Dziś ponownie, jak już wielokrotnie w ostatnich latach, publiczny dyskurs rozdziera się między dwoma biegunami: „pokój za wszelką cenę” oraz „wojna do końca” (i wcale niekoniecznie zwycięskiego). Z jednej strony wydaje się, że obie strony są już poważnie zmęczone, a zasoby nie są nieograniczone. Jednak rzeczywistość jest inna: wszyscy kluczowi gracze stawiają dziś na eskalację, a raczej nawet na swoistą „konserwację” działań wojennych. W tym sensie, że utrwalana jest obecna sytuacja i agenda.
Pokój dziś przypomina pewne widmo. Ukrainie proponuje się wymianę resztek kontrolowanego Donbasu na pokój. Chodzi o terytoria obwodu donieckiego, które Ukraina wciąż utrzymuje (to około 20–25% całkowitej powierzchni regionu).
Formuła „terytoria w zamian za zawieszenie broni” jest oficjalnym stanowiskiem Kremla oraz — z pewnymi zastrzeżeniami — administracji Donalda Trumpa. Jednak Kijów i europejscy partnerzy zdecydowanie odrzucają taki scenariusz. Efekt — obecna sytuacja, w której negocjacje pokojowe praktycznie przestały istnieć, a wojna nadal się nasila.
Dlaczego tak się dzieje i czy istnieje szansa wyjścia z tego impasu? Polityczny komentator UA.News Mykyta Traczuk analizował tę kwestię.
Plan: niekończąca się wojna
Ostatnie wypowiedzi i wydarzenia pokazują, że strony w oczywisty sposób przygotowują się do dalszej długotrwałej konfrontacji i de facto publicznie odrzucają jakiekolwiek kompromisy. Negocjacje pokojowe, które trwały ponad rok, zatoczyły pełne koło w nieskończonym kręgu samsary i ponownie znalazły się w „punkcie zero”.
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski w serii niedawnych wywiadów wprost stwierdził, że oczekuje się od niego ustępstw terytorialnych w zamian za pokój lub przynajmniej zawieszenie broni. Stanowisko głowy państwa pozostaje bezkompromisowe: Ukraina nie jest gotowa oddać resztek Donbasu — i koniec.
Równie twarde i bezkompromisowe stanowisko prezentuje Kreml. Według Financial Times niedawno odbyło się zamknięte spotkanie kremlowskiego przywódcy Władimira Putina z przedstawicielami dużego rosyjskiego biznesu, podczas którego omawiano dalszą przyszłość wojny. Źródła dziennikarzy podają, że Putin był kategoryczny i nieustępliwy: Rosja będzie kontynuować działania wojenne, dopóki nie zajmie całego terytorium Donbasu — co najmniej. Przywódca Rosji uzasadnił to tym, że Ukraina odmówiła wycofania wojsk z obwodu donieckiego podczas ostatnich rund negocjacji prowadzonych przy mediacji USA — dlatego zamierza kontynuować zajmowanie regionu.
Co ciekawe, według tych samych źródeł Putin był gotów rozważyć propozycję USA dotyczącą utworzenia strefy zdemilitaryzowanej lub specjalnej strefy ekonomicznej w Donbasie w przypadku przejęcia go pod kontrolę Rosji. Jednak Kijów uznał przekazanie obwodu donieckiego za „czerwoną linię”, której nie może przekroczyć. Nie osiągnąwszy celu drogą dyplomatyczną, rosyjskie kierownictwo ponownie wróciło do idei czysto militarnej okupacji — podaje FT.
Kontekst europejski również wskazuje na nastawienie do długiej wojny. Pomimo retoryki niektórych państw, takich jak Węgry czy Słowacja, które opowiadają się za natychmiastowym zawieszeniem broni, główna linia Unii Europejskiej to wsparcie Ukrainy w dalszych działaniach wojennych. Ukraińskie media niedawno informowały, powołując się na środowiska parlamentarne, że rząd rozważa scenariusze prowadzenia wojny jeszcze przez co najmniej trzy (!) lata. Mówił o tym także minister spraw zagranicznych Polski Radosław Sikorski jesienią 2025 roku, podkreślając, że Ukraina planuje walczyć jeszcze przez trzy lata.
