Aleksandar Vučić był niezmienną postacią serbskiej sceny politycznej i faktycznym przywódcą kraju przez 14 lat – od 2012 roku, kiedy to do władzy doszła jego Serbska Partia Postępowa (SPP). Najpierw jako wicepremier, potem jako premier, a od 2017 roku jako prezydent uosabiał pewną tradycję polityczną, którą jedni nazywali porządkiem i stabilnością, a inni – niemal autorytaryzmem.
I oto ta epoka, jak się wydaje, dobiega końca. W przedterminowych wyborach parlamentarnych 25 października jego koalicja „Zjednoczona Serbia” poniosła druzgocącą porażkę z rąk „Listy Studenckiej” – ruchu, który wyrósł z protestów, jakie wybuchły dwa lata temu. Trzeba przyznać Vučičowi, że nie trzymał się kurczowo władzy: polityk oficjalnie uznał porażkę i oświadczył, że przechodzi do opozycji.
Cała ta historia nie pojawiła się znikąd, z pustej przestrzeni. Poprzedziły ją dwa lata zakrojonych na szeroką skalę protestów ulicznych, oskarżeń o korupcję i nieefektywność władz. Jednak najciekawsze w tej sprawie nie jest sam wynik, ale to, jak Vučić próbował go uniknąć. To on sam ogłosił przedterminowe wybory, to on sam przedterminowo zrezygnował z funkcji prezydenta, ponieważ chciał przeprowadzić ryzykowny „wielokrokowy manewr”: zwyciężyć nie jako prezydent, ale jako lider partii i stanąć na czele rządu jako premier. Serbia jest bowiem republiką parlamentarną i to właśnie premier, zgodnie z konstytucją, dysponuje rzeczywistą władzą.
Jednak ten plan nie wypalił. Co więcej: poniósł spektakularną porażkę.
Dlaczego tak się stało? Na czym polegała „wielokrokowa strategia” Vučića? Dlaczego Serbowie masowo protestowali przez całe dwa lata i co ma z tym wspólnego zwykły dworzec kolejowy w Nowym Sadzie? Co teraz stanie się z tym ważnym krajem bałkańskim, balansującym między Europą a Rosją? Analityk polityczny UA.News Mykyta Trachuk zgłębił tę kwestię.
Tragedia, która stała się iskrą zapalną: jak dworzec w Nowym Sadzie doprowadził do dymisji prezydenta
Historia ta rozpoczęła się 1 listopada 2024 roku w serbskim mieście Nowy Sad. Tam, po zakrojonej na szeroką skalę przebudowie – w którą, nawiasem mówiąc, zainwestowano niemałe środki – nagle zawaliła się betonowa konstrukcja nad peronem dworca kolejowego. Zawalił się prosto na przebywających tam ludzi. Zginęło 16 osób, w tym małe dzieci.

Ta tragedia wywołała głęboki wstrząs w całym kraju. Szybko jednak okazało się, że nie chodziło tu tylko o zwykły wypadek. Remontowi towarzyszyły oznaki korupcji, naruszenia norm budowlanych oraz brak odpowiedniej kontroli ze strony państwa. Dla wielu Serbów zawalenie się zadaszenia stało się symbolem znacznie głębszego problemu: zgniłego systemu, w którym środki są rozkradane, a nikt nie odpowiada za bezpieczeństwo ludzi.

Jako
pierwsi na ulice wyszli studenci. Początkowo domagali się tylko jednego: ukarania winnych tragedii. Z czasem jednak żądania te przerodziły się w szeroki ruch antyrządowy. Studenci blokowali uniwersytety, zamykali drogi, organizowali wielogodzinne marsze protestacyjne, występowali w mediach i tak dalej. Warto zauważyć, że pomimo pojedynczych przypadków przemocy, ogólnie nie były to agresywne zamieszki: atmosfera podczas akcji często przypominała niemal karnawał. Ludzie grali w szachy, pili kawę, słuchali muzyki, rozbijali namioty, aby pozostać na noc itp. Jednak kluczowe przesłanie było krystalicznie jasne: władza musi ponieść odpowiedzialność za te zgony. Bo co innego, gdy z powodu korupcji jakiś urzędnik kupił sobie nowy samochód, a co innego, gdy z powodu tej samej korupcji zginęło jednocześnie 16 zwykłych serbskich obywateli.
