Dzisiaj jest 28 maja 2026 roku. Dokładnie trzy miesiące temu, 28 lutego, rozpoczęła się wojna na Bliskim Wschodzie: Stany Zjednoczone i Izrael wspólnie zaatakowały Islamską Republikę Iranu (IRI). Operacja, która tradycyjnie była planowana jako „mała wojna zwycięska”, przeciągnęła się na trzy miesiące i na razie nie widać jej końca.
Z Zatoki Perskiej ponownie napływają sprzeczne sygnały: po tygodniach względnego spokoju amerykańskie siły zbrojne przeprowadziły nowe naloty na ten kraj. Jak donoszą media, celem ataku stało się centrum kontroli dronów oraz wyrzutnie rakiet w rejonie portowego miasta Bandar Abbas, niedaleko Cieśniny Ormuz. Teheran nie zwlekał z odpowiedzią: Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (KSI) ogłosił, że zadał cios amerykańskiej bazie lotniczej, która według ich danych była źródłem ataku, a także przechwycił wrogie drony.
Wojna, która miała stać się dla administracji Trumpa i Netanjahu szybką „interwencją chirurgiczną”, trwa już trzy miesiące, a jej konkretny finał jest dziś tak samo mglisty, jak 28 lutego. Jak to się wszystko zaczęło, co można powiedzieć trzy miesiące później, co się teraz dzieje i dokąd to wszystko zmierza? Analityk polityczny UA.News Mykyta Trachuk wraz z ekspertami zgłębiał tę kwestię.
Anatomia porażki: jak „błyskawiczna operacja” przekształciła się w wojnę na wyniszczenie
Aby zrozumieć dzisiejszą sytuację, należy przypomnieć sobie, co doprowadziło do tego konfliktu. Operacja, nazwana „Epicką furią”, rozpoczęła się w nocy 28 lutego 2026 roku, kiedy to Stany Zjednoczone i Izrael zadały masowe uderzenia na Iran. Waszyngton i jego sojusznik celowo wybrali taktykę „dekapitacji”: w ciągu pierwszych godzin ataku zrzucili tysiące bomb i rakiet, likwidując dziesiątki przedstawicieli najwyższych władz kraju. W wyniku tych ataków zginęły kluczowe postacie irańskiego establishmentu, w szczególności Najwyższy Przywódca (rachbar) ajatollah Ali Chamenei, sekretarz Rady Obrony Narodowej Ali Shamkhani, głównodowodzący IRGC Mohammad Pakpour i inni.
Wyglądało to imponująco. W Waszyngtonie i Tel Awiwie panowała euforia. Wydawało się, że „głowa węża” została odcięta i pozostało tylko czekać na kapitulację.
Jednak reżim nie upadł i przetrwał. Co więcej: błyskawicznie się zregenerował. Radykalne skrzydło IRGC szybko przejęło władzę, a Rada Ekspertów już 8 marca wybrała na nowego Najwyższego Przywódcę syna zmarłego ajatollaha – Mojtabę Chameneiego. Iran nie tylko przetrwał – skonsolidował się wokół idei oporu wobec „wielkiego i małego szatana”, czyli Ameryki i Izraela.
Wtedy Teheran zadał swój najbardziej bolesny cios. Zdając sobie sprawę, że w klasycznej konfrontacji militarnej przegra, Iran zastosował strategię asymetryczną. W ciągu kilku dni Cieśnina Ormuzka – ważny szlak logistyczny, przez który przepływa 20% światowej ropy – została zablokowana. Spowodowało to gwałtowny wzrost cen surowców energetycznych i globalny kryzys gospodarczy. Okazało się, że Iran to naprawdę „twardy orzech do zgryzienia” i szybkiego zwycięstwa nie będzie.

Kruche zawieszenie broni i „karę niebios”: sytuacja po trzech miesiącach wojny
W kwietniu, po prawie sześciu tygodniach wyczerpującej wojny i dzięki mediacji Pakistanu, weszło w życie zawieszenie broni, które później przedłużono na czas nieokreślony. Było to jednak raczej uspokojenie zmęczonych bojowników niż świadomy krok w kierunku pokoju. Warunki pozostały niepewne: Iran częściowo odblokował Cieśninę Ormuz dla ograniczonego ruchu, a Stany Zjednoczone wstrzymały naloty na kontynentalną część Iranu.
Właśnie w tym okresie w przestrzeni informacyjnej zaczęły się dziwne zawirowania. Prezydent Trump raz ogłaszał „najwspanialszy w historii traktat pokojowy, który jest już praktycznie gotowy”, a dosłownie dzień później odrzucał irańskie warunki jako „całkowicie nie do przyjęcia” i obiecywał zrzucić na Teheran nowe uderzenia oraz „karę niebios”.
