6 stycznia 2026 roku prezydent Wołodymyr Zełenski odbył oficjalną wizytę we Francji. Przybył na szczyt „koalicji chętnych” poświęcony wsparciu Ukrainy.
Na posiedzeniu koalicji przywódcy państw spotkali się po raz pierwszy od marca 2025 roku. Wzięło w nim udział 35 delegacji, w tym 27 szefów państw i rządów. Kluczowym momentem była osobista obecność delegacji amerykańskiej w składzie specjalnego wysłannika Steve’a Witkoffa oraz zięcia Trumpa Jareda Kushnera, a także Naczelnego Dowódcy Sojuszniczych Sił NATO w Europie, generała Alexusa Grynkewicha.
Wśród najważniejszych wydarzeń tego spotkania znalazło się podpisanie deklaracji dotyczącej rozmieszczenia wojsk europejskich partnerów w Ukrainie po zakończeniu wojny. Dokument ten podpisali sam Zełenski, prezydent Francji Emmanuel Macron oraz premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer. Pełna nazwa brzmi: „Deklaracja intencji dotycząca rozmieszczenia sił wielonarodowych w Ukrainie po zakończeniu wojny”.
Wszyscy sygnatariusze wysoko ocenili dokument, stwierdzając, że przybliża on do pokoju oraz gwarancji bezpieczeństwa. Jednocześnie niektórzy przywódcy polityczni, tacy jak premier Polski Donald Tusk, ocenili to wydarzenie bardziej sceptycznie, wskazując, że na razie mamy do czynienia jedynie z „roboczymi projektami” określonych porozumień. Wiadomo również, że przedstawiciele Stanów Zjednoczonych nie złożyli pod dokumentem żadnych podpisów.
Co dokładnie zostało wczoraj podpisane w Paryżu, na ile prawdopodobne jest rozmieszczenie wojsk NATO w Ukrainie po wojnie i czy rzeczywiście wszystko to przybliża kraj do pokoju? Nad tymi pytaniami zastanawiał się komentator polityczny UA.News Mykyta Traczuk wspólnie z ekspertami.
Nie umowa, lecz jedynie deklaracja intencji
Zgodnie z literą i duchem dokumentu, po zakończeniu działań wojennych i osiągnięciu pokoju w Ukrainie europejscy partnerzy mają rozmieścić na terytorium Ukrainy swoje kontyngenty. Planowane jest również zbudowanie odpowiedniej infrastruktury militarnej, przekształcając państwo w swego rodzaju sieć wojskowych hubów.
Oczekuje się, że w działania te zaangażowane będą wojska lądowe Francji i Wielkiej Brytanii. Pojawiają się także informacje o udziale Turcji: Ankara miałaby zapewniać bezpieczeństwo żeglugi i handlu na akwenie Morza Czarnego.
Na papierze wszystko brzmi niby całkiem dobrze. Jednak, jak zwykle, diabeł tkwi w szczegółach.
Po pierwsze, nie wszyscy partnerzy Ukrainy zgadzają się na udział w tym przedsięwzięciu. Dziennik Bild zauważa, że kanclerz RFN Friedrich Merz oświadczył, iż Niemcy nie zamierzają wysyłać swoich wojsk nigdzie — w żadnym scenariuszu. Z kolei Politico zwraca uwagę, że delegacja amerykańska również nie złożyła podpisu pod wspólnym komunikatem dotyczącym przyszłego rozmieszczenia kontyngentów. A przecież bez udziału USA w tym procesie trudno będzie zrealizować cokolwiek.
Po drugie, w otwartych źródłach nie podano liczebności międzynarodowych sił, które mogłyby zostać rozmieszczone w Ukrainie. Europejscy urzędnicy w rozmowach z dziennikarzami szacują ich wielkość na 10–15 tysięcy żołnierzy, natomiast niektórzy rozmówcy mówią nawet o 30 tysiącach. Główną część wojsk mieliby stanowić żołnierze z Francji i Wielkiej Brytanii. Najbardziej prawdopodobnym miejscem ich rozmieszczenia byłaby zachodnia Ukraina.
