Pod koniec sierpnia szef Biura Prezydenta, Kirilo Budanow, wygłosił oświadczenie, które – jeśli się nad tym zastanowić – skłania do sięgnięcia po kalkulator. Szef Urzędu Prezydenta stwierdził, że aby jedynie utrzymać obecną sytuację na froncie, Ukraina musi co miesiąc mobilizować co najmniej (!) 30 tysięcy osób.
30 tysięcy miesięcznie to 360 tysięcy rocznie. To prawie dwa razy więcej niż wszystkie siły zbrojne Polski razem wzięte. To w praktyce kolejna ogromna armia, którą trzeba gdzieś znaleźć, ubrać, wyszkolić i włączyć do struktury, która – zgodnie z oficjalnymi oświadczeniami – i tak liczy już prawie 900 tysięcy osób. Przynajmniej jeśli wierzyć prezydentowi Zełenskiemu, który wielokrotnie oświadczał, że obecna liczebność Sił Zbrojnych Ukrainy wynosi około 880 tysięcy.
To gigantyczna siła bojowa, która plasuje się w pierwszej siódemce największych armii świata. To po prostu kolosalna liczba ludzi. I tu pojawia się paradoks, który bardzo trudno wyjaśnić: skoro mamy prawie milion żołnierzy, a oficjalne straty nieodwracalne są stosunkowo (!!) niewielkie – to po co potrzebne jest tak szalone tempo mobilizacji? Po co rekrutować po 360 tysięcy rocznie, i to co najmniej? Gdzie właściwie znikają ci ludzie? Obserwator polityczny UA.News Mykyta Trachuk wraz z ekspertami zgłębiał tę kwestię.
Nieprosta arytmetyka: „wskrzeszeni” zmarli i manipulacje statystyczne
Kolejny sygnał ostrzegawczy, że z oficjalną statystyką coś jest nie tak, pojawił się już w lipcu. Prezydent Zełenski, rozmawiając z zachodnimi dziennikarzami na temat strat Ukrainy, przyznał, że jest to „trudne”, ale mimo to podał liczbę: 50 tysięcy zabitych i 400 tysięcy rannych. W porównaniu ze stratami wroga (dziesiątki razy większymi) wygląda to, delikatnie mówiąc, zbyt optymistycznie, jeśli nie fantastycznie. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że w lutym tego samego roku – czyli pół roku wcześniej – prezydent mówił o 55 tysiącach poległych ukraińskich obrońców.
Nasuwa się logiczne pytanie: jak to możliwe, że w ciągu pół roku aktywnych działań wojennych liczba poległych nie tylko nie wzrosła, ale wręcz zmniejszyła się o 5 tysięcy? Czy to błąd statystyczny, pomyłka w liczbach, czy też cud – wskrzeszenie zmarłych? Odpowiedź na to pytanie pozostaje nadal niejasna.
Ta rozbieżność podważa wiarygodność pozostałych danych. Tak, brytyjski publicysta „The Telegraph” Owen Matthews, komentując oświadczenie Budanowa o konieczności mobilizacji 30 tysięcy osób miesięcznie, napisał wprost: „zakłada to straty znacznie przewyższające oficjalnie uznane”. Jeśli przyjąć za podstawę dane o 50 tysiącach ukraińskich obrońców zabitych przez wroga, to w celu utrzymania stanowej liczebności rzeczywiście trzeba uzupełniać szeregi zarówno poległych, jak i tych, którzy opuścili służbę z powodu ran (zwłaszcza ciężkich, uniemożliwiających powrót do służby). Ale powtórzę: 30 tysięcy miesięcznie to 360 tysięcy rocznie. Oznacza to, że armia co roku w ten czy inny sposób traci (zginęli, ciężko ranni, trwale wykluczeni ze służby ze względów zdrowotnych lub z innych przyczyn) 40% (!) obecnego składu osobowego.
Być może oficjalne dane o 50 tysiącach zabitych to tylko wierzchołek góry lodowej, a rzeczywista liczba poległych i okaleczonych jest o rząd wielkości większa? Warto jednak zauważyć, że straty w armii to nie tylko ofiary bojowe w postaci rannych i poległych. Siły Zbrojne Ukrainy tracą setki tysięcy żołnierzy z zupełnie innych powodów.

