Słoneczne styczniowe dni w Abu Zabi (stolicy ZEA) mogły stać się miejscem i momentem wielkiego dyplomatycznego przełomu, na który po raz kolejny liczyła administracja amerykańska oraz zwykli Ukraińcy. W dniach 24–25 stycznia 2026 roku pałac Al-Shati zamienił się w jeden z epicentrów światowej polityki, gdzie za zamkniętymi drzwiami przedstawiciele Ukrainy, USA i federacji rosyjskiej próbowali przynajmniej zarysować kontury zakończenia wojny, trwającej już niemal cztery lata.
Świat jednak po raz kolejny był świadkiem osobliwego, wręcz surrealistycznego spektaklu: podczas gdy amerykańscy wysłannicy Steve Witkoff i Jared Kushner promieniowali optymizmem, określając spotkania jako pozytywne i konstruktywne, ukraińska delegacja otrzymywała raporty o kolejnych zniszczeniach w Kijowie, spowodowanych następnymi ostrzałami. Ten kontrast pomiędzy chłodem sal negocjacyjnych w Emiratach a łuną pożarów w półzamarzniętej ukraińskiej stolicy stał się najbardziej wymownym podsumowaniem wydarzenia.
Sama logika spotkania, w którym po jednej stronie stoją aktorzy polityczni, a po drugiej generałowie wywiadu wojskowego, a priori wykluczała możliwość fundamentalnego porozumienia. Ukraina przywiozła do Abu Zabi osoby posiadające mandat przynajmniej do omawiania decyzji politycznych — od sekretarza Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Rustema Umierowa po szefa Głównego Zarządu Wywiadu Kyryła Budanowa. Tymczasem rosja przysłała „technokratów” spośród oficerów GRU, pozbawionych prawa wypowiadania się na tematy polityczne, za to doskonale wyszkolonych w manipulowaniu statystykami frontowymi.
Jak więc przebiegły te negocjacje i czego można się spodziewać dalej? Temu zagadnieniu przyjrzał się komentator polityczny UA.News Mykyta Traczuk.
Skład rosyjskiej delegacji jako dyplomatyczna pułapka
Analiza tego, kogo dokładnie Kreml wysłał do Abu Zabi, od razu daje jasną odpowiedź na pytanie, czy Moskwa w ogóle zamierzała się porozumiewać. Na czele rosyjskiej grupy stanął Igor Kostiukow — szef Głównego Zarządu Sztabu Generalnego federacji rosyjskiej, człowiek, którego zadaniem jest planowanie i zarządzanie wojną, a nie prawo międzynarodowe czy polityczne niuanse. Obok niego znalazł się Aleksandr Zorin, generał-porucznik GRU. Jego „talent” również ma specyficzny charakter: znany jeszcze z kampanii w Syrii, był jedną z osób próbujących nakłonić ukraińskich obrońców Azowstalu do kapitulacji.
Obecność takich postaci zamiast zawodowych dyplomatów szczebla ministrów czy chociażby wiceministrów spraw zagranicznych świadczy o tym, że rosja nie planowała omawiać niczego poza technicznymi aspektami wycofania Sił Zbrojnych Ukrainy z terytoriów Donbasu. Jednocześnie prezydent Wołodymyr Zełenski wielokrotnie dawał do zrozumienia, że jest to dla niego kwestia absolutnie fundamentalna, równie bezkompromisowa jak dla federacji rosyjskiej, i że w tym zakresie nie będzie żadnych ustępstw.
Oznacza to, że spotkanie straciło sens jeszcze przed swoim rozpoczęciem. Nie chodziło o negocjacje, lecz o swego rodzaju „specjalne operacje dyplomatyczne” pozbawione jasno określonych zadań i celów.

Ukraińska delegacja, rozszerzona tuż przed szczytem decyzją Zełenskiego, obejmowała również wojskową elitę Ukrainy. Wśród nich znaleźli się m.in. szef Sztabu Generalnego Andrij Hnatow oraz zastępca szefa Głównego Zarządu Wywiadu Wadym Skibicki, co miało zrównoważyć poziom dyskusji na płaszczyźnie wojskowo-technicznej. Mimo to nadal istniała przepaść instytucjonalna: Ukraińcy przyjechali rozmawiać o gwarancjach politycznych, podczas gdy rosjanie uparcie trzymali się tzw. „formuły Anchorage”, czyli wycofania się z obwodu donieckiego i przekazania tego terytorium pod kontrolę federacji rosyjskiej.
