Pod koniec maja prezydent Zełenski zwołał zamknięte spotkanie z posłami frakcji parlamentarnych. Głowa państwa stwierdziła wówczas między innymi, że istnieją duże szanse na zakończenie gorącej fazy wojny do listopada.
W ciągu kilku dni słowa te podchwyciły media i doradcy Biura Prezydenta, a wkrótce potem szef Biura Prezydenta, Kirill Budanow, stwierdził, że taki scenariusz jest rzeczywiście możliwy. Dla społeczeństwa, wyczerpanego czterema i pół latami wojny na pełną skalę, z mobilizacją i nowymi, zakrojonymi na szeroką skalę atakami Rosji, słowa te zabrzmiały jak kolejna, długo oczekiwana iskierka nadziei.
Ale czy naprawdę listopad 2026 roku może stać się miesiącem, w którym na Ukrainę nadejdzie długo oczekiwany spokój? A może mamy do czynienia z kolejną próbą dania krajowi nadziei, powiązanej z nową datą kalendarzową, bez żadnej konkretnej treści? Komentator polityczny UA.News Mykyta Trachuk wraz z ekspertami zgłębiał tę kwestię.
Dlaczego właśnie listopad: trójkąt polityczny i gwarancje bezpieczeństwa
Aby zrozumieć naturę tej prognozy, warto przyjrzeć się argumentom, które leżą u jej podstaw. Pierwszym i najbardziej oczywistym są wybory uzupełniające do Kongresu USA, które odbędą się właśnie w listopadzie 2026 roku. Dla administracji Donalda Trumpa będzie to swego rodzaju referendum zaufania do jego polityki, w tym polityki zagranicznej (Amerykanie mają do niej mnóstwo pytań).
W Kijowie, jak się wydaje, wychodzą z założenia, że Trump potrzebuje głośnego sukcesu w polityce zagranicznej, a pokój na Ukrainie to właśnie ten atut, który można zaprezentować wyborcom. Mówiąc: spójrzcie, powstrzymałem wojnę, której nie zdołali powstrzymać moi poprzednicy, choć poświęciłem na to „nieco” więcej czasu niż obiecane jeszcze podczas kampanii wyborczej „24 godziny”.
W tym kontekście rzeczywiście można oczekiwać intensyfikacji amerykańskich wysiłków, jednak doświadczenia z ostatniego półtora roku prezydentury Trumpa skłaniają do ostrożności. W tym czasie żadna z rund negocjacji, żadna z inicjatyw – czy to w Rijadzie, czy w Stambule, czy w Genewie, czy gdziekolwiek indziej – nie przyniosła wymiernego postępu. Trump, zajęty walkami wewnętrznymi, wojnami handlowymi i własnym programem, takim jak wojna w Iranie, nie wykazał gotowości do wywierania presji na Moskwę i Kijów w sposób, jaki wymagałoby rzeczywiste zmuszenie stron do pokoju. Chętnie przyjmuje laury potencjalnego rozjemcy, ale unika roli surowego policjanta. Czy ta strategia ulegnie zmianie przed wyborami – to kwestia otwarta.
Drugi argument ma charakter militarny. W Kijowie są przekonani, że kolejna rosyjska ofensywa, która trwa obecnie, wyczerpie się, nie osiągając celów strategicznych. I rzeczywiście: linia frontu pozostaje w większości statyczna, a cena, jaką płaci armia rosyjska za niewielkie postępy taktyczne, pozostaje nieproporcjonalnie wysoka.
Jednak między porażką wrogiej ofensywy a zakończeniem gorącej fazy wojny leży ogromna przepaść. Po pierwsze, Kreml nie wykazuje żadnej gotowości do zatrzymania się. Po drugie, sama koncepcja „gorącej fazy” pozostaje niejasna: czy chodzi o zawieszenie broni, zamrożenie sytuacji na linii frontu, czy o pełnoprawny traktat pokojowy? Każdy z tych scenariuszy wymaga innego poziomu porozumień.
I tu na scenę wkracza trzeci element — gwarancje bezpieczeństwa dla Ukrainy. Kijów wielokrotnie podkreślał, że każde zawieszenie broni bez wiarygodnych, prawnie wiążących gwarancji będzie jedynie przerwą przed nową wojną, dlatego Ukraina nie zgodzi się na to. Czy Waszyngton lub ktoś inny jest gotowy udzielić takich gwarancji? Czy Moskwa się na to zgodzi? To wszystko to znowu pytania, na które obecnie nie ma odpowiedzi — a bez nich jakakolwiek data zakończenia wojny pozostaje jedynie abstrakcją.