Nie jest to jednak realna siła na wypadek nowej inwazji rosji. Obecnie jej kontyngent w Ukrainie liczy ponad 700 tysięcy okupantów. Mało prawdopodobne jest też, by w przypadku ponownej agresji Europejczycy walczyli ramię w ramię z Siłami Zbrojnymi Ukrainy. Nie robili tego od 2022 roku, dlaczego mieliby to zrobić, dajmy na to, w 2032?
Po trzecie, i to jest najważniejsze — wprost stwierdza się, że strony podpisały jedynie deklarację intencji. Jest to w dosłownym znaczeniu memorandum, a więc dokument polityczny, a nie prawny — „papierek”, który potwierdza dobre intencje i symboliczne wsparcie tu i teraz, nie mając przy tym żadnej mocy zobowiązującej w przyszłości.
Ukraina już kiedyś podpisała Memorandum Budapeszteńskie w sprawie gwarancji bezpieczeństwa, które nie zadziałało, i to dwukrotnie. Kiedy kierownictwo państwa wreszcie zrozumie różnicę między memorandum a konkretną umową posiadającą realną moc prawną — pozostaje pytaniem bez odpowiedzi.

Co oznaczają deklaracje „koalicji chętnych”
Wygląda na to, że strategia Ukrainy i Europy polega na wprowadzeniu zmian do pokojowego planu Trumpa. Istota tych korekt sprowadza się do tego, aby Moskwa publicznie i oficjalnie odmówiła dalszego udziału w rozmowach. Po tym można by w sposób całkowicie logiczny oskarżyć Kreml o zerwanie porozumień i kontynuować działania zbrojne, próbując jednocześnie przekonać prezydenta USA do bardziej aktywnego wsparcia Ukrainy.
Na razie jednak nie wygląda na to, by Ameryka zgadzała się na istotne zmiany. Europejczycy jedynie „zadeklarowali intencje” wysłania wojsk do Ukrainy — po wojnie (której końca na razie nie widać), kiedyś, być może, hipotetycznie, i to wcale nie jest pewne. Ani Witkoff, ani Kushner nie złożyli jednak swoich podpisów pod wspólnym komunikatem. Ogólnie rzecz biorąc, strona amerykańska wypowiada się dość mgliście na temat przyszłych gwarancji bezpieczeństwa.
Nie ma również żadnego oświadczenia Trumpa, w którym publicznie poparłby rozmieszczenie wojsk państw partnerskich na terytorium Ukrainy. Tymczasem rosja wielokrotnie i wprost deklarowała, że jest zdecydowanie przeciwna zbrojnej obecności krajów NATO w Ukrainie.
Niestety, bez Moskwy i Waszyngtonu rozwiązanie tego „węzła gordyjskiego” jest całkowicie nierealne. Bez realnych gwarancji bezpieczeństwa ze strony USA żaden europejski przywódca nie wyśle swoich żołnierzy do Ukrainy. Tak samo nie zrobi tego bez zgody rosji, dla której zachodni kontyngent natychmiast stałby się celem wojskowym. Oznaczałoby to straty wśród personelu wojskowego, a do Europy po raz pierwszy od 1945 roku zaczęłyby wracać trumny z poległymi.

Żaden polityk w UE, niezależnie od prób robienia dobrej miny do złej gry, nie jest dziś na to gotowy. Równie niegotowe psychologicznie są europejskie społeczeństwa. Pierwsza trumna z ciałem żołnierza regularnej armii Francji czy Wielkiej Brytanii, który oficjalnie zginął w Ukrainie, wywołałaby tak głęboki kryzys polityczny, że rządy tych państw przestałyby istnieć już następnego dnia.
