Każdego roku elity polityczne i biznesowe całego zachodniego świata zjeżdżają się do szwajcarskiego alpejskiego kurortu Davos. Samo miasteczko nie wyróżnia się niczym szczególnym — poza malowniczymi panoramami Alp. To jednak właśnie tutaj odbywa się Światowe Forum Ekonomiczne, które próbuje nadawać ton globalnej debacie na nadchodzący rok.
Rok 2026 okazał się jednak raczej wyjątkiem od reguły. Tegoroczny Raport o Globalnych Ryzykach, w którym dominowały nie zagrożenia gospodarcze, lecz geopolityczne i militarne, był jedynie preludium do wydarzeń, jakie rozegrały się w salach obrad i podczas paneli dyskusyjnych. Davos 2026 ostatecznie zrzuciło maskę „forum technokratów i futurologów”, przekształcając się w arenę walki politycznej, gdzie dyskusje o abstrakcyjnych celach przyszłości ustąpiły miejsca ostrym oskarżeniom, żądaniom oraz rywalizacji o wpływy w podzielonym świecie. Ta transformacja nie była zaplanowana — stała się wymuszoną reakcją na wydarzenia rozgrywające się wokół.
Jak zatem przebiegło tegoroczne forum w Davos, jakie tematy dominowały wśród uczestników, które wystąpienia warto uznać za kluczowe oraz w jaki sposób forum zmieniło się na przestrzeni ostatnich lat? Tę kwestię analizował komentator polityczny UA.News, Mykyta Traczuk.
Grenlandzki thriller: jak Trump przepisał agendę Forum w Davos
Kluczowym wydarzeniem, które zdefiniowało cały nastrój i charakter prac forum, było wystąpienie Donalda Trumpa. Jego pojawienie się w Davos (co wcale nie było oczywiste, ponieważ prezydent USA nie darzy tego miejsca sympatią, uważając je za „zjazd globalistów i liberałów”) od samego początku postrzegano jako centralny punkt programu. Skali wpływu tego przemówienia na agendę forum trudno jednak przecenić.
Trump, który od zawsze odnosił się do forum z jawną pogardą, nie przyleciał do Davos, by dyskutować — przybył z jasno sformułowanym manifestem, którego należało wysłuchać w milczeniu. W tym kontekście nie przewidywano żadnych sporów ani debat.
Jego wystąpienie koncentrowało się na dwóch głównych tezach, połączonych logiką bezkompromisowego „geopolitycznego realizmu”. Pierwsza dotyczyła ostrej krytyki europejskich sojuszników z NATO. Trump szczegółowo mówił o dekadach, w których — jego zdaniem — Europa „żyła jak pączek w maśle” pod amerykańskim parasolem bezpieczeństwa, przeznaczając zaoszczędzone na obronności środki na programy socjalne i własny komfort.
Ten świat, jak stwierdził Trump, dobiegł końca. Nowa era wymaga jasnych decyzji: bezpieczeństwo w zamian za polityczną lojalność i ustępstwa gospodarcze. I to w najlepszym wypadku. Ogólnie rzecz biorąc, amerykański przywódca nie ukrywa swojego wyraźnie protekcjonalnego i zirytowanego stosunku do Europy oraz nie postrzega jej jako podmiotu światowej polityki.
Druga teza dotyczyła Grenlandii. Trump nie tylko po raz kolejny przypomniał o strategicznym interesie USA wobec wyspy, lecz uczynił z tego zagadnienia centralny element amerykańskiej polityki zagranicznej. Opisał Arktykę jako nowy punkt globalnej konfrontacji, w którym rosja i Chiny aktywnie zwiększają swoją obecność, a Stany Zjednoczone nie mogą sobie pozwolić na „ślepą plamę” w postaci terytorium kontrolowanego przez sojusznika, który nie dysponuje wystarczającymi zasobami, by je chronić. Dlatego, w logice Trumpa, Grenlandia powinna zostać pilnie przekazana Ameryce. Kropka.
Efekt tych słów był wybuchowy. Media, eksperci i politycy dyskutowali niemal wyłącznie o Grenlandii. Pozostałe panele — poświęcone stabilności globalnych łańcuchów dostaw, transformacji energetycznej oraz, co najważniejsze, sposobom zapewnienia bezpieczeństwa i pokoju Ukrainie — zostały niemal całkowicie wyparte z przestrzeni informacyjnej. Trumpowi udało się osiągnąć rzecz kluczową: jednoosobowo i całkowicie przepisał porządek obrad Forum w Davos, zmuszając świat do dyskusji wyłącznie nad tym, co powiedział prezydent Stanów Zjednoczonych.