Historia jesiennych obietnic
Jeśli cofniemy się w czasie, można dostrzec smutną prawidłowość: jesień nie po raz pierwszy staje się porą wielkich oczekiwań. W 2022 roku społeczeństwo miało nadzieję, że w obliczu ogromnych sukcesów Sił Zbrojnych Ukrainy wojna zakończy się jeszcze przed zimą. Jesienią 2023 roku Ukraińcy żyli nadzieją na przełom po letniej kontrofensywie: wtedy wskazywano październik i listopad jako potencjalny moment, w którym armia Rosji na froncie zacznie się załamywać. W 2024 roku oczekiwano, że wybory w USA staną się katalizatorem pokoju: podobno nowa administracja szybko wszystko załatwi. W 2025 roku znów mówiono o jesiennym „oknie możliwości” w kontekście wyczerpania rosyjskich rezerw. A oto mamy rok 2026...
Ogólnie rzecz biorąc, przez cztery i pół roku wojny na pełną skalę słyszeliśmy dosłownie setki dat, terminów i terminów ostatecznych: do końca roku, do wiosny, do początku nowego sezonu politycznego, do wyborów tu i tam, i tak dalej. Żadna z tych dat się nie sprawdziła. Wojna to w ogóle proces, który bardzo źle poddaje się planowaniu kalendarzowemu.
Dlaczego więc ponownie podaje się konkretny miesiąc? Odpowiedź leży oczywiście nie tylko i nie tyle w płaszczyźnie analizy wojskowo-politycznej, co w płaszczyźnie psychologii społecznej.

Walka z kryzysem na tle terroru powietrznego i „widmo przyszłych Świąt Bożego Narodzenia”
Ostatnie miesiące stały się okresem bezprecedensowej eskalacji terroru powietrznego przeciwko ukraińskim miastom. Rosja metodycznie atakuje tyły i zwiększa skalę swoich uderzeń. Miniona zima stała się już najtrudniejszą w historii niepodległej Ukrainy, kiedy tylko cudem udało się uniknąć całkowitego załamania infrastruktury. A teraz, gdy za oknem dopiero początek lata, myśl o kolejnej zimie budzi nie tylko niepokój, ale prawdziwy strach. Czy kraj przetrwa drugą taką zimę? Czy system energetyczny wytrzyma, jeśli mrozy będą równie dotkliwe, a ataki jeszcze intensywniejsze? Raczej nikt nie ma ochoty sprawdzać tego eksperymentalnie.
W tym kontekście oświadczenia o zakończeniu gorącej fazy do listopada pełnią całkiem konkretną funkcję wewnątrzpolityczną. Dają społeczeństwu to, czego najbardziej potrzebuje po latach wyczerpania – jakąś nadzieję na spokój, za którym majaczy ulga i przynajmniej względnie spokojne życie. To klasyczny chwyt i technika antykryzysowa: kiedy rzeczywistość staje się szczególnie przygnębiająca, zawsze pojawia się data, do której trzeba po prostu dożyć – a potem wszystko będzie lepiej. Kiedy ta data minie, tak jak wszystkie inne – pojawi się kolejna. I tak w nieskończoność.
Nieprzypadkowo tym razem termin jest powiązany właśnie z listopadem – ostatnim miesiącem przed zimą, po którym następuje grudzień z jego mrozami i ciemnością. Psychologicznie tworzy to łańcuch: „jeszcze trochę wytrzymać – a przed nadejściem mrozów wszystko się skończy”. Nie zawsze oznacza to, że władza świadomie manipuluje: raczej wykorzystuje ten sam mechanizm obrony psychicznej, który uruchamia się w całym społeczeństwie — wiarę w to, że cierpienie ma swój koniec. Chociaż, powtórzę, nie jest to wcale pewne.

Opinie ekspertów
Ekspert wojskowy, kapitan 2. rangi Marynarki Wojennej USA w stanie spoczynku Harry Tabach uważa, że szanse na zakończenie wojny do listopada 2026 r. wynoszą mniej więcej „50 na 50”.
„Wojna może się skończyć, ale może też nie. Trzeba zrozumieć, że Trump nie jest Bogiem. Dlatego wszystko zależy od wielu czynników, w tym od samej Ukrainy. W mediach ponownie rozpowszechnia się tezę, że Trump rzekomo coś tam „obiecał” – chociaż nic takiego nie powiedział i nie podał żadnych terminów. A wiązanie zakończenia waszej wojny z wyborami do Kongresu jest w ogóle bezsensowne. Ukraina nie ma dużego wpływu na wybory. Iran – tak, ma wpływ, a Ukraina… nie sądzę. Dla przeciętnego Amerykanina to wszystko nie jest aż tak ważne. Ukraina nie wpływa na jego życie. Myślę, że dla Trumpa to wszystko jest bardziej osobiste. Nie lubi, gdy zabija się ludzi… Oczywiście można oczekiwać pewnej dyplomatycznej aktywności ze strony USA. Ale potem nie należy obwiniać innych, że nie spełnili waszych oczekiwań, skoro wasze działania opierają się wyłącznie na waszych wyimaginowanych oczekiwaniach. O wyniki trzeba walczyć samemu, a nie oczekiwać, że inni zrobią to za ciebie, podczas gdy ty ich krytykujesz i beszta. Wyjątkiem są tutaj ukraińscy żołnierze” – jest przekonany Harry Tabakh.
