Donald Trump znów wrócił do swojego ulubionego schematu. Po tym, jak wraz z Władimirem Putinem zawarł tak zwaną „umowę dotyczącą oleju napędowego” — porozumienie w sprawie dostaw rosyjskiego paliwa na rynki światowe w zamian za faktyczne zniesienie sankcji — retoryka amerykańskiego prezydenta wobec Władimira Zełenskiego stała się otwarcie wroga.
W ciągu kilku dni Trump zdążył oświadczyć, że Ukraina „powinna mieć nowego prezydenta”, że Zełenski „ma chroniczny brak umiejętności zawierania umów”, że „nie chce zakończyć wojny i prawdopodobnie nigdy nie chciał”, a także oskarżył głowę państwa ukraińskiego o to, że „stwarza problemy dla świata”, kontynuując ataki na rosyjskie rafinerie. Zełenski reaguje powściągliwie — proponuje między innymi przeprowadzenie wyborów pod warunkiem 60-dniowego całkowitego zawieszenia ognia ze strony Rosji — ale w jego reakcjach wyczuwa się coraz silniejsze irytację.
Powstaje pytanie: na ile te oświadczenia są politycznie niebezpieczne dla prezydenta Ukrainy? Czy rzeczywiście mogą one zachwiać jego pozycją w kraju i na arenie międzynarodowej, czy też słowa Trumpa pozostają jedynie głośną retoryką, która nie ma rzeczywistego wpływu na politykę? Analityk polityczny UA.News Mykyta Trachuk wraz z ekspertami przyjrzał się tej kwestii.
Kontekst historyczny: dlaczego Waszyngton zawsze był „starszym partnerem” dla Kijowa
Aby zrozumieć obecną sytuację, warto przypomnieć sobie, jaką rolę Stany Zjednoczone odgrywały w polityce ukraińskiej przez wszystkie dziesięciolecia niepodległości. Rola ta była nie tylko ważna: można powiedzieć, że miała charakter dominujący. USA zawsze były dla Ukrainy tym samym „starszym partnerem”, silniejszym, od którego pozycji zależało bardzo wiele.
Jednym z najbardziej jaskrawych przykładów jest „skandal kolczugowy” z początku lat 2000. W 2002 roku Stany Zjednoczone oskarżyły Ukrainę o to, że Leonid Kuczma rzekomo osobiście zatwierdził sprzedaż Irakowi kompleksów radarowych „Kolczuga”. Doprowadziło to do faktycznej międzynarodowej izolacji Kijowa, odczuwalnego ograniczenia amerykańskiej pomocy oraz gwałtownego pogorszenia stosunków z Zachodem. Kuczma znalazł się pod tak silną presją, że ostatecznie zdecydował się nawet odejść z wielkiej polityki.
Następnie można wspomnieć o wyborach prezydenckich w 2004 roku. Po drugiej turze, w której zwyciężył Wiktor Janukowycz, odbyła się tak zwana „trzecia tura” (choć technicznie rzecz biorąc było to ponowne głosowanie w drugiej turze). Tak czy inaczej, nie przewidywało tego ukraińskie prawo. Stany Zjednoczone otwarcie poparły opozycję na czele z Wiktorem Juszczenką i to między innymi dzięki temu wsparciu udało mu się dojść do władzy. Był to przykład bezpośredniego, choć nieformalnego, wpływu Waszyngtonu na proces polityczny w Ukrainie.
Co ciekawe, w 2014 roku sytuacja praktycznie się powtórzyła. Podczas Majdanu Stany Zjednoczone nie poparły Wiktora Janukowycza i ogólnie opowiedziały się po stronie protestujących. Zakończenie jest wszystkim znane: Janukowycz stracił władzę, i to bardzo szybko, a rola Stanów Zjednoczonych w tym procesie była daleka od drugoplanowej. Z kolei za czasów Petra Poroszenki Waszyngton nie wykazał entuzjazmu w związku z wprowadzeniem stanu wojennego w 2018 roku. Kiedy stało się jasne, że poparcie to nie jest już skierowane w stronę Poroszenki, ten ostatni również przegrał wybory.
Wszystkie te przykłady pokazują ważną prawidłowość: Stany Zjednoczone rzeczywiście miały i nadal mają znaczący wpływ polityczny na Ukrainę. Jednak wpływ ten nigdy nie był absolutny. Zawsze zależał od konkretnej sytuacji, od konkretnego przywódcy USA, od gotowości ukraińskich elit do odbierania amerykańskich „sygnałów” oraz od tego, na ile sam Waszyngton był gotowy kontrolować realizację lub brak realizacji własnych żądań.