„Szara strefa” Sił Zbrojnych Ukrainy: służba cywilna, dezercja i „szabuning”
Przypisywanie całego deficytu personelu wyłącznie potencjalnym stratom bojowym jest nieprawidłowe. Istnieje jeszcze jeden ogromny aspekt tego problemu: samowolne opuszczanie jednostek (SZC), dezercja oraz tak zwane „szabunowanie” – czyli sytuacja, w której żołnierze szukają sposobów na uniknięcie służby, przenosząc się z jednostek bojowych na tyły, ośrodki szkoleniowe lub kompanie gospodarcze, wykorzystując znajomości, stan zdrowia i/lub schematy korupcyjne. Czasami takie osoby służą jedynie na papierze.
Ta ogromna „szara strefa” pochłania nawet więcej potencjału ludzkiego niż działania bojowe. Liczba postępowań karnych dotyczących dezercji w Ukrainie bije rekordy. Osoby, które formalnie pozostają w wojsku, otrzymują zaopatrzenie, ale fizycznie nie wykonują zadań bojowych i w ogóle nie wiadomo, gdzie się znajdują, pozostają „bólem głowy” Sztabu Generalnego. Są „martwymi duszami” współczesnej armii. Ich istnienie na papierze stwarza iluzję kompletnego składu, jednak na froncie tego kompletu nie odczuwa się. A takich żołnierzy, którzy przeszli do Służby Specjalnej lub w ogóle zdezerterowali z szeregów Sił Zbrojnych Ukrainy, są setki tysięcy.
Dodajmy do tego niedobór personelu nawet w jednostkach tyłowych. Informacje z terenu przekazywane przez czynnych żołnierzy potwierdzają: brakuje ludzi nie tylko na stanowiskach bojowych. Puste są również sztaby, służby zaopatrzeniowe i jednostki remontowe. To obala mit, że problem polega wyłącznie na niechęci Ukraińców do służby w piechocie. Problem ma charakter systemowy: zasadniczo wszędzie brakuje ludzi.

880 tysięcy w szeregach — ale gdzie oni są?
Oczywiste jest, że w czasie wojny własne straty są, delikatnie mówiąc, zaniżane. Oczywiste jest również, że dalek nie wszyscy z 400 tysięcy rannych powrócili do służby. Setki tysięcy przebywają w rezerwie, zdezerterowali lub znajdują się w stanie „zawieszenia” między jednostkami a szpitalami. A do tego dochodzi jeszcze „szabuning”, fikcyjne wpisy, „martwe dusze”…
Biorąc pod uwagę te fakty, ogólny obraz staje się jaśniejszy. 880 tysięcy to bardzo przybliżona, orientacyjna, „lista” liczebności, jak mówią sami żołnierze Sił Zbrojnych Ukrainy — „armia na papierze”. Obejmuje ona cały ogromny aparat administracyjny: Sztab Generalny, kierownictwo, logistykę, ośrodki szkoleniowe, Centrum Kontroli Tactical (TCK), ochronę, łączność itp. Są to osoby, które również codziennie pracują na rzecz obrony kraju, ale niekoniecznie trzymają karabin w okopie gdzieś pod Druzhkivką czy Kupianskiem.
Jednak logiczne pytanie – gdzie w ogóle podziewają się ci ludzie – nie znika, choć staje się bardziej zrozumiałe. Jeśli zaczniemy od 880 tysięcy, dodamy 30 tysięcy miesięcznie (360 tysięcy rocznie), odejmujemy wątpliwe oficjalne straty (50 tysięcy zabitych), to pod koniec roku armia powinna liczyć już ponad 1,2 mln osób. Obecnie wydaje się to nierealne. Zatem ludzie masowo „znikają” nie tylko z powodu strat, ale także z powodu ran, strat niebojowych (od chorób po zaburzenia psychiczne), służby cywilnej, dezercji – oraz, jak się wydaje, totalnego bałaganu w ewidencji.
Kluczowy problem ukraińskiej armii nie polega na liczbie ludzi ani na ich rzekomym niedoborze fizycznym (nie zapominajmy przy tym, że część zmobilizowanych trafia nie do Sił Zbrojnych Ukrainy, lecz do innych struktur siłowych). Problem polega na tym, że gigantyczna struktura administracyjna Sił Zbrojnych, która w latach wojny rozrosła się do ogromnych rozmiarów, jest nieefektywna w zarządzaniu tym znacznym potencjałem ludzkim. Jest to całkowicie obiektywna krytyka, potrzebna nawet w czasie wojny, ponieważ ostatecznie w konflikcie zwycięża ten, którego system zarządzania jest bardziej efektywny.
