We wtorek, 20 października, posłowie Rady Obwodowej we Lwowie zebrali się na kolejnym posiedzeniu plenarnym. Porządek obrad wyglądał rutynowo. Jednym z punktów było ogłoszenie roku 2027 rokiem UPA, Romana Szuchewicza i Olega Olżycza – inicjatywa, która była już wielokrotnie realizowana na szczeblu lokalnym i która sama w sobie nie wydaje się czymś niespotykanym we współczesnej Ukrainie. Tym razem jednak reakcja Warszawy okazała się zaskakująco ostra: pod znakiem zapytania znalazła się dwustronna współpraca, a nawet duży pakiet pomocy wojskowej, który Polska przygotowywała dla Ukrainy.
Na dzień 22 października konflikt wydaje się niemal wyczerpany dzięki szybkiej reakcji władz centralnych w Kijowie na tę kontrowersyjną sprawę. Strona polska otrzymała również dodatkowe zapewnienia ze strony Ukrainy, że uchwała Rady Obwodowej we Lwowie nie wejdzie w życie. Pozostał jednak pewien „posmak”: posłowi Swiatosławowi Szeremetowi, który zainicjował głosowanie, na pięć lat odebrano prawo wjazdu do strefy Schengen, a burmistrzowie Krakowa i Przemyśla zainicjowali już przegląd, a nawet zawieszenie stosunków partnerskich ze Lwowem.
Nasuwa się pytanie: dlaczego w ogóle doszło do tego konfliktu i dlaczego postacie Szuchewicza oraz bojowników UPA nadal pozostają tak wybuchowym tematem we współczesnych stosunkach polsko-ukraińskich? Jak zapobiegać takim nieporozumieniom w przyszłości? Serwis UA.News przyjrzał się tej kwestii.
Chronologia eskalacji: od Lwowskiej Obwodowej Administracji do konfliktu z Polską
Historia ta rozpoczęła się 20 października. Lwowska Obwodowa Administracja Regionalna na posiedzeniu plenarnym poparła ogłoszenie roku 2027 rokiem UPA, Romana Szuchewicza i Olega Olżycza. Formalnym pretekstem były rocznice: w 2027 roku miało upłynąć 85 lat od powstania UPA oraz upamiętniono jej głównodowodzącego. Inicjatorem tej inicjatywy był deputowany Swiatosław Szeremeta.
Dla Ukrainy po 2014 roku tego typu decyzje nie są niczym nowym. Uhonorowanie nacjonalistycznych działaczy i organizacji z przeszłości na szczeblu regionalnym, a nawet ogólnokrajowym, miało miejsce już wcześniej, więc lwowscy deputowani raczej nie spodziewali się, że tym razem reakcja będzie aż tak ostra.
A jednak tak właśnie było. Szef polskiego MSZ Sikorski publicznie nazwał Szuchewicza „dowódcą UPA, który wydawał rozkazy dotyczące wysiedleń i zabójstw Polaków”, i oświadczył, że Szeremeta zostanie wpisany do rejestru osób niepożądanych, którym ponadto zakazano wjazdu do strefy Schengen. Premier Tusk użył jeszcze ostrzejszych słów, mówiąc o „samobójczej” taktyce Ukrainy. Przypomniał, że wraz z Zełenskim włożył niemało wysiłku w przezwyciężenie poprzedniego podobnego kryzysu w stosunkach ukraińsko-polskich — a teraz ta praca może pójść na marne.
Już 21 października polskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych oficjalnie spełniło groźbę: Szeremet został wpisany do rejestru osób, których pobyt w strefie Schengen jest niepożądany, z zakazem wjazdu na pięć lat. Tego samego dnia do sprawy włączyły się władze lokalne. Burmistrzowie Krakowa i Przemyśla zaproponowali zawieszenie, a nawet całkowite zerwanie stosunków partnerskich ze Lwowem.
Pojawiła się również informacja, że Polska wstrzymała przekazanie Ukrainie dużego pakietu pomocy wojskowej. Ta wiadomość błyskawicznie rozeszła się w ukraińskich i polskich mediach. Jednak później została ona zdementowana przez polskie Ministerstwo Obrony Narodowej.
Tymczasem ukraińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych określiło decyzję Rady Obwodowej we Lwowie jako „kontrproduktywną” i podkreśliło, że radni nie konsultowali się z resortem spraw zagranicznych. Biuro prezydenta również de facto zdystansowało się od inicjatywy Lwowskiej Administracji Obwodowej, publicznie wzywając lokalne władze do „pragmatyzmu” i „odpowiedzialności”.
W związku z tym na dzień dzisiejszy konflikt wydaje się formalnie wyczerpany: pakiet pomocowy nie został wstrzymany, Kijów i Warszawa wymieniły sygnały dotyczące deeskalacji, a winą za całość obciążono niezbyt dalekowzrocznych lwowskich radnych, którzy już wycofali swoją uchwałę: została ona usunięta ze strony internetowej Rady Obwodowej. Niemniej jednak pozostał pewien osad, a polega on na tym, że temat nacjonalistycznych formacji i postaci z odległej przeszłości ponownie zadziałał jak zapalnik w momencie, gdy ta „eksplozja” jest Ukrainie najmniej potrzebna.