Protesty raz cichły, raz znów wybuchały, ale nigdy nie ustały całkowicie i ogólnie trwały prawie dwa lata, aż do przedterminowych wyborów w 2026 roku. Właśnie z tego środowiska wyrosła „Lista Studencka”: nowa siła polityczna, której studenci powierzyli reprezentowanie swoich interesów. Warto zauważyć, że dziś są to już oczywiście nie tylko studenci, ale szerokie grono działaczy społecznych, intelektualistów, biznesmenów i polityków, zjednoczonych wspólnym celem — położeniem kresu rządom Vučića.
„Wielokrokowa
strategia” Vučića: jak postawił na stanowisko premiera i poważnie się przeliczył
Pomimo wszystkich czysto politycznych zarzutów o autorytaryzm, Serbia według wszystkich międzynarodowych wskaźników i w swej istocie pozostaje – choć z pewnymi zastrzeżeniami – krajem demokratycznym. Aleksandar Vučić nigdy nie był dyktatorem w klasycznym rozumieniu tego słowa. Co więcej: trudno nawet oskarżyć go o autokrację – choć pewne „skłonności” w tym kierunku dało się u niego dostrzec. Jednocześnie Serbowie zawsze mogli swobodnie protestować, swobodnie głosować przeciwko władzy, w kraju istnieją radykalnie opozycyjne media i kanały telewizyjne itp. Jednak krytycy Vučića słusznie wskazywali na stopniową koncentrację władzy, presję na media, nieprzejrzystość procesu podejmowania decyzji oraz dominację partii SPP we wszystkich gałęziach władzy.
Problem Vučića polegał na tym, że jego druga kadencja prezydencka kończyła się w maju 2027 roku, a zgodnie z konstytucją nie mógł on ubiegać się o trzecią kadencję. Właśnie dlatego były już serbski przywódca postanowił wyprzedzić wydarzenia i podjął bezprecedensowy dla Serbii krok. Pod koniec września Vučić niespodziewanie dla wszystkich przedterminowo złożył rezygnację ze stanowiska prezydenta. Plan był następujący: wystartować w przedterminowych wyborach parlamentarnych nie jako prezydent, ale jako zwykły przewodniczący partii, pokonać „Listę Studencką” (którą publicznie nazywał „chuliganami”), utworzyć rząd i zostać jego szefem, czyli premierem.
Formalnie wyglądało to na pewne obniżenie statusu, bo prezydent to przecież głowa państwa. Jednak Serbia jest w zasadzie republiką parlamentarną, a premier jest tam kluczową postacią, która kieruje rządem i wyznacza kierunek polityki. Właśnie za czasów Vučića urząd prezydenta zyskał bardzo szerokie uprawnienia dzięki kontroli, jaką jego partia sprawowała nad parlamentem (między innymi za to oskarżano go o przejawy autorytaryzmu). Plan polegał więc na tym, by przechytrzyć system: pozostać u władzy, ale już na czele rządu. Był to jedyny sposób na zachowanie kontroli nad systemem po 2027 roku.
W rezultacie jednak „Akela się pomylił”: kalkulacja polityka okazała się błędna. Po pierwsze, nie docenił on skali zmęczenia społeczeństwa jego rządami. Po drugie, nie uwzględnił, że „Lista Studencka” będzie w stanie zmobilizować wyborców nie tylko z dużych miast, ale z całego kraju. Po trzecie, sama idea „wielokrotnego posunięcia” wydawała się zbyt skomplikowana, wątpliwa z punktu widzenia ducha prawa i mogła zrazić nawet część jego własnego elektoratu. W rezultacie – pewna porażka.

