We wtorek, 21 kwietnia, amerykański dziennik „The New York Times” opublikował artykuł, który wywołał jednocześnie zdziwienie, ironiczne żarty, a jednocześnie skłonił do głębokiej refleksji. Chodziło o to, że podczas nieformalnych kontaktów między amerykańskimi i ukraińskimi negocjatorami ci drudzy rzucili pomysł: nazwać część kontrolowanego przez Ukrainę Donbasu „Donnylandem” (Donnyland). Nazwa, łącząca „Donbas” i nieformalne przezwisko Donalda Trumpa – „Donny” – miała odwoływać się do powszechnie znanej próżności i dumy amerykańskiego prezydenta, aby skłonić go do poparcia Ukrainy i zajęcia twardszego stanowiska wobec Moskwy.
Wśród powiązanych pomysłów znalazło się stworzenie symboliki dla tego terytorium, w tym flagi w kolorach zielonym i złotym, a także hymnu wygenerowanego za pomocą sztucznej inteligencji. Ponadto rozważano opcję nadania temu terytorium specjalnego statusu – z elementami półautonomicznego mini-państwa i gospodarki offshore na wzór Monako.
Żarty to żarty, ale za tą otwarcie dziwną i zabawną propozycją kryje się całkiem poważna rozmowa o tym, jak w ogóle może wyglądać przyszłość Donbasu, jeśli nagle nastąpi cud i wojna się skończy.
Jakie modele były omawiane za kulisami spotkań dyplomatycznych? Czy są wśród nich realistyczne? I dlaczego, pomimo całej tej fantazji, samo pojawienie się takich pomysłów zasługuje na uwagę? Analityk polityczny UA.News Mykyta Trachuk zgłębił tę kwestię.
„Model Monako”: mini-państwo offshore w samym środku Donbasu
Najbardziej konkretną i dopracowaną spośród wszystkich niestandardowych propozycji okazała się tak zwana „model Monako”. W przeciwieństwie do „Donnilandu”, który pozostał raczej żartobliwą metaforą w rozmowach, termin „ukraińskie Monako”, jak piszą media, pojawiał się nawet w projektach umów. Co dokładnie kryje się pod tą nazwą?
Chodzi o utworzenie na kontrolowanej przez Ukrainę części Donbasu swego rodzaju półautonomicznego „minipaństwa” o statusie offshore’owej strefy gospodarczej. W praktyce oznaczałoby to powstanie na wschodzie Ukrainy podmiotu, który pod względem prawnego i gospodarczego systemu rzeczywiście przypominałby Księstwo Monako: własny system podatkowy, specjalne warunki prowadzenia działalności gospodarczej oraz status międzynarodowy, który gwarantowałby brak ingerencji z zewnątrz.
Zgodnie z zamysłem taki model mógłby stać się kompromisem, który pozwoliłby uniknąć nowej bezpośredniej konfrontacji między Ukrainą a Rosją o ten obszar. Żadna ze stron nie uzyskałaby pełnej kontroli, a region przekształciłby się w neutralne centrum gospodarcze z międzynarodowymi gwarancjami bezpieczeństwa. Niektóre źródła sugerowały nawet, że do zarządzania taką strefą mogłaby dołączyć „Rada Pokoju” Trumpa.
Oczywiście w tej koncepcji jest znacznie więcej pytań niż odpowiedzi i trudno ją poważnie rozważać. Kto dokładnie zapewni bezpieczeństwo na terytorium, które niedawno było epicentrum najkrwawszej wojny w Europie od czasów II wojny światowej? W jaki sposób strefa offshore będzie się łączyć z ukraińskim prawem? A co najważniejsze – czy Rosja, która konsekwentnie domaga się pełnej kontroli nad Donbasem, zgodzi się na utworzenie takiej strefy, która faktycznie wymyka się spod jej wpływów?
Jednak pomimo całej tej egzotyki, samo pojawienie się „modelu monakijskiego” w projektach umów świadczy o tym, że strony – przynajmniej na poziomie nieformalnych konsultacji – szukają niestandardowych wyjść z całkowitego impasu, w którym znalazły się negocjacje jeszcze w lutym 2026 roku.