Nawiasem mówiąc, Budanow w swoim oświadczeniu wspomniał również o przymusowej „busifikacji”, od której, jego zdaniem, należy stopniowo odchodzić (chociaż szef Urzędu Prezydenta otwarcie przyznał, że całkowite uniknięcie tego w czasie wojny nie będzie możliwe). Problem tej logiki polega jednak na tym, że nawet jeśli całkowicie wyeliminuje się „busiki” i zastąpi je uprzejmymi rekruterami, to i tak nie uda się osiągnąć liczby 30 tysięcy, jeśli system będzie się sam niszczył od wewnątrz – poprzez korupcję na stanowiskach, dezercje, „szabunowanie” itp.
Nie da się rozwiązać problemu niedoboru ludzi na froncie poprzez zwykłe przyspieszenie tempa łapania mężczyzn na ulicach. Nie da się, ponieważ w samym systemie istnieją dziury, przez które ci ludzie „wyciekają” szybciej, niż zdąża się ich pozyskać. Czasami bezsensowne jest czerpanie wody z łodzi – najpierw należy zatkać dziurę w dnie.

Opinie ekspertów i wojskowych
Serżant Siergiej, który pełni służbę na kierunku charkowskim, twierdzi, że osobiście nie spotkał się z problemem braku ludzi na stanowiskach w tyłach. Jednak w przypadku stanowisk bojowych rzeczywiście występuje ogromny niedobór.
„To prawda. Bardzo brakuje ludzi. «Armia na papierze», która bardzo wyczerpuje ludzi, w rezultacie sprawia, że ktoś idzie na przykład do Służby Specjalnej. Brakuje też oficerów. W naszej jednostce jest bardzo wiele wolnych stanowisk bojowych. Natomiast stanowiska biurowe, znowu konkretnie u nas, są wszystkie zajęte. Nie ma głupców, którzy chcieliby iść do szturmu, ale posiedzieć gdzieś na tyłach – chętnie. Chociaż „tyły” to obecnie pojęcie bardzo względne” – zauważył żołnierz.
Z kolei były sprzedawca samochodów Rusłan B., który obecnie służy w Państwowej Służbie Granicznej Ukrainy, opowiada o nieco innej sytuacji.
„Na szczęście służę głęboko w tyłach. Zajmuję się dokumentacją, pomagam w ewidencji i rozliczeniach. Można powiedzieć, że jestem urzędnikiem o szerokim profilu. Na front się nie nadaję, bo mam 52 lata, a zdrowie już nie to samo. Za to mogę z całą pewnością powiedzieć, że nawet na tyłach mamy braki kadrowe sięgające 30%. Powtarzam: na tyłach! O stanowiskach bojowych nawet nie będę się wypowiadał. Urzędnicy, księgowi, informatycy — brakuje nam, do diabła, specjalistów z tyłów. Dlatego kiedy pytacie mnie: „a gdzie się podziali ludzie”, mam… takie samo pytanie w odpowiedzi. Służę już drugi rok i do tej pory tego nie zrozumiałem” — emocjonalnie dzieli się swoimi przemyśleniami Rusłan B.

Politolog, dyrektor Ukraińskiego Instytutu Polityki Rusłan Bortnik zauważa: obecnie jest to jeden z najpoważniejszych problemów i jedna z najpilniejszych kwestii — gdzie znikają ludzie w Siłach Zbrojnych Ukrainy. Ale tu mamy do czynienia z surową matematyką.
„Nie ma comiesięcznej mobilizacji na poziomie 30 tysięcy, o której mówił Budanow. W rzeczywistości mobilizacja nie osiąga tego poziomu o około 30%. Oznacza to, że mowa jest o około 20 tysiącach miesięcznie. W większości są to osoby zmobilizowane przymusowo, a ochotników jest wśród nich bardzo mało. Dlatego znaczna część tych osób popełnia później akty samowolnego opuszczenia jednostki lub dezerteruje. Dzieje się to na różnych etapach: albo podczas pobytu w ośrodkach szkoleniowych, albo już po wysłaniu do swoich jednostek wojskowych. Oznacza to, mówiąc w uproszczeniu, że spośród 20 tysięcy zmobilizowanych znaczna część może nie dotrzeć bezpośrednio do jednostek bojowych.
Ponadto Siły Zbrojne Ukrainy nadal wykreślają ludzi ze służby ze względu na stan zdrowia, z powodu odniesionych ran, a także z powodu strat – zarówno poległych, jak i zaginionych bez śladu. Jeśli weźmiemy pod uwagę jeszcze około 10–20% takich wykreśleń, otrzymujemy bardzo skomplikowaną matematykę demograficzną i kadrową. Przy czym stosunek rannych do poległych i zaginionych bez śladu, według różnych szacunków, może wynosić około 5 do 1. I w ten sposób otrzymujemy surową kalkulację: liczebność Sił Zbrojnych Ukrainy, począwszy od 2022 roku, stopniowo maleje” — wyjaśnia politolog.
