Patrząc na ostatnie wydarzenia w Europie, a także na publikacje w zachodnich mediach i środowiskach eksperckich, pojawia się silne poczucie déjà vu: wszyscy znów mówią o ewentualnej wojnie z Rosją, tyle że tym razem nie w kontekście Ukrainy, ale w skali całej Unii Europejskiej. Ostatnie oświadczenia z Moskwy – od gróźb wiceprzewodniczącego Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej Dmitrija Miedwiediewa o uderzeniu na europejskie fabryki, gdzie rzekomo montuje się bezzałogowe statki powietrzne dla Sił Zbrojnych Ukrainy, po opublikowanie przez rosyjskie Ministerstwo Obrony „listy potencjalnych celów” – pokrywają się z głośnym felietonem Davida Ignatiusa w The Washington Post. Znany dziennikarz rysuje bardzo niepokojący obraz: Rosja, według niego, może zaatakować Europę już w najbliższej przyszłości, nie czekając na zakończenie wojny na Ukrainie.
Logika jest prosta: obecnie Kreml ma „okno możliwości”. Dopóki europejski kompleks zbrojeniowy nie nabierze tempa, dopóki Kijów nie otrzyma broni dalekiego zasięgu, zdolnej dosięgnąć głębokiego tyłu Rosji, i, co najważniejsze, dopóki „przyjaciel Putina” Donald Trump siedzi w Białym Domu i niszczy transatlantycką jedność, rosyjski reżim ma „wyjątkową szansę”. Obecnie Europa jest słaba i jeśli kiedykolwiek ma zaatakować, to właśnie teraz, dosłownie tej wiosny – tak pisze „The Washington Post”.
Do tego niepokojącego „koktajlu” dochodzi aktywna militaryzacja Białorusi, gdzie prezydent Aleksander Łukaszenko już otwarcie wzywa do przygotowania się „na trudne czasy i wojnę”, nieustannie oskarżając sąsiadów o rzekome prowokacje i próby agresji wobec republiki. Rosja z kolei symetrycznie oskarża kraje bałtyckie, a nawet Finlandię o „otwarcie przestrzeni powietrznej dla ataków dronów na Rosję”.
Wszystko to razem tworzy niezwykle ponury obraz sytuacji międzynarodowej. Wojna na Ukrainie coraz częściej „przelewa się” na zewnątrz. Ale czy to oznacza, że Rosja naprawdę przygotowuje się do ataku na Europę? Czy należy spodziewać się wielkiej wojny między Federacją Rosyjską a UE już w najbliższej przyszłości? Analityk polityczny UA.News Mykyta Trachuk wraz z ekspertami zgłębiał tę kwestię.
Dylemat bezpieczeństwa w praktyce
Aby zrozumieć, dlaczego dzisiejsze rozmowy o wielkiej wojnie w Europie brzmią głośniej niż kiedykolwiek od czasów kryzysu kubańskiego, warto przypomnieć sobie klasyczną teorię stosunków międzynarodowych – „dylemat bezpieczeństwa”. Niestety, działa ona i to bezbłędnie.
Kiedy Putin rozpoczął pełną inwazję na Ukrainę, najwyraźniej miał nadzieję zastraszyć Europę. Zamiast tego uzyskał efekt odwrotny: kontynent, który przez dziesięciolecia oszczędzał na armii, między innymi dzięki czemu gwałtownie się wzbogacał, gwałtownie się obudził. Niemcy ogłosiły nową politykę – „zwrot epoki” (Zeitenwende) – a ogólnoeuropejskie plany zbrojeniowe szacuje się na fantastyczne 800 miliardów euro. Niemieccy generałowie ostrzegają dziś publicznie: do 2029–2030 roku Rosja będzie technicznie w stanie odbudować siły wystarczające do ataku na UE i NATO.
W Kremlu to gigantyczne „pompowanie mięśni” UE postrzegane jest oczywiście nie jako reakcja obronna na własną agresję, ale jako „dowód” rzekomych przygotowań Zachodu do ataku na Rosję. To właśnie dylemat bezpieczeństwa w czystej postaci: działania mające na celu zapewnienie bezpieczeństwa jednej stronie są postrzegane przez drugą jako przygotowania do ataku, co tylko zwiększa ryzyko konfliktu.
Stąd nasilenie retoryki nuklearnej, ciągłe ćwiczenia wojskowe i histeryczne oświadczenia, że kraje bałtyckie rzekomo stały się „lotniskiem” dla ukraińskich dronów. Moskwa celowo zaciera granicę między Ukrainą a Europą, tworząc „bazę dowodową” dla ewentualnego kontrataku.