Kim jest Szuchewicz i dlaczego on oraz UPA wciąż tak bardzo drażnią Polskę
Aby zrozumieć, dlaczego czysto regionalna decyzja o „roku UPA i Szuchewicza” wywołała taką reakcję w sąsiednim państwie, warto przypomnieć, kim był Roman Szuchewicz i czym była UPA – bez mitów, ale też bez uproszczeń.
Szuchewicz urodził się w 1907 roku na terenie obwodu lwowskiego, od młodości był aktywistą ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego, należał do OUN (b). Po wybuchu II wojny światowej w 1941 roku służył w batalionie „Nachtigall”, utworzonym przez niemiecki wywiad z ukraińskich nacjonalistów. Następnie oddział ten został przekształcony w 201. batalion Schutzmannschaft, który do końca 1942 roku działał na terytorium Białorusi przeciwko radzieckim partyzantom. Ten epizod – całkowicie oficjalna współpraca ze strukturami nazistowskimi – jest właśnie tym „niewygodnym” faktem, o którym w Polsce, Izraelu i innych krajach przypomina się za każdym razem, gdy postać Szuchewicza trafia do oficjalnego porządku obrad. Dla strony polskiej stanowi to podstawę do mówienia o kolaboracji, a zaprzeczanie faktowi służby Szuchewicza w niemieckich formacjach jest nieuzasadnione w świetle faktów.
Jednocześnie biografia Szuchewicza nie ogranicza się do tego epizodu. Od 1943 roku stał na czele Ukraińskiej Armii Powstańczej (UPA) – zbrojnego ramienia OUN(b), która walczyła przede wszystkim przeciwko władzy radzieckiej, ale od pewnego momentu – również przeciwko niemieckim okupantom. Propaganda radziecka przez dziesięciolecia przedstawiała go wyłącznie jako „współpracownika nazistów”, pomijając między innymi antyniemiecki wymiar walki UPA. Z kolei współczesna ukraińska historiografia ma skłonność do podkreślania wyłącznie wymiaru wyzwoleńczego, czasami bagatelizując lub wręcz pomijając obiektywne fakty, takie jak współpraca z niemieckimi okupantami na początku wojny. Prawda, jak zawsze, leży gdzieś pośrodku i jest bardziej złożona niż którekolwiek z tych dwóch czysto ideologicznych ujęć.

UPA jako zjawisko również nie była monolitem. Były to ukraińskie nacjonalistyczne formacje zbrojne, działające głównie na Ukrainie Zachodniej — ale o różnych nurtach, różnej motywacji i różnym stopniu podporządkowania centralnemu kierownictwu OUN(b). Część powstańców walczyła wyłącznie przeciwko Armii Czerwonej, część – zarówno przeciwko komunistom, jak i niemieckim oddziałom karnym, ale byli też tacy, którzy brali udział wyłącznie w czystkach etnicznych wymierzonych w pokojową ludność polską. Właśnie ten aspekt sprawia, że Szuchewicz i UPA są dla Polski zjawiskami całkowicie nie do przyjęcia.
Mowa o tragedii wołyńskiej z lat 1943–1944. W Polsce nazywa się to „rzezią na Wołyniu” lub „ludobójstwem na Wołyniu”. W tym okresie oddziały UPA oraz niektóre inne formacje nacjonalistyczne dokonywały masowych mordów na polskiej ludności cywilnej na Wołyniu i we wschodniej Galicji. Historycy do dziś spierają się co do dokładnej liczby ofiar: szacunki wahają się od kilkudziesięciu tysięcy do ponad stu tysięcy Polaków. Strona polska kwalifikuje te wydarzenia jako ludobójstwo, a dla Warszawy nie jest to abstrakcyjna dyskusja historyczna, lecz żywa trauma, przekazywana z pokolenia na pokolenie. W Polsce uważa się Szuchewicza za osobiście odpowiedzialnego za rozkazy, które doprowadziły do tych zabójstw. Właśnie tym można wyjaśnić tak ostrą reakcję na decyzję Lwowskiego Urzędu Administracji Okręgowej.
Warto jednak pamiętać również o drugiej stronie medalu i ogólnie zrozumieć kontekst historyczny tamtej epoki. Ten konflikt międzyetniczny z lat 40. nie był jednostronny: polskie oddziały również regularnie przeprowadzały akcje karne przeciwko ukraińskim wsiom. I choć obiektywnie liczba ofiar po stronie ukraińskiej była o rząd wielkości mniejsza, nie umniejsza to tragizmu tych wydarzeń dla tych, którzy je przeżyli. Sytuacja na terenie Wołyńa (a szerzej – w całej Europie) w latach 40. była taka, że „wszyscy zabijali wszystkich”: przerażająca, nieludzka logika tej wojny, której nie da się w żaden sposób moralnie usprawiedliwić. I właśnie dlatego próby heroizowania kogokolwiek spośród uczestników tych tragicznych wydarzeń nieuchronnie wywołują sprzeciw drugiej strony.