Według eksperta w 2022 roku liczebność Sił Zbrojnych Ukrainy szacowano na około milion osób. Obecnie rozwiązania technologiczne pozwalają częściowo zabezpieczać te odcinki frontu, które wcześniej były utrzymywane przez znacznie liczniejsze oddziały. Działa to jednak również w drugą stronę, przypomina Bortnik. Rosja również aktywnie stosuje nowoczesną taktykę infiltracji — przenikanie niewielkich grup w luki między ukraińskimi pozycjami. Dzięki połączeniu przewagi ogniowej i taktyki infiltracji Rosja nadal posuwa się naprzód na poszczególnych odcinkach frontu.
„Właśnie dlatego Budanow słusznie mówi o konieczności mobilizacji na poziomie 30 tysięcy osób miesięcznie. Jednak tych 30 tysięcy nie da się stabilnie realizować w ramach obecnego systemu bez jego reformy. Potrzebna jest kompleksowa reforma mobilizacji. Problemu nie da się rozwiązać na tym samym poziomie myślenia, na którym powstał. Właśnie dlatego władze stoją dziś przed niezwykle trudnym wyborem. Aby podążać którąkolwiek z możliwych dróg, potrzebne są przede wszystkim dodatkowe środki finansowe. Konieczne jest podwyższenie świadczeń dla żołnierzy, wynagrodzeń oraz różnych form wsparcia socjalnego, a także wywiązywanie się z zobowiązań socjalnych wobec wojskowych i ich rodzin. W związku z tym konieczne jest zwrócenie się do partnerów zachodnich o dodatkowe wsparcie finansowe.
Władze prędzej czy później będą musiały albo obniżyć wiek poborowy i zawęzić kategorie osób zastrzeżonych, albo przeprowadzić zakrojoną na szeroką skalę reformę mobilizacji i rekrutacji. Należy również rozwiązać kwestię demobilizacji. Należy ustalić rozsądny okres służby – na przykład trzy, cztery lub pięć lat, po upływie którego żołnierz powinien uzyskać gwarantowane prawo do demobilizacji. Obecnie nie podejmuje się takich kroków, ponieważ napływ nowych żołnierzy do Sił Zbrojnych Ukrainy jest niezwykle mały. Nie da się jednak przywrócić tego napływu bez rozwiązania problemu demobilizacji. Powstaje błędne koło… Dlatego władze będą musiały albo podjąć niepopularne kroki i wzmocnić mechanizmy mobilizacyjne, albo poszukać dodatkowych środków na zwiększenie motywacji żołnierzy i skuteczności rekrutacji. Właśnie na tym rozdrożu znalazł się dziś nasz kraj” — zauważył Bortnik.
Politolog podsumowuje: jeśli obecna tendencja się utrzyma, liczebność Sił Zbrojnych Ukrainy będzie nadal spadać. W związku z tym przewaga Rosji będzie rosła. Wykorzystując tę przewagę, Rosja będzie nadal posuwać się naprzód na froncie.

Podsumowując: jeśli brakuje ludzi nie tylko na froncie, ale także na tyłach, gdzie ryzyko jest jednak znacznie mniejsze niż na linii frontu — oznacza to przede wszystkim, że sama struktura zarządzania nie odpowiada nowym realiom. Milionowa armia na papierze i brak ludzi w okopach oraz na stanowiskach – to symptom biurokratycznej hipertrofii i nieudolności. Wydaje się, że armia krajowa wymaga dogłębnego audytu: ilu ludzi faktycznie walczy, ilu zapewnia wsparcie, a ilu po prostu figuruje na listach lub w ogóle przebywa w nieznanym miejscu.
Dlatego dzisiaj pytanie „gdzie znikają ludzie?” tylko na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo proste, a nawet nieco prowincjonalne i amatorskie. W rzeczywistości ma ono jednak fundamentalne znaczenie, a zadanie tego pytania należy przede wszystkim kierownictwu wojskowo-politycznemu państwa. Przetrwanie wojny na wyczerpanie przy takich obliczeniach jest fizycznie niemożliwe – i to jest kluczowe wyzwanie dla ukraińskiej państwowości.
Czytaj nas na Telegram i Sends