Stosunki między Ukrainą a Polską przeżywają obecnie kolejny poważny kryzys. To, co jeszcze niedawno wydawało się przykładem bezprecedensowej solidarności – pomoc wojskowa i finansowa, otwarte granice dla uchodźców – obecnie rozpada się na naszych oczach.
W przeszłości pozostały serdeczne uściski polityków i wspólne konferencje prasowe na tle flag. Przed nami natomiast – chłodne i ostre oświadczenia, demonstracyjne zdejmowanie ukraińskich flag w polskich miastach oraz groźby pozbawienia prezydenta Zełenskiego najwyższego odznaczenia Polski – Orderu Białego Orła.
Powodem zaostrzenia sytuacji stały się kolejne historyczne „spory”, które obie strony nieprzemyślanie wywołały. Niedawne symboliczne kroki Kijowa – nadanie jednej z brygad Sił Zbrojnych Ukrainy imienia bohaterów UPA oraz ponowne pochowanie jednego z przywódców OUN, Andriya Melnyka – wywołały bardzo negatywną reakcję Warszawy.
Problem nie dotyczy jednak wyłącznie historii. Za sporami historycznymi kryje się również znacznie bardziej pragmatyczna kwestia: ostra konkurencja gospodarcza – o rynki rolne, o europejskie dotacje, o status głównego lidera regionalnego itp. Jednak bez względu na to, jak ważne są obiektywne przyczyny, obecne pogorszenie stosunków z powodu postaci i wydarzeń sprzed prawie stu lat jest nieodpowiedzialne i przynosi efekt przeciwny do zamierzonego dla obu stron. Tym bardziej, że prawdziwy wróg – Rosja – tylko na to czeka.
Co więc obecnie dzieje się między Ukrainą a Polską? W jakim stanie są nasze stosunki? Jak postępować, aby wyeliminować przyczyny przyszłych konfliktów? Obserwator polityczny UA.News Mykyta Trachuk wraz z ekspertami analizował tę kwestię.
Iskra, która rozpaliła ogień: nieprzemyślane kroki obu stron
Wszystko zaczęło się od decyzji władz ukraińskich, które w Polsce odebrano jako świadome wyzwanie. W maju Zełenski nadał honorową nazwę „imienia Bohaterów UPA” jednej z jednostek SSO. Jednak dla absolutnej większości Polaków UPA to nie bohaterowie, a ludzie, którzy zabijali ich, Polaków, na masową skalę. Przypomina się tu przede wszystkim tragedia wołyńska i inne głośne masowe mordy na polskiej ludności cywilnej. Należało się spodziewać, że taki krok wywoła ostrą niechęć w Warszawie, ale Kijów, jak się wydaje, albo świadomie podjął ryzyko, albo nie docenił głębi polskich traum historycznych.
W tym samym miesiącu odbyło się uroczyste ponowne pochowanie Andriya Melnyka – jednego z przywódców OUN, którego działalność w Polsce również ocenia się bardzo negatywnie. Narodowy pomnik wojskowy, obecność wysokich rangą urzędników, uroczysta ceremonia – wszystko to dodatkowo rozgniewało stronę polską.
Nawet biorąc pod uwagę prawo Ukrainy do własnego spojrzenia na swoją historię, czas i sposób takich działań budzą jednak pytania. Kiedy kraj znajduje się w stanie wielkiej wojny, kiedy potrzebuje stałego wsparcia najbliższego sąsiada i sojusznika z NATO – czy naprawdę konieczne było organizowanie uroczystych ponownych pochówków kontrowersyjnych postaci historycznych właśnie teraz? Być może bardziej pragmatyczne byłoby odłożenie takich gestów na lepsze czasy?
Jednak historia nie zna trybu warunkowego. Stało się to, co się stało.
Reakcja Warszawy, szczerze mówiąc, również okazała się nieproporcjonalnie emocjonalna. Prezydent Polski Karol Nawrocki zagroził pozbawieniem Zełenskiego Orderu Białego Orła, przyznanego mu w 2023 roku. Były prezydent Lech Wałęsa demonstracyjnie zdjął ukraińską plakietkę z klatki piersiowej, oświadczając:
„Uhonorowując bandytów z UPA, prezydent Ukrainy obraził mnie i wszystkich zamordowanych Polaków”.
