Świat już dawno przyzwyczaił się do tego, że prezydent USA Donald Trump nie powściąga się w publicznej retoryce. Jednak niedawno złożył oświadczenie, które zaniepokoiło cały blok zachodni: powiedział, że „absolutnie poważnie” rozważa wyjście Stanów Zjednoczonych z NATO.
Formalnym powodem takich słów wydaje się osobista uraza: Europejczycy odmówili wsparcia amerykańsko-izraelskiej operacji przeciwko Iranowi. W odpowiedzi Trump nazwał Sojusz „papierowym tygrysem” i stwierdził, że Ameryka może całkowicie zakończyć swoje członkostwo. Teraz sekretarz generalny NATO Mark Rutte pilnie wybiera się do Waszyngtonu, a europejskie stolice ogarnęła cicha panika — której wprawdzie starają się nie okazywać publicznie, ale która przebija w każdej wypowiedzi.
To, co się dzieje, to nie tylko kolejny głośny komunikat medialny amerykańskiego przywódcy, ale także poważny symptom głębokiego kryzysu zachodniego systemu bezpieczeństwa. Czy więc USA mogą wyjść z NATO? Co stanie się z Sojuszem, jeśli taki scenariusz zostanie zrealizowany w praktyce? Jaką lekcję powinna z tego wyciągnąć Ukraina? Tym zagadnieniem zajął się komentator polityczny UA.News, Mykyta Traczuk.
Aspekt prawny: czy USA mogą wyjść z NATO
Traktat Północnoatlantycki, podpisany w 1949 roku w Waszyngtonie, zawiera artykuł 13. Wyraźnie stwierdza on, że każde państwo członkowskie może opuścić Sojusz, wysyłając do Stanów Zjednoczonych jako głównego depozytariusza traktatu oficjalne zawiadomienie o wypowiedzeniu wszystkich zobowiązań. Po upływie roku członkostwo wygasa. Dotychczas jednak żadne państwo nie skorzystało z tego artykułu. Francja i Grecja w swoim czasie opuszczały struktury wojskowe NATO, ale nie sam traktat jako taki. Oznacza to, że precedensów nie ma, lecz sam mechanizm jest całkowicie jasny i prosty.
Jeśli jednak same USA zechciałyby opuścić blok, pojawi się ciekawy paradoks prawny. Okazuje się, że Ameryka musiałaby wysłać oficjalne powiadomienie o wyjściu… samej sobie. Formalnie można by to zrobić w formie wewnętrznej dyspozycji dla sekretarza stanu. Politycznie wyglądałoby to jednak dość absurdalnie — choć nadal byłoby całkowicie legalne.
Znacznie poważniejszą przeszkodą jest wewnętrzne ustawodawstwo amerykańskie. Jeszcze za czasów Joe Biden w 2024 roku Kongres wprowadził szczególne przepisy do ustawy o budżecie obronnym. Zgodnie z nimi żaden prezydent nie może wyprowadzić USA z NATO bez zgody dwóch trzecich Senatu lub bez odrębnej ustawy zatwierdzonej przez obie izby. Na pierwszy rzut oka przekreśla to potencjalne próby Trumpa, ponieważ parlament raczej nie poprze takiej inicjatywy. Ale sprawa nie jest tak prosta.
W systemie prawnym USA od dawna trwa spór: czy prezydent ma wyłączne prawo do wypowiadania umów międzynarodowych, czy też wymaga to zgody Kongresu? Podczas pierwszej kadencji Trumpa służba prawna Białego Domu przygotowała opinię, w której stwierdzono, że prezydent może to zrobić samodzielnie. Dokument ten nie został anulowany.
Istnieje również obejście. Trump może nie opuszczać NATO formalnie, lecz faktycznie pozostawić organizację samą sobie: wycofać amerykańskie wojska (około 80 tysięcy żołnierzy) z Europy, wstrzymać finansowanie wspólnych struktur dowodzenia, przestać uczestniczyć w ćwiczeniach, ignorować prośby sojuszników o pomoc itd. Oznaczałoby to, że formalnie Ameryka nadal pozostaje w NATO, jednak jej realny udział w działaniach Sojuszu zostaje zakończony.
Zatem odpowiedź na pytanie „czy USA mogą wyjść z NATO” jest jednoznaczna: tak, mogą. Będzie to jednak proces długotrwały, kontrowersyjny i wcale niekoniecznie zakończony sukcesem. W polityce możliwe jest wszystko, co jest fizycznie możliwe. Traktat Północnoatlantycki to taki sam traktat międzynarodowy jak każdy inny, a NATO to po prostu blok wojskowo-polityczny. Każdą umowę można wypowiedzieć i z każdej organizacji można wystąpić, jeśli istnieje taka wola.

Co stanie się z NATO bez USA
Wyobraźmy sobie, że Ameryka rzeczywiście całkowicie postradała rozum i opuściła NATO. Co wtedy się z nim stanie? Najprawdopodobniej nic — w tym sensie, że NATO w znanej nam formie po prostu przestanie istnieć.
Ta organizacja w rzeczywistości nigdy nie była w pełni równoprawnym partnerstwem trzydziestu dwóch państw. Zawsze była systemem, w którym Stany Zjednoczone pełniły rolę rdzenia, fundamentu, gwaranta, głównego sponsora finansowego i kluczowej siły militarnej. Europejscy sojusznicy przyzwyczaili się do roli młodszych partnerów. Przez dekady ograniczali budżety obronne, licząc na amerykański „parasol”. Jak się jednak okazało, ten „parasol” może zniknąć w każdej chwili.
Istnieją trzy kluczowe elementy, które czynią NATO organizacją, jaką znamy.
Po pierwsze — odstraszanie nuklearne. W szeregu państw europejskich rozmieszczone są amerykańskie bomby jądrowe. Formalnie broń masowego rażenia należy do USA, ale w razie wojny mogą ją wykorzystywać także samoloty sojuszników. Jednak bez udziału Waszyngtonu ta siła staje się w praktyce „martwa”. Jeśli USA opuszczą Sojusz, Europa pozostanie niemal bez broni jądrowej. Co prawda własne arsenały mają Francja i Wielka Brytania, jednak są one przeznaczone głównie do odstraszania i zapewnienia bezpieczeństwa własnego. Nigdy nie były projektowane do ochrony całego kontynentu — i zwyczajnie nie są wystarczające do tego celu.
Po drugie — konwencjonalne zdolności wojskowe. Amerykańskie wojska w Europie liczą około 80 tysięcy żołnierzy. Amerykańskie lotnictwo, systemy obrony przeciwlotniczej, logistyka, rozpoznanie satelitarne — to nieodłączne elementy architektury bezpieczeństwa kontynentu. Bez nich europejskie armie, często istniejące bardziej na papierze niż w rzeczywistości, znalazłyby się w bardzo trudnej sytuacji. Najsilniejsze siły zbrojne Europy — tureckie, francuskie, brytyjskie, niemieckie i polskie — łącznie ustępują armii amerykańskiej pod każdym względem. To fakt, z którym trudno polemizować.
Po trzecie — jedność polityczna i zaufanie. NATO bez USA to ciało, które nagle zostało pozbawione ośrodka decyzyjnego. Takie ciało może jeszcze przez pewien czas poruszać się chaotycznie i konwulsyjnie, ale nie będzie już spójnym organizmem. Fundamentem Sojuszu zawsze była nie tyle podstawa prawna, co polityczna wola Waszyngtonu. Bez USA blok traci sens dla większości uczestników, przekształcając się w prawdziwego „papierowego tygrysa”. Trudno bowiem oczekiwać, że wojska Portugalii czy Włoch będą w stanie skutecznie bronić państw bałtyckich, Czarnogóry czy Luksemburga w razie agresji.
Dlatego najbardziej prawdopodobnym scenariuszem w przypadku wyjścia USA nie jest zachowanie NATO w jakiejś formie, lecz jego rozpad lub transformacja w jeden bądź kilka nowych regionalnych sojuszy obronnych. Na przykład w blok bałtycko-czarnomorski: Polska, państwa bałtyckie, być może Finlandia i Szwecja, a także hipotetycznie Ukraina. Albo w pewnego rodzaju ugrupowanie „francusko-brytyjskie” dla państw Europy Zachodniej pod przywództwem nuklearnych potęg — Paryża i Londynu.
Warto podkreślić: powyższe rozważania mają charakter teoretyczny. Rzeczywistość może okazać się „mieszanką” tych scenariuszy albo przynieść zupełnie nowe rozwiązania. Jednak niemal z całkowitą pewnością można przewidywać, że w przypadku wyjścia USA z NATO Sojusz przestanie istnieć w swojej klasycznej formie.

Kontekst ukraiński: lekcje i wnioski
Dla Ukrainy wypowiedzi Donald Trump to nie tylko kolejne złe wiadomości z Waszyngtonu, ale bezpośredni cios w samą podstawę strategii polityki zagranicznej. Dążenie do członkostwa w NATO już dawno stało się dla Kijowa swego rodzaju „świętą krową”. Zostało ono nawet zapisane w ukraińskiej konstytucji — co jest jedynym takim przypadkiem w historii, ponieważ żadno z 32 państw członkowskich nie zmieniało swojej ustawy zasadniczej na drodze do NATO.
Idea na pierwszy rzut oka jest prosta i logiczna: przystąpić do NATO — uzyskać gwarancje wynikające z artykułu 5 (które w rzeczywistości nie gwarantują niczego szczególnego) — być bezpiecznym. Jednak już dawno należało porzucić fantazje i marzenia, patrząc na realia kwietnia 2026 roku. Prezydent USA — kraju będącego kluczowym filarem Sojuszu — publicznie stwierdza, że NATO to „papierowy tygrys” i rozważa możliwość wyjścia z niego. Europejscy sojusznicy są przy tym zdezorientowani (zresztą jak zwykle) i nie wiedzą, co robić.
Nie poparli oni USA podczas wojny w Iranie. W przypadku wojny w Europie Ameryka może w odpowiedzi również ich nie poprzeć. Oznacza to, że cały Sojusz zaczyna przypominać fikcję, symulakrum — kopię czegoś, co już nie istnieje w oryginale. Powstaje wrażenie, że Kijów próbuje wskoczyć do wagonu pociągu jadącego w przepaść, do „wczoraj”, którego już dawno nie ma.
Oczywiście nikt dziś w Ukrainie publicznie nie powie: „Nie chcemy już NATO”, ani nie zmieni konstytucji, usuwając dążenie do integracji. Prezydent Wołodymyr Zełenski wielokrotnie jasno podkreślał, że państwo jest gotowe do przystąpienia nawet teraz — problem leży w samym Sojuszu, który po prostu nie chce obecności Ukrainy. Oczywiste jest także, że członkostwo nie jest możliwe w czasie trwania wojny. Jednak gdy/jeśli wojna się zakończy — czy NATO wciąż będzie istnieć w formie, jaką znamy? To pytanie pozostaje bez odpowiedzi.
Pierwszą i kluczową rzeczą, jaką powinna zrobić Ukraina, jest zaprzestanie postrzegania NATO jako jedynej możliwej drogi dalszego rozwoju. Taki „wybór bez wyboru” po prostu nie istnieje — został sztucznie narzucony przez krótkowzrocznych polityków, którzy przez lata wykorzystywali wewnętrzne podziały i aspiracje społeczeństwa. Zawsze istnieją różne opcje działania, zwłaszcza na poziomie całego państwa. Nie oznacza to rezygnacji z kursu euroatlantyckiego (miejsce Ukrainy jest jednoznacznie na Zachodzie), lecz jego przemyślenie i większy pragmatyzm.

Z tego wynika druga kwestia — należy aktywnie budować, a przynajmniej merytorycznie omawiać możliwe regionalne sojusze bezpieczeństwa w Europie Środkowej i Wschodniej. Istnieje koncepcja Intermarium, jest Bukareszteńska Dziewiątka, jest Trójkąt Lubelski, istnieje Inicjatywa Trójmorza itd. Wszystkie te formaty można i należy reaktywować; wymagają one pogłębienia oraz przejścia od deklaracji politycznych do realnych porozumień, w tym także wojskowych. Ukraina jako ofiara agresji powinna być nie biernym uczestnikiem, lecz liderem i awangardą tego procesu.
Po trzecie — konieczne jest zawieranie bezpośrednich dwustronnych umów o wspólnej obronie z kluczowymi partnerami.
Wreszcie po czwarte i ostatnie — należy inwestować we własną armię oraz przemysł obronny tak, jakby NATO w ogóle nie istniało. Ukraina ma dziś największe doświadczenie bojowe w Europie. Jej wojska walczą z armią rosyjską już piąty rok z rzędu. To doświadczenie jest bezcenne, ale trzeba je przekształcić w technologie, nie licząc na to, że jakiś „Wujek Sam” będzie w dobrym humorze i przekaże lub sprzeda rakiety do obrony przeciwlotniczej.
Podsumowując, można stwierdzić: świat, jaki znaliśmy, szybko znika. To, co się dzieje, nie jest przypadkiem, lecz prawidłowością. Nie będzie już żadnego „powrotu do normy”. A zatem nadszedł czas, by dorosnąć i przestać liczyć na to, że ktoś przyjdzie i rozwiąże nasze problemy. NATO w rzeczywistości nigdy nie było i z pewnością nie będzie panaceum ani stuprocentową gwarancją bezpieczeństwa. To jedynie narzędzie — wciąż silne finansowo i technologicznie, ale nie wieczne. Jeśli narzędzie się psuje, trzeba je albo szybko naprawić, albo po prostu zastąpić innym. Trzeciej drogi nie ma.