Poseł Jarosław Żelezniak skomentował słowa prezydenta w następujący sposób:
„Podczas spotkania z posłami prezydent po raz kolejny podał kolejną datę teoretycznego zakończenia wojny. Myślałem o tym, żeby ją zapisać. Ale biorąc pod uwagę, że na każdym spotkaniu za każdym razem to brzmiało i za każdym razem nie zgadzało się z rzeczywistością, to nie ma sensu”.
Natomiast żołnierz Sił Zbrojnych Ukrainy, dowódca kompanii rozpoznawczej Denys Jarosławski, zauważa, że wojna rzeczywiście może się zakończyć przed listopadem. Jednak bardzo wiele zależy tutaj właśnie od stanowiska Stanów Zjednoczonych i osobiście Donalda Trumpa.
„Chciałbym, aby w kwestii zakończenia wojny nie padały tylko polityczne hasła. W społeczeństwie panuje przekonanie, że większość chce zakończenia wojny. To normalne i zrozumiałe. Najważniejsze, aby takie oświadczenia władz nie były wyłącznie środkiem do dawania jakiejś nadziei i na tym koniec. Jeśli chodzi o kontekst wyborów w USA, to wybory uzupełniające do Kongresu zawsze odbywają się jesienią i historycznie rzecz biorąc, rządząca partia zazwyczaj na nich przegrywa. Ale Trump to człowiek nastawiony na ciągłe zwycięstwa. Myślę, że dla niego priorytetem będzie zakończenie przed wyborami zarówno wojny z Iranem, jak i wojny na Ukrainie. Jeśli oba te przypadki zakończą się sukcesem, to w wyborach będzie mógł pochwalić się poważnymi wynikami.
Niedawno rozmawiałem z przedstawicielami administracji Trumpa i powiedzieli mi coś bardzo interesującego: obecnie skrzydło republikańskie jest gotowe uznać Rosję za państwo sponsorujące terroryzm. Powtórzę: nie demokraci, ale republikanie. Jeśli Trump podejmie taki ostateczny krok wobec Putina – w stylu: zaprzestań działań wojennych, zamroź konflikt, albo uznamy cię za sponsora terroryzmu – myślę, że będzie to poważny argument i może zadziałać. „Stany Zjednoczone mogą, jeśli zechcą, zakończyć tę wojnę, mają do tego wszelkie zasoby i środki, cokolwiek by kto nie mówił. Pytanie tylko, czy będą z nich korzystać” – powiedział Denis Jarosławski.

Podsumowując, pojawia się pytanie: czy wojna może się zakończyć przed listopadem 2026 roku? Oczywiście, że może. W zasadzie może się zakończyć w dowolnym dniu – wystarczy tylko chęć. I tak samo może się nie zakończyć nawet w ciągu następnych 10 lat. Istnieją szanse zarówno na pierwszy, jak i na drugi, i na trzeci scenariusz. Jednak między istnieniem szans a ich realizacją leży ogromna przepaść.
Rzeczywistość wygląda bardziej prozaicznie. Trump raczej nie zakończy wojny przed swoimi wyborami. Właściwie nie może i nie musi tego robić: wojna na Ukrainie to problem Ukrainy, a nie prezydenta USA. Podobnie Putin najwyraźniej nie zamierza zaprzestać działań wojennych. A gwarancje bezpieczeństwa, których domaga się Kijów, pozostają przedmiotem bardzo skomplikowanych i niewyobrażalnie powolnych negocjacji, w których trudno oczekiwać przełomu.
Dlatego do oświadczeń dotyczących listopada należy podchodzić tak, jak radzą doświadczeni psychologowie: zawsze mieć nadzieję na najlepsze, ale przygotowywać się na najgorsze. Najprawdopodobniej ani do tej, ani do następnej jesieni gorąca faza wojny niestety się nie zakończy. I nie jest to pesymizm dla samego pesymizmu, ale trzeźwa ocena trajektorii, po której zmierza ten konflikt.
Zbyt wiele razy w ciągu tych czterech i pół roku słyszeliśmy podobne obietnice, a zbyt często następowało potem bolesne rozczarowanie. Technologia antykryzysowa nowej daty działa jakoś, daje komuś nadzieję i siłę do dalszego życia, ale nie warto pokładać w niej zbyt wielkich nadziei.
Czytaj nas na Telegram i Sends