Co pokazały wyniki wyborów
Nadzwyczajne wybory parlamentarne w Serbii odbyły się w niedzielę, 25 października, przy rekordowo wysokiej frekwencji – około 69%. To samo w sobie było złym znakiem dla władz: wysoka frekwencja zazwyczaj działa na korzyść opozycji, zwłaszcza gdy społeczeństwo jest zmęczone i zdenerwowane. Wyniki to potwierdziły. „Lista studencka” na czele z kardiologiem i profesorem uniwersyteckim Iliją Srdanovićem odniosła zdecydowane zwycięstwo, zdobywając ponad 53% głosów. Dało to blokowi od 135 do 141 mandatów poselskich w 250-osobowym Zgromadzeniu Narodowym Serbii. Koalicja Vučića „Zjednoczona Serbia” uzyskała około 40% głosów i od 103 do 105 mandatów.
Oznacza to, że w serbskiej scenie politycznej doszło do tektonicznego przesunięcia: zamiast 14-letniej dominacji jednej partii kraj uzyskał de facto system dwupartyjny, w którym „Lista Studencka” dysponuje wystarczającą liczbą głosów, by sformować rząd samodzielnie lub z niewielkimi partnerami.
Trzeba przyznać Vučičowi, że nie trzymał się kurczowo władzy. Polityk oficjalnie przyznał się do porażki jeszcze przed ogłoszeniem oficjalnych wyników. Oświadczył już, że przechodzi do opozycji.

„Lista
Studencka” i przyszłość Serbii
Zwycięstwo „Listy Studenckiej” to bez wątpienia wydarzenie historyczne, ale stawia przed Serbią wiele trudnych pytań. Głównym problemem jest to, że ta siła polityczna stanowi niezwykle zróżnicowany konglomerat. W przeciwieństwie do SPP, która miała jasną strukturę władzy, jednego przywódcę (Vučicia) oraz zbudowaną przez dziesięciolecia machinę partyjną, „Lista Studencka” jest raczej szerokim ruchem niż klasyczną partią. Nie ma tam jednego przywódcy, który mógłby zastąpić Vučića jako charyzmatyczną postać. Nie ma też jednolitej ideologii: do ruchu dołączyli ludzie o różnych poglądach – od liberałów po umiarkowanych nacjonalistów, których łączy przede wszystkim sprzeciw wobec korupcji i autorytarnych tendencji Vučića. Stwarza to ryzyko konfliktów wewnętrznych i utrudnia utworzenie stabilnego rządu.

Druga cecha ma charakter geopolityczny. W Serbii nie ma znanego z Ukrainy uproszczonego podziału na siły „prorosyjskie” i „proeuropejskie”. Vučić nie był politykiem prorosyjskim w dosłownym sensie: konsekwentnie prowadził kraj w kierunku UE — ale jednocześnie utrzymywał dobre stosunki z Moskwą, odmawiał wprowadzenia sankcji wobec Rosji i wykorzystywał tę równowagę jako narzędzie polityki zagranicznej. Główną ideą geopolityczną Serbii za czasów Vučića była wielokierunkowość.
„Lista studencka” obiecuje działać w tym samym kierunku, ale obiektywnie rzecz biorąc, siła ta jest bardziej proeuropejska. Jej baza wyborcza to młodzież, mieszkańcy miast, osoby z wyższym wykształceniem itp. Wszyscy oni ogólnie opowiadają się raczej za zbliżeniem do UE i reformowaniem kraju zgodnie z europejskimi standardami.