Wolna strefa ekonomiczna w Donbasie
Równolegle z dyskusją na temat „modelu monakijskiego” w negocjacjach pojawiała się wcześniej inna, bardziej tradycyjna koncepcja: utworzenie w Donbasie wolnej strefy ekonomicznej (WSE). Pomysł ten był aktywnie promowany przez stronę amerykańską jako jeden z kluczowych punktów potencjalnego porozumienia pokojowego. Istota planu USA polegała na utworzeniu w kontrolowanej przez Ukrainę części Donbasu strefy o specjalnym statusie prawnym i podatkowym, z której wycofane zostałyby zarówno wojska ukraińskie, jak i rosyjskie. W praktyce chodziło o zamrożenie linii frontu z możliwością dalszej odbudowy gospodarczej regionu pod międzynarodowym nadzorem.
Władze Ukrainy podchodziły do tego pomysłu ostrożnie. Z jednej strony Zełenski przyznawał, że takie porozumienie byłoby łatwiejsze do wdrożenia i monitorowania przez partnerów zagranicznych. Z drugiej jednak strony Kijów nalegał, że utworzenie specjalnej strefy ekonomicznej nie może oznaczać żadnych ustępstw w kwestii suwerenności ani uznania rosyjskich roszczeń terytorialnych.
Kreml natomiast przyjął pomysł strefy specjalnej z jawnym sceptycyzmem. Moskwa konsekwentnie domagała się pełnej kontroli nad Donbasem, w tym nad obszarami znajdującymi się obecnie pod władzą Ukrainy, i nie wykazywała gotowości do kompromisów, takich jak utworzenie stref o specjalnym statusie, które nie znajdowałyby się pod jej bezpośrednim wpływem. To właśnie ta upartość RF stała się główną przyczyną tego, że negocjacje w sprawie WSE tak i nie wyszły z impasu.

Specjalny status w ramach porozumień mińskich
Osobno warto wspomnieć o jeszcze jednym modelu, który ma najdłuższą historię dyskusji: przyznanie niektórym rejonom Donbasu „specjalnego statusu” w ramach Ukrainy. Pomysł ten pojawił się już we wrześniu 2014 roku, kiedy Rada Najwyższa przyjęła ustawę „O specjalnym porządku samorządu lokalnego w niektórych rejonach obwodów donieckiego i ługańskiego”.
Ustawa przewidywała wprowadzenie specjalnego porządku samorządowego w rejonach, które w tamtym czasie znajdowały się już pod kontrolą prorosyjskich separatystów. Wśród kluczowych postanowień znalazły się: amnestia dla uczestników wydarzeń na Donbasie, prawo do używania języka rosyjskiego w komunikacji urzędowej, utworzenie lokalnej milicji z udziałem mieszkańców regionu, a także specjalny system gospodarczy, mający na celu odbudowę przemysłu i tworzenie nowych miejsc pracy.
Jednak praktyczne wdrożenie ustawy okazało się niezwykle problematyczne. Po pierwsze, miała ona wejść w życie dopiero po przeprowadzeniu na tych terytoriach wyborów lokalnych zgodnie z ukraińskim prawem i pod międzynarodową obserwacją – warunek, który strona rosyjska i kontrolowane przez nią ugrupowania konsekwentnie odrzucały. Po drugie, sama idea specjalnego statusu dla Donbasu wywołała ostry sprzeciw najbardziej zaangażowanej części społeczeństwa ukraińskiego: wszelkie ustępstwa były tradycyjnie postrzegane jako kapitulacja.
W 2019 roku Zełenski powrócił do tego tematu, deklarując gotowość do opracowania nowej ustawy o specjalnym statusie Donbasu, która uwzględniałaby „czerwone linie”. Jednak po pełnej inwazji 24 lutego 2022 r. wszelkie rozmowy o specjalnym statusie dla okupowanych terytoriów stały się niemożliwe.

