczej. Wenezuelskie paliwo zasilało kubańskie elektrownie, fabryki, transport i wiele innych sektorów. Był to system podtrzymujący przy życiu nie tylko sam reżim, ale w praktyce całe społeczeństwo kubańskie.

Jednak w styczniu 2026 roku ten system się załamał. Skutki dla Kuby okazały się katastrofalne. Obecnie przerwy w dostawach prądu trwają na wyspie nawet 15–20 godzin dziennie. Nie jest to jedynie niedogodność, lecz systemowy kolaps — Ukraińcy wiedzą o tym lepiej niż ktokolwiek na świecie. Bez prądu przestają działać stacje pomp, dlatego ludzie pozostają także bez wody, a na Kubie przez większą część roku panują wysokie temperatury. Szpitale pracują w trybie awaryjnym, oddziały położnicze przechodzą na generatory, do których również brakuje paliwa. Żywność w lodówkach się psuje, zakłady przemysłowe stoją, transport publiczny prawie nie funkcjonuje. Władze ogłosiły stan wyjątkowy, ale niewiele to zmienia: Hawana nie ma ani pieniędzy, ani zasobów, ani dostępu do znaczącej pomocy międzynarodowej.
W pewnym sensie Kuba jest dziś klasycznym przykładem failed state — państwa, które rozpada się nawet bez zewnętrznej inwazji. I to zasadniczo odróżnia ją od Iranu, z którym Stany Zjednoczone prowadzą obecnie konflikt.
Iran to ogromny kraj liczący 93 miliony mieszkańców, posiadający dość silną armię oraz rozwinięty przemysł zbrojeniowy. Co jednak najważniejsze — Iran ma ideologię, która dla wielu jego obywateli jest kwestią wiary. Szyicka doktryna męczeństwa, antyamerykanizm jako fundament tożsamości państwowej oraz duchowa władza religijnych przywódców sprawiają, że reżim jest zdolny do długotrwałego i ofiarnego oporu. Jest to siła w dużej mierze irracjonalna, ale bardzo potężna.
Kuba to zupełnie inna historia. Po 60 latach komunistycznej dyktatury ideologia na wyspie w zasadzie wyparowała razem z atlantyckimi monsunami. Zmieniła się w zbiór sloganów, których uczy się w szkołach i które powtarza państwowa telewizja, ale w które dawno nikt nie wierzy. Tym bardziej że w ostatnich latach reżim wprowadził ustępstwa nie do pogodzenia z klasycznym komunizmem: dopuszczenie własności prywatnej, relacji rynkowych, legalizację kupna i sprzedaży mieszkań i inne zmiany. Ludzie na Kubie myślą dziś w kategoriach przetrwania, a nie walki o światową rewolucję. U władzy nie stoją już rewolucjoniści, lecz karierowicze i oportuniści, którzy marzą głównie o zachowaniu stanowisk i przywilejów.
Społeczeństwo zmęczone beznadziejną biedą raczej nie wyjdzie bronić reżimu w przypadku zewnętrznego uderzenia. Wręcz przeciwnie — w ostatnich latach na Kubie regularnie wybuchają spontaniczne protesty. Największe miały miejsce w 2021 roku, kiedy tysiące ludzi wyszły na ulice Hawany z hasłami „Wolność!” i „Niech żyje wolna Kuba!”. Władze brutalnie stłumiły te demonstracje, aresztując setki osób. Jeśli Stany Zjednoczone ograniczyłyby się do punktowej eliminacji najwyższego kierownictwa lub operacji specjalnej podobnej do tej przeprowadzonej w Wenezueli, całkiem możliwe, że niemal nikt nie wyszedłby bronić reżimu. Mógłby on upaść sam z siebie, nie napotykając poważnego oporu.