Kryje się tu jednak fundamentalny problem, którego nie można zignorować. Społeczeństwo serbskie pozostaje ogólnie głęboko eurosceptyczne. Według sondaży przeprowadzonych przez Komisję Europejską latem tego roku tylko 31% Serbów popiera przystąpienie do UE, podczas gdy 40% uważa, że kraj ten nigdy nie stanie się członkiem Unii Europejskiej.
Nie jest to przypadek, ani jakiś wrodzony eurosceptycyzm, ani rosyjska propaganda. Przyczyny sięgają korzeniami do niezbyt odległego 1999 roku, kiedy to siły NATO przez wiele miesięcy bombardowały Serbię, w tym Belgrad. Według różnych szacunków zginęło wówczas od 1500 do 5700 cywilów, dziesiątki tysięcy zostało rannych, a setki tysięcy stało się uchodźcami. Ponadto podczas wojen jugosłowiańskich Zachód zawsze opowiadał się po stronie przeciwników Serbii. A kiedy w 2008 roku Kosowo ogłosiło niepodległość, uznało ją 22 z 27 krajów UE.
Jednocześnie Rosja zawsze konsekwentnie wspierała Serbię. W wyniku tego wszystkiego Serbowie odczuwają głęboką traumę narodową i nieufność wobec Zachodu, która jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. Około 71% ludności ma pozytywny stosunek do Rosji. Dlatego nawet całkowicie proeuropejski rząd w Belgradzie będzie zmuszony uwzględniać te nastroje i raczej nie będzie w stanie gwałtownie skierować kraju w stronę Brukseli, nie ryzykując utraty poparcia znacznej części społeczeństwa.
Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem na najbliższe lata jest zatem utrzymanie ogólnego kursu polityki zagranicznej Vučića, ale z stopniową zmianą priorytetów: nieco większą integracją z UE i nieco ostrożniejszym podejściem do Moskwy. Najprawdopodobniej jednak nie będzie to gwałtowny zwrot, a raczej powolna ewolucja polityczna.

Podsumowując, porażka Vučića i jego ugrupowania politycznego w wyborach to nie tylko zmiana władzy w jednym konkretnym kraju bałkańskim. To również sygnał, że społeczeństwa zawsze męczą się niezmiennymi przywódcami, nawet jeśli ci pozostają stosunkowo demokratyczni. W końcu jest to również wskaźnik kondycji serbskiego systemu politycznego: pozwala na masowe protesty, niezadowolenie obywateli, dość przejrzyste i uczciwe wybory (choć nie bez pewnych niuansów) oraz – co najważniejsze – dopuszcza możliwość, że władza może w tych wyborach ponieść druzgocącą porażkę. A zatem Serbia z pewnością nie jest autokracją, za co Serbom, którzy przeżyli reżimy Josipa Broza Tito i Slobodana Miloševića, pozostaje chyba tylko szczerze i z całego serca pogratulować.
Tragedia w Nowym Sadzie stała się katalizatorem, który uruchomił mechanizm, który ostatecznie doprowadził do zakończenia 14-letnich rządów Aleksandara Vučića. Ale historia na tym się nie kończy. Były prezydent przechodzi do opozycji, pozostawiając sobie możliwość, by jednak zostać premierem – kiedyś w przyszłości, podczas kolejnych wyborów. „Lista studencka” natomiast objęła władzę i otrzymała szeroki mandat zaufania społecznego, ale wraz z tym cały ciężar odpowiedzialności.
„Studenci” będą musieli rządzić podzielonym krajem, rozdartym między dążeniami do Europy a prorosyjskimi sympatiami, między nadzieją na zmiany a strachem przed nieznanym. A największym wyzwaniem dla nowego pokolenia polityków nie jest utrzymanie się przy władzy, ale udowodnienie, że Serbia może być inna — taka, w której korupcja zostanie wykorzeniona, gdzie prawo obowiązuje wszystkich, a tragedie takie jak ta w Nowym Sadzie stają się niemożliwe. Czy nowym władzom uda się to wszystko osiągnąć – pokaże dopiero czas.