Strefa demilitaryzowana: bufor zamiast pokoju
Kolejną opcją, która od czasu do czasu pojawia się w dyskusjach na temat przyszłości Donbasu, jest utworzenie strefy demilitaryzowanej wzdłuż linii starcia. Model ten zakłada wycofanie wojsk obu stron na określoną odległość, rozmieszczenie międzynarodowych obserwatorów lub kontyngentu pokojowego oraz ustanowienie reżimu, w ramach którego żadna ze stron nie miałaby prawa rozmieszczać w tej strefie ciężkiego uzbrojenia ani formacji wojskowych.
W przeciwieństwie do „modelu monakijskiego” czy strefy ekonomicznej, strefa demilitaryzowana jest rozwiązaniem czysto technicznym, a nie ekonomicznym czy politycznym. Nie odpowiada na pytania o to, pod jaką flagą będą żyć ludzie w tej strefie, według jakich praw będzie funkcjonować życie, kto będzie zapewniał porządek publiczny itp. Jej głównym celem jest zaprzestanie działań wojennych i stworzenie fizycznej bariery między walczącymi stronami.
Właśnie dlatego strefa demilitaryzowana jest często postrzegana nie jako samodzielny model rozwiązania, ale jako pierwszy etap na drodze do realizacji bardziej kompleksowych rozwiązań. W połączeniu ze strefą ekonomiczną lub specjalnym statusem mogłaby stworzyć warunki do stopniowego przywrócenia normalnego życia w regionie. Jednak bez odpowiedzi na kluczowe pytanie – pod czyją kontrolą ostatecznie znajdzie się Donbas? – strefa demilitaryzowana raczej nie zadziała.

Dlaczego nie będzie „Monako na Ukrainie”: od marzeń do rzeczywistości
Wszystkie wymienione powyżej modele – od egzotycznego „Donnilandu” po bardziej przyziemną strefę ekonomiczną – mają jedną wspólną cechę: opierają się na założeniu, że strony są gotowe do kompromisu. Rzeczywistość niestety wskazuje na coś przeciwnego.
Rosja konsekwentnie dąży do całkowitego zajęcia Donbasu, w tym obszarów, które nadal pozostają pod kontrolą Ukrainy. Moskwa nie zgadza się na żadne półśrodki, które pozostawiłyby te terytoria poza jej kontrolą. Putin wielokrotnie oświadczał, że będzie kontynuował działania zbrojne, dopóki nie osiągnie „wszystkich celów operacji specjalnej”.
Władze Ukrainy ze swojej strony również nie są gotowe na żadne ustępstwa terytorialne. Pomimo całej presji Kijów nalega na przywrócenie integralności terytorialnej w granicach uznanych przez społeczność międzynarodową. Wszelkie propozycje przewidujące choćby tymczasową rezygnację z kontroli nad częścią terytorium są postrzegane przez przywódców politycznych i część społeczeństwa jako nie do przyjęcia.
Dlatego też rozmowy pokojowe z udziałem Ukrainy, Rosji i USA, w trakcie których narodziły się pomysły „Donnelandu” i „modelu monakijskiego”, znalazły się w ślepym zaułku i faktycznie zakończyły się już pod koniec lutego 2026 roku. I choć nieformalne kontakty trwają, do tej pory nie udało się osiągnąć żadnego postępu w kwestii uregulowania terytorialnego.

Podsumowując, „Doniland” to bez wątpienia wręcz kuriozalny epizod w skomplikowanej historii dyplomacji wokół Ukrainy. Półżartobliwa propozycja nazwania części Donbasu imieniem Trumpa, stworzenie flagi, a nawet hymnu przy pomocy ChatGPT – wszystko to wygląda raczej jak fabuła komedii politycznej klasy „B”, niż jak poważna inicjatywa dyplomatyczna.
Jeśli jednak odrzucimy żarty i przyjrzymy się istocie omawianych modeli – „ukraińskiemu Monako”, specjalnej strefie ekonomicznej, statusowi specjalnemu, strefie demilitaryzowanej itp. – staje się oczywiste, że wszystkie one napotykają tę samą przeszkodę: brak gotowości do kompromisu, którego wymaga każdy z tych modeli. Rosja dąży do dalszej okupacji terytoriów, Ukraina domaga się przywrócenia integralności terytorialnej. Pomiędzy tymi dwoma stanowiskami po prostu nie ma miejsca na manewr – przynajmniej na obecnym etapie.
Tak więc, podczas gdy w mediach i środowisku ekspertów żartuje się o „Donnilandzie”, prawdziwy Donbas nadal ulega zniszczeniu, zamieniając się w bezludną „strefę śmierci”. Rosyjska armia metodycznie zrównuje z ziemią miasta i wioski, które wciąż pozostają pod kontrolą Ukrainy, a negocjacje całkowicie utknęły w martwym punkcie. Niestety, najbardziej prawdopodobnym scenariuszem dla pozostałej części Donbasu kontrolowanej przez Ukrainę nie jest przekształcenie go w „ukraińskie Monako” ani utworzenie specjalnej strefy ekonomicznej, ale dalsze fizyczne zniszczenie do stanu gruzu budowlanego.