Obecna sytuacja: dlaczego groźby Trumpa nie działają już tak jak kiedyś
Ciekawostka: rosyjska propaganda od lat powtarza tezę, że „Ukraina to kolonia amerykańska”, a ukraińskie władze to „marionetki USA”. Jednak wydarzenia ostatnich miesięcy, a zwłaszcza ostatnich tygodni, przekonująco dowodzą czegoś zupełnie przeciwnego: poziom suwerenności Kijowa w podejmowaniu decyzji pozostaje dość wysoki. Najwyraźniej widać to właśnie za prezydentury Trumpa.
Przyjrzyjmy się suchym faktom. Trump zażądał od Zełenskiego zaprzestania ataków na rosyjskie rafinerie ropy naftowej. Zełenski kontynuował ataki – i nic się nie stało. Trump groził wstrzymaniem przekazywania danych wywiadowczych i obecnie Kijów rzeczywiście nie otrzymuje od amerykańskich partnerów ostrzeżeń o atakach rakietami balistycznymi, a przynajmniej nie otrzymuje ich za każdym razem. Jednak Ukraina nadal prowadzi wojnę i nic nie wskazuje na to, by miała przestać to robić w najbliższej przyszłości. Zełenski jasno dał do zrozumienia: Kijów będzie walczył nawet w takich warunkach.
Jest to sytuacja zasadniczo odmienna od tej, którą obserwowaliśmy za czasów Kuczmy, Juszczenki, Janukowycza czy Poroszenki. Wtedy presja amerykańska rzeczywiście mogła doprowadzić do gwałtownego zwrotu w polityce, a nawet do zmiany władzy. Teraz – nie.
Dlaczego tak jest? Po pierwsze, Zełenski cieszy się potężnym poparciem ze strony Europy, a nie są to tylko deklaracje. Europejscy przywódcy nadal udzielają szeroko zakrojonej pomocy finansowej i wojskowej, a pod względem politycznym Zełenski pozostaje dla nich kluczową postacią, uosabiającą opór wobec rosyjskiej agresji oraz całą europejską politykę w tej dziedzinie. Dopóki to poparcie się utrzymuje, presja ze strony Stanów Zjednoczonych nie ma decydującego znaczenia.
Po drugie, w samej Ukrainie Zełenski cieszy się poparciem kluczowych grup elitarnych. Owszem, stosunek do prezydenta jest różny, a u wielu osób wręcz negatywny. Nie widzimy jednak żadnych oznak, że w najbliższym czasie mogłaby dojść do jakiegoś wewnętrznego spisku elit przeciwko niemu. A bez tego wszelkie zewnętrzne oświadczenia – nawet ze strony prezydenta USA – pozostają jedynie oświadczeniami.
Po trzecie, Trump nie wykazuje gotowości do wywierania skoordynowanej presji wspólnie z Europą. Wręcz przeciwnie, jego działania – „porozumienie w sprawie oleju napędowego”, blokowanie nowych sankcji wobec Rosji, oświadczenia o „rozejmie energetycznym”, którego nikt oprócz niego nie potwierdził, itp. — raczej zrażają europejskich sojuszników, niż zbliżają ich do Waszyngtonu.
Co więcej: obecny przywódca USA najwyraźniej w ogóle nie traktuje Europy jako partnera. A bez jedności Zachodu wpływ USA na Kijów znacznie maleje.
Oczywiście nie można powiedzieć, że słowa Trumpa nie mają żadnego znaczenia. Byłoby to błędem. Powodują one pewne polityczne utrudnienia, komplikują działania dyplomatyczne, dostarczają argumentów wewnętrznym przeciwnikom Zełenskiego i mogą wpływać na nastroje części wyborców. Nie są one jednak już w stanie „obalić” prezydenta Ukrainy tak, jak było to możliwe wcześniej. Mechanizm, w ramach którego amerykański przywódca wypowiada się negatywnie o ukraińskim prezydencie, a ten traci władzę lub coś w tym rodzaju, już nie działa.

Opinia eksperta
Politolog Maksym Honczarenko zauważa: oświadczenia Donalda Trumpa o niechęci strony ukraińskiej do zakończenia wojny oraz wezwania do zmian w politycznym kierownictwie kraju stanowią bezpośrednie przesunięcie punktu ciężkości. Zamiast dyskutować o odpowiedzialności Rosji za rozpoczęcie i kontynuowanie agresji, amerykański przywódca przenosi punkt ciężkości na skłonność strony ukraińskiej do kompromisu.