Problem polega na tym, że cała ta historia już nie po raz pierwszy staje się kamieniem potknięcia. W maju tego samego roku Zełenski nadał jednej z jednostek Sił Specjalnych Sił Zbrojnych Ukrainy honorową nazwę „imienia bohaterów UPA”. Decyzja ta wywołała falę oburzenia w Polsce, a prezydent Karol Nawrocki w odpowiedzi pozbawił Zełenskiego Orderu Białego Orła – najwyższego polskiego odznaczenia państwowego. Zełenski demonstracyjnie zwrócił order pocztą, co nadało tej sprawie jeszcze większą emocjonalną ostrość. Pragmatyczni dyplomaci i politycy z obu stron włożyli wówczas wiele wysiłku, aby ugasić ogień wzajemnego konfliktu. A teraz, dosłownie kilka miesięcy później, lwowscy radni ponownie podgrzali ten sam temat – można nawet odnieść wrażenie, że zrobiono to celowo.
Nasuwa się naturalne pytanie: po co? Po co za każdym razem wracać do postaci, które są głęboko kontrowersyjne nie tylko dla Polski, ale także – bądźmy szczerzy – dla znacznej części społeczeństwa ukraińskiego? Po co szukać bohaterów w krwawej, wojowniczej, pełnej wzajemnej nienawiści przeszłości, gdzie ich dziedzictwo nieuchronnie wywołuje konflikty z najbliższymi sąsiadami – skoro we współczesności Ukraina ma mnóstwo prawdziwych, żywych bohaterów: tych, którzy bronią kraju tu i teraz, a których nazwiska nie wymagają żadnej historycznej rehabilitacji i nie wywołują skandali dyplomatycznych? Pytania bez odpowiedzi.

Historię należy pozostawić historykom
Ten epizod, pomimo swojej, jak mogłoby się wydawać, absolutnej zewnętrznej błahości, po raz kolejny obnaża szereg problemów systemowych.
Po pierwsze, na Ukrainie nadal nie wytyczono wyraźnej granicy między samodzielnością samorządu lokalnego a polityką zagraniczną państwa. Administracja obwodowa może podjąć nieprzemyślane decyzje, które będą miały nie tylko ogólnoukraińskie, ale i międzynarodowe konsekwencje. W takiej sytuacji władze centralne dowiadują się o tym po fakcie, z mediów, i w pośpiechu próbują chaotycznie naprawić sytuację. Tak, tym razem Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Kancelaria Prezydenta zareagowały bardzo szybko, ale reakcja, w przeciwieństwie do działań zapobiegawczych, i tak zawsze przychodzi zbyt późno.
Po drugie, należy stwierdzić, że stosunki polsko-ukraińskie pozostają zakładnikami niejednoznacznej pamięci historycznej. Niezależnie od tego, ile mówi się o „partnerstwie strategicznym”, „wspólnych interesach” i wspólnym wrogu, temat UPA jest w stanie w ciągu zaledwie kilku godzin zniweczyć miesiące i lata pracy dyplomatycznej. Już w lipcu szef polskiego Ministerstwa Obrony Kosiniak-Kamysz stwierdził w sposób maksymalnie szczery i bezpośredni: „Z Banderą nie wejdziecie do UE”. To poważny problem na przyszłość, którym należy się zająć.
Po trzecie, historia lat 40. XX wieku zdecydowanie nie jest materiałem, który warto wykorzystywać do bieżących potrzeb politycznych czy ideologicznych. A ogólnie rzecz biorąc: nie da się budować przyszłości, ciągle powracając do przeszłości. Tragedia wołyńska, spory o Szuchewicza, dyskusje na temat UPA, „Nachtigall” i cała reszta – wszystko to powinno pozostać przedmiotem fachowej rozmowy historyków między sobą. Kiedy przeszłość staje się narzędziem teraźniejszości, zawsze odbija się to negatywnie na teraźniejszości.

Podsumowując, wydaje się, że tym razem udało się szybko załagodzić „październikowy konflikt” z Polakami. Pakiet pomocowy nie został wstrzymany, Kijów szybko podjął działania na rzecz deeskalacji, a lwowscy posłowie usunęli już odpowiednią rezolucję ze swojej strony internetowej.
Ale następnym razem może już nie być tyle szczęścia. A jeśli Ukraina naprawdę chce zachować Polskę jako sojusznika – nie deklaratywnego, ale rzeczywistego, takiego, który dostarcza broń i otwiera drzwi do Europy – warto nauczyć się jednej prostej rzeczy: czasami najmądrzejsza decyzja nie polega na podjęciu decyzji „słusznej” z punktu widzenia lokalnej społeczności, ale na powstrzymaniu się od niej, gdy cena tej „słusznej” decyzji mierzy się problemami na poziomie całego państwa.
A mówiąc szerzej, być może warto byłoby zastanowić się nad korektą całego ukraińskiego paradygmatu historyczno-ideologicznego ostatnich lat. Ponieważ duchy przeszłości nie powinny mieć żadnego wpływu na teraźniejszość, a tym bardziej na przyszłość.