W ten sposób wyłania się ponury, beznadziejny, pozornie bez wyjścia, ale przy tym boleśnie logiczny obraz. Moskwa zadeklarowała zamiar zajęcia Donbasu za wszelką cenę, mimo wszystkich trudności i kosztów. Kijów w sposób lustrzany odrzuca wszelkie kompromisy terytorialne. Europa wspiera Zełenskiego w tym wyborze.
Oczywiste jest, że w takich warunkach nie będzie żadnego pokoju, negocjacje tracą sens, a wojna będzie trwała w kolejnych latach. W tym kontekście nadzieje na jej szybkie zakończenie są po prostu bezpodstawne.

Gwarancje bezpieczeństwa: miraż, który nie uratuje
Dlaczego więc strony tak uparcie trzymają się swoich stanowisk, odrzucając nawet hipotetyczną możliwość porozumienia? Jednym z kluczowych argumentów, który płynie z Waszyngtonu, jest obietnica zapewnienia Ukrainie „gwarancji bezpieczeństwa” w przypadku zgody na kompromis. Administracja Donalda Trumpa daje do zrozumienia, że jest w stanie powstrzymać Rosję, jeśli Kijów pójdzie na ustępstwa. Jednak wciąż nie jest jasne, co dokładnie kryje się pod tymi gwarancjami.
Załóżmy, że takie gwarancje rzeczywiście zostałyby sformalizowane prawnie. Czy jednak byłyby w stanie ochronić przed agresją we współczesnym świecie? Do 2022 roku — być może, i to nie na pewno. Jednak na rok 2026 mamy wyraźny przykład, że nikt już nie obawia się Stanów Zjednoczonych tak jak wcześniej. Iran atakuje USA i ich sojuszników na całym Bliskim Wschodzie, a Stany Zjednoczone — mimo swojej potęgi militarnej — globalnie niewiele mogą z tym zrobić. Jeśli żadne gwarancje nie działają na Bliskim Wschodzie, dlaczego miałyby zadziałać w Ukrainie?
Podstawowy problem polega na tym, że we współczesnym świecie nie istnieją żadne gwarancje bezpieczeństwa. Nawet zmitologizowany artykuł 5 NATO nie jest automatycznym mechanizmem, lecz decyzją polityczną państw członkowskich, która zresztą nigdy nie została sprawdzona w praktyce w warunkach realnej wojny. Najlepszą gwarancją jest własna silna armia — opcjonalnie z bronią jądrową — ale i to nie daje stuprocentowej ochrony. Liczenie na to, że ktoś może coś komuś zagwarantować w 2026 roku, jest niebezpiecznym i szkodliwym błędem poznawczym.
W przypadku Ukrainy przez „gwarancje” ze strony USA najprawdopodobniej należy rozumieć nie gotowość do walki z Rosją, lecz tymczasowe porozumienia między Trumpem a Putinem, które będą obowiązywać tak długo, jak Trump pozostaje u władzy. Co stanie się po zmianie administracji w Waszyngtonie — pozostaje niewiadomą.
Oczywiście nawet takie hipotetyczne lata pokoju mogłyby wiele zmienić w kontekście odbudowy kraju i ożywienia gospodarki. I wcale nie jest pewne, że po przerwie wojna wybuchnie ponownie. Jednak liczenie na to, że ktoś zapewni Ukrainie „parasol bezpieczeństwa” i rozwiąże wszystko za nią, to czysta fantazja.
Dziś każda konfiguracja pokoju musi opierać się nie na zewnętrznych obietnicach, lecz na takiej architekturze polityczno-dyplomatycznej, która uczyniłaby nową agresję niemożliwą albo skrajnie kosztowną dla agresora. Nie istnieją jednak żadne stuprocentowe gwarancje — po prostu ich nie ma.