„Osłabia to pozycję negocjacyjną Kijowa i wywiera dodatkową presję. Ale na ile jest to obecnie istotne? Należy tu oddzielić charakterystyczną dla Trumpa ostrą retorykę od rzeczywistego kursu Waszyngtonu. Znaczenie polityczne tych oświadczeń zależy wyłącznie od tego, czy prowadzą one do konkretnych decyzji. W rzeczywistości mamy do czynienia z następującą sytuacją: niechęć do wprowadzenia szerszego pakietu sankcji wobec Rosji, ale jednocześnie wznowienie wymiany danych wywiadowczych ze Stanami Zjednoczonymi po niepokojącej przerwie. Takie posunięcia, choć nie zapewniają większej stabilności i niezawodności, sygnalizują jednak, że interesy Waszyngtonu sięgają głębiej niż tylko „podążanie za Kremlem”. Najprawdopodobniej mamy do czynienia z dążeniem Białego Domu do jeszcze ściślejszego przejęcia kontroli nad procesami negocjacyjnymi i uzyskania niemal całkowitej kontroli nad stanowiskiem Ukrainy. Dlatego nawet jeśli obecnie nie dochodzi do bezpośredniego wstrzymania pomocy, nie gwarantuje to jej stabilności w przyszłości” — uważa Gonczarenko.
Ekspert twierdzi, że dla strony ukraińskiej istnieją obecnie dwa wymiary polityczne: wewnętrzny i zewnętrzny. Na poziomie polityki wewnętrznej oświadczenia amerykańskiego prezydenta mogą wzmagać dyskusję na temat ceny kontynuacji wojny. Należy również spodziewać się szerokiego zaangażowania rosyjskiej propagandy w popularyzację tego tematu oraz promowanie tez „kapitulacyjnych”.
„Poziom polityki zagranicznej będzie wymagał od Kijowa elastyczności dyplomatycznej. Ukraina jest zmuszona jednocześnie potwierdzać gotowość do negocjacji i utrzymywać poparcie amerykańskie, ale też nie dopuścić, by odpowiedzialność za brak porozumienia pokojowego „tu i teraz” spoczywała całkowicie na Ukrainie. Z dyplomatycznego punktu widzenia jest to dość wąska przestrzeń manewru. Oczywiście utrudnia to wypracowanie jednolitego stanowiska negocjacyjnego wobec Zachodu.
Jednak na stwierdzenie zmiany kursu Stanów Zjednoczonych jest jeszcze za wcześnie. Pozytywnym scenariuszem jest tutaj rozczarowanie Trumpa zdolnością Rosji do zawarcia porozumienia oraz uświadomienie sobie, że Kreml traktuje ustępstwa dyplomatyczne jako oznakę słabości. Może to pociągnąć za sobą kolejny „zwrot” w retoryce amerykańskiego przywódcy, który obserwowaliśmy już po kilku nieudanych próbach zainicjowania negocjacji. Scenariusz negatywny to większa presja na Kijów i próba „zmuszenia” Ukrainy do zasiadania przy stole negocjacyjnym. Najprawdopodobniej jednak żaden z nich nie zrealizuje się w pełni. Najbardziej realistyczny scenariusz jest obecnie tylko jeden: kontynuacja wsparcia dla Ukrainy i utrzymanie presji sankcyjnej na Rosję, ale na tle niestabilnej retoryki Trumpa. To ostatnie będzie stwarzać nowe wyzwania dla ukraińskich władz i zmusi kraj do elastyczności w stanowisku dyplomatycznym. „W rzeczywistości jednak Waszyngton nie zrezygnuje całkowicie ze wsparcia dla Ukrainy, a obecność Unii Europejskiej jako kolejnej zainteresowanej strony zapewni Kijowowi pole manewru” — podsumował Maksym Honczarenko.

Podsumowując, „antyzelenowska” retoryka Trumpa nadal stanowi poważny czynnik polityczny, ale nie jest już śmiertelnym zagrożeniem. Odzwierciedla ona irytację Waszyngtonu, jego chęć zrzucenia odpowiedzialności za fiasko inicjatyw pokojowych na Kijów oraz, prawdopodobnie, próbę stworzenia korzystnego dla Trumpa wizerunku „silnego przywódcy”, który „postawił tych Ukraińców do pionu”. Nie ma ona jednak za sobą tego mechanizmu oddziaływania, który niegdyś pozwalał USA na zmianę władzy w Kijowie lub przynajmniej na poważną korektę jej polityki.
Dopóki Zełenski pozostaje w napiętych stosunkach z europejskimi partnerami, dopóki zachowuje choćby minimalne poparcie w kraju i dopóki Trump będzie antagonistą Europy, oświadczenia amerykańskiego prezydenta nie spowodują dla ukraińskiego przywódcy poważnych problemów politycznych. Mogą irytować, mogą utrudniać życie, mogą tworzyć niekorzystny kontekst informacyjny – ale nie zburzą całej konstrukcji.
W historii stosunków amerykańsko-ukraińskich rzeczywiście były czasy, kiedy Waszyngton odgrywał decydującą rolę. Wydaje się jednak, że te czasy już minęły. Dzisiaj, jak widzimy, władze Ukrainy cieszą się dość dużą autonomią względem oczekiwań Stanów Zjednoczonych. Pytanie brzmi jedynie, czy ta równowaga utrzyma się w przyszłości – i czy Trump nie znajdzie innych, skuteczniejszych środków nacisku. Na razie jednak nie ma na to żadnych oznak.