Co się stanie, jeśli USA dokonają inwazji
Najprawdopodobniej Wyspa Wolności może okazać się dla Ameryki „łatwym spacerem”. Kuba jest w pewnym sensie przeciwieństwem Iranu. Ludność wyspy liczy nieco mniej niż 11 milionów osób, a liczebność sił zbrojnych wynosi około 49 tysięcy żołnierzy. Jest to armia uzbrojona głównie w radziecki sprzęt z lat 70. Nowoczesnych systemów obrony przeciwlotniczej na Kubie praktycznie nie ma, a marynarka wojenna to zaledwie kilka starych okrętów, które nie stanowią realnego zagrożenia dla Stanów Zjednoczonych.
Co jeszcze ważniejsze, Kuba nie ma potężnych sojuszników, którzy mogliby fizycznie przyjść jej z pomocą. Wenezuela została pozbawiona przywództwa. rosja znajduje się bardzo daleko i w praktyce jest słabym sojusznikiem. Chiny mają na Kubie interesy gospodarcze, ale raczej nie są gotowe walczyć ze Stanami Zjednoczonymi o wyspę, która nie ma dla nich strategicznego znaczenia. W efekcie Kuba znalazła się w izolacji, bezbronna wobec potężnego sąsiada.
W takich warunkach operacja wojskowa rzeczywiście mogłaby być szybka i skuteczna. Jednak pojawia się zasadnicze pytanie: „Po co?”. Kuba nie stanowi dla USA realnego zagrożenia. Na wyspie nie ma broni masowego rażenia, nie kontroluje ona kluczowych szlaków handlowych i nie jest centrum terroryzmu. Jej armia jest słaba, a gospodarka ledwo funkcjonuje. Inwazja na terytorium suwerennego państwa, które nie zaatakowało Ameryki, byłaby kolejnym aktem otwartej agresji. Jeśli w przypadku Iranu USA próbują uzasadniać swoje działania zagrożeniem nuklearnym ze strony reżimu ajatollahów, to w przypadku Kuby taki argument po prostu nie istnieje.
Straty wizerunkowe dla Stanów Zjednoczonych byłyby ogromne. Ameryka Łacińska odebrałaby inwazję na Kubę jako nowy cios wymierzony w cały region. Kraje Globalnego Południa otrzymałyby idealny pretekst do wzmocnienia antyamerykańskiej retoryki i zjednoczenia się wokół hasła „walki z imperializmem”. Społeczność międzynarodowa, a nawet tradycyjni sojusznicy USA w Europie, prawdopodobnie nie poparliby takiego kroku.

Pod względem technicznym scenariusz wojskowy jest całkiem możliwy. Stany Zjednoczone najprawdopodobniej byłyby w stanie stosunkowo szybko zmienić kubański reżim. Jednak polityczne konsekwencje takiego kroku mogą okazać się bardzo poważne.
Czy Kuba ma jakiekolwiek szanse? Jeśli chodzi o utrzymanie obecnego reżimu w jego aktualnej formie — praktycznie nie ma na to szans. System ten jest skazany albo na powolne wygasanie w warunkach blackoutów i kryzysu społecznego, albo na zewnętrzną interwencję. Irański scenariusz masowego oporu jest tutaj niemożliwy z powodu braku wiary w ideologię i głębokiego zmęczenia społeczeństwa. Znacznie bardziej realistyczny wydaje się scenariusz wenezuelski — punktowa eliminacja kierownictwa i przejęcie kluczowych osób u władzy.
Najlepszym wyjściem dla Kuby byłaby własna ewolucja systemu, pokojowa zmiana reżimu oraz otwarcie na współpracę ze światem, a szczególnie ze Stanami Zjednoczonymi. Jednak przeprowadzenie takiej „rewolucji oddolnej” w warunkach, nawet słabej, dyktatury jest bardzo trudne. Potrzebna byłaby raczej transformacja odgórna. Trudno jednak oczekiwać, aby obecny reżim zgodził się na to dobrowolnie. Dlatego operacja wojskowa USA pozostaje jednym z bardzo prawdopodobnych scenariuszy.