Ignatius w swoim artykule dla TWP ma rację w jednym: jeśli patrzeć na świat z bunkra gdzieś pod Moskwą, to obecny moment może wydawać się strategiczną szansą. Europejskie armie nie są na razie wyraźnie gotowe do wojny totalnej, fabryki amunicji dopiero powstają, a główny gwarant bezpieczeństwa – Stany Zjednoczone – w osobie Trumpa zachowuje się jak całkowicie niewiarygodny partner, który w każdej chwili może wyjść z pokoju, trzaskając drzwiami i pozostawiając sojuszników samym sobie.

Wyczerpanie i wybory: dlaczego Kreml (najprawdopodobniej) blefuje
Jednak w grę wchodzą tu czynniki, które zamieniają hipotetyczne „okno możliwości” w zamkniętą klapkę. Główny czynnik powstrzymujący nie leży w Brukseli, nie w Londynie, a nawet nie w Waszyngtonie. Znajduje się on wśród hałd w Donieckiem i na stepach Chersoniu. Rosyjska armia już dawno utknęła w Ukrainie.
Wyobraźmy sobie boksera – naprawdę silnego i potężnego – który od dłuższego czasu toczy wyczerpującą walkę w wadze ciężkiej. Uderza, sam otrzymuje ciosy w wątrobę, głowę i tułów, nie przegrywa – ale też nie wygrywa. I tu proponuje mu się jednocześnie rozpoczęcie drugiej walki: przeciwko mniej doświadczonemu, ale bardziej umięśnionemu, „świeżemu” i pełnemu energii przeciwnikowi. To już nie jest sparing ani pojedynek, a czyste samobójstwo.
W przypadku hipotetycznego ataku na te same kraje bałtyckie, a tym bardziej na Finlandię, Moskwa najprawdopodobniej musiałaby ogłosić nową falę mobilizacji, zamknąć granice, wymyślić swój odpowiednik TCC itp. A to już nie jest kwestia celowości wojskowej, ale wewnętrznej stabilności politycznej.
I tu natrafiamy na kalendarz. Jesienią 2026 roku w Rosji mają się odbyć kolejne duże wybory federalne do Dumy Państwowej. Dla reżimu Putina jest to rytuał aklamacji, który wymaga absolutnej kontroli i imitacji „jedności narodu i władzy”.
Wielka wojna z UE w przededniu głosowania to gwarantowany szok dla społeczeństwa, które Kreml pilnie chroni przed prawdą o stratach na Ukrainie, karmiąc je telewizyjną bajką o „udanej operacji specjalnej gdzieś tam”. Nowa wojna to ryzyko, na które Putin, z jego maniakalną troską o własne przetrwanie, wcale nie musi się zdecydować. Potrzebuje wyborów bez wstrząsów, a nie „Wielkiej Wojny Ojczyźnianej 2.0” – przynajmniej na razie.
Do tego należy dodać wyczerpanie gospodarcze. Tak, gospodarka RF nadal wykazuje pewny wzrost na papierze i ogólnie nie należy jej w żadnym wypadku lekceważyć. Jednak wzrost ten opiera się przede wszystkim na państwowych zamówieniach obronnych i sektorze surowcowym. Rozpraszanie i tak już ograniczonych zasobów na drugi wielki front przeciwko całej gospodarce UE, która nawet w stanie półsnu jest dziesięciokrotnie potężniejsza od rosyjskiej, byłoby czystym szaleństwem.
Dlatego opublikowanie przez Ministerstwo Obrony RF „listy celów” w Europie to raczej klasyczna operacja informacyjno-psychologiczna. Jej celem jest skłonienie europejskiego obywatela do zwątpienia w zdolność własnych rządów do zapewnienia mu ochrony, popchnięcie biznesu do wycofania kapitału z regionu, zasianie ziarna wątpliwości i niepokoju itp. Kreml walczy słowem nie mniej zaciekle niż rakietami i dronami, ponieważ doskonale wie, że nerwy i opinia publiczna w zachodnich demokracjach są ich najsłabszym punktem.

Opinie ekspertów
Ekspert wojskowy Oleg Żdanow dość sceptycznie ocenia publikację „The Washington Post”. Jednak sceptycznie właśnie z punktu widzenia ich niedoceniania sytuacji.