Emocjonalne przemówienie Zełenskiego: „Trump 2.0”?
Nie mniej głośne okazało się wystąpienie prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego. Warto przypomnieć, że początkowo głowa państwa zapowiadała, iż nie poleci do Szwajcarii z powodu trudnej sytuacji w sektorze energetycznym w kraju. Jednak już po dwóch dniach sytuacja. jak widać. znacząco się poprawiła, w związku z czym Zełenski zmienił decyzję i w trybie pilnym udał się do Davos.
Na miejscu Zełenski spotkał się z Trumpem, po czym wziął udział w panelu, podczas którego przedstawił swoje tezy. Przemówienie ukraińskiego prezydenta należy postrzegać nie tylko jako kolejne wystąpienie przywódcy kraju ogarniętego wojną, lecz jako funkcjonalne i niezwykle precyzyjnie zaplanowane narzędzie polityczne, skierowane do konkretnej grupy odbiorców. W Kijowie najwyraźniej zdano sobie już sprawę, że tradycyjne apele o solidarność i obronę wartości przestały działać w nowej rzeczywistości. Dlatego też przemówienie Zełenskiego zostało zbudowane wokół mocnej i ostrej krytyki Europy.
Tym razem ukraiński przywódca niczego nie prosił — jedynie oskarżał: o bierność, obojętność, utratę historycznego wyczucia oraz brak reakcji na współczesne wyzwania. Jego słowa o tym, że „o Europę wyciera się nogi”, uderzały w samo sedno europejskiej biurokracji, która zastąpiła zdecydowanie formalnymi procedurami. i podobnych zarzutów było znacznie więcej.
Najważniejszym aspektem tej krytyki był jednak jej pełny ideologiczny rezonans z wystąpieniem Trumpa. Nie był to przypadek, lecz jasno obrana strategia i przemyślana technologia polityczna. Oba przekazy, zarówno amerykańskiego, jak i ukraińskiego prezydenta, sprowadzały się do jednego wniosku: Europa jest słaba, niezdecydowana i pozbawiona sprawczości. Stanowi to poważny problem dla przyszłości, a nawet teraźniejszości Unii Europejskiej. Jednak wszystko może się jeszcze zmienić, również przy udziale Ukrainy.
Taka postawa pozwoliła Zełenskiemu niejako stanąć po jednej stronie ze Stanami Zjednoczonymi we wspólnym froncie przeciwko „słabości” dawnych sojuszników. W tym kontekście można mówić o kontynuacji „bitwy o Trumpa” — strategii mającej na celu pozyskanie nieprzewidywalnego amerykańskiego przywódcy poprzez podkreślenie wspólnoty interesów i poglądów. Była to wyraźna i efektowna gra polityczna. Czy jednak ta technologiczna kalkulacja okaże się skuteczna — pokaże czas.
Na tle tego głośnego, emocjonalnego i politycznie ostrego wystąpienia tradycyjny element ukraińskiej obecności — „Ukraiński Dom w Davos” — niemal całkowicie stracił na znaczeniu. Panele poświęcone sprawiedliwemu pokojowi, odbudowie, innowacjom oraz możliwościom inwestycyjnym odbywały się w niemal pustych salach. Oznacza to, że uwaga publiczności skupiała się na osobowościach i manifestach, a nie na „nudnej” pracy systemowej. Jeszcze raz podkreśla to nową rzeczywistość Davos: przestrzeń dla spokojnych, racjonalnych i mało widowiskowych dla zewnętrznego odbiorcy debat zniknęła, ustępując miejsca głośnym i wyrazistym deklaracjom politycznym.

Głosy starego świata: nostalgia za regułami i „świat twierdz”
Reakcja przedstawicieli dawnych liberalnych elit na taki rozwój wydarzeń była pełna niepokoju i poczucia bezradności, choć starano się tego nie okazywać. Ich wystąpienia, które niegdyś mogły być centralnymi punktami forum, tym razem brzmiały jedynie jak tło dla głównego dramatu.
Prezydent Francji Emmanuel Macron próbował na przykład bronić idei strategicznej autonomii Europy, jednak jego argumenty o konieczności „nieuzależniania się od cudzych decyzji” wypadły blado bezpośrednio po żądaniach Trumpa dotyczących Grenlandii, które uderzały w europejskiego sojusznika — Danię, członka UE i NATO. Macron ostrzegał przed światem rządzonym przez prawo silniejszego, lecz sam fakt, że musiał to robić, świadczył o tym, iż taki świat już nadszedł. W efekcie jedyną rzeczą, z której zapamiętano francuskiego przywódcę w Davos w tym roku, były jego stylowe, i nieironicznie świetne, okulary.