Ta sprzeczna retoryka jest bezpośrednim odzwierciedleniem dyplomatycznego i militarnego impasu. Pierwotny cel USA – zmiana reżimu lub całkowita kapitulacja – okazał się nieosiągalny. Iran, który przetrwał, a nawet uległ radykalizacji, jest gotowy do negocjacji wyłącznie z pozycji siły. Domaga się nie tylko całkowitego zniesienia sankcji i odblokowania aktywów, ale także de facto uznania swojej regionalnej hegemonii, w tym kontroli nad żeglugą w Zatoce Perskiej. Dla Trumpa podpisanie takiego dokumentu to polityczne samobójstwo, ale kontynuowanie wojny, która nie ma żadnych oznak zwycięstwa, również wygląda na ślepą uliczkę.
Właśnie dlatego obserwujemy nowe wybuchy przemocy, podobne do dzisiejszych. Ataki z 28 maja to kolejna próba „negocjacji za pomocą broni”. USA, przeprowadzając precyzyjne uderzenia na siły IRGC, próbują pokazać, że nadal kontrolują sytuację, oraz osłabić infrastrukturę wojskową Iranu. Iran ze swojej strony pokazuje, że ma wystarczająco dużo rakiet i dronów, by zadawać bolesne ciosy w odpowiedzi na amerykańskie bazy w regionie.
Sytuacja jest patowa: USA nie mogą ani wygrać, ani wycofać się z konfliktu bez utraty twarzy. Z kolei Iran nie może ani doprowadzić do uznania swoich warunków, ani wytrzymać niekończącej się wojny na wyniszczenie.

Scenariusze przyszłości
Analizując kluczowe pytanie – „Kto w końcu wygra?” – trzeba odejść od uproszczonego rozumienia wojny jako pojedynku dwóch przeciwników. Co więcej, jeśli za kryterium zwycięstwa uznać osiągnięcie wyznaczonych celów, to sytuacja dla USA jest nie tylko zła: jest przygnębiająca.
Waszyngton planował obalenie reżimu – reżim się utrzymał. Co więcej, stał się jeszcze bardziej radykalny. Trump i Netanjahu, nie chcąc tego, dokonali „wewnętrznego przewrotu” w Iranie, niszcząc umiarkowanych pragmatyków i torując drogę bezkompromisowym „jastrzębiom” z IRGC. USA chciały zniszczyć program jądrowy IRI – zamiast tego Teheran nie tylko go zachował, ale najprawdopodobniej przyspieszył prace w tym kierunku, czyniąc je kluczowym atutem w negocjacjach. Waszyngton dążył do zapewnienia swobodnej żeglugi w Cieśninie Ormuz (która i tak była swobodna przed wojną) – zamiast tego otrzymał problem z rozminowywaniem, nieprzekraczalną barierę zabezpieczającą oraz nową irańską strukturę, która pobiera opłaty za przepływ statków przez cieśninę.
Z czysto wojskowego punktu widzenia Iran wydaje się przegrać na polu bitwy: jego obrona przeciwlotnicza została w znacznym stopniu zniszczona, flota poważnie uszkodzona, a infrastruktura uległa poważnym zniszczeniom. Jednak strategicznie Iran przetrwał i udowodnił, że jest bardzo ważnym państwem, zdolnym jednym ruchem wywołać światowy kryzys energetyczny. Blokada Cieśniny Ormuz stała się nie tylko operacją wojskową, ale także przesłaniem o zasięgu globalnym: każda próba zniszczenia Islamskiej Republiki doprowadzi do załamania się dobrobytu Zachodu.
Jakie scenariusze dalszego rozwoju wydarzeń są najbardziej prawdopodobne? Ogólnie rzecz biorąc, są tylko trzy.
Pierwszy — „zamrożenie” konfliktu. Strony nie podpisują pełnego pokoju, ale całkowicie wstrzymują aktywne działania zbrojne. Ten scenariusz jest korzystny dla Iranu, ponieważ legalizuje jego powojenny status quo, i nie jest śmiertelny dla USA, jeśli uda im się ustabilizować rynek ropy poprzez alternatywne trasy.
Drugi — „wymuszenie pokoju” ze strony Chin, które stają się głównym beneficjentem sytuacji, promując swoje interesy w regionie. Jednak na razie nie widać, aby Chiny wywierały presję na Iran i inne strony z takimi żądaniami.
Trzeci i najniebezpieczniejszy – ześlizgnięcie się w pełnowymiarową wojnę regionalną, jeśli ataki będą trwały, a tym bardziej jeśli Stany Zjednoczone (i ewentualnie Izrael) zdecydują się na operację lądową. Wtedy nawet wojna w Wietnamie wyda się Ameryce „bułką z masłem”.

Opinie ekspertów
Ekspert wojskowy Oleg Żdanow jest przekonany: pod względem politycznym Iran wygrał wojnę ze Stanami Zjednoczonymi. Natomiast pod względem militarnym reżim ajatollahów przegrywa.
„Iran ponosi ogromne straty w sprzęcie, uzbrojeniu i ludziach. Ale pod względem politycznym naprawdę wygrywa, bo jeśli spojrzeć na ogólny bilans kampanii wojskowej – to on wygrywa. Kiedy cele nie są osiągnięte – wojna jest przegrana. A dla Trumpa sytuacja polityczna nie układa się zbyt pomyślnie. Nie może wznowić pełnych działań wojennych przeciwko Iranowi. Dlatego myślę, że możliwe jest powtórzenie jakichś punktowych uderzeń, jak to miało miejsce niedawno, uderzeń na obiekty, gdzie mogą być rozmieszczone wyrzutnie rakietowe lub pozycje dronów. To demonstracyjne uderzenie mające na celu zastraszenie Iranu. Ale Iranu to już nie przeraża.