W kilku miastach, w szczególności w Lublinie, usunięto ukraińskie flagi z budynków państwowych. Pojawiły się również głosy, że Ukraina nie powinna integrować się z UE ze względu na uhonorowanie OUN-UPA. Najbardziej symbolicznym ciosem było przeniesienie samolotu prezydenta Ukrainy z Rzeszowa do Kiszyniowa (Mołdawia): milczące przyznanie, że nie da się już czuć w Polsce jak w domu. I choć każdy z tych kroków miał swoją wewnętrzną logikę dla tych, którzy je podejmowali, razem stworzyły one wrażenie, że Warszawa również świadomie burzy ten sam most między sobą a Kijowem, który ukształtował się w ostatnich latach.
W końcu, czy naprawdę zdjęcie flagi z ratusza pomaga rozwiązać wspólne problemy? Czy nie działa to na korzyść tylko strony trzeciej? A może po tym, jak Lech Wałęsa przestanie nosić przypinkę z żółto-niebieską flagą, Ukraina nagle zmieni całą swoją ideologię z ostatnich 12 lat i stanie się zupełnie innym państwem? W przestrzeni symbolicznych gestów często gubi się istota i sens rzeczywistej polityki oraz rzeczywistych działań, mających na celu rozwiązanie już istniejących problemów, a nie wywoływanie nowych konfliktów.

Konkurencja gospodarcza jako prawdziwa przyczyna
Pamięć historyczna w tym konflikcie jest ważna, ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Znacznie głębiej leży systemowa rywalizacja gospodarcza: Ukraina i Polska są bezpośrednimi konkurentami na rynku europejskim i nie da się od tego uciec.
Najbardziej jaskrawym przykładem jest sektor rolny. Od 2023 roku polscy rolnicy regularnie blokują granicę, protestując przeciwko importowi ukraińskiego zboża. Ich argumenty są zrozumiałe: tańsze produkty ukraińskie, wytwarzane bez przestrzegania rygorystycznych standardów europejskich, powodują załamanie cen w Polsce, grożąc bankructwem lokalnym gospodarstwom.
Ale można też zrozumieć stanowisko Ukrainy: w czasie wojny, gdy porty morskie są zablokowane lub nieustannie ostrzeliwane, eksport lądowy jest kwestią przetrwania gospodarki. W rzeczywistości jednak oba kraje walczą o ten sam europejski rynek żywnościowy, a po przystąpieniu Ukrainy do UE ta konkurencja tylko się zaostrzy.
Drugą sferą konkurencji są finanse UE. Kijów nieustannie potrzebuje pieniędzy: dziesiątek, a jeszcze lepiej setek miliardów euro. Pieniądze te są w ten czy inny sposób pobierane ze wspólnego budżetu UE, a zatem inne kraje otrzymują ich mniej. Polska przez dziesięciolecia była jednym z głównych beneficjentów funduszy europejskich, a pojawienie się tak potężnego konkurenta, jakim jest Ukraina, nieuchronnie zmniejsza polski „kawałek tortu”. Tutaj w grę wchodzi już banalna arytmetyka, tylko na poziomie państwowym.
Właśnie dlatego za historycznymi sporami bardzo często kryją się czysto pragmatyczne interesy.

Zatrzymać spadanie w przepaść
Próbą „ugaszenia ognia” była wizyta szefa Biura Prezydenta Kiryła Budanowa w Warszawie na początku czerwca. Podróż miała charakter pilny i była niemal nieogłoszona — co świadczy o tym, że w Kijowie w końcu uświadomiono sobie powagę sytuacji. Budanow spotkał się z ministrem obrony Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem oraz kierownictwem polskiego MSZ, próbując przekazać prostą myśl: obu stronom nie opłaca się niszczyć stosunków z powodu wydarzeń sprzed prawie stu lat.
Wyniki wizyty są niezwykle trudne do oceny ze względu na brak informacji. Ogólnie rzecz biorąc, można ją uznać za powstrzymanie najgorszego scenariusza – czyli udało się uniknąć zerwania stosunków dyplomatycznych – ale pozostał, jak to się mówi, nieprzyjemny posmak. Ciekawe, że również w Polsce znalazły się rozsądne głosy, które aktywnie wzywają władze do nieeskalowania konfliktu z Ukrainą, ponieważ obecnie jest to po prostu nie na miejscu.
Jest więc nadzieja, że prędzej czy później Kijów i Warszawa zamkną rozdział historii związany z wydarzeniami odległej i, w sumie, nikogo nie interesującej przeszłości – i nie będą już do tego wracać. Tym bardziej, że przed nami czekają znacznie ważniejsze i bardziej pragmatyczne wyzwania i problemy.