Próby amerykańskich mediatorów, w szczególności Steve’a Witkoffa i Jareda Kushnera — by skierować rozmowę na tory korzyści gospodarczych, takich jak tworzenie wolnych stref ekonomicznych czy wspólne wykorzystanie energii Zaporoskiej Elektrowni Jądrowej, wyglądały naiwnie na tle twardego mandatu rosyjskich generałów. Moskwa wykorzystuje te spotkania do „zagadywania” problemów, zyskując czas i wykonując kurtuazyjny gest wobec prób Białego Domu pogodzenia skonfliktowanych państw.
Strategia Kremla polega na przedstawianiu Ukrainy jako strony „niezdolnej do kompromisu”, jednocześnie samemu nie cofając się ani o krok od swoich maksymalistycznych żądań. Należy jednak zaznaczyć, że na trudne kompromisy na razie nie decyduje się żadna ze stron. Była to więc rozmowa o wojnie i okupacji, a nie o realnym zakończeniu rozlewu krwi.
Dlatego też zakończyła się ona niczym, pozostawiając jedynie kolejną datę w kalendarzu przyszłych spotkań — 1 lutego, czyli dopiero za tydzień. Oczywiście, gdyby doszło do jakiegokolwiek przełomu, nowe spotkanie zostałoby zaplanowane na znacznie wcześniejszy termin, a jego ranga byłaby zupełnie inna.
Mimo wszystko nawet negocjacje, które nie prowadzą do pokoju, są lepsze niż całkowity brak procesu dyplomatycznego. To jedyny powód, dla którego wciąż są one kontynuowane (poza niechęcią do publicznego konfliktu z Trumpem, który próbuje doprowadzić do pokoju).

Uderzenie w Kijów 24 stycznia: kolejny „autograf” Moskwy
Nie sposób rozmawiać o pokoju, gdy jedna ze stron jednocześnie kontynuuje ostrzał stolicy przeciwnika. A dokładniej — można to robić, jednak w takim przypadku sytuacja nabiera jeszcze większego, wręcz fantasmagorycznego charakteru.
Zmasowany atak na Kijów w nocy z 23 na 24 stycznia nie był jedynie działaniem wojskowym, lecz świadomym gestem dyplomatycznym — krwawym „autografem” władimira putina pod rozmowami pokojowymi. Gdy rosja wysyła na ukraińską stolicę setki dronów i dziesiątki rakiet, oznacza to tylko jedno: Moskwa nie wierzy w siłę słowa, wierzy wyłącznie w siłę zniszczenia.
Ostrzał nastąpił dokładnie w momencie, gdy w Emiratach delegacje miały poszukiwać dróg deeskalacji. Zamiast tego rozmowy nie przyniosły żadnych rezultatów, a rosja, dosłownie w trakcie negocjacji, po raz kolejny pozostawiła ponad 800 tysięcy kijowian bez prądu, a kilka milionów ludzi bez ogrzewania. Tymczasem nadal panuje zima, a nocą temperatura spada do –8, a nawet –10 stopni Celsjusza.
Polityczny cynizm tej sytuacji potęguje fakt, że za zamkniętymi drzwiami w Abu Zabi, według różnych źródeł, omawiano tzw. „porozumienie energetyczne”, czyli wstrzymanie ataków na ukraińską infrastrukturę energetyczną w zamian za bezpieczeństwo rosyjskich rafinerii oraz tzw. floty cieni.
Odpowiedź federacji rosyjskiej była natychmiastowa i druzgocąca: uderzenie w pięć dzielnic Kijowa, uszkodzenie infrastruktury, ofiary wśród ludności cywilnej… Wynika z tego, że negocjacje są jedynie wygodną „zasłoną dymną” dla kontynuowania terroru. Jak można mówić o „środkach budowy zaufania”, o których tak wiele mówili amerykańscy przedstawiciele, gdy agresor celowo niszczy życie mieszkańców stolicy oraz innych ukraińskich miast? To pytanie trudne — jeśli nie wręcz retoryczne.
Takie działania rosji czynią jakiekolwiek rezultaty rozmów w Abu Zabi całkowicie bezwartościowymi. W rzeczywistości Moskwa jedynie podnosi stawkę, próbując zmusić Ukraińców do ustępstw poprzez wywoływanie i przedłużanie katastrofy humanitarnej. Niestety widzimy, że prawdziwy „plan pokojowy” Kremla to wciąż ciemność, zimno i śmierć — zarówno dla mieszkańców Kijowa, jak i całego kraju.
Ostatecznie sukces negocjacji jest niemożliwy bez zmiany maksymalistycznych stanowisk każdej ze stron — i dotyczy to również Stanów Zjednoczonych.
rosja domaga się wycofania Sił Zbrojnych Ukrainy z Donbasu jako warunku zawieszenia broni (nie pokoju, a jedynie rozejmu!) i nie chce rozmawiać o żadnych wariantach pośrednich, twierdząc, że już teraz idzie na kompromis. Zełenski nie zamierza wycofywać wojsk ani oddawać nawet metra terytorium i również nie wykazuje gotowości do zmiany tego stanowiska. USA z kolei nie chcą udzielić Ukrainie takich gwarancji bezpieczeństwa, jakich domaga się Kijów, a ponadto wciąż nie podpisują umowy opiewającej na 800 miliardów dolarów dotyczącej odbudowy kraju po wojnie.
W efekcie każdy trwa przy swoim i ciągnie proces negocjacyjny w inną stronę — niczym łabędź, rak i szczupak z dobrze znanej bajki. Sukces w takich warunkach byłby możliwy jedynie w przypadku jakiegoś cudu. Niestety cuda w polityce należą do rzadkości.
Podsumowując ten dyplomatyczny maraton w Abu Zabi, trzeba stwierdzić, że stał się on ilustracją całkowitej bezpłodności technicznych podejść do rozwiązania wieloletniego konfliktu. Spotkanie w dniach 24–25 stycznia 2026 roku pokazało, że obecność wojskowego kierownictwa bez realnego mandatu politycznego do ustępstw ze strony agresora zamienia negocjacje w rozmowę głuchych z niemymi.
rosja świadomie pozbawiła spotkanie treści, wysyłając oficerów GRU zamiast dyplomatów, skazując tym samym cały proces na status „rozmowy o niczym”. Owszem, mógł to być rzeczowy dialog o liniach frontu, lecz to nie jest najważniejsze.
Najważniejszą lekcją Abu Zabi stało się kolejne uświadomienie sobie, że żadna konstrukcja dyplomatyczna nie wytrzyma uderzeń rakiet balistycznych. Zmasowany ostrzał Kijowa, zsynchronizowany z posiedzeniami grup roboczych, po raz kolejny postawił trzy kropki nadziei na kompromis. Nie da się zbudować trwałego pokoju na fundamencie, który jest niszczony w trakcie samej budowy. Dlatego o jakimkolwiek przełomie nie może być obecnie mowy.
W rezultacie rozmowy w Emiratach nie przybliżyły końca wojny, a jedynie uwypukliły głębię przepaści dzielącej strony. Ukraina potwierdziła gotowość do dialogu, lecz nie za cenę tego, co Kijów uznaje za kapitulację, podczas gdy federacja rosyjska po raz kolejny pokazała, że jej jedynym prawdziwym negocjatorem są jej armia i rakietowe uderzenia.
Kolejne rundy rozmów, zaplanowane na luty, ryzykują powtórzenie już znanego scenariusza, jeśli Waszyngton nie znajdzie nowych instrumentów nacisku zdolnych powstrzymać terror. Na koniec stycznia 2026 roku pokój w Ukrainie pozostaje nieosiągalny nie z powodu braku zapotrzebowania na niego, lecz z powodu braku elementarnej humanitarności i politycznej uczciwości po stronie tego, kto rozpętał tę wojnę i nadal prowadzi ją nawet przy stole negocjacyjnym.