Moim zdaniem nie dojdzie do pełnej wojny lądowej. Jest to mało prawdopodobne, wszyscy są temu przeciwni. Kongres jest przeciwny, kraje Zatoki Perskiej są przeciwne – oto Zjednoczone Emiraty Arabskie dopiero co zaczęły przywracać turystykę, i co, teraz wszyscy znowu się rozbiegną? Saudyjczycy też są przeciwni, chociaż znaleźli sposób na transport ropy przez drugą stronę swojego kraju. Tak więc wszyscy są przeciwni tej wojnie – oprócz Netanjahu. On jest jedynym, który popiera ją obiema rękami. Myślę, że ostatecznie dojdzie po prostu do zawieszenia broni. Stanowiska USA i Iranu są diametralnie przeciwne. Warunki proponowane przez Teheran są nie do przyjęcia dla Stanów Zjednoczonych i na odwrót. Cały ten spór i niepewność związana z tym konfliktem doprowadzą do jego zamrożenia, ale nie do zawarcia traktatu pokojowego. Jednak w listopadzie zmiany w Kongresie mogą wpłynąć na sytuację i ogólny kurs polityczny USA” – zauważył Oleg Żdanow.
Politolog, dyrektor Centrum Stosowanych Badań Politycznych „Penta” Włodzimierz Fesenko uważa, że z formalnego punktu widzenia w wojnie w Iranie nikt nie wygrał. Jest to raczej remis bojowy i rozejm.
„Iran poniósł znaczne zniszczenia, ale USA nie osiągnęły swoich celów. Zwycięstwo Iranu jest co najwyżej sytuacyjne: tak, przetrwał. Ale to wszystko jest bardzo względne. Poważne problemy dla irańskiego reżimu zaczną się po zakończeniu wojny – ogromne problemy gospodarcze, a wojna je tylko pogłębia. Tak, reżim przetrwał, reżim się utrzymał, ale chodzi o to, że wojna stworzyła problemy dla obu stron, a więcej problemów dla Amerykanów. To, że Amerykanie nie wygrali tej wojny – to absolutny fakt. Ale ostateczne wnioski będzie można wyciągnąć dopiero po zawarciu porozumienia pokojowego, o ile w ogóle do niego dojdzie. Istnieje możliwość, że takie sytuacyjne zawieszenie broni będzie trwało, ale będzie stale groziło wznowieniem działań wojennych. Jeśli Iran będzie prowokował i wojna się wznowi – Stany Zjednoczone i Izrael nie będą miały innego wyjścia, jak tylko wojnę mającą na celu zniszczenie irańskiego reżimu i państwa jako całości. Ryzyko to jest ogromne dla Iranu, dlatego też musi on szukać jakiegoś kompromisowego porozumienia. Jest więc zbyt wcześnie na wyciąganie ostatecznych wniosków. Mogę z całą pewnością stwierdzić, że w wyniku tej wojny przegrały obie strony. Amerykanie przegrali więcej. Ale ogólnie przegrali wszyscy” – jest przekonany Volodymyr Fesenko.

Podsumowując, na dzień 28 maja 2026 r. można stwierdzić: wojna między USA a Iranem nie ma na razie zwycięzcy w klasycznym sensie, ale ma oczywiście tego, kto przegrał, i tego, kto przetrwał. Stany Zjednoczone bez wątpienia poniosły strategiczną porażkę, pokazując, że nawet najpotężniejsza armia świata nie jest w stanie złamać woli reżimu, zjednoczonego radykalną ideologią i postrzeganiem wojny jako świętej obrony przed siłami „szatana”. Iran, mimo wszystko, zachował swoją tożsamość, zradykalizował się i znalazł nowe dźwignie wpływu na cały świat.
Dzisiejsze ataki to kolejny przejaw strategicznej niepewności. Trump, który znalazł się w pułapce własnych obietnic szybkiego pokonania reżimu ajatollahów, nie potrafi znaleźć wyjścia z tej sytuacji. Iran natomiast, wręcz przeciwnie, z pełną pewnością patrzy w przyszłość, wykorzystując przerwę na odzyskanie sił.
Paradoks polega na tym, że traktat pokojowy raczej nie zostanie podpisany, dopóki u władzy w USA pozostaje administracja, dla której uznanie rzeczywistości oznacza przyznanie się do własnej bezsilności – a do tego w przededniu ważnych wyborów do Kongresu. Świat wkracza więc w długą erę konfliktów i napięć w Zatoce Perskiej, a wnioski płynące z tego konfliktu najprawdopodobniej jeszcze długo będą powstrzymywać kogokolwiek przed pokusą rozwiązania problemu Iranu siłą. Niestety, radykalna teologiczna autokracja na razie pokonuje całą potęgę Zachodu w osobie Stanów Zjednoczonych.
Czytaj nas na Telegram i Sends