Nie zabrakło jednak wystąpień interesujących i treściwych. Najbardziej spójny i ponury obraz nowego świata nakreślił premier Kanady Mark Carney. Jego przemówienie nie miało charakteru emocjonalnego — było chłodną, analityczną prognozą. Opisał on to, co nazwał „światem twierdz” — porządek stosunków międzynarodowych, do którego nieuchronnie prowadzi logika narodowego egoizmu, protekcjonizmu oraz zerwania globalnych powiązań. W takim świecie, jak stwierdził, każde państwo lub blok państw będzie wznosić bariery: ekonomiczne, polityczne i technologiczne, próbując chronić się przed zagrożeniami zewnętrznymi.
Jednak te twierdze pozostaną wewnętrznie kruche. Doprowadzą do wzrostu kosztów gospodarczych, fragmentacji technologicznej, obniżenia poziomu bezpieczeństwa z powodu braku zbiorowego systemu równowagi i odstraszania, a w konsekwencji — do większej brutalności w relacjach międzynarodowych, ponieważ konflikty będą rozstrzygane nie według zasad, lecz siłą.
Przemówienie Carneya zabrzmiało jak pożegnalna liturgia dla świata, który istniał wcześniej, lecz niemal całkowicie już odszedł. Głosy takie jak jego czy Macrona nie wyznaczyły więc przyszłej agendy, raczej konstatują porażkę.

Davos 2026: zmiana paradygmatu jako symbol epoki
Najważniejszym wnioskiem z Davos 2026 nie było żadne konkretne przemówienie ani deklaracja, lecz ostateczna zmiana samej istoty tego wydarzenia. Jeszcze 5–10 lat temu program Davos przypominał katalog dobrych intencji globalnego świata. Panele zatytułowane „Build Back Better”, „Globalna współpraca w epoce czwartej rewolucji przemysłowej”, „Kapitalizm inkluzywny” czy „Zrównoważony rozwój dla wszystkich” brzmiały naturalnie i spójnie. Dyskusje o zmianach klimatu, równości płci, standardach ESG oraz zielonej energii budowały wizerunek forum jako progresywnego, świadomego i odpowiedzialnego — choć dość nudnego. Był to świat, w którym główną rolę odgrywali technokraci, filantropi oraz społecznie odpowiedzialni inwestorzy.
Davos 2026 definitywnie pogrzebało ten obraz. Forum de facto przekształciło się w kolejną odsłonę Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa. Nazwy paneli zaczęły odnosić się nie do wspólnej przyszłości, lecz do bieżących zagrożeń. Zamiast debat o tym, jak uratować planetę w perspektywie 30–50 lat, przywódcy dyskutowali o tym, jak zapobiec całkowitemu rozpadowi przestrzeni euroatlantyckiej w ciągu najbliższych 2–3 lat. Zamiast rozmów o innowacjach dla krajów rozwijających się — debaty o przeciwdziałaniu technologicznej ekspansji reżimów autorytarnych i tym podobne.

Ta transformacja jest wymuszona i lustrzana. Davos nie może już funkcjonować w równoległej, komfortowej rzeczywistości. Zostało zmuszone do spojrzenia prosto w twarz realiom: nowym wielkim wojnom, walce o zasoby, rozpadowi dawnych sojuszy oraz kształtowaniu się nowego porządku światowego, opartego nie na zasadach, lecz na interesach silnych (choć być może tak było zawsze). Można podsumować, że forum z symbolu globalizacji stało się jej nekrologiem.
Podsumowując: Davos nie jest już miejscem, w którym kreuje się wizje przyszłości. Stało się lustrem, które z brutalną precyzją odbija ponurą teraźniejszość. Jego przemiana z forum globalnego zarządzania w forum reagowania kryzysowego i politycznej konfrontacji jest najlepszym wskaźnikiem głębokości zmian, jakich doświadcza dziś świat. To nowa rzeczywistość, w której bezpieczeństwo i przetrwanie wyparły wszelkie dyskusje o wspólnym dobrobycie i świetlanej przyszłości.