Opinie ekspertów
Politolog Maksym Honczarenko uważa, że Ukraina jako suwerenne państwo ma pełne prawo do badania, upamiętniania i interpretowania roli własnych postaci historycznych. Dlatego niechęć państwa do zajmowania stanowiska, w którym musiałoby „uzyskiwać pozwolenie” na własną wizję pamięci historycznej, jest całkowicie zrozumiała. Ustępstwa w tej kwestii mogą być postrzegane nie jako spory historyczno-ideologiczne, ale jako ustępstwa w zakresie suwerenności i tożsamości. Państwo w stanie wojny będzie starało się tego uniknąć, zauważa ekspert.
„Ważna jest jednak również strona polska, z którą Ukraina ma bezprecedensowy poziom zbieżności interesów – zwłaszcza w dziedzinie bezpieczeństwa. UPA jest dla Polski tematem wrażliwym i właśnie w tym momencie jej polityka pamięci historycznej bezpośrednio konfrontuje się z ukraińską wizją. Ale czy ma to krytyczne znaczenie? Nie. Ostatnio kwestia roszczeń historycznych jest wykorzystywana w polskiej polityce raczej jako retoryka i „obowiązkowy punkt programu”. Jaskrawym przykładem jest konfrontacja między „Prawem i Sprawiedliwością” a „Platformą Obywatelską”, gdzie problemy historyczne są przedstawiane mniej więcej z tej samej perspektywy. W rzeczywistości zaczyna to przypominać wyścig – kto bardziej troszczy się o pamięć narodową – ale to wciąż tylko retoryka… Tak, temat jest drażliwy i wywoła demonstracyjne oburzenie ze strony polskiej. Ale na tym wszystko. Polska nie będzie przebudowywać swojej polityki zagranicznej z powodu nazw ukraińskich oddziałów. Tak samo jak dziesiątki ulic i alejek nazwanych na cześć Bandery, Konowalca i Szuchewicza nie przeszkodziły Polsce zrozumieć konieczności wsparcia Ukrainy w wojnie oraz bliskości interesów obu państw” – jest przekonany Maksym Honczarenko.
Politolog, dyrektor centrum „Trzeci Sektor” Andrij Zolotariow ma nieco inne zdanie. Jego zdaniem w tej sprawie Ukraina ponownie „wpadła w tę samą pułapkę” w stosunku do Polski.
„Dla Polski temat OUN-UPA jest bardzo drażliwy, dla polskiej prawicy to wyraźny bodziec. I jeśli jeszcze 15 lat temu taka ukraińskofobia była czysto marginalna, to teraz weszła do głównego nurtu. A my w tym znacznie pomagamy polskiej prawicy, która walczy o dziedzictwo braci Kaczyńskich. A w warunkach wojny jesteśmy bardziej zainteresowani dobrymi stosunkami z Polską niż Polacy z nami. I dlaczego tak się stało? W Kijowie pojawiły się aleje Bandery i Szuchewicza – i przez wiele lat nic się nie działo. Ale teraz, w kontekście ożywionej walki o dziedzictwo Kaczyńskich w Polsce, prawica bardzo się aktywizowała. A prezydentem został tam alter ego naszego Wiatrowicza – były szef polskiego Instytutu Pamięci Narodowej Nawrocki. A to osoba otwarcie ideologiczna. Nie można było liczyć, że będzie inaczej.
W rzeczywistości wszystko się nałożyło: ponowne pochowanie Melnika, nadanie jednej z brygad nazwy na cześć UPA. Dało to efekt synergii i doprowadziło do ostrych oświadczeń ze strony polskiej. Słyszeliśmy o pomysłach pozbawienia Zełenskiego Orderu Białego Orła, zaprzestania opłacania Starlink dla Sił Zbrojnych Ukrainy, a nawet samolot Zełenskiego został przeniesiony z Rzeszowa do Kiszyniowa. Cóż, to dość oczywiste. Jednocześnie na Ukrainie nie rozumie się, że nie jest to tylko kwestia lotów prezydenta, ale także naszej drogi do Unii Europejskiej. Polska może ją całkowicie zablokować, tak jak zrobiła to Węgry. Gra z wykorzystaniem idei integralnego nacjonalizmu w nowoczesnej wersji oraz poruszanie tak drażliwych tematów mogą stać na przeszkodzie integracji Ukrainy z Unią Europejską. Dlatego chyba będziemy musieli zrobić krok w tył. Budanow próbował złagodzić te sprzeczności, ale najprawdopodobniej jego wizyta nic nie dała. Myślę, że trzeba przestać grać tymi tematami, które psują nam stosunki z sąsiadami. Jeśli na Bankowej tego nie zrozumieją, będzie wielka katastrofa” – podsumował Andrij Zolotariow.
Czytaj nas na Telegram i Sends