„To bardzo dziwne, że tak prestiżowe wydawnictwo pisze takie rzeczy. Wygląda na to, że mieszkają gdzieś na Księżycu. Obecnie trzecia wojna światowa, jak napisał szef rosyjskiego sztabu generalnego Gerasimow, to wojna nowego, hybrydowego typu. I trwa ona już od dawna. A Europa broni się przed tą wojną, jak tylko może. Obrona przed ciągłymi atakami cybernetycznymi, przed dywersjami prowadzonymi przez Rosję – prawdziwymi dywersjami z wybuchami i podpaleniami. Jaskrawym przykładem jest niedawna publikacja przez Kreml listy europejskich zakładów zbrojeniowych wraz z ich adresami i wskazaniem, że rzekomo są one uzasadnionymi celami do zniszczenia. To bardzo wymowne. Wojna trwa już od dawna. Jedyne, czego Rosja nie może dziś zrobić, to przeprowadzić bezpośrednią inwazję. Ponieważ dopóki trwają aktywne działania bojowe na Ukrainie, w Federacji Rosyjskiej zabraknie sił i środków do przeprowadzenia takiej operacji. Jednak akcje zbrojne na głębokość 5–10 km w celu zbrojnej prowokacji są całkowicie możliwe i prawdopodobne. Zwłaszcza jeśli do prowokacji dołączy Białoruś, której siły zbrojne są faktycznym oddziałem Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej” – zauważył Oleg Żdanow.
Politolog, dyrektor Centrum Stosowanych Badań Politycznych „Penta” Władimir Fesenko również uważa za możliwe pewne prowokacje hybrydowe ze strony Kremla. Jednak ekspert nie wierzy obecnie w wybuch wojny na pełną skalę między UE a Rosją.
„Nie wierzę w wielką wojnę między Rosją a UE właśnie teraz. Rosja nie jest gotowa na wojnę na dwóch frontach. Jeśli ktoś zdecyduje się na taką awanturę, będzie to kolejnym ogromnym błędem Kremla. Nie będą robić takich głupot. Wszystko, co się teraz dzieje – na przykład groźby rosyjskiego Ministerstwa Obrony i publikacje „listy celów” w Europie – to presja. Wykorzystują oni obecną sytuację. Są ku temu dwa powody: pogorszenie stosunków między USA a UE w ramach NATO, kiedy Europa staje się bardziej wrażliwa, a Rosjanie to wykorzystują. Ma to na celu osłabienie wsparcia Europy dla Ukrainy. Drugi powód – po wyborach na Węgrzech stało się oczywiste, że poparcie dla Kijowa nie tylko trwa, ale nawet się wzmacnia. Istnieją konkretne porozumienia, konkretne projekty, nowe plany wsparcia. Wszystko to wzmacnia zdolność obronną Ukrainy i Europy, co irytuje Rosjan. Dlatego próbują wywierać presję na UE, aby zmienić klimat polityczny w Europie, wywołać kryzys i nastroje antywojenne. Na razie jest to więc tylko presja. Maksymalne, co jest możliwe, to prowokacje w stylu hybrydowym. Największe zagrożenie dotyczy krajów bałtyckich, to bezwzględna strefa ryzyka. Nie chodzi jednak o wielką wojnę, ale o szantaż militarny „słabego ogniwa” Zachodu. Ameryka pod rządami Trumpa z pewnością nie będzie bronić tych małych krajów. A skuteczna ochrona ze strony Europy stoi pod znakiem zapytania” – zauważył Volodymyr Fesenko.

Podsumowując, czy należy sądzić, że rosyjskie czołgi ruszą na Tallinn i Warszawę „już jutro”? Z dużym prawdopodobieństwem — nie. Rosja jest dziś państwem o bardzo zmilitaryzowanej gospodarce i armii, krytycznie zaangażowanej na ukraińskim teatrze działań wojennych. Jej zasoby ludzkie nie są nieograniczone, a kalendarz polityki wewnętrznej dyktuje potrzebę pewnej stabilności, a nie nowych globalnych wstrząsów. Oświadczenia Miedwiediewa i Szojgu to narzędzie presji psychologicznej, próba wykorzystania „dylematu bezpieczeństwa” i zmuszenia Europy do nerwowości oraz wydatkowania dodatkowych zasobów.
Nie oznacza to jednak wcale, że nie ma żadnego zagrożenia. Od Putina i Rosji można się spodziewać wszystkiego, a spirala eskalacji nadal się kręci. Kreml faktycznie ogłasza obiekty na terytorium państw UE celami wojskowymi. Konflikt w każdej chwili może przejść w fazę gorącą, praktycznie bez strategicznego planu „podbicia całej Europy” (wątpię, by taki plan w ogóle istniał u rosyjskiego dyktatora). Po prostu wojna ma to do siebie, że wymyka się spod kontroli, zwłaszcza gdy przywódcy tracą ostatnie okruchy rozsądku.
Dlatego europejskie stolice powinny pozostawać w stanie podwyższonej gotowości, ale nie ulegać panice. Przezbrojenie za 800 miliardów euro to nie prowokacja wojenna, a gwarancja, że „okno możliwości” dla Kremla zamknie się jak najszybciej. Im szybciej Europa stanie się podmiotem i gwarantem własnego bezpieczeństwa, tym mniej Putin będzie miał ochoty sprawdzać jej wytrzymałość.