Istnieje jednak pewne prawdopodobieństwo, że Kreml mimo wszystko zgodzi się na obecność wojsk zachodnich w Ukrainie. Kluczową przeszkodą w procesie pokojowym pozostaje obecnie ukraiński Donbas. Moskwa domaga się wycofania stamtąd Sił Zbrojnych Ukrainy i, jak się wydaje, do tego samego dąży również Trump. Zełenski zdecydowanie się temu sprzeciwia.
Jeśli jednak czysto hipotetycznie wyobrazić sobie, że Kijów zgodzi się na taki scenariusz i sam wycofa wojska, istnieje możliwość, że wówczas rosja, w ramach gwarancji bezpieczeństwa, zaakceptuje ograniczony kontyngent sił zachodnich w Ukrainie. W ten sposób bez walki otrzymałaby resztę obwodu donieckiego, podczas gdy 10–15 tysięcy (a nawet 30 tysięcy) żołnierzy NATO, jak już wspomniano, raczej nie stanowiłoby dla Moskwy realnego zagrożenia militarnego.
Na razie jednak wszystko powyższe to jedynie możliwe scenariusze przyszłości oraz czysto teoretyczna analiza. Ponieważ w hipotetycznej sali negocjacyjnej wciąż pozostaje ogromny „słoń”, którego wszyscy uporczywie nie dostrzegają — państwo agresor.
Paradoks procesu pokojowego polega na tym, że wszystkie strony prowadzą rozmowy tak, jakby rosja w ogóle nie istniała i jakby niemal wszystko zostało już uzgodnione. Są to jednak rozmowy prowadzone we własnym gronie — Moskwa w nich nie uczestniczy. A bez Moskwy nie da się ani zakończyć wojny, ani zawiesić broni, ani wprowadzić wojsk zachodnich, ani w ogóle zrobić czegokolwiek. Zakończenie wojny z rosją bez udziału rosji jest fizycznie niemożliwe, jakkolwiek bardzo byśmy tego chcieli. To klasyczna sytuacja znana z rosyjskiej pieśni ludowej: „beze mnie mnie ożeniono”. Niestety, w rzeczywistości tak to nie działa.
Jeśli zaś chodzi o gwarancje bezpieczeństwa, o których znów wszyscy mówią, to sytuacja staje się wręcz osobliwa. Być może umknęło to w natłoku informacji, jednak w latach 2023–2024 prezydent Zełenski podpisał aż 28 (!) umów bezpieczeństwa z różnymi państwami świata, które w krajowej przestrzeni informacyjnej przedstawiano jako potężne gwarancje bezpieczeństwa.
W szczególności taka umowa została podpisana z Paryżem 16 lutego 2024 roku — podpisy złożyli osobiście przywódcy Ukrainy i Francji. Z kolei 13 czerwca analogiczne porozumienie zawarto ze Stanami Zjednoczonymi; również na najwyższym szczeblu — podpisy złożyli Wołodymyr Zełenski i ówczesny prezydent USA Joe Biden. Można też wspomnieć o „stuletniej umowie” z Wielką Brytanią, podpisanej 16 stycznia 2025 roku. Już w pierwszym punkcie przewiduje ona szeroko zakrojoną współpracę wojskową, zakupy obronne, wymianę technologii wojskowych itd. I tak dalej.
Pojawia się więc paradoks: skoro Ukraina podpisała już umowy bezpieczeństwa z dziesiątkami państw partnerskich, to o jakich gwarancjach bezpieczeństwa mowa teraz? Czy tamte dokumenty jednak nie były umowami bezpieczeństwa, lecz czymś innym? A jeśli tak — po co w ogóle je podpisywano i intensywnie promowano w mediach? To pytania, które po raz kolejny pozostają bez odpowiedzi.

Opinie ekspertów
Politolog, dyrektor Instytutu Polityki Światowej Jewhen Mahda wyraża opinię, że podpisanie tej deklaracji w Paryżu jest przede wszystkim gestem politycznym, a nie realną perspektywą zmierzającą do zakończenia wojny.
