$ 44.74 € 51.71 zł 12.02
+27° Kijów +28° Warszawa +31° Waszyngton
Zimna zemsta: czy Ukraina zdoła spowodować awarię zasilania w Rosji zimą 2027 roku?

Zimna zemsta: czy Ukraina zdoła spowodować awarię zasilania w Rosji zimą 2027 roku?

05 sierpnia 2026 17:25

W ukraińskiej przestrzeni publicznej trudno obecnie znaleźć osobę, która nie wspominałaby o zbliżającej się kolejnej wyjątkowo ciężkiej zimie. Takie ostrzeżenia tylko potęgują ogólny niepokój. Jednak różnica między nadchodzącym zimnym sezonem a poprzednimi polega na tym, że retoryka nie ogranicza się wyłącznie do postawy obronnej i wezwań do „przygotowania się”. A dokładniej – nie ogranicza się tylko do nich. 

Równolegle coraz częściej pojawia się inna teza: Kijów będzie odpowiadał tym samym, a przynajmniej spróbuje to zrobić. Już w czerwcu były doradca ministra obrony Siergiej „Flash” Beskrestnow wyraził się wprost: rzekomo, jeśli wojna będzie trwała, bez prądu i ogrzewania pozostaną nie tylko Ukraińcy, ale także znaczna część mieszkańców Rosji. 

Czy jednak Ukraina rzeczywiście dysponuje zasobami, by pogrążyć rosyjskie regiony w zimnie i ciemności? A co najważniejsze – czy takie podejście jest w stanie przyspieszyć zakończenie wojny, skoro własne doświadczenia Ukrainy dowodzą, że mróz nikogo nie zmusza do kapitulacji? Komentator polityczny UA.News Mykyta Trachuk wraz z ekspertami przeanalizował tę kwestię. 

Dlaczego rosyjski sektor energetyczny ryzykuje więcej, niż się wydaje

 

Aby nie żywić daremnych nadziei, należy od razu przyznać: Ukraina nie zdoła spowodować całkowitej awarii zasilania w całej Rosji. Kraj-agresor jest dziesiątki razy większy, jego zintegrowany system energetyczny dysponuje ogromnym zapasem wytrzymałości i rezerwowymi mocami, a wiele kluczowych węzłów znajduje się poza zasięgiem krajowych dronów. Sam Kijów wielokrotnie przekonał się, że nawet do zniszczenia obiektów w podmoskiewiu potrzebne jest skomplikowane planowanie, a przeważająca większość dronów po prostu nie dociera do stolicy Rosji, zostając zestrzelona przez obronę przeciwlotniczą. Liczenie na to, że Moskwa lub kilkanaście miast liczących ponad milion mieszkańców pozostaną bez prądu i ogrzewania przez kilka dni, a tym bardziej przez tydzień, to na razie coś z dziedziny fantastyki, do tego nienaukowej.

Chodzi jednak raczej nie o całkowity kolaps, ale o wybiórczą, lokalną presję, która przy odpowiednim skalowaniu może okazać się niezwykle dotkliwa. I tu dochodzimy do wyraźnej asymetrii w zakresie obrony. 


Ukraina przez lata intensywnych ostrzałów nauczyła się jakoś, choćby w minimalnym stopniu, chronić infrastrukturę krytyczną. Część mocy wytwórczych, zwłaszcza w Charkowie, przeniesiono pod ziemię. Nadziemne obiekty energetyczne osłania się gabionami, workami z piaskiem, miejscami konstrukcjami betonowymi, a nawet zwykłymi żelaznymi kratami, aby chronić się przynajmniej przed odłamkami. Właśnie dlatego Rosjanie często zmuszeni są zużywać dziesiątki rakiet i dronów na jeden cel, a efekt przy tym daleki jest od zawsze proporcjonalny do nakładów. 

Natomiast w Rosji nie odnotowuje się podobnych masowych, systemowych działań w zakresie zabezpieczeń inżynieryjnych. Oznacza to, że przy tej samej liczbie środków uderzeniowych strona ukraińska ma obecnie wyższą skuteczność trafień w niezabezpieczone obiekty. 