„Z jednej strony państwa europejskie nie mogą ignorować faktu wojny w Europie, która stała się największym konfliktem zbrojnym współczesnego świata. Z drugiej strony, obecnie nie da się poważnie mówić o tym, że wyślą one kontyngenty i będą realnie pomagać, ponieważ rosja nie akceptuje takiej logiki i bez wątpienia postrzega wojska państw NATO właśnie jako wojska NATO. Nie widzę powodów, dla których rosja miałaby zmienić swoje podejście w tej kwestii ani dlaczego miałaby tolerować sytuację, w której wojska państw NATO znalazłyby się o setki kilometrów bliżej rosyjskiej granicy, niż było to wcześniej. W związku z tym wszystko to jest gestem politycznym, ale potrzebujemy więcej działań praktycznych, ponieważ inicjatywy o odroczonym efekcie nie pomagają nam dziś w wystarczającym stopniu” — mówi ekspert.
Zdaniem Mahdy Ukraina musi pozostawać w pozytywnym trendzie w oczach Europejczyków. Chodzi o integrację Ukrainy nie tylko w obszarze roamingu z Unią Europejską, lecz także o współpracę z ukraińskim przemysłem, inwestowanie w ukraiński sektor obronny oraz dalsze działania mające na celu to, aby Ukraina czuła się przynajmniej realnym kandydatem do członkostwa w UE.
„W przeciwnym razie bardzo trudno jest dziś mówić o realnej integracji europejskiej. Na ten moment jest to swoiste ‘geopolityczne placebo’. Chciałbym, abyśmy podchodzili do tego maksymalnie trzeźwo… Dla mnie bardzo wymowne jest to, że Amerykanów reprezentują specjalni wysłannicy Trumpa. To oczywiście dobrze, ale nie są to urzędnicy rządowi, co świadczy o tym, że Stany Zjednoczone nadal pozostają na kursie niepogłębiania swojej obecności bezpieczeństwa w Europie, a jednocześnie próbują budować hybrydowe kontakty z federacją rosyjską. Taka jest rzeczywistość i w tej sytuacji musimy polegać wyłącznie na sobie” — uważa Jewhen Mahda.
Politolog, dyrektor centrum „Trzeci Sektor” Andrij Zołotariow jest przekonany, że to, co zostało podpisane wczoraj w Paryżu, najprawdopodobniej nie będzie miało praktycznej kontynuacji. Istnieje ku temu kilka powodów.
„Widzimy, że Amerykanie nie przyłączyli się do tego dokumentu, ponieważ w praktyce torpeduje on plan Trumpa, biorąc pod uwagę ustalenia osiągnięte w Anchorage. rosja najprawdopodobniej po raz kolejny przypomni o ‘czerwonych liniach’ i o niedopuszczalności obecności obcych wojsk w Ukrainie. Kolejną przyczyną są wątpliwości co do charakteru prawnego tego memorandum. Rada Najwyższa nie wyraziła zgody prezydentowi na zaproszenie obcych wojsk ani na rozmieszczenie zagranicznych baz wojskowych. Trzeci aspekt to polityka wewnętrzna. Macron ma rekordowo niskie notowania, a Starmer również zmaga się z określonymi problemami politycznymi. Nie zapominajmy też, że Niemcy faktycznie odmówiły wysłania swoich wojsk do Ukrainy. Merz także boryka się z problemami politycznymi oraz wysokim poziomem niepopularności.
W związku z tym decyzja ta będzie miała konsekwencje wewnątrzpolityczne w tych krajach, a ryzykować wysłanie wojsk, biorąc pod uwagę, że Europejczycy obawiają się bezpośredniego starcia z rosją, raczej nikt nie będzie. Dlatego najprawdopodobniej wszystko to są działania mające na celu, nie mówiąc Trumpowi wprost ‘nie’, faktycznie podważyć jego plan pokojowy. Wygląda to na równie efemeryczne gwarancje, o takim samym losie jak 28 umów o gwarancjach bezpieczeństwa, które swego czasu podpisał już prezydent Ukrainy” — podsumował Andrij Zołotariow.