Jeśli setki, a nawet tysiące bezzałogowych statków powietrznych, które obecnie atakują bazy paliwowe i magazyny wojskowe, zostaną skierowane na odkryte urządzenia rozdzielcze, elektrociepłowni oraz kluczowych podstacji w rosyjskiej strefie tyłowej, konsekwencje mogą być znacznie poważniejsze, niż nam się wydaje. W rosyjskich realiach, gdzie centralne ogrzewanie opiera się na elektrociepłowniach położonych w obrębie zabudowy miejskiej, a zimy są znacznie surowsze niż w większej części Ukrainy, awaria kilku węzłów w okresie największych mrozów może wywołać kaskadowe awarie w sieciach komunalnych. 

Proces ten już się rozpoczął. Ukraina obecnie skutecznie „odcina” całe dzielnice Biełogoroda, Kurska i innych miast przygranicznych, a także regularnie atakuje infrastrukturę energetyczną terytoriów okupowanych, w tym Krymu. Prawdopodobnie właśnie w tym promieniu – warunkowo kilkaset kilometrów od linii frontu – znajdzie się strefa największych zniszczeń. Wywołanie lokalnych, ale długotrwałych awarii, w wyniku których setki tysięcy ludzi pozostaną bez prądu i ogrzewania, to zadanie co prawda trudne, ale technicznie wykonalne. Jednak rozszerzenie tego efektu na całą Rosję, gdzie znajdują się duże węzły wytwórcze, raczej nie będzie możliwe: zabraknie zarówno środków rażenia, jak i możliwości pokonania obrony przeciwlotniczej.


Odbicie, które nie przybliża pokoju

 

Znacznie ważniejsze jest pytanie nie „czy jest to możliwe”, ale „w jakim celu”. Jeśli odrzucimy wszystkie narracje i odpowiemy merytorycznie, dojdziemy do niewygodnego, ale szczerego wniosku: ta strategia w sensie politycznym w ogóle nie działa, a Ukraina jest tego żywym dowodem. 

Rosja próbuje tu wszystko „zamrozić” już od wielu zim z rzędu. Każda zima jest coraz gorsza od poprzedniej. Celem tych ataków, oprócz czysto terrorystycznego, było wywołanie wybuchu społecznego, presji ulicznej, która rzekomo miała zmusić władze do kapitulacji. Tak się nie stało. Zamiast tego ataki na cywilną infrastrukturę energetyczną zostały słusznie uznane za zbrodnie wojenne, a poziom nienawiści wobec agresora wzrósł o rząd wielkości. Kiedy człowiek marznie bez prądu w zimnym mieszkaniu z powodu uderzenia rakiet, jest zły na tych, którzy je wystrzelili, a nie analizuje jakieś okoliczności polityczno-dyplomatyczne.

Teraz Kijów planuje postąpić z Rosjanami dokładnie tak samo. Jeśli kierować się uniwersalną logiką psychologii masowej, wynik będzie lustrzanym odbiciem — ale nie w tym sensie, do którego dążono. 

Społeczeństwo rosyjskie, które obecnie znajduje się głównie albo w stanie apatii, albo biernej akceptacji wojny, otrzyma potężny impuls do konsolidacji. Zniszczona elektrownia cieplna w Biełgorodzie, pozbawiona prądu dzielnica w Kursku – a nawet cała Moskwa bez światła – nie skłonią do refleksji na temat „kto rozpoczął wojnę i dlaczego ją kontynuuje”. Uruchomią one klasyczny mechanizm psychologicznej samoobrony: „bombardują nas wrogowie – musimy się zjednoczyć”. Kremowska propaganda natychmiast przekształci wszelkie trafienia w dowód „terrorystycznej natury” Ukrainy i będzie wzywać do jeszcze większego zamrażania i bombardowania „faszystowskiego reżimu w Kijowie”. Z wojskowo-technicznego punktu widzenia wymiana ciosów w sektorze energetycznym to gra o sumie zerowej, w której każda ze stron po prostu przegrywa. 

Dlaczego więc ta idea tak aktywnie pojawia się w ukraińskiej agendzie? Odpowiedź leży ponownie w płaszczyźnie polityczno-psychologicznej. Pod koniec lata 2026 roku wojna na wyczerpanie znajduje się w fazie długotrwałej, radykalnej eskalacji. Żadna ze stron nie przegrywa ani nie wygrywa. Perspektywy negocjacji są całkowicie zerowe. Zbliża się kolejna, najcięższa w historii zima. W społeczeństwie narasta apatia, na tę czy inną formę zespołu stresu pourazowego cierpi prawdopodobnie już blisko 100% ludności, wszędzie panuje strategiczna niepewność, a codzienne wiadomości przypominają podsumowanie Apokalipsy: tyle wybuchów, tyle spalonych i zniszczonych budynków, tyle rannych i tyle ofiar śmiertelnych. 

I właśnie w tej sytuacji, gdy klasyczne narzędzia – działania bojowe na froncie i dyplomacja – nie przynoszą rezultatów, pojawia się jedyny możliwy impuls: równie chaotycznie odpowiadać ogniem wszystkim, czym tylko się da. W gruncie rzeczy jest to strategia bez wyjścia. Kiedy inne argumenty się wyczerpały, a na negocjacje nie ma szans, pozostaje tylko symetryczna odpowiedź: wy nas terroryzujecie, my terroryzujemy was. I tak w nieskończoność. 

Nie liczy się tu na kapitulację Putina (on przecież zawsze będzie miał zarówno światło, jak i ciepło), ale na to, że zwykłym Rosjanom zrobi się tak źle, że w jakiś sposób zmuszą swoje władze do zakończenia wojny. Jednak w rzeczywistości nie ma w tym żadnej logiki. Po pierwsze, dokładnie taka sama strategia Rosji wobec Ukrainy nie działa już od czterech lat – i przez kolejne cztery lata również nie będzie działać. Po drugie, dla systemu Putina komfort ludności, delikatnie mówiąc, nigdy nie był głównym priorytetem. Po trzecie, w oficjalnym dyskursie ukraińskim dominuje narracja przedstawiająca Rosjan jako naród z „genetycznym kodem niewolnictwa” – jak więc, kierując się czystą logiką, można mieć nadzieję, że „naród niewolniczy” w jakiś sposób zbuntuje się przeciwko władzy? 


Opinie ekspertów

 

Ekspert wojskowy Oleg Żdanow uważa, że ciężka zima czeka nie tylko Ukrainę. Dzisiaj Kijów, zdaniem Żdanowa, może już konkurować z Moskwą na równych prawach w kontekście ataków na sektor energetyczny.  

„Liczba środków obrony przeciwlotniczej w Federacji Rosyjskiej, pod względem czysto ilościowym, jest większa niż u nas, ale pod względem jakościowym — mniejsza. Istota sprawy polega bowiem na tym, że po prostu fizycznie nie są w stanie osłonić całego terytorium Federacji Rosyjskiej, a strategiczna głębia Rosji staje się jej własną pułapką. Z drugiej strony, nie mamy obecnie nic poza dronami, więc ataki na sektor energetyczny Rosji będą dla nas, niestety, trudniejszym zadaniem pod względem środków rażenia. Ładunek bojowy drona nie jest bowiem zbyt duży – wynosi od 50 do 100 kg. Potrzeba więc znacznie więcej takich bezzałogowych statków powietrznych niż rakiet – na przykład z ładunkiem bojowym o masie 500 kg. Widzimy przecież, co potrafi zaledwie jeden „Iskander” w przypadku obiektu logistycznego lub energetycznego. A teraz wyobraźcie sobie, co zrobiłby nasz odpowiednik z rosyjską podstacją. Po prostu nie dałoby się jej odbudować. Jednak na razie nie dysponujemy takimi siłami, dlatego za każdym razem trzeba będzie przeciążać system obrony powietrznej RF, niezależnie od tego, jaki by on nie był. Oznacza to, że należy położyć nacisk właśnie na liczbę wystrzelonych dronów” — mówi Oleg Żdanow. 

Ekspert w dziedzinie energetyki Oleg Popenko jest przekonany: mamy różne opcje. Można atakować nie tylko i nie wyłącznie elektrownie cieplne w Rosji. Jednocześnie Rosjanie, według eksperta, zdążyli lepiej przygotować się na tego typu ataki. 

„Można nadal atakować te same rafinerie, tak jak to się obecnie robi, stacje rozdzielcze, węzły — czyli warianty są zupełnie różne. Wszystko zależy od strategii, jaką wybierze wojsko. W zasadzie Ukraina już wielokrotnie atakowała rosyjski sektor energetyczny i pozbawiała prądu całe miasta – na przykład Biełgorod czy inne obszary przygraniczne. Rosjanie, nawiasem mówiąc, już dawno wprowadzili zabezpieczenia przed tymi samymi dronami dla swoich elektrowni. Są już zabezpieczeni przed wieloma wariantami właśnie ukraińskich ataków dronowych. Nad obiektami wytwarzającymi energię, na stacjach benzynowych i tak dalej rozpięte są specjalne liny. Ale to, powtórzę, głównie ochrona przed dronami. Ochrona wszystkich obiektów energetycznych przed wszelkimi atakami jest praktycznie niemożliwa. Jeśli jednak mówimy o przygotowaniu zabezpieczeń takich obiektów jak elektrociepłownie, bazy paliwowe i cała reszta – Rosjanie rozpoczęli te przygotowania znacznie wcześniej. Już kilka lat temu w programach telewizyjnych mówiłem o konieczności ochrony ukraińskich obiektów energetycznych, kiedy Rosjanie już to robili. A u nas dopiero teraz nowy premier Korecki zaczyna mówić o ochronie przed dronami i wszystkim innym” – zauważył Oleg Popenko. 

Politolog, dyrektor Ukraińskiego Instytutu Polityki Rusłan Bortnik jest przekonany: rosyjska energetyka będzie priorytetowym celem ukraińskich ataków tej zimy — zwłaszcza po zakończeniu kampanii ataków na rosyjską logistykę i platformy handlowe, takie jak Wildberries czy Ozon. Jednocześnie ekspert spodziewa się, że wszystko to będzie przypominało bójkę na noże w ciemnym podwórku.  

„Wiele rosyjskich miast i terytoriów będzie cierpieć zimą z powodu braku ogrzewania i/lub energii elektrycznej. A biorąc pod uwagę klimat panujący w Rosji — oczywiste jest, że może to wywołać dodatkowe kryzysy humanitarne oraz społeczno-polityczne w RF. Nie sądzę, aby ze strony USA czy kogokolwiek innego pojawiły się jakiekolwiek ograniczenia dotyczące tych ataków. Będzie to dodatkowo wykorzystywane jako element presji negocjacyjnej na Rosję w kwestii wycofania się z ultimatum, które wcześniej stawiała zarówno Ukrainie, jak i Zachodowi. Zatem zimą nie będzie żadnych ograniczeń – ale nie należy też oczekiwać żadnej szczególnej pomocy. W Ukrainie nie pojawią się pociski Tomahawk, z systemem Patriot również będą problemy. A ta zima będzie jak walka na noże w ciemnym podwórku, gdzie nikt nie ma ochrony, bo ani Rosja nie jest w stanie w pełni zabezpieczyć swoich terytoriów, ani tym bardziej my. Będzie to więc swego rodzaju „rzeź w podwórku”, oparta na założeniu, że trafisz w tętnicę szyjną, a twój przeciwnik wykrwawi się. To będzie niezwykle ciężka zima” – zauważył Rusłan Bortnik.

РФ знову хоче влаштувати блекаут в Україні, -Зеленський | Новини Varta1


Podsumowując, stoimy przed dość tragicznym rozdrożem. Tak, ukraińskie bezzałogowe statki powietrzne mają realną szansę poważnie utrudnić życie mieszkańcom części rosyjskich regionów i terytoriów okupowanych. Jednak doprowadzenie do masowego załamania lub zmuszenie do zamarznięcia takich miast jak Moskwa, Sankt Petersburg, Kazań czy Omsk jest bardzo, bardzo mało prawdopodobne. A nawet gdyby się to udało, i tak nie ma żadnych podstaw, by sądzić, że zamarzanie zwykłych Rosjan zmieni polityczną wolę Putina. Ukraina sama udowodniła: terror wobec ludności cywilnej nie ma żadnego sensu, po prostu nie działa jako polityczna dźwignia wpływu na władzę. To samo będzie miało miejsce w przypadku zimy w Rosji. 

Właśnie dlatego „wojna energetyczna” nie jest „strategią wymuszania pokoju”. Jest to raczej akt bez wyjścia, w którym przegrywają wyłącznie zwykli ludzie.

Czytaj nas na Telegram i Sends